Jeszcze jutro i do Orlando?

Nie będę podwajał tego, co pisał Maciek, tylko na szybko dodam pojedyncze spostrzeżenia:

1. Po raz kolejny Bucks udowodnili, że są drużyną, która potrafi walczyć do samego końca, przez całe 48 minut meczu. Na 4:09 do końca przegrywaliśmy 73-82, po to, żeby zakończyć mecz serią 18-5 i wygrać 91-87.

2. Salmons miał tylko (aż?) 19 punktów, ale co najważniejsze, zatrzymał Johnsona na 13.
Jennings ze swoich 23 punktów, 14 rzucił na dzień dobry w pierwszej kwarcie.
15 punktów z ławki dołożył Ridnour, a Kurt mimo zerowego dorobku punktowego, miał najlepszy wskaźnik +/- ze wszystkich zawodników.
Bucks pięknie przypilnowali głównych zawodników Atlanty – wspomniany Johnson – 13, Crawford 11, Josh 7.

3. Agresywność, agresywność i jeszcze raz wchodzenie pod kosz. Grając na wyjeździe mieliśmy 23-29 z wolnych, czyli prawie dwa razy więcej niż Hawks (13-17). Wydaje się, że ta statystyka była kluczowa, bo z gry gospodarze rzucali o 2% lepiej niż Kozły.Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że 15  z tych wolnych trafiliśmy w czwartej kwarcie (na 18 oddanych). Taka ciekawostka – w 25 meczach tego sezonu Bucks oddawali mniej niż 18 rzutów wolnych w całym meczu!

4. Oglądanie Ilyasovy szalejącego na desce ofensywnej przypomniało mi po trochu to, jak dominował na tablicach na Euro. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Hammond oddał go za Murphy’ego, jak to początkowo zamierzał.

5. Teraz tylko pozostaje mieć nadzieję na to, że starczy chłopakom wyrachowania i spokoju na zakończenie wszystkiego w następnym meczu.

5 mecz przed nami

Znając życie, nie będzie mi się chciało czekać do 2 i oglądać meczu na żywo, nie mniej, będzie to pierwsza rzecz jaką zrobię z rana. Póki co jednak, szykując się do spotkania, kilka słów wstępu.

1. Problem z graniem na wyjeździe, a w dodatku w Atlancie, będzie ciężki do przeskoczenia. Nie wiem, czy w pierwszych dwóch meczach, Bucks prowadzili dłużej niż przez minutę w Phillips Arena. Poza tym, Hawks po raz ostatni przegrali na własnym parkiecie dokładnie dwa miesiące temu – z Dallas (po dogrywce 104-111; tak na marginesie, prowadzili już 15 punktami, po to, żeby w dogrywce zdobyć tylko 4 punkty). Od tego meczu, wygrali 14 kolejnych pojedynków u siebie, w tym m.in. ze Spurs, Magic, Lakers i Cavs… no i trzy razy z Kozłami.

2. Na wygraną Bucks patrzę z taką samą nadzieją, jak na wczorajszy mecz Oklahomy w Los Angeles – jak szedłem spać czułem się prawie pewnie, że Durant i spółka zatrzymają sensacyjnie gospodarzy i potem w jakiś niewyjaśniony sposób zakończą serię u siebie (najlepiej po dogrywce i buzzerze Westbrooka).

3. Hawks jednak mają zbyt dużo talentów w drużynie, żeby zmarnować taką szansę i przybliżyć się do awansu. Nawet, jesli weźmiemy pod uwagę to, że są średnio doświadczeni, wszystko przemawia niestety za nimi.

Pewne jest jedno – dzisiaj w nocy zobaczymy, w jaki sposób mecze w Milwaukee wpłynęły na obie drużyny. Czy Bucks dostaną zastrzyk nagłej pewności siebie? A może Hawks, wyjątkowo rozwścieczeni, nie dadzą żadnych szans Kozłom?

Czekam na prawdziwy show w wykonaniu gospodarzy – będą źli, będą ostrzy i agresywni. Ale im dłużej gracze Bucks będą to wytrzymywać, tym szybciej gracze Hawks zaczną się denerwować i popełniać błędy.

PS.

Czy tylko ja jestem pod wrażeniem wyjątkowej umiejętności dzielenia się piłką przez  Jenningsa?:)

CARLOS!

Kolejny krok do awansu za nami!

