Michael Hawkins, urodzony 28 października 1978 roku w Canton (Ohio), mimo iż nie zrobił zawrotnej kariery w NBA, to jednak na lata zapuścił korzenie w sercach Wrocławskich kibiców koszykówki i z marszu stał się jednym z lepszych jedno sezonowych rozgrywających, jacy kiedykolwiek grali w naszym klubie.

Zanim jednak trafił do stolicy Dolnego Śląska, udało mu się zwiedzić kawałek Stanów Zjednoczonych oraz kilka większych miast Europy. Od zakończenia studiów w 1995, Hawkins wędrował po wielu klubach w Europie, walczył w CBA (z największymi sukcesami w drużynie Sioux Falls Skyforce gdzie rzucał średnio ponad 12 punktów i rozdawał 7,5 asysty na mecz) i grał w 10 różnych drużynach NBA (zarówno w sezonie zasadniczym, jak i tylko na campach). W sumie w NBA rozegrał 75 meczów w czterech drużynach: Bostonie, Cleveland, Sacramento i Charlotte, zdobywając średnio 1,8 punktu oraz 1,6 asysty na mecz. Jego ostatnia drużyna w NBA, Cavs, zwolniła go już w połowie sezonu, kiedy po 10 meczach zdobywał piorunujące 0,8 punktu na mecz oraz 1,3 asysty.W 1998 roku, po słynnym buncie zawodników, został wybrany przez Rudy’ego Tomjanovica do pełnienia roli rozgrywającego na mistrzostwach świata, w których Amerykanie zdobyli brązowy medal.

Oczywiście, po takich występach, żadna z drużyn za oceanem nie była nim zainteresowana, dlatego zakończył sezon w Barcelonie, gdzie był zmiennikiem Sarunasa Jasikieviciusa. Co ciekawe, w tym samym czasie był bardzo namawiany przez Tyrice’a Walkera, kolegę z czasów studiów w Xavier, do przeprowadzki do Warszawy i gry dla Mazowszanki. Ostatecznie jednak przeprowadził się do Katalonii, gdzie grał u boku młodego Pau Gasola (o którym w jednym z wywiadów dla GW powiedział: „Jest wysoki, a przy tym sprawny fizycznie. Potrafi rzucać, podawać, a przy tym kocha koszykówkę. Uważam, że ma szansę zrobić karierę w NBA. Jego olbrzymim atutem jest to, że pomimo wysokiego wzrostu i postury środkowego, potrafi robić rzeczy, które zwykle wykonują niscy skrzydłowi. To naprawdę wyjątkowy gracz”. Gra w Hiszpanii tak bardzo mu się spodobała, że nie zamierzał się wyprowadzać, gdyby tylko nie zmieniły się zasady dla obcokrajowców. Zdecydował się zatem na desperacki jak na niego krok i podpisał roczną umowę z Ideą Śląskiem, wybierając wrocławski klub nad litewską drużyną.

Po przeprowadzce do Polski, Michael miał wiele atrakcji. „Pewnego razu pojechaliśmy na obóz w góry, a jednym z ćwiczeń była jazda na rowerze. W sumie przejechaliśmy tylko 4 km, ale zajęło nam ponad 3,5 godziny.” W trakcie całego swojego pobytu, Hawkins odkrywał, że życie we Wrocławiu wcale nie przypomina tego, które pamiętał gdy grał w NBA. Treningi odbywały się dwa razy dziennie po dwie godziny każdy, a w ciągu połowy sezonu miał okazję pracować aż z trzema różnymi trenerami. Do tego jeszcze te podróże autobusem: „raz na mecz jechaliśmy przez 10 godzin w śniegu. Tragedia.” Wtedy 29 letni jeszcze Hawkins był gotów na wiele poświęceń, aby tylko jego gra stała na najwyższym poziomie.

Do trudnych początków, swoje dwa grosze dołożyła też niska temperatura. Nie był też przyzwyczajony do życia w tak małym miasteczku, dlatego większość czasu spędzał u siebie w domu. Nie mógł jednak narzekać na warunki. W końcu udało mu się podpisać kontrakt z sześcioma „zerami”, dostał własne mieszkanie oraz samochód. Klubowy Daewoo, jak się potem okazało, bardzo zaskoczył Hawkinsa: „nigdy wcześniej nie słyszałem o takiej marce.”

