Oczywiście, wydarzenie z minionej nocy zasługuje na to, żeby wszystkie blogi koszykarskie zwracały na to uwagę. Jedni piszą o tym z pełnym i należytym szacunkiem i z niemałą dawką emocji. Inni sprzedają tylko suche fakty odnośnie tego co się stało, podkreślając jedynie mało historyczne znaczenie 61 punktów w MSG. Wybiórcza nawet zdecydowała się użyć mocnego tytułu: „(…) przegonił już Jordana”, co wywołało jak zawsze niemałą wojenkę w komentarzach. O ile spór kto jest lepszy Bryant czy Jordan będzie wiecznie żywy, o tyle niektóre porównania można stłumić już w zarodku. Na przykład to, czy ten mecz znaczył dla Kobego tyle, ile dla Michaela 14 lat temu.

Osobiście w pełni zgadzam się z Craigiem Kwasniewskim. Szacunek należy się każdemu zawodnikowi, który w najlepszej lidze świata jest zdobyć taką ilość punktów, ale nie możemy pozwolić, aby to wydarzenie odsunęło w niepamięć o wiele bardziej spektakularne osiągnięcia.

Przypomnijmy więc. Był 28 marzec 1995 roku. Prowadzona wtedy przez Brylantowego Pata drużyna z Nowego Jorku miała jedną z najlepszych defensyw w całej lidze (bazując również na ilości traconych punktów na mecz). Knicksi z 1995 roku pozwolili sobie tylko raz rzucić ponad 40 punktów (Shaq 41), poza tym jedynie trzem zawodnikom udało się przekroczyć granicę 30 punktów.

Nagle pojawia się Jordan, dla którego jest to dopiero piąty mecz po 18 miesięcznej przerwie. Oddaje 37 rzutów, trafia aż 21 z nich, dzięki czemu kończy mecz z 55 punktami na koncie. Gwoli ścisłości, doliczmy do tego jeszcze ledwie 2 straty oraz asystę, dzięki której Bulls wygrali mecz. Pamiętacie akcję? Jak nie, to zapraszam do filmiku poniżej. Na nieco ponad minutę do końca Jordan wychodzi do rzutu, jednak podwajający go Ewing czubkiem palców blokuje rzut. Widownia szaleje. Nie można takiego meczu!

13 sekund do końca, Jordan wyprowadza piłkę.

6 sekund do końca, Jordan wychodzi w górę i widzi, że Ewing idzie na podwojenie.

3 sekundy do końca, Jordan oddaje do Wennigtona, który niekryty zdobywa zwycięskie punkty.

To była prawdziwa wiadomość wysłana w świat. „It was a statement that Michael Jordan is back to play basketball” – jak powiedział po meczu Phil Jackson.


Doskonały wyczyn Bryanta też miał swój podtekst, a Kobe i jego Lakers specjalizują się w statementach w tym roku:

1) wygrana z Bostonem, gdzie grali jakby to był decydujący mecz o mistrzostwo,

2) wygrana z Cleveland, która pokazała, że LeBron jeszcze musi trochę poczekać,

3) w końcu mecz w mecce koszykówki, osłabieni brakiem Bynuma Lakers, prowadzeni praktycznie w pojedynkę przez Bryanta Jeziorowcy, ogrywają miejscowych Knicks.

I oczy całego świata znowu skierowane są na niego. Cichego w czasie meczu, pewnego siebie po spotkaniu, zbierającego pochwały nawet od przeciwników. Bryant znowu jest na topie.

Nie śmiem broń Boże deprecjonować zdobycia 61 punktów w 37 minut, ani tego, że trafiając 20-20 wolnych prawie pobił rekord osobistych należący do Wilkinsa (bodaj 23-23, ale nie pamiętam z którego roku i nie chce mi się już szukać). Ważne, że zrobił swoje.

Parafrazując stare przysłowie, Bryant zrobił swoje, Bryant może odejść. A my widzimy, że Lakersi to nadal jego drużyna i co by się nie działo, to własnie oni dalej są głównymi kandydatami do mistrzowskiego tytułu.

You can hate him now…

Advertisements