Póki co na usta ciśnie się tylko jedno nazwisko: DELFINO!! 6/8 za trzy i 22 punkty (w tym sezonie tylko cztery razy rzucił więcej – maks 28 – wtedy też trafił 6 trójek, ale przy 10 próbach – raz 24 i dwa razy 23). I takiego meczu potrzebowałem z rana!

Po obejrzeniu spotkania w końcu można powiedzieć coś więcej. Po kolei:

1) Atak Bucks spisywał się znakomicie – grali agresywnie, atakowali kosz (rezultatem tego były 32 wolne), udowadniając wszystkim, że jednak potrafią zagrać dobry mecz pod koszem bez Boguta (i jednocześnie niszcząc Hawks w punktach zdobytych spod kosza 44-26). A wszystko zaczęło się od Jenningsa, który penetrował jak szalony i po raz pierwszy w karierze zakończył mecz z ponad 50% skutecznością z gry nie trafiając ani jednej trójki. Cały plan Skilesa, żeby atakować i być agresywnym, został idealnie zrealizowany przez naszego szalonego rozgrywającego. 23 punkty, 6 asyst i tylko jedna strata to naprawdę niezłe cyferki jak na debiutanta. No i wracając do tej penetracji – udało się dzięki temu uzyskać ponad 55% skuteczność z gry i wymusić naprawdę sporo osobistych. Cegiełkę dołożył Salmons, trafiając wszystkie 10 wolnych oraz 6 z 9 rzutów z gry (w sumie 22 punkty).

2) Wspomniany wcześniej Delfino – pisałem o nim kilka postów temu i wiedziałem, że jak on zagra dobrze, to nie ma szans, żeby Bucks przegrali. No i dzisiaj się stało – trafiał trójki jak opętany, momentami nawet nie zastanawiając się przez chwilę nad rzutem (inna sprawa, że Hawks naprawdę robili wszystko, żeby część z tych trójek była oddana z zupełnie czystej pozycji).

3) W obronie trzeba zwrócić szczególną uwagę na Thomasa, który mimo wieku pokazał, że jeszcze można na niego stawiać. Wszędzie wciskał rękę, doskonale zachowywał się na zasłonach, zastawiał kosz i stał mądrze w obronie przy penetracjach no i znowu walnie przyczynił się do tego, że Horford zakończył mecz jedynie z 8 punktami, 8 zbiórkami i musiał przed czasem opuścić parkiet za faule. No i ten blok Gadzuricia na Johnsonie – Gadz jak zawsze nie wniósł zbyt wiele w statystyki swoimi klockowatymi rzutami i drewnianym bieganiem, ale skurczybyk jak zawsze wniósł niesamowitą dawkę energii na parkiet, która momentalnie przeniosła się na trybuny.

4) Kolejny ciężki wieczór dla Josha Smitha: buczenie za każdym razem przy posiadaniu piłki, czy nawet przy wypowiadaniu przez spikera jego nazwiska. Zagrał w sumie niezły mecz w ataku, ale Kozłom udało się ograniczyć jego grę w kontrze (w sumie cała drużyna Hawks zdobyła w tym meczu 9 punktów z kontry), co będzie kluczowe również w kolejnych meczach.

5) Co nas czeka dalej? Pewnie kontynuacja serii, gdzie gospodarze wygrywają mecze u siebie. Plusem na pewno jest to, że pewność siebie u Kozłów jest w tej chwili tak wysoka, że pewnie chętnie zagraliby już dzisiaj kolejny mecz w Atlancie. Osobiście liczę na jeden steal na wyjeździe, pod warunkiem, że uda się utrzymać wysoką skuteczność w ataku i naprawdę solidną obronę.

6) Bucks rzucali wolne z 87,5% skutecznością i zdobyli z osobistych więcej punktów (28) niż Hawks w ogóle stawali na linii (21).

7) Gracze Hawks mieli w całym meczu tylko 2 bloki. W pierwszym meczu sam Smith miał ich 5.

Bucks-Hawks: wrażenia po meczu

Trzeci mecz Bucks z Hawks przebiegł zgodnie z planem, jednak dalej Kozły muszą wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, żeby awansować do kolejnej rundy. Wygrana 107-89 była dokładnie tym, czego potrzebowali zawodnicy, kibice i wszystkie osoby związane z prowadzeniem koszykówki w Milwaukee.

