Dwa mecze, po których znienawidziłem koszykówkę

Suns @ Knicks 129 – 121

Bucks @ Rockets 84 – 93

Jak tylko żonka dowiedziała się, że mecze zaczynają się o 19.00, jakoś posępniała. Przestała się odzywać, nie jadła i przegapiła chyba pierwszy w życiu odcinek „Jak dobrze wyglądać nago”. Żaden z tych symptomów nie mógł oznaczać niczego dobrego. Kiedy zadzwoniła do mnie z pracy i powiedziała, że nie będzie wracała bezpośrednio do domu ucieszyłem się, że nie rzuciła słuchawką. Kiedy faktycznie nie wróciła o planowanej godzinie, ucieszyłem się jeszcze bardziej.

[czytaj dalej]

 

 

Pacers bez szans ze świetnie broniącymi Bulls

Bulls @ Pacers 86 – 99

Mecz w Conseco Fieldhouse był jednostronnym popisem wyśmienitej defensywy Byków, które od początku spotkania wyszły na prowadzenie, którego nie oddały do końcowego gwizdka. Od pierwszych minut tempo napędzali Rose z Boozerem, a ich intensywność w ataku cały czas szła w parze z doskonałą, twardą zespołową obroną. Thibodeau w końcu wyegzekwował od swojej drużyny agresywność od pierwszych minut, co przełożyło się na przebieg spotkania. Z wielką przyjemnością oglądało się defensywę Bulls – cały czas stali twardo na nogach, nie dawali się nabierać na żadne fake’i, nie skakali bezsensownie w pierwsze tempo i praktycznie o nikim (może oprócz Korvera) nie mogę powiedzieć, że pozwalał na łatwe rzuty. Klasą samą dla siebie byli Deng i Gibson. Ten pierwszy niesamowicie nękał Grangera przez całe spotkanie (do tego 3 bloki), a Taj, który oficjalnie miał 2 bloki, w dwóch kolejnych sytuacjach nieco za bardzo chciał udaremnić rzut i popełniał lekkie faule. Do tego Byki, grające w moich ulubionych alternatywnych czarnych strojach, wyjątkowo dobrze szanowały piłkę: na 9 minut przed końcem trzeciej kwarty miały tylko 4 straty (7 w całym meczu). W ataku, oprócz wspomnianego Boozera i Rose’a, świetnie spisywał się Deng, który co i rusz grał give and go albo szybkie hand offy , które siały wielkie zniszczenie w defensywie Pacers.

[czytaj dalej]

 

Jennings wraca do zdrowia

W końcu jakaś konkretna informacja odnośnie lewej stopy Brandona. W czwartek Jennings w końcu oddał kilka rzutów na treningu i jeśli tylko nie będzie żadnych niespodziewanych problemów, powinien wrócić do gry za dwa tygodnie. Póki co czeka go intensywna rehabilitacja, po której będzie wiadomo, czy w ogóle wystąpi w konkursie wsadów. Sam zawodnik podkreśla, że weźmie w nim udział pod warunkiem, że w pełni sił wróci do gry na początku lutego. W przeciwnym wypadku, trzeba będzie szukać zastępstwa.

Love znowu (prawie) doskonały

Wizards @ Wolves 97 – 109

Miałem nadzieję, że z tym meczem będzie jak z nowo poznaną dziewczyną w barze, która co prawda ma krzywe zęby, zeza i tłuste włosy, ale po dłuższej chwili okazuje się, że ma ciało Halle Berry. Ale przez to, że Wizards nie wygrali jeszcze w tym sezonie na wyjeździe, a Wolves podchodzili do niego z serią pięciu porażek z rzędu nastawiałem się raczej na to, że gdyby ten mecz był kobietą, to miałby brzydką twarz, mówiłby basem, zamiast piersi miałby dwa ugryzienia komarów i do tego płaskostopie i grzybicę stóp. Innymi słowy, bałem się, że gdyby ten mecz był kobietą, byłby jak Kasia Cichopek.

[czytaj dalej]

Boykins niszczy Duncana

Matt Bonner znowu wygrał mecz z Bucks. W zeszłym sezonie trafił 7/10 trójek (w sumie 23 punkty), co Skiles skomentował następująco:

Nothing against Matt. We are Matt Bonner fans. But we know he is going to pump-fake and go right. And he pump-faked and went right over and over and over again. Just closing out, letting him go right, and he made us pay for it.

Dzisiaj miał 7/12 z gry i 17 punktów.

Wszystko przez Maćka i jego artykuł o Bonnerze w najnowszym MVP…

Karma wcale nie jest s**ą… LeBron jest.

Nie zrozumcie mnie źle, wcale tak nie uważam. Wręcz przeciwnie – jestem Jamesowi cholernie wdzięczny, że dzięki jego decyzji, Bucks nie są najrzadziej oglądaną drużyną w lidze i w stosunku 3-2 wygrywają pod względem liczby fanów w Polsce. Trochę jednak śmieszy mnie kolejne wspólne oblewanie się błotem między Jamesem a jego byłym klubem, który potrzebuje w tej chwili wszystkiego, tylko nie jego sarkazmu i cynizmu. Fakt, Cavaliers mocno zranili jego delikatne uczucia, kiedy Dilbert zapowiedział buńczucznie, że zdobędą mistrzostwo przed nim. Ale myślę, że zawodnik tego pokroju co James, powinien wiedzieć, kiedy przestać.