Michael przyleciał do Polski na początku lata 2001, zostawiając w Stanach żonę i rocznego syna Nigela, którzy mieli do niego dołączyć 11 września. Pech chciał, że ich data przylotu zbiegła się z zamachem na WTC. Tanya, żona amerykańskiego rozgrywającego, była od tego czasu tak przerażona lataniem, że spotkali się dopiero na Boże Narodzenie, jak Michael poleciał do Houston. Udało mu się ją jednak namówić do wspólnego powrotu i od tego czasu cała trójka zamieszkała we Wrocławiu. Tanya, jak typowa amerykanka, w jednym z wywiadów dla prasy popisała się znajomością geografii, kiedy wspomniała, że była bardzo sceptyczna co do wylotu do Polski, bo po pierwsze nie wiedziała za bardzo gdzie to jest, a po drugie, nie sądziła, że będzie tam profesjonalny klub koszykarski.

Śląsk rozgrywał wtedy doskonały sezon, wygrali 12 z  pierwszych 14 meczów, w czasie których Michael notował średnio 10 punktów oraz 6 asyst. Taki start nie był jednak przekonujący do prezesa Schetyny, który postanowił zwolnić włoskiego trenera Pierro Bucchiego (któremu jeszcze wcześniej udało się wygrać z wielkim Maccabi – film poniżej).

Jak wiemy nie udało się też z Chorwackim szkoleniowcem Jasminem Repesą, który poprosił o zerwanie kontraktu, bo chciał wrócić i trenować klub w ojczyźnie i ostatecznie stanęło na tym, że trenerem po raz kolejny został Andrej Urlep. Jaka była gra Śląska za czasów słoweńskiego trenera każdy kibic pamięta, znane są też plotki co do jego negatywnego (delikatnie mówiąc) podejścia do czarnoskórych graczy. Jak się jednak okazało, Hawkins idealnie pasował do stylu gry prezentowanego przez urlepowski styl. Był typowym przedstawicielem powoli umierającego gatunku rozgrywających, którzy najpierw myśleli o podaniu, potem o rzucie. Jego wyjątkowa szybkość pozwalała na szybkie miniecie obrońców, penetracje oraz odegrania do drugiego Michaela w drużynie, Amerykanina Wrighta, z którym doskonale się rozumieli.

Michael, pomimo ledwie 183 centymetrów wzrostu, był boiskowym walczakiem. Najbardziej dał o tym znać w kwietniu 2002 roku, gdzie w meczu ze Stargardem Szczecińskim wdał się w bójkę z centrem przeciwników Gintarasem Stulgą (wideo poniżej). Zaczęło się od tego, że (mniej lub bardziej) przypadkowo Litwin został uderzony w gardło. Tak mocno, że aż zwalił się z hukiem na parkiet. Po szybkim dojściu do siebie wstał i wymierzył prawy prosty w twarz Hawkinsa. Gdy Amerykanin się podniósł, zaczęła się przepychanka między tymi zawodnikami, którzy musieli zostać rozdzieleli przez kolegów z drużyny.

Oficjalne oświadczenia obu drużyn po tym incydencie bardzo się różniły. Jak czytaliśmy w gazecie wyborczej: „Nasz zawodnik  nie miał zamiaru dokonania faulu na zawodniku drużyny przeciwnej, a już na pewno nie chciał u niego  spowodować jakichkolwiek obrażeń. Całe zdarzenie wynikało z dynamicznego przebiegu gry i w żaden sposób nie może być uznane za umyślne naruszenie przepisów… Absurdalne są głosy, w których rozpatruje się możliwość ukarania zawodnika Idei Śląska.” Działacze Stargardu, widzieli to nieco inaczej: „Sądzę, że w ocenie tego zapisu  nie będziemy się różnić. Myślę, że jak nie starcza umiejętności i przy takiej różnicy finansowej i organizacyjnej nie umie się wygrać na parkiecie, to nie możemy dopuścić, by mecze nasze stały się gigantycznymi bijatykami. (…) tolerowanie takich zachowań, jak pokazał Hawkins, nie będzie służyło polskiej koszykówce”.

