Specjaliści od marketingu wzięli się ostro za kreowanie zamieszania wokół tegorocznych finałów od samego początku stawiając na rywalizację Bryanta z LeBronem (choćby w tej lub w tej reklamówce). W rywalizacji tej, Lebron stoi na stanowisku prawdziwego rywala, który pozwoli (w końcu) sprawdzić się Bryantowi. Coś a’la Magic kontra Bird, gdzie doskonałość każdego z nich sprawiała, że była to rywalizacja doskonała.

Ale Bird i Magic byli rywalami z prawdziwego zdarzenia; walczyli ze sobą o mistrzostwo na studiach, potem w tym samym czasie przyszli do NBA i rywalizowali o tytuł najlepszego debiutanta. Tutaj, Kobe Bryant miał już trzy mistrzowskie tytuły kiedy Lebron był w szkole średniej. W wieku 30 lat, Kobe powoli traci swój atletyzm, podczas gdy 24 letni James wiąż może być większy, szybszy i silniejszy. Przez to, rywalizacja między nimi jest bardziej jak między Birdem a starzejącym się Ervingiem (chociaż ich przygody zakończyły się tym, że sfrustrowany Julius zaczął dusić swojego młodszego przeciwnika).

Najważniejsze jest to, że czekając na rywalizację 23 z 24, zapominamy o rywalizacji, która tak naprawdę definiuje obecny etap w NBA: Kobe Bryant kontra ktoś lepszy od Kobe Bryanta.

Zapytajcie Paula Pierce’a. Albo Manu Ginobiliego, Chauncey’a Billupsa, Leandro Barbosę czy Borisa Diawa. Nie trzeba wcale wygrać mistrzostwa, żeby cieszyć się z pokonania Kobego Bryanta. W tym roku szansę na pokonanie Bryanta ma Carmelo Anthony i jego Nuggets. Gdyby udało im się pokonać Lakersów w finale konferencji, Melo automatycznie przestałby być postrzeganym jako tylko wszechstronny zawodnik, ale jako potencjalny kandydat do Galerii Sław, zawodnika, który potrafi wznieść się na wyżyny, kiedy jego drużyna tego wymaga.

Granie przeciwko Bryantowi to najważniejsza uczta w lidze. Odkąd zdecydował się na zawodowstwo, przez swoją posturę, zachowanie, pewność siebie Bryant miał ambicję aby być następnym Michaelem Jordanem, zawodnikiem, do którego porównuje się innych. Na swój sposób – Kobe osiągniął już swój cel. Tyle tylko, że inni zawodnicy nie lubią zgadzać się z jego miarą.

Nie chodzi o to, że Kobego łatwo jest pokonać. Gdyby było, nikt by się nim nie przejmował i byłby kolejnym graczem pokroju Stackhouse’a, czy Cartera. Ale Bryant kocha współzawodniczyć, jest niesamowicie atletyczny, praktycznie nieograniczony ofensywnie oraz mocny jak skała w obronie. Ale pokonanie go, nie jest rzeczą niemożliwą.

Standardy doskonałości Michaela Jordana były tak wysokie, że aż trudne do określenia. Odkąd jego Bykom udało się w końcu dotrzeć na sam szczyt – po kilku kłopotach z Celtami Birda, Lakersami Magica czy Bad Boysami z Detroit – tradycja walki w finałach została brutalnie przerwana. Odtąd nikt już nie mógł odebrać Jordanowi mistrzostwa. Jedyna seria w playoffach jaką przegrał, to tym jak wcześniej sięgnął szczytu, miała miejsce z Orlando Shaqa O’Neala. Ale było to w sezonie po krótkiej i nieudanej przygodzie z baseballem, kiedy Jordan nosił niepasujacy mu numer 45. Chyba tylko dla niepoznaki, żeby po kilkudziesięciu latach ludzie patrząc na zawodnika, któemu zabiera piłkę Nick Anderson, nie pomylili go z prawdziwym Jordanem.