[czytaj dalej]

Delfino wróci za 10-14 dni

Carlos, który nie gra od początku listopada, wczoraj odbył pierwszy 45 minutowy trening i liczy na to, że przez kolejne dwa tygodnie będzie szybko wracał do formy. „Moim celem jest powrót do poprzedniej formy mniej więcej w okolicach weekendu gwiazd. Do tego czasu chciałbym grać jakoś na 80-90% moich możliwości.”

Delfino zakłada, oczywiście w wersji optymistycznej, że wróci do gry już za 10 dni, co jednak uzależnia od postępów jakie będzie robił na treningach. Argentyńczyk opuścił 27 ostatnich spotkań i na pewno nie będzie starał się wrócić na siłę: „Gdybym nie był pewny o stan swojego zdrowia, to bym nie grał. Chcę pomóc drużynie, ale nie kosztem własnego zdrowia.”

Wg Skilesa, Delfino pojedzie z drużyną na jutrzejszy mecz z New Jersey i być może weźmie udział w jakiś ćwiczeniach 1-na-1 albo 2-na-2.

Heroiczny pościg nie wystarczył (13-20)

Dzisiaj w nocy postanowiłem uczcić fakt, że na następny dzień nie trzeba podnosić się z łóżka po szóstej i zdecydowałem się na nocną ucztę z Kozłami i Magikami. Nie potrafię logicznie wytłumaczyć tego, dlaczego dalej oglądam mecze z udziałem Bucks. Nie dość, że oglądanie ich wywołuje we mnie większe odruchy wymiotne niż patrzenie na jumpera Mariona, to jeszcze po raz kolejny zapowiadały się niemałe baty. Moje przypuszczenia potwierdził Howard, który zdobył 9 punktów w ostatnich minutach pierwszej połowy, przez co Magic schodzili do szatni z 16 punktami więcej (49-33). Niby nic wielkiego w NBA, ale nie zapominajcie, że ofensywa Bucks w tym sezonie przekracza wszelkie negatywne normy. Czekając i walcząc ze znużeniem zastanawiałem się, ile czasu zajęłoby Kozłom odrobienie straty wiedząc, że rzucają średnio z 30% skutecznością z gry. Dodatkowo, Magicy naprawdę DOBRZE BRONILI wymuszając masę trudnych rzutów – żeby nie było, że niska skuteczność była wynikiem upośledzenia rzutowego Kozłów.

W trzeciej kwarcie zaskoczył mnie Skiles, kiedy w pierwszych trzech minutach Bogut złapał swój czwarty i piąty faul. Pewnie widząc, że Australijczyk i tak nie radzi sobie z Howardem, machnął ręką, wymamrotał: „Aaa, pieprzyć to” i zostawić swojego centra na parkiecie aż do końca kwarty. W nagrodę za swoją dzielną i heroiczną postawę  w obronie, gracze Magic nagminnie faulowali Boguta, kiedy ten był pod koszem. Andrew, jak przystało na prawdziwego gentlemana, zdecydował się nie trafić aż 8 z 10 osobistych, co od razu przypomniało mi jego niechlubne 5/16 z Orlando jakoś miesiąc temu. Myślałem, że jest już kompletnie po meczu po wsadzie Andresona na 39 sekund przed końcem trzeciej kwarty, po którym Magic prowadzili już 71-52.

Z graczami Bucks jest jednak czasem tak, że potrafią zaskoczyć, kiedy najmniej się tego spodziewam. Nie inaczej było w czwartej kwarcie, którą z wielką chęcią już bym przespał. Kozły ni z tego, ni z owego kompletnie zapomniały w jaki sposób chybiać rzuty i trafiali praktycznie wszystko. Maggette z Boykinsem w 12 minut rzucili po 10 punktów i na 4 minuty przed końcem meczu, po ciężkim runnerze Salmonsa, przegrywaliśmy już tylko 5 punktami. Nie wiem jak to działa, ale chciałbym znać sekret Kozłów: w jaki sposób przez 40 minut można grać jak ostatnie patałachy z III ligi Wronba i jakimś cudem dogonić przeciwników w błyskawicznym tempie? Z odpowiedzią, może nie dosłowną, przyszedł Hedo, który walnął kilka rzutów z rzędu, powiększył przewagę do +10 i wszystko wróciło do normalności.

Gdybym po meczu miał wyróżnić jakiegoś Kozła, to na pewno byłby nim przede wszystkim Larry Sanders. Po raz kolejny udowodnił, że jak dostanie swoją szansę, to się wykaże. A wykazał się przede wszystkim agresywnością na deskach, z 8 zbiórek aż 5 było na atakowanej tablicy (najwięcej w meczu). Nie można mieć do niego pretensji za to, że nie upilnował Howarda, bo to rzecz póki co zdecydowanie poza zasięgiem większości zawodników. Pominę też jego airballa z półdystansu, kiedy Bucks walczyli o powrót do meczu.

Znowu też przydał się Maggette, który nie dość, że zdobył ostatnie 6 punktów Kozłów w pierwszej kwarcie, to jeszcze po ponownym wejściu przy -15, rzucił 13 punktów w ciągu 13 ostatnich minut spotkania. I o ile wcale nie zdziwiły mnie jego częste wizyty na linii rzutów wolnych, to zaskoczył mnie tym, że zdecydowaną większość swoich punktów zdobył nie z penetracji, ale z rzutów z półdystansu i dystansu. Zdecydowanie zasłużenie grał całą czwartą kwartę.