Jennings miał powody do zadowolenia – jego trójki w pierwszej kwarcie pozwoliła kibicom wejść w ten mecz oraz wypracować bezpieczne prowadzenie. W końcu też dobrze było widzieć tak żywiołowo reagującego Kozła, uderzał się w klatę patrząc gdzieś daleko w trybuny, jakby chciał pokazać, że mimo skromnych warunków ma predyspozycje do tego, żeby być pierwszoplanowym gorylem w stadzie i prowadzić ich w przyszłości od wygranej do wygranej. Naprawdę, w końcu playoffy zawitały z powrotem do Wisconsin.

Zabrakło mi w tym meczu ostrej walki ze strony graczy Atlanty. Milwaukee, mimo porażek w dwóch pierwszym meczach, umiało wrócić chociaż na moment do gry. Teraz, Hawks mieli jeden zryw pod koniec pierwszej połowy, jak zbliżyli się na 12 punktów, potem zaraz na początku trzeciej Johnson trafił trójkę i zapowiadała się dramaturgia do końca meczu. Ale po trójce Delfino (w końcu!), Thomas ładnie przykrył Horforda, Mbah wymusił i trafił dwa wolne, a następnie Jennings znalazł ładnie biegnącego do kontry Mbah, który w akrobatyczny sposób wyprowadził kozły na 16 punktów. Po kolejnej trójce Delfino było już praktycznie po meczu.

Co mnie bardzo miło zaskoczyło w tym meczu to fakt, że Mbah, póki co nasz najlepszy obrońca przeciw Joshowi, w końcu zdobył więcej punktów niż jego vis-a-vie. Widać było gołym okiem, że zasięg i gibkość Mbah są o wiele skuteczniejsze przeciwko Smithowi niż Delfino, który krył go w pierwszych meczach. Oglądając mecz miałem też nieodparte wrażenie, że Smithowi się nie chciało grać: słaniał się po parkiecie i może oprócz kilku zrywów cały czas wyglądał na kogoś, kto chce iść szybko do szatni i wskoczyć pod prysznic. Pewnie kibice, buczący za każdym razem jak Smith miał piłkę, dołożyli do tego swoje dwa grosze. W dzisiejszym meczu spodziewam się już innego grania ze strony Smitha i Hawks, ale trzeba to przyznać – Bucks zrobili zmiany, na które gracze Atlanty nie znaleźli żadnej odpowiedzi.

Poza meczem, miło było zobaczyć aplauz na stojąco dla Hammonda, który odbierał nagrodę dla najlepszego managera z rąk Laniera przed meczem.

Znalezione na innych blogach:

1. Co można zrobić ze starą koszulką Jeffersona, po tym jak się zrobiło gigantyczny błąd i kupiło jego koszulkę? Najlepiej popisać się mała kreatywnością i zrobić coś takiego:2. Bardzo ucieszyła mnie też postawa Boguta na ławce, który mimo braku ręki pokazuje już pierwsze oznaki dobrego samopoczucia. Poniżej, jego własna interpretacja „ole”

Czekam z niecierpliwością na dzisiejszy mecz, spodziewając się o wiele trudniejszej przeprawy niż ostatnio. Liczę jednak, że znowu uda się ograniczyć poczynania Smitha i Horforda, a w ataku swoje zrobią Jennings z Salmonsem.

O dwóch niesportowych gwizdkach

Udało mi się obejrzeć praktycznie całą drugą połowę Realu z Granadą i co się naśmiałem w ostatnich 20 sekundach meczu to moje. Real mecz musiał wygrać, żeby przybliżyć się do drugiego miejsca w sezonie zasadniczym, a Granada wygraną u siebie mogła się zbliżyć do awansu do play offów. Na 20 sekund przed końcem spotkania mieliśmy remis, a piłkę z boku wyprowadzali gospodarze. Messina zdecydował się na przerwanie akcji już w drugiej sekundzie, przez co na linię wolnych powędrował, załóżmy Gutierez (już nie pamiętam dokładnie). Trafił oba – czas na Realu.

Po reklamach, piłkę wyprowadzają gospodarze, a akcja kończy się już po dwóch sekundach faulem. Dwa wolne dla gości wykorzystane i znowu mamy remis na 16 sekund przed końcem. Czas dla Granady, piłka wyprowadzana z boku, niedokładne podanie szybko przechwycił Prigioni i gracze Realu desperacko uciekają przed faulami.

I tutaj dzieje się najgorsza rzecz, z jaką można się spotkać w momentami zaściankowej europejskiej koszykówce. Uciekającego gracza fauluje (wiadomo że celowo) załóżmy Gianella, a sędziowie odgwizdują przewinienie niesportowe. Tylko i wyłącznie dlatego, że celem ataku nie była piłka a ewidentnie zawodnik. Ile razy takie sytuacje doprowadzały mnie do szewskiej pasji, kiedy końcówka zaciętego meczu została ewidentnie wypaczona przez sędziów. Co jest takiego w mentalności europejskich sędziów, że lubują się w decydowaniu o meczach, wychodzenia na pierwszy plan w tak kluczowych momentach? Mniejsza o to, do rozegrania mamy jeszcze 5 sekund i piłkę po wolnych wyprowadza Real prowadząc 69-66. Podanie do rogu, przerzut na drugą stronę na wysokości ponad 3 metrów ląduje w trybunach i na 3 sekundy przed końcem mamy znowu piłkę dla gospodarzy. Nie ma już time-outu do wzięcia, dlatego piłkę z autu od razu otrzymuje mój ulubieniec, Joe Ingles. Wiadomo, że w takich momentach nie ma już czasu na pomyślenie o tym, co zrobić, tylko trzyba dwoma podaniami dobić się jak najbliżej kosza i trafić trójkę na dogrywkę. Ingles wybija, dostaje podanie zwrotne w takim momencie i w takim miejscu na boisku, że nie ma jak wyminąć doskonale ustawionego Garbajosy. Sędziowie odgwizdują ewidentny faul w ataku i dodają do tego, nie wiadomo skąd i po co, przewinienie niesportowe! Efekt? Dwa wolne (celne) plus piłka z boku dla Realu na 1,3 sekundy do końca.

Gdybym był na hali i kibicował Granadzie, oczywiście najpierw wściekałbym się na niewykorzystane wolne, a potem zacząłbym bluzgać na sędziów za wydrukowanie spotkanie (albo odwrotnie).

Czy istnieje jakaś realna szansa na to, że w najbliższych sezonach zostanie zniesione to restrykcyjne sędziowanie, gdzie zapomina się o duchu walki i sprowadza wszystko do regulaminowych zapisów w przepisach? (O strzałce nawet nie wspominam, bo po co.)

Wracamy do Milwaukee

Nie pamiętam jeszcze takiej sytuacji, aby drużyna miała tak długą przerwę między dwoma meczami – Bucks i Hawks ostatni mecz rozegrali we wtorek. Mecz trzeci, a jednocześnie pierwszy mecz PO w Milwaukee po bodaj czterech latach, zostanie rozegrany dopiero dzisiaj w nocy. Z punktu widzenia polskiego fana, sytuacja nie jest może tak absurdalna, jak dla ludzi mieszkających w Milwaukee; przez to, że mecz został przesunięty na dziś, w tym samym czasie przyjdzie grać Kozłom i Brewers, którzy w Milwaukee są zdecydowanie bardziej notowani niż drużyna NBA. Znowu staniemy się pośmiewiskiem ligi, że nie potrafimy zapełnić hali nawet na play offy…

Trzy dni przerwy spowodowały, że zawodnicy obu drużyn powoli zaczęli szukać innych rozrywek:
– Horford chciał iść na mecz baseballa w Atlancie, ale nie zdążył dojechać na czas,
– Mbah a Moute ambitnie ćwiczył rzuty przed meczem – pół treningu spędził próbując trafić zza tablicy a’la Kobe i James,
– Ridnour opatentował nową grę – chciał trafił piłką tenisową do kubka ustawionego na bieżni, rzucając ją o ścianę siłowni i licząc na to, że po kilku odbiciach wpadnie do celu,
– a Josh Smith chwalił Milwaukee

A co muszą zrobić Bucks, żeby wygrać i uniknąć sytuacji, w jakiej znalazło się Miami? Przede wszystkim trzeba zwiększyć ilość zdobywanych punktów przez skrzydłowych. Delfino, Mbah czy Thomas w pierwszych dwóch meczach zdobywali średnio 16 punktów i 16 zbiórek oraz 16 punktów i 14 zbiórek. Horford i Smith dają więcej swojej drużynie każdego meczu… Mam nadzieje, że ci trzej zawodnicy w końcu przypomną sobie, że nie każdy z nich jest doskonałym strzelcem. Mbah a Moute powinien wrócić do dobijtek, walki pod koszami, bieganiem do kontr i podwajaniem. Thomas niech stawia zasłony i ewentualnie skupia się na półdystansie. A Delfino, który w sezonie regularnym rzucał z 40% skutecznością, nagle spadł do 31% przeciwko Atlancie. Jeśli Bucks marzą o wygranej, to Carlos musi się w końcu obudzić w ofensywie.