Charles Barkley, Patrick Ewing, Karl Malone, John Stockton, Reggie Miller – legendarni gracze, którzy nigdy nie mieli okazji wygrać upragnionego pierścienia przez szczyt swojej kariery musieli grać w cieniu Jordana. Kilka gwiazd, którym udało się wygrać mistrzostwo w czasach Jordana, nigdy nie pokonała go bezpośrednio na parkiecie. Hakeem Olajuwon i Clyde Drexler wygrali w baseballowym/numer 45. sezonie, a David Robinson i Gary Payton mieli wystarczająco dużo szczęścia, żeby dalej grać w lidze po odejściu Jordana z gry w 1998 roku.

Kiedy Bryant przez trzy lata grał u boku Shaqa wydawało się, że będzie mógł rzucać swego rodzaju cień na innych. Jednak na każdego Jasona Kidda, czy Allena Iversona, którzy zostali pokonani przez Bryanta, znajdowali się Billups, Rasheed Wallace, Ray Allen czy Kevin Garnett, którzy spełnili swoje marzenia kosztem Bryanta (błędem Malone’a było to, że w swojej ostatniej szansie na mistrzowski tytuł zdecydował się na bycie kolega Bryanta, a nie jego przeciwnikiem). Całą swoją chęcią rzucania tak wielkiego cienia jak Michael Jordan, Kobe sam stał się latarnią: w jego obecności, umiejętności jego przeciwników świeciły najjaśniej.

Jest coś, co zadowoli każdego fana w playoffowej hostorii Kobe Bryanta. Kiedy wygrywa, robi to jak Michael Jordan – wiesz dobrze, ze zostałeś pokonany. Kiedy przegrywa – obraża się i nie oddaje rzutów, albo jego drużyna załamuje ręce i zostaje zmiażdżona przez Celtów. Wtedy zaczyna szlochać, a czubek jego nosa robi się różowy.

Bryant jest też idealnym kandydatem do każdego rodzaju rywalizacji. Dynastia? Spurs Tima Duncana mają 4 mistrzostwa, w porównaniu do 3 Kobego. Kryptodynastia? Niebroniący i szybko biegający Suns nie potrafili zdobyć mistrzostwa, ale uporali się z Bryantem. Superskład? Po wybuchu wewnętrzej kłótni między Shaqiem a Kobem, Shaq zdobył tytuł bez Bryanta, ale Bryant nie dał rady bez O’Neala. Wymiana pokolenia? Jeśli Lebron nie wejdzie do finału, będziemy musieli się zaspokoić Carmelo. Zawodnik kontra trener? Phil Jackson zostawił Lakers, Kobe nie wszedł nawet do playoffów, po czym Zen Master powrócił. No i ostatni dowód. Mistrzostwo Miami nad Mavs tak szybko zostało zapomniane, ponieważ nikt z nich nie musiał po drodze walczyć z Bryantem.

W jaki sposób Billups przemienił się w jasia-wędrowniczka w prawdziwego generała na parkiecie? Przez pokonanie Kobego i Lakersów. Jak to się stało, że Raja Bell czy Bruce Bowen z graczy rezerwowych zostali wybrani do all-defensive teamu? Przez to, że byli dwoma graczami, którzy kryli Bryanta. To według Kobego ustala się rywalizacje na największą ilość zdobytych punktów (45 punktów Bryanta vs 60 punktów Arenasa), na walkę między strzelcem a obrońcą (Bryant vs Prince).

Nawet jeśli Lebron nie pojawi się na umówionym spotkaniu w wielkim finale (albo jak im obu się to nie uda), James już pokazał, że również bardzo go interesuje bycie głównym Królem ligi. W lutym Bryant zdobył 61 punktów przeciwko Knicksom, ustanawiając nowy rekord zdobytych punktów w Madison Square Garden. Dwa dni później, Lebron miał 52 punkty 11 asyst i 10 zbiórek. Później co prawda jedna zbiórka została oficjalnie odjęta, ale informacja o triple double poszła w świat i zrobiła swoje. Wysłała wiadomość, że Kobe może i być superstrzelcem, ale ja potrafię dominować grę w każdym jej aspekcie.

Ostatnia różnica między Bryantem a Jordanem jest taka, że kiedy Jordan wygrywał, wystawiał wszystkich swoich zawodników na test, w czasie którego nie dawał im cienia złudzień, kto jest lepszy. Bryant również testuje swoich przeciwników, z tą różnicą, że czasem pozwoli im zdać egzamin.

org. art.: The Ultimate Rivarly
tłum.: daveknot

Reklamy