Po raz kolejny opadły mi ręce, jak popatrzyłem na boxscore’a i zobaczyłem produktywność w ataku pierwszej piątki Bucks. 30 punktów, bo tyle w sumie zdobyli Dooling, Bogut, Mbah, Salmons i Ersan. Tylko ten przed ostatni zdobył 13 punktów (po raz kolejny jednak na bajecznej skuteczności 5/17). Ciężko też cokolwiek dobrego napisać o Doolingu, który był po prostu straszny. 0 punktów, 0 zbiórek i 2 asysty w ponad 20 minut? Seriously, dude!

O graczach Magic za wiele złego powiedzieć się nie da – wygrali mecz, który mieli wygrać pewnie jak najmniejszym nakładem sił, ale o mały włos się na tym nie przejechali.  Wspomniałem o ich naprawdę dobrej obronie, ale słowa uznania należą się też za ich grę ofensywną. Po raz kolejny mądrze i szybko grali piłką, kiedy tylko się dało, wykorzystywali Howarda pod koszem. I to w zupełności wystarczyło.

Z perspektywy nudnego (i znudzonego) kibica Bucks nie pozostaje nic innego, jak szybko zapomnieć o kolejnej porażce, spokojnie i z dystansem spojrzeć na bilans drużyny i spróbować pocieszyć się faktem, że rok temu o tej porze było całkiem podobnie. Następny mecz już piątek w nocy z Miami i jak nic nie stanie na przeszkodzie, również rzucę na niego okiem.


Kermit Washington – prawdziwa historia

Czasami udaje mi się trafić na zawodników, których historie nie są czymś szablonowym. Nieczęsto zdarza się bowiem, żebym leżąc w łóżku i czytając książkę przed snem trafił na tak inspirujący kawałek biografii zawodnika, że mam ochotę od razu zasiąść przed komputerem i zacząć pisać. Wczoraj w końcu się doczekałem. Na szybko, podniecony jak nigdy, opowiedziałem najważniejsze części historii żonie, która mój ponad 10 minutowy monolog skwitowała z uśmiechem: „On się nazywa Kermit Waszyngton”.  Wiedziałem od razu, że mam coś specjalnego, bo w końcu doszperałem się dodatkowych informacji na temat zawodnika, który jednym ciosem zrobił Tomjanovichowi dziurę w twarzy wielkości arbuza.

Część z Was na pewno widziała kilkuczęściowy film na youtubie poświęcony Kermitowi. Dla tych, którzy nie mieli okazji, poświęcam kolejne 4500 słów.

Jak ogromna część czarnoskórych koszykarzy, Kermit Washington wychowywał się w fatalnych warunkach. Jego matka ukończyła co prawda Howard University, na którym otrzymywała same dobre oceny, ale wysoka inteligencja nie poszła w parze z umiejętnościami do radzenia sobie w codziennym życiu. Zawsze powtarzała, że należy być uczciwym i ufać ludziom, jednak wszyscy i tak nagminnie ją wykorzystywali. Jego rodzice rozwiedli się, kiedy Kermit miał trzy latka. Doskonale pamięta scenę walki, której żadne dziecko nigdy nie powinno było widzieć. Po kilku latach od tego wydarzenia doszedł do wniosku, że jego ojciec przyszedł do matki po kilka kart kredytowych. Jego wizyta niefortunnie zgrała się w czasie z wizytą wujka Kermita. Rozpętała się rodzinna bitwa. W ruch poszło nawet żelazko, które w pewnym momencie znalazło się na twarzy wujka Washingtona. Zaczęły krzyki. Potworne krzyki. Kermit nie powinien był tego widzieć. Ani walki, ani krwi, ani żelazka, które z ogromną siłą wbiło się w głowę jego wujka. Przykre to, ale to był ostatni raz, kiedy widział swoich rodziców razem. Był przerażony, że ludzie, których tak kochał, tak bardzo się nienawidzili.

Po rozwodzie, sąd przyznał opiekę nad dziećmi ojcu. Pewnego dnia, podczas normalnej wizyty, jego matka porwała Kermita oraz jego starszego brata. Cała akcja była bezcelowa i fatalnie zaplanowana. Kermit pamięta, że przez całą podróż nie mieli nic do jedzenia, nawet jak zatrzymali się na krótki odpoczynek w Armii Zbawienia. Kermit do dziś nie wie, czy to mu się tylko przyśniło, czy wydarzyło się naprawdę, ale podobno razem z bratem nie jedli nic przez trzy dni z rzędu.  Kiedy potem dostał kanapkę z szynką i z serem, zjadł ją tak szybko, że nawet nie gryzł chleba. W końcu jakimś cudem udało im się wezwać pomoc i z odsieczą przyjechał ich ojciec. Od tego momentu zaczął się kolejny pamiętny okres przekazywania z ręki do ręki. Zupełnie, jakby Kermit i jego brat byli niechcianymi szmatami, które ktoś z grzeczności przyjął do domu, ale po pewnym czasie zaczynały śmierdzieć i trzeba się było ich pozbyć. Kermit zmieniał wtedy dom w zawrotnym tempie – raz mieszkał u dziadków, potem z ciotką i wujkiem, następnie z rodziną ze strony ojca, potem u rodziny ze strony matki i tak dalej. Cały czas miał świadomość tego, że jego obecność nie jest mile widziana w każdym z tych domów. Dlatego zamknął się w sobie, przestał mówić i zrobił się jeszcze bardziej wstydliwy niż kiedykolwiek wcześniej. Bał się, że jak coś powie, to zostanie skrytykowany i jeszcze tylko pogorszy swoją sytuację.