Ostatecznie jednak Michael nie został zawieszony i zagrał w półfinałach mistrzostw Polski. Pech jednak chciał, że sprawiedliwości stała się zadość i niedługo potem Amerykanin odniósł kontuzję nogi, która postawiła pod znakiem zapytania jego dalsze występy w finałach z Prokomem. Śląsk szybko jednak wyszedł na bezpieczne prowadzenie 3-1 i piąty mecz w Hali Ludowej wydawał się być tylko formalnością. Ihasan, z forum e-basket.pl tak wspomina tamto spotkanie:

Składy obu drużyn:
ŚLĄSK: Michael Hawkins, Maciej Zieliński, Dainius Adomaitis, Michael Wright, Piotr Szybilski
PROKOM-TREFL: Igor Milićić, Darius Maskoliunas, Josip Vranković, Tomasz Jankowski, Gary Aleksander

Śląsk przed tym spotkaniem miał już bilans 3-1, po czterech Finałowych spotkaniach. Dwie wygrane we Wrocławiu i po jednej wygranej i przegranej w Sopocie. Ponadto do tego meczu przystępował bez Aleksandra Miłosierdowa, który mimo dobrej dyspozycji został odsunięty od spotkania, przez trenera Andrieja Urlepa. Szczerze mówiąc byłem zszokowany tą decyzją, dlaczego …. ten rosyjski obrońca był genialnym zawodnikiem, który po roszadach w składzie Śląska i absencji na początku roku Pacesasa, bardzo dobrze wkomponował się w drużynę, no i okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Niestety, albo stety miał olbrzymią wadę, nie umiał „trzymać języka za zębami”, co w połączeniu z trenerem Urlepem dało … mieszankę wybuchową.

PIERWSZA KWARTA:

Pierwsza piłka w górze i piłka dla Śląska. Oczywiście, jak to często to bywało w tych finałach większość akcji przeprowadzana było przez środek parkietu. Tak było i tym razem. Ale pierwsze punkty spod kosza zdobył, najmniejszy na parkiecie Michael Hawkins, później szybka odpowiedź Trefla w postaci rzutu za 3 pkt. Milicića, Śląsk konsekwentnie grał przez środek parkietu, co efekt w postaci dwóch fauli Aleksandra na Wright`cie i kolejne 4 pkt (spod kosza!!!) Michaela Hawkinsa. Po 3-ech minutach tego spotkania już 3-y faule na swoim koncie miał Aleksander, co skończyło się powędrowaniem na ławkę rezerwowych, zaś w jego miejsce wszedł Michael Ansley, który niestety nic ciekawego nie wniósł do gry Trefla, wręcz przeciwnie, królem deski w ofensywie był Piotr Szybilski, który nawet gdy nie trafiał spod kosza, potrafił zebrać i poprawić swój rzut. Na cztery minuty przed końcem pierwszej kwarty, Śląsk miał przewagę 8 pkt. (20-12) po dwóch akcjach 2+1 najpierw Zielińskiego, późnej Szybilskiego. Wynik spotkania zniwelował Dragan Marković do 3-ech punktów 22-19, który zdobył 6 pkt. z rzędu!! … a na minutę przed końcem Śląsk przegrywał 22-23! Pod dwóch akcjach Ansley’a i Markovića, który miał genialne wejście w tej kwarie – 8pkt. w kwarcie! Kwarta kończy się wynikiem 27-26 dla Śląska po rzucie za 3 pkt. M.Hawkinsa. (który w tej kwarcie zdobył 9 pkt.)

DRUGA KWARTA

Zaczęła się od wymiany ciosów, ze strony Trefla Marković, ze strony Śląska Wright, zaś akcje dwóch „Majków” Hawkinas i Wrighta pick&rollowe, można było oglądać wręcz do znudzenia. Zaś ze strony Trefla bardzo dobre minuty w wykonaniu Milićić`a oraz Tomasza Jankowskiego, jakby w cień odszedł Bardzo dobrze spisujący się Marković, zaś Vranković był całkowicie bezproduktywny, po genialnych występach w Sopocie, tym razem raził nieporadnością tak samo jak Maskoliunas, który zapisał się w protokóle już trzema faulami (w piątej minucie 2-gie kwarty).
Na 4-y minuty przed końcem pierwszej połowy przewaga Śląska wynosiła już 10 pkt. po rzucie za 3 pkt. Macieja Zielińskiego. Bardzo dobre minuty w wykonaniu Adomaitisa, Tomczyka i Pacesasa. Ten pierwszy nawet na minutę nie zszedł z parkietu od początku spotkania, co świadczyło jak ważą postacią był we Wrocławskim Śląsku. Wejście Gregova i Wilczka w Treflu też niewiele zmieniło w grze gości, którzy nadal razili nieporadnością, choć Gregov zdobył 7 pkt. niewiele to zmieniło w obrazie gry. W tej kwarcie potwierdziło się również przysłowie, że „Szczęście sprzyja lepszym”, koszykarze Śląska rzucali z takich pozycji, przy podwajaniu, że niektóre rzuty nie miały wręcz prawa wpaść do kosza, ale to co robił pod koniec połowy Zielony to … aż się wierzyć nie chciało.

