Nie pamiętam jeszcze takiej sytuacji, aby drużyna miała tak długą przerwę między dwoma meczami – Bucks i Hawks ostatni mecz rozegrali we wtorek. Mecz trzeci, a jednocześnie pierwszy mecz PO w Milwaukee po bodaj czterech latach, zostanie rozegrany dopiero dzisiaj w nocy. Z punktu widzenia polskiego fana, sytuacja nie jest może tak absurdalna, jak dla ludzi mieszkających w Milwaukee; przez to, że mecz został przesunięty na dziś, w tym samym czasie przyjdzie grać Kozłom i Brewers, którzy w Milwaukee są zdecydowanie bardziej notowani niż drużyna NBA. Znowu staniemy się pośmiewiskiem ligi, że nie potrafimy zapełnić hali nawet na play offy…

Trzy dni przerwy spowodowały, że zawodnicy obu drużyn powoli zaczęli szukać innych rozrywek:
– Horford chciał iść na mecz baseballa w Atlancie, ale nie zdążył dojechać na czas,
– Mbah a Moute ambitnie ćwiczył rzuty przed meczem – pół treningu spędził próbując trafić zza tablicy a’la Kobe i James,
– Ridnour opatentował nową grę – chciał trafił piłką tenisową do kubka ustawionego na bieżni, rzucając ją o ścianę siłowni i licząc na to, że po kilku odbiciach wpadnie do celu,
– a Josh Smith chwalił Milwaukee

A co muszą zrobić Bucks, żeby wygrać i uniknąć sytuacji, w jakiej znalazło się Miami? Przede wszystkim trzeba zwiększyć ilość zdobywanych punktów przez skrzydłowych. Delfino, Mbah czy Thomas w pierwszych dwóch meczach zdobywali średnio 16 punktów i 16 zbiórek oraz 16 punktów i 14 zbiórek. Horford i Smith dają więcej swojej drużynie każdego meczu… Mam nadzieje, że ci trzej zawodnicy w końcu przypomną sobie, że nie każdy z nich jest doskonałym strzelcem. Mbah a Moute powinien wrócić do dobijtek, walki pod koszami, bieganiem do kontr i podwajaniem. Thomas niech stawia zasłony i ewentualnie skupia się na półdystansie. A Delfino, który w sezonie regularnym rzucał z 40% skutecznością, nagle spadł do 31% przeciwko Atlancie. Jeśli Bucks marzą o wygranej, to Carlos musi się w końcu obudzić w ofensywie.

Advertisements