Ni  z tego, ni z owego, jego sytuacja nieco się poprawiła, kiedy zamieszkał u swojej prababci ze strony ojca. Prababcia była bardzo surową kobietą, ale przynajmniej miała czas, żeby kochać oby chłopców. Do tego nie potrafiła czytać ani pisać. Jak tylko Kermit wraz z bratem Erykiem przynosili do domu oceny ze szkoły (oczywiście bardzo słabe) dawali je prababci do podpisania i tym samym unikali kolejnej chłosty. To był niewątpliwie szczęśliwy okres w dzieciństwie Kermita, który skończył się, jak tylko jego ojciec ponownie wziął ślub. Okazało się, że w cudowny sposób udało mu się zataić fakt posiadania dwójki dzieci przed swoją przyszłą żoną, która była co najmniej zaskoczona, gdy się o tym dowiedziała. Przez to wszystko, nowy dom rodzinny wcale nie okazał się lepszy od pierwotnego. Kermit dalej nie miał nikogo oprócz swojego starszego brata, i jak sam wspomina, nie pamięta, aby chociaż raz ktoś go przytulił.

Należy też dodać, że dzielnica w której wychowywał się Kermit była tylko o krok od nazwania jej gettem. Dla oczu białego człowieka na pewno było to getto, jednak wytrawne czarne oko potrafiło zobaczyć różnice między naprawdę złymi dzielnicami. Kermit miał prawo do tego, żeby mówić o swoim wychowaniu na ulicy, ale potwornie bał się wychodzić z domu. Na każdym rogu czaiły się gangi, a on nie należał do żadnego z nich. Czasami pojawiały się oferty, żeby dołączył do jakiejś grupy, ale zawsze odmawiał, jakby zdawał sobie sprawę, że tylko pogorszy tym swoją sytuację. Było w tym trochę prawdy – widział jak część młodych Murzynów ginęło na ulicy, widział, jak zabiera ich policja. Jednak największym problemem życia w takiej dzielnicy było to, że nikt nie wierzył w lepsze życie. Śmierć, brud, zastraszanie i gangi to była jedyna realna rzecz. Nikt nie stanowił pozytywnego wzorca do naśladowania. Jedyną rzeczą, jaką dało się naśladować, była porażka. Nawet jak szedł do kina na film wojenny i widział jakiegoś czarnoskórego bohatera, to nie myślał o nim jako o tym, któremu się powiodło. Widział, że będzie to jedna z pierwszych postaci, która pożegna się z życiem na wojnie. I nierzadko się mylił. Dla Kermita istatniły dwa światy –  jeden, z którego brali się ludzie, którzy odnieśli sukces. I drugi, z którego brali się Murzyni. Kermit zdawał sobie doskonale sprawę z tego, z którego świata pochodził. Przez to bał się życia w rodzinie, bał się bycia w gangu a także tego, że nie był w żadnym gangu. Jego pewność siebie była tak niska, że jak tylko przebywał w czyimś towarzystwie, to zgadzał się ze wszystkim, co ta druga osoba mówiła.

W szkole nie było i wiele lepiej. Okoliczne placówki oświatowe były odzwierciedleniem ulic. Nauczyciele w niczym nie pomagali, nie dlatego, że byli złymi ludźmi, ale dlatego, że sami nie wierzyli, że czarnoskóre dziecko może cokolwiek w życiu osiągnąć. Kermit pamięta, że w czasach szkolnych był chudym i dziwnym dzieciakiem, bez żadnych przyjaciół oprócz swojego brata. Uważał się za słabego ucznia, który nic nie potrafił robił i niczego nie umiał. Kiedy tylko słyszał dzwonek na przerwę w końcu przestawał się stresować, że nauczyciel go zapyta (co doskonale rozumiem, bo przerabiałem dokładnie to samo na każdej lekcji chemii czy fizyki. Że o niektórych wykładach z językoznawstwa nie wspomnę). Na domiar złego, Kermit nie był dobrym sportowcem. Był wysoki, ale chudy. Tak chudy, że nawet latem nosił długie spodnie i koszule z długim rękawem, żeby nikt się z niego nie śmiał.W drugiej klasie liceum miał 195cm wzrostu i ważył zaledwie 68kg. Z drugiej strony, w tym okresie dorobił się pierwszego przezwiska – The Blade (Ostrze).

Pierwszy drobny przełom w jego pewności siebie nastąpił na lekcji biologii, kiedy robili sekcję żaby. Podeszła do niego wtedy nauczycielka i powiedziała, że robi świetną robotę. Był to pierwszy raz, kiedy usłyszał jakąkolwiek pochwałę i aprobatę tego, co robił. Strasznie się zawstydził, bo myślał, że to tylko żart. Okazało się jednak, że Kermit doskonale potrafi rodzic sobie nie tylko z biologią, ale i z innymi przedmiotami. Wystarczyło nieco więcej pewności siebie. Pewnego dnia, jego wychowawczyni, pani Thomas powiedziała: „Kermit, jesteś bardzo inteligentny i mógłbyś mieć jeszcze lepsze oceny z innych przedmiotów”. Co z tego, pomyślał Kermit, skoro i tak nie uda mi się iść na studia. Kermit nie był przecież ani wybitnym sportowcem, ani wybitnym uczniem. Co gorsza, sportowcem był miernym. W drugiej klasie liceum grał co prawda w drużynie, ale zawsze dostawał czas w ostatnich minutach rozstrzygniętego meczu, a i tak zdobywał średnio poniżej 4 punktów na mecz. Kluczowym momentem w jego życiu była decyzja macochy, która powiedziała, że jak tylko skończy lideum musi oddać jej klucze od mieszkania znaleźć sobie własne lokum. To przesądziło. Musiał iść na studia i jedyną drogą był sport. Nie było go stać na opłacanie czesnego, nie miał co liczyć na stypendium sportowe z footballu jak jego brat, ale ponieważ był wysoki, zdecydował, że zostanie koszykarzem.

I tak, praktycznie z dnia na dzień Kermit zaczął trenować po trzy godziny dziennie, mimo, że sezon był już skończony. Kiedy usłyszał o lokalnym meczu, na którym mieli być obecni scouci z uczelni, zdecydował się wziąć w nim udział, mimo, że zdawał sobie sprawę z tego, że będą tam sami najlepsi gracze z okolicy. Bał się, że zrobi z siebie kompletnego idiotę; nie umiał kompletnie rzucać, ani kozłować. Hala była praktycznie pusta, na trybunach siedziało miże kilku białych mężczyzn w garniturach, którzy szukali talentów do swoich drużyn uniwersyteckich. Wśród nich był Tom Young, trener przeciętnej drużyny American University. Ze wszystkich graczy na parkiecie wpadł mu w oko jeden niezbyt dobry (a w zasadzie słaby) zawodnik, który był niebywale chudy oraz strasznie niepewny każdego swojego kroku. Był za to szybki, wysoki i chętny do gry. Tak desperacko chętny, że rzucał się po każdą piłkę, która była poza jego zasięgiem. Im dłużej mu się przyglądał, tym bardziej widział jeszcze jedną cechę – ludzie, którzy prowadzili mecze, traktowali go bardzo źle, jednak chłopak ani razu nie narzekał. Jak się domyślacie, skończyło się na tym, że Young zaoferował Kermitowi stypendium na American University. „40 dzieciaków na treningu, a ja wybrałem najgorszego” – myślał wtedy Tom.

Kermit był szczęśliwy, że udało mu się dostać na uniwersytet, a Tom Young był szczęśliwy, ponieważ Kermit urósł 10 cm przez wakacje. Jako debiutant był zatem bardzo wysoki, dalej szybki, ale chudy jak nigdy. Zdesperowany zaczął ćwiczyć – codziennie chodził na siłownię przed treningami, a wieczorami brał odważniki i wbiegał do góry po 7 stopniach swojego akademika, kilkanaście razy pod rząd. Jego trener sugerował mu, zeby chodził na siłownię tylko trzy razy w tygodniu, jednak Kermit wiedział, że aby grać w koszykówkę, musiał nabrać wagi.

Studia dodały mu odwagi. Był to świetny okres w jego życiu – na tyle dobry, że zaczął dzielić swoje życie na czas przez studiami i na czas studiów. W tym okresie poznał też swoją przyszłą żonę Pat, która na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie najmądrzejszej osoby, jaką kiedykolwiek poznał. Pat zaczęła się nim interesować już w jego debiutanckim roku. Kiedyś przyszła na mecz drużyny i bardzo spodobał jej się chłopak, który zdobył 4 punkty z rzędu dla przeciwnej drużyny. Najpierw przypadkowo dobił piłkę do swojego kosza, a potem, po zmianie stron, pobiegł do kontry nie w tą stronę co trzeba. Kermit dalej jednak był na tyle nieśmiały, że jakikolwiek kontakt z nim był niemożliwy. Pat w końcu podeszła do niego i, chcąc powiedzieć miły komplement, wypaliła: „Chłopie, ale tyle jesteś potwornie chudy!” Kermit oczywiście zamknął się w sobie jeszcze bardziej. Pat w końcu zdecydowała się umawiać z kolegą z drużyny Kermita, żeby chociaż być blisko zawodników. Bez rezultatu. Potem zmusiła swoją współlokatorkę do tego, żeby umawiała się ze współlokatorem Kermita, po to, żeby sama mogła chodzić do jego pokoju. Ale nawet wtedy nie rozmawiali ze sobą – Kermit po prostu siedział na łóżku, czytał książkę i całkowicie ją ignorował. Żeby zagaić, Pat również brała książkę, co jak się okazało, dodatkowo onieśmielało Kermita. Dziwaczne love story trwało dalej. Pat próbowała rozpocząć rozmowę biorąc piłkę do kosza i mówiąc, że też potrafi grać. Nic. Niesamowite zaparcie Pat w końcu jednak się opłaciło i zaczęli się umawiać. Ale dalej nie było łatwo. Czasami, kiedy rozmawiali przez telefon, on nagle przestawał mówić i całkowicie się blokował. Pat widziała, jak bardzo się od siebie różnią – ona była z bogatej średniej klasy, jej oboje rodzice pracowali i kochali swoje dzieci. Pociągało ją jednak to, że Kermit mimo swojej niepewności, był niesamowicie ciekawy świata i strasznie ambitny. Wieczorami chodzili razem na boisko, gdzie Kermit ćwiczył rzuty a Pat podawała mu piłkę. Kiedy dozorca gasił światła, szli razem do pokoju uczyć się do egzaminów. Spracerowali też czasem po ładnych osiedlach zamożnych białych biznesmenów i Kermit cały czas wspominał o tym, że będzie ciężko pracować na to, żeby kiedyś też tak mieszkali.

Kermit stopniowo stawał się lepszym koszykarzem, wykorzystując każdą wolną chwilę na trening. Często jeździł na mecze lokalnych lig podwórkowych, które były bardzo specyficzne. Na trybunach nie było ani jednego białego kibica. Na boisku ani jednego białego koszykarza. Dla zawodników nie liczył się wynik meczu. Liczyła się sama gra. W szczególności jednak liczyły się trzy rzeczy. Pierwszą były wsady, a dokładniej mówiąc super wsady. Musiał być młynek, 360, przełożenie pod nogą. Koniecznie, bo to należało do czarnych, żaden biały zawodnik nie potrafił tego zrobić. Drugą rzeczą były bloki. Majestatyczne zatrzymanie się dwóch zawodników w powietrzu, kiedy jakby w zwolnionym tempie jeden z nich nagle zbija piłkę daleko w trybuny i z okrzykiem triumfu ląduje na ziemi. A trzecią rzeczą były zbiórki. Agresywne zbiórki. Wszystkie te trzy elementy tłumaczyły, dlaczego obręczne były powyginane a tablice połamane. Było to też wytłumaczeniem stylu gry czarnoskórych graczy na uniwersytecie. Część z nich cieszyła się nawet po przegranym meczu, ponieważ udało im się zrobić kilka super-zagrać w trakcie spotkania. Jak nie skręcili innym kostek, nie kozłowali między nogami i nie podawali za plecami, to nawet po wygranych zachowywali się nieco przytłumieni.

Pat pomagała Kermitowi na zajęciach, nauczyła go nawet pisać wypracowania. Wcześniej, Kermit nie potrafił sklecić nawet kilku zdań, ale dzięki swojej dziewczynie, bardzo szybko uczył się nowych rzeczy. Któregoś lata pojechał odwiedzić swoje rodzinne strony i spotkał starego kolegę ze szkoły, który powiedział mu, że zaczyna mówić jak biały człowiek. Wiedział, że się zmienia i wiedział, że są to zmiany na lepsze. Kermit poznał też osobę, które pomogła mu na siłowni. Był to Tray Coleman, niski chłopak, który wyglądał jak chodząca reklama suplementów. Razem chodzili na ćwiczenia, wspólnie wylewali litry potu, aż w końcu stali się dobrymi przyjaciółmi. Coleman zaczął też dodatkowo motywować Kermita, mówiąc mu, że nie jest zbyt agresywny na meczach.

„Ale Tray” – odpowiadał Kermit – „ja nie jestem agresywną osobą. To po prostu nie w moim stylu.”

„ Kermit, słuchaj. Jesteś czarny. Nawet bardzo. Spójrz w lusto, jak mi nie wierzysz. To wystarczający powód do tego, żebyś był agresywny. Nie musisz szukać kolejnych swoich wad. Masz największą z możliwych. Jak zaczniesz grać agresywnie, w końcu zaczniesz się z tym dobrze czuć.”

A potem ciągnął dalej:

„Nie musisz udawać, że jesteś głodny. Bądź głodny. Masz nie być wyluzowany, bo nie jesteś wystarczająco dobry. Wielu Murzynów ponosi klęskę, ponieważ chcą być cool. Nie bądź jednym z nich. Nie stać cię na to. I uwierz mi, nie ma nic złego w byciu głodnym sukcesu. Biali ludzie robią to na okrągło.”

Kermit posłuchał przyjaciela i zaczął grać bardziej agresywnie, co zgodnie przepowiednią Colemena, powoli stało się jego wizytówką. Pozwoliło mu to stać się nie kolejnym przeciętnym graczem, ale kimś, kto się wyróżnia. Walczył o każdą piłkę, latał nad obręczami, zbierał co się dało. Pod koniec drugiego roku dostał propozycję gry dla New Jersey Nets w ABA. Oferowali mu 5 letni, gwarantowany kontrakt opiewający na sumę 100,000 dolarów za rok. Pół miliona dolarów! Były to pieniądze, których nie potrafił sobie nawet wyobrazić!  Uniwersytet American uratował mu jednak życie i nie mógł go tak nagle opuścić. Odrzucił ofertę, a trener Young, po prostu go przytulił. Kermit Washington nigdy nie czuł się lepiej.

Pod koniec trzeciego roku Kermit był jednym z lepszych zawodników w kraju. Czytał artykuły w Washington Post o tym, jak to trenerzy przeciwnych drużyn planowali zatrzymać Kermita Washingtona. Kermit Washington. To przecież on. W ostatnim meczu sezonu stanął przed szansą zostania 7 zawodnikiem w historii, który przez całą karierę uniwersytecką zdobywał średnio 20 punktów i 20 zbiórek na mecz. Aby tego dokonać, musiał rzucić 39 punktów. Był tak zestresowany, że nie spał przez całą noc, w dni meczu nic nie jadł, a kiedy speaker wymówił jego nazwisko w czasie prezentacji, ledwo zmusił się do wejścia na parkiet. Tej nocy zdobył 40 punktów. Po zakończeniu studiów, został wybrany z 5 numerem draftu przez Los Angeles Lakers.

Lakersi byli wtedy strasznie mocni pod koszem, dlatego Kermit miał ogromne problemy z przebiciem się do pierwszego składu. Nagle pojawił się w świecie, gdzie nie dominował już na deskach, nie biegał tak szybko i nie skakał tak wysoko jak na studiach. Miał wrażenie, jakby musiał się uczyć wszystkiego od nowa. Najgorsze było to, że nie mogł grać na centrze, tylko jako silny skrzydłowy. Nie miał do tego ani odpowiednio dobrego rzutu, ani odpowiednio dobrego panowania nad piłką. Przeszkadzało też to, że nie było mowy o indywidualnych treningach w NBA – jak już się tam dostałeś, to wszyscy zakładali, że masz podstawy do tego, żeby tu grać.

W swoich pierwszych dwóch latach Kermit grał fatalnie. Dostawał nieco ponad 10 minut na mecz i powoli zaczynał wątpić w swoje umiejętności. W ogóle nie czuł gry do tego stopnia, że bał się rzucać. A jak już rzucał, to był na siebie zły za kolejne pudło nawet w momencie, kiedy piłka nie opuściła jego rąk. Tak ciężko pracował na to, żeby się tu dostać, a teraz w ogóle nie pasował do tego miejsca. Czarę goryczy przelał Rick Barry. W meczu z Golden State Kermit zderzył się z nim, a Rick mając małą tolerancję na głupotę odwrócił się do niego i powiedział: „Słuchaj, lepiej naucz się w końcu grać.” To zabolało Kermita tak bardzo, że przez kilka kolejnych wieczorów, słowa Barry’ego odbijały się w jego głowie jak echo. Słowa jednak nie bolały jednak tak bardzo, jak wyraz twarzy Ricka. Nie było tam złości, tylko pogarda.

Barry miał rację. Kermit musiał nauczyć się grać lepiej. Stawką nie były pieniądze, bo kontrakt miał gwarantowany. W grę wchodziło samopoczucie oraz szacunek do samego siebie. Zebrał się w sobie, poczekał do końca sezonu i praktycznie bez żadnej nadziei poszedł po pomoc do Pete’a Newella, kiedyś trenera uniwersyteckiego, a teraz peryferyjnego pracownika Lakers. Okazało się, że Newell był tak zaskoczony prośbą Kermita, że bez wahania zdecydował się wziąć go pod swoją pieczę. Zadał wcześniej tylko jedno pytanie:

„Dlaczego chcesz dodatkowo trenować?”

„Bo chcę grać jak Paul Silas.” – odpowiedział Kermit.

Treningi zaczynały się codziennie o 7 rano. Pierwsze tygodnie były dla Kermita straszne. Mimo, że Newell był prawdziwym, spokojnym i opanowanym gentlemanem, na treningach zamieniał się w najgorszego z możliwych sierżantów, którzy nie popuszczają ani jednego powtórzenia. Ćwiczenia zazwyczaj trwały około trzech godzin, po których Kermit był tak zmęczony, że czasem nie wiedział, co pierwsze się podda – jego ciało czy mózg. Po dwóch pierwszych tygodniach Newell po cichu zaczął myśleć, że Kermit może być nawet lepszym zawodnikiem od Paula Silasa, ale nigdy nie powiedział tego na głos. Najdziwniejsze w tych treningach było to, że powtarzali w kółko te same ćwiczenia, które Newell zazwyczaj trenował z 17 latkami. Obrona nisko na nogach, ręce w górze, dostawny. Kiedy Kermit był już tak zmęczony, że nie mógł się zgiąć, Newell krzyczał: „Nisko! Nisko! Nisko na nogach! Niżej! Niżej!” Newell dawał też Kermitowi dodatkowe zadania do domu – miał na okrągło oglądać mecze z udziałem Silasa i studiować jego grę. Ćwiczyli przez całe wakacje, później już tylko trzy razy w tygodniu. Kermit musiał jeszcze tylko zacząć w siebie wierzyć – nie mógł się bać rzucać, ani wyobrażać sobie jeszcze przed rzutem, że piłka nie wpadnie do kosza.

W 1976 roku Kermit Washington był innym graczem. Co z tego, skoro trenerem Lakersów został wtedy Jerry West, który od razu chciał się pozbyć naszego bohatera. Nie muszę dodawać, co to po raz kolejny zrobiło z jego słabą psychiką. Jak się jednak szybko okazało, Kareem był idealny pod koszem, był świetnym strzelcem i doskonałym zbierającym, ale nie grał fizycznie. Kermit uzupełniał go doskonale na „czwórce” – był dobrym zbierającym i nie bał się poświęcać ani kawałka swojego ciała. Po raz pierwszy w karierze zaczął grać z pewnością siebie i, co więcej, zbierał średnio prawie 10 piłek na mecz. To był sezon, w którym mistrzostwo zdobyło Portland, ale Lakersi wygrali z nimi trzykrotnie w czasie sezonu, za każdym razem z Kermitem w wyjściowym składzie. Nagle koszykówka zaczęła sprawiać mu przyjemność jak na studiach.

I uwaga, załamanie akcji. W 59 meczu sezonu, Kermit praktycznie stracił nogę. Oczywiście, od tygodni odczuwał bóle w kolanie, stosował okłady z lodu, brał aspiryny przed meczem, żeby nie czuć bólu, ale kolano w końcu całkowicie odmówiło posłuszeństwa. Kermit nie zachowywał się zbyt mądrze ignorując jasne sygnały od swojego organizmu: kolano bolało go tak bardzo, że nie mógł siedzieć w samochodzie dłużej niż parę minut, a jak schodził z górki, to musiał się mocno odchylać, żeby tylko nie zginać kolana. Już przed kontuzją bolało go potwornie, ale jak się okazało, ten ból był niczym w porównaniu z tym, co było przed nim. We wspomnianym wcześniej meczu z Denver, Kermit mijał od linii końcowej Silasa. Paul nawet go nie tknął, a mimo to Kermit usłyszał straszne stuknięcie i z potężną siłą upadł na parkiet. Ból był nie do opisania. Kermit stracił panowanie na sobą. Zaczął się wić na parkiecie. Krzyczał, jak małe dziecko. W końcu odważył się popatrzeć na nogę i prawie nie zemdlał. Zamiast kolana, miał tylko głębokie wgniecenie. Wiązadła w kolanie zerwały się tak nagle i tak dokładnie, jakby ktoś specjalnie przeciął je nożyczkami…

Sezon oczywiście był już stracony, zarówno dla niego, jak i dla Lakers. Operacja Kermita zaczęła się o 6 rano następnego dnia po feralnym meczu, a prognozy nie były dobre. W najlepszym warunku będzie musiał skończyć karierę. W najgorszym, nie będzie mógł chodzić. Zarówno w czasie operacji, jak i kilka dni po niej, ból był tak przeraźliwie intensywny, że Kermit zaczął się zastanawiać, czy w ogóle jest sens przechodzenia przez takie katusze. Bolało go całe ciało, a nie tylko kolano. Kolano jakby tylko wysyłało impuls do mózgu, że ten musi się dodatkowo wysilić i powodować jak największe cierpienie. Pewnego dnia Pat przyprowadziła ze sobą do szpitala ich córkę, Danę, która pierwsze co zrobiła, to wskoczyła na łóżko do taty, lądując na jego nogach. Była to pierwsza i ostatnia wizyta córki w szpitalu. Kiedy założono mu gips, od stopy po miednicę, lekarz potwierdził diagnozę, że jego kariera jest już zakończona. Kermit popadł w depresję. Kontuzję odniósł w lutym, a dopiero w lipcu mógł zacząć powoli truchtać.

Na miejscu na szczęście był niezawodny Newell, który po raz kolejny zaczął namawiać Kermita do ćwiczeń i przede wszystkim do tego, żeby się nie poddawał. Latem znowu zaczęli razem ćwiczyć, dzień w dzień te same bolące powtórzenia, które w sumie złożyły się na najgorsze wakacje w życiu Kermita. Każdego dnia chciał rezygnować z ćwiczeń. Ba, po każdym treningu szedł do trenera mówiąc, że to jego ostatni raz, a następnego ranka znowu pojawiał się na sali.

Na całe szczęście dla Kermita, lekarze byli zdumieni jego szybką rekonwalescencją i już pozwolili mu na powrót na parkiet. Czy zrobili źle, czy dobrze, sami ocenicie po tym akapicie. Prawda jest taka, że gdyby Kermit nie mógł grać, to nie wyszedłby na mecz z Houston 19 grudnia 1977 roku. Był to dopiero 24 mecz sezonu, ale zawodnicy walczyli jakby to było najwazniejsze spotkanie play-off. Kermit wyskoczył do zbiórki z Kevinem Kunnertem, który zebrał piłkę i, jak to mają w zwyczaju gracze podkoszowi, nie omieszkał sprzedać jeszcze łokcia. Albo nawet dwóch. Na zachętę do walki o kolejną zbiórkę. Kermin nie odebrał tego jednak w tak pozytywny sposób i odwdzięczył się uderzeniem, a następnie kolejnym, po którym Kunnert runął na ziemię. Intensywność meczu oraz zaciętość na twarzach zawodników nagle zamieniła się w przemoc. Kermit był tego świadomy. Kątem oka zobaczył sylwetkę jakiegoś zawodnika w stroju Rockets, biegnącą w jego kierunku. Odwrócił się i z całej siły uderzył w twarz, która jak się okazało, należała do Rudy’ego Tomjanovicha. Siła uderzenia została podwojona przez to, że Rudy biegł w jego kierunku w dosyć szybkim tempie. Cała scena była tragiczna. Kareem wspomina, że usłyszał dźwięk, jakby ktoś z całej siły rozbił arbuza na chodniku. Tomjanovich nie wyszedłby z tego incydentu żywy, gdyby nie lekarze, którzy weszli na absolutne szczyty swoich możliwości, aby odbudować twarz gracza Rockets. Jeden z lekarzy opisywał operację jak „sklejanie porozbijanych skorupek od jajek za pomocą taśmy klejącej”. Kolejny dodawał, że nigdy nie widział tak zniszczonej twarzy. To znaczy widział podobne uszkodzenia, ale nigdy nie zostały dokonale gołą pięścią, a jedynie kijem baseballowym albo metalowym prętem.

Był to moment zwrotny nie tyle w karierze Kermita, ale i w jego życiu. Miliony razy wracał w głowie do tego wydarzenia. Gdyby nie dał się sprowokować przez Kunnerta to nie straciłby nad sobą panowania… Gdyby nie walczył o zbiórkę tak zaciekle… Gdyby nie zareagował aż tak instynktownie… Nikt nigdy nie potrafił zrozumieć, że nie było to celowe zachowanie. Nie wiedział, że to Tomjanovich – widział tylko zarys sylwetki biegnącej w jego kierunku. (Po przeczytaniu tego zdania, obejrzyjcie jeszcze raz filmik i  znajdźcie co najmniej dwie różnice w wersjach). Larry O’Brian, ówczesny komisarz ligi, natychmiast zawiesił Kermita do końca sezonu i ukarał go grzywną w wysokości 10,000 dolarów. Kermit jednak się tym nie przejmował. Nosił brzemię tego, co zrobił, a co gorsza, na okrągło słyszał głosy w głowie mówiące, czego o mało nie zrobił. Kilkukrotnie chciał się skontaktować z Rudym, jednak bez rezultatu. Tomjanovich przechodził serię długich i bolesnych operacji, mających na celu odbudowę twarzy. Nie chciał mieć nic wