W niedziele byłem, zobaczyłem, miałem nadzieje na informacje o odrodzeniu Śląska i się zawiodłem. Nie tylko kompletną ciszą jeśli chodzi o przyszłość klubu, ale również jeśli chodzi o frekwencję. Mówi się, że mamy koszykarskie miasto, a na to wydarzenie przyszło może z 500 osób. Jak nie mniej. Niby dobre i tyle, ale przy takiej ciszy wokół zespołu nastawiłem się chociaż na obecność części klubu kibica, który da o sobie znać i trochę pohałasuje jak za starych dobrych lat.

Najbardziej bałem się w sumie powtórki z pożegnania Keitha Williamsa w Orbicie, która wyszła średnio dobrze. Dla przypomnienia załączę może krótki tekst, który popełnił się moimi krzywymi palcami nieco ponad 4 lata temu:

Jest rok 2010.
Nazywam się David i jestem biednym Amerykaninem, mieszkającym pod Chicago, w standardowym domu, bez kablówki, szybkiego łącza i dostępu do starych meczy. Nie widziałem nigdy na żywo Jordana bo za jego panowania w lidze byłem za młody na te klocki. Z opowieści kolegów z forum Realgm słyszałem jednak, że był z niego kawał zajebisstego wymiatacza.

Jakże się ucieszyłem kiedy dowiedziałem się, że w United Center zorganizowane zostanie spotkanie pożegnalne w którym zagrają legendy ligi: ma być Russell, Jabbar, Magic, Jordan, Bird, nawet Olajuwon się pojawi, jednak z powodu kontuzji będzie siedział tylko na ławce. No ale i tak miło, ze wpadł. W końcu kolega.

Zawiodłem sie, kiedy zobaczyłem, że hala wypełniona została niespełna w połowie, jednak nawet tak mała liczba osób bijących brawo na stojąco powracającemu po latach Jordanowi , zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Boże jak się cieszyłem że znowu zobaczę gwiazdę w akcji. Te dynamiczne wejścia pod kosz, genialny i nie do zatrzymania post-up, rzut z odejściem, zawiśnięcia, lay-upy, paki, bloki, kontry, wsady….aaaaaaaaaaahhh jaki ja byłem szcześliwy! Do tego taka plejada gwiazd – będzie cudownie.

Zdziwiłem się bardzo gdy okazało sie, że Jordan, mimo że wyszedł w pierwwszej piątce, zszedł już po 5 minutach. Sądziłem, że trener sadzał go na ławkę, żeby odpoczął po uganianiu się z Drexlerem, ale nie. On nawet nie usiadł koło kolegów, posszedł wprost do fanów, rozdawał autografy, robił sobie zdjęcia, usmiechał sie co jakiś czas poprawiając swoje wąsiki i masując się po świecącej jak zawsze łysinie.

W między czasie czułem się nieco onieśmielony i poirytowany tym, ze musiałem oglądać pariodę sportu, który kocham. Malone zabijający się o własne nogi, Stockton nie potrafiący przekozłować piłki przez połowę w czasie krótszym niż 10 sekund, O’Neal wyglądający jak napompowany hamburgerami i kurczakami automat do Coli połykający nagminnie nie tylko 99centówki, ale także i swoich przeciwników pod koszem….

A Jego nie było.

Minęła druga kwarta, trzecia, w miedzy czasie w United Center mieliśmy pierwsza w tym roku awarię światła. Nagle 9000 ludzi zaczęło się szyderczo śmiać i wyzywać władze klubu, nie wiem czy to takie miłe na pożegnalnym meczu. Sam się do tego jednak włączyłem, bo mecz i tak przestał być jakąkolwiek radochą po tym, jak Ewing na czworakach opuścił parkiet a Hornacek zasygnalizował zmianę zielonym balonikiem z białym napisem Gatorade. I to ma być nasz sponsor?

Zbliżała się jednak końcówka czwartej kwarty i udało nam się w końcu wywołać głównego bohatera wieczoru. Już widzę te fade-away’e, crossovery, w majtkach czuje ten przysłowiowy hang-time i powoli wiem, co mnie czeka. Michael weźmie sprawy w swoje ręce w ostatnich sekundach meczu. Niczym z Utah, turns… hangs…. fires…., w głowie słyszę komentatora krzyczącego podczas pamiętnego rzutu z Cavs „shot on Ehhloooooo, yesssss”. Wiem, że piłka powędruje teraz do niego. Niech wygra dla nas swój ostatni w życiu mecz w United Center.

No i wygrał, ale rzutami wolnymi a nie półdystansem. Żyjąca legenda. Tyle się nasłuchałem. Że biega. Ze skacze. Ba! Że lata! Chciałem po raz pierwszy i ostatni zobaczyć człowieka, który ma swój pomnik przed halą. Człowieka, który zapoczątkował te cudowne lata w moim kochanym klubie….

A co zobaczyłem?

Spleśniałe kartofle turlające się po parkiecie jak tumany kurzu na biletach, które uparcie kolekcjonuje wydając setki dolarów na ebay’u.

Zardzewiałe legendy dokręcające sobie kolana co drugi krok.

Szyderczych kibiców śmiejących się z każdej nieudanej próby doskoczenia do siatki i wiwatujących po kolejnym podaniu pod nogami.

Widziałem moich idoli, którzy w pewnym momencie sami musieli się czuć głupio z tego co robią. No bo czym oni się różnili od tych, którzy pokrzywdzeni przez los nie mogli kontynuować grania bo byli ograniczeni przez wózek inwalidzki czy brak nóg?

I zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu idąc na ten mecz. Miałem w pamięci opowieści, historie, filmiki… Teraz widzę kulawego łysielca nie mijającego linii rzutów za trzy punkty podającego chimerycznie do swojego 58 letniego kolegi z drużyny.

doceniam gest,
doceniam poświęcenie,
doceniam zasługi,

….. no ale generalnie wizerunek zajebistego Keitha Williamsa poszedł się jebać 😀

Teraz niby było tak samo, ale jednak nieco inaczej. Nikt nie wymłodniał, każda z legend biegała na zwolnionym tempie, ale jakoś patrzyłem na nich z wielkim szacunkiem, respektem i nie ukrywam, sentymentem. Aplauz jaki dostał p. Mirosław Łopatka po celnym osobistym był najgłośniejszy w czasie całego pikniku, a obie drużyny zagrały na wyższym procencie niż okrojony skład srebrnych juniorów Śląska z obecnymi/niedawonymi graczami WKSu.

Zabrakło tylko finalizacji całego wystąpienia pozytywną informacją / jakąkolwiek informacją o przyszłości drużyny.

Reklamy