Po pierwszej połowie Śląsk wygrywał z Treflem 54-43.

TRZECIA KWARTA

Zaczęła się od kontrataku Śląska, po której Adomaitis zdobywa swoje kolejne punkty i zwiększa przewagę do 13 pkt.!! Niestety później punktowali już tylko koszykarze Trefla, którym udało się zmniejszy przewagę Śląska do 6 pkt. kolejno po akcja Milićića, Jankowskiego i Markovića. Dobrą passę Trefla przełamuje Michael Wright akcją 2+1. Odpowiada na to Vranković, który dopiero w 6-tej minucie III-ej kwarty zdobywa swoje pierwsze punkty!! Ale to, że to był dzień Śląska pokazał Adomaitis, który biegnąc do kontrataku nie kończył akcji spod kosza, lecz rzucał za 3 pkt.!! … co najważniejsze trafiając. Zaś, po przechwycie Maćka Zielińskiego i efektownym wsadzie zrobiło się ponownie +11 pkt, dla gospodarzy tego spotkania. …. A to że w tych finałach Michael Wright, nie miał sobie równych pod koszem Świadczy o tym choćby fakt, że pod koniec trzeciej kwarty Gary Aleksander siedział już na ławce z 4-em faulami. Chwilę później po pięciu faulach na ławkę musiał usiąść Maskoliunas, który prócz dwóch rzutów za trzy punkty praktycznie niczym nie zachwycił w tym meczu, który właśnie się dla niego skończył.

.. jednak najmądrzej zachował się Vranković, który na 2 sekundy do końca meczu faulował wychodzącego na czystą pozycję i przygotowującego się do wsadu M.Wrighta. Oczywiście odgwizdany został faul umyślny dla gracza z Sopotu, a Wrigth po trafieniu 1-ego osobistego doprowadził do 13 pkt. przewagi Śląska 79-66.

CZWARTA KWARTA

… szczerze powiedziawszy, wierzyłem że będą to ostatnie minuty (10 minut) Śląska w tym sezonie. Sopocianie rzucili się do odrabiania strat i zaczęli rzucać za 3 pkt., najpierw Vranković, później Jankowski. Odpowiedział tylko Tomczyk w barwach Śląska i przewaga Śląska wynosiła „tylko” 10 pkt. Ale jak nie idzie to … jest na miejscu Adomaitis, który mając wolną drogę do kosza rzuca za 3-y pkt i jak zwykle w tym spotkaniu trafia!! Od tego momentu zaczyna się gra koncertowa Śląska Wrocław, bardzo dobrze w tym fragmencie gry rozgrywa piłką Pacesas, który po kolejnej asyście tym razem do Tomczyka (ten kończy efektownym wsadem) doprowadza do 15 pkt. przewagi Śląska, a po rzucie Adomaitisa z półdystansu było już 90-73 a Dainius rzuca swój 20 pkt. w tym meczu.
Ale akcję meczu pokazał kapitan Śląska Wrocław – Maciej Zieliński, który po wejściu na kosz efektownym wsadem nad Marković`em kończy akcję. Przy stanie 95-76 trener Urlep wprowadza zmiany na parkiecie, wprowadzając na parkiet Adamka, Wiekiere oraz Kożeńca.
W Hali Ludowej istne święto, totalny tumult i bardzo gorący doping kibiców Śląska …. … a to, że Trefl już był dobity, przez Śląsk na dwie minuty przed końcem spotkania świadczy fakt, że koszykarze z Sopotu zaczęli przestrzelać rzuty za trzy punkty. Ostatnie punkty w meczu rzuca Paweł Wiekiera (6 pkt.) … setka pękła 101-79 .. w hali Ludowej zapanowała euforia, a ławka rezerwowych złożyła hołd (wszyscy grzecznie się pokłonili). Takim wynikiem kończy się spotkanie i Śląsk po raz 17-sty Święci Mistrzostwo Polski.

Chwilę później zawodnicy Śląska wpadli sobie w ramiona na środku parkietu. Radość była tak ogromna jakby Śląsk po raz pierwszy zdobył to Mistrzostwo, Śląska rozpoczął świętowanie 17 w historii, a piątego z rzędu Mistrzostwa Polski. Po raz czwarty wywalczył go z Andriejem Urlopem, choć tym razem było trudniej niż chociażby przed rokiem.

Później były medale, śpiewy i jeszcze przez ponad pół godziny nie opuszczał wrocławskiej Hali Ludowej oraz nieodzowne „We are the champons … „

W spotkaniu tym punktowali:
Śląsk: Wright 22, Adomaitis 20(3), Zieliński 16(1), Hawkins 14(1), Szybilski 9, oraz Tomczyk 10, Pacesas 6(1), Wiekiera 6, Adamek 0, Kożeniec 0.
Prokom-Trefl: Jankowski 16(1), Milićić 14(2), Vranković 11(1), Maskoliunas 9(3), Aleksander 4 oraz Marković 16, Gregov 7(1), Ansley 2, Dylewicz 0, Wilczek 0.

http://www.youtube.com/watch?v=iDKHZ1X8e8Y

Mimo tego, że Wrocław uchodzi za międzynarodowe i rozwinięte miasto, Michael nie do końca dobrze wspomina pobyt w stolicy Dolnego Śląska. „Kiedy tylko wychodziliśmy z Michaelem [Wrightem] na miasto, wszyscy się na nas patrzyli. Przez to, że nie było tam wiele osób o naszym kolorze skóry, byliśmy wielką atrakcją, szczególnie spacerując po rzadziej uczęszczanych uliczkach. Pamiętam, że raz nawet ktoś się mnie zapytał, z której części Afryki jestem.”

Doskonale za to pamięta kibiców, którzy wypełniali Halę Ludową w pełni i jak zwykle zdzierali gardła na każdym spotkaniu. 8000 wiernych kibiców na meczu nie było jednak w stanie dopingować tak głośno, żeby przekonać Michaela do zostania we Wrocławiu na kolejny sezon. Jak tylko Śląsk zdobył mistrzostwo, Hawkins szybko uciął rozmowy o przedłużeniu kontraktu mówiąc, że chce spróbować ponownie dostać się do NBA. Nawet gdyby mu się to nie udało, to planował pograć zawodowo w koszykówkę maksymalnie przez trzy lata.

Po tym jak pożegnał się z miastem oraz darmowym Daewoo, spróbował po raz kolejny swoich sił w Ameryce. Gdy jeszcze raz mu się nie udało podpisać kontraktu z żadną drużyną, wrócił do Hiszpanii, aby znowu reprezentować barwy Realu. Również i tam nie zagrzał na długo miejsca i na moment pojawiły się plotki o powrocie do Polski, tym razem do Sopotu. Prezes Sopotu, Tadeusz Szelągowski, szybko jednak uciął wszelkie plotki mówiąc, że zespół nie potrzebuje dodatkowych graczy. Rozgrywający był jednak potrzebny w belgijskim klubie Basketball Club Oostende, gdzie Michael dokończył sezon.

Tam też zaczął się schyłek bogatej w wędrówki kariery Hawkinsa. Następnie były testy w drużynie 2 ligi włoskiej Castelmaggiore FuturVirtus, ale 32 letni wtedy zawodnik nie podpisał ostatecznie kontraktu i wrócił do CBA do Sioux Falls Skyforce, gdzie dograł do końca sezonu 2003 /04. Sezon 2005/06 spędził w Syrii, grając dla drużyny Al Jalaa Aleppo (obecnie gra tam znany z polskich parkietów Chudney Gray).

Potem słuch po nim zaginął. Żadnych informacji na internecie, można więc zakładać, że leciwy już Michael prowadzi spokojne życie w Stanach, rozlewając benzynę na stacji, albo pakując frytki w Burger Kingu. Ja Michaela zapamiętałem jako jednego z sympatyczniejszych amerykańskich zawodników, jacy kiedykolwiek grali w Śląsku. Wielkim wydarzeniem był krótki pomeczowy spacer koło Hali Ludowej, kiedy prowadząc poważne rozmowy o przyszłości polskiej koszykówki sfinalizowałem wymianę mojego wieloletniego szalika Śląska za bardzo znoszoną zimową czapkę Hawkinsa (którą po praniu nosiłem przez kilka zim, mimo, że była na mnie nieco za duża). Dla mnie, zakochanego w koszykówce licealisty, było to wielkie wydarzenie, ale ciekawe, czy Michael patrząc na ten szalik (który przecież na pewno wisi nad kominkiem w salonie) wspomina ten rok, który spędził we Wrocławiu z taką satysfakcją jak ja.

A Wy jak pamiętacie Hawkinsa?

Autor: Dawid Księżarczyk
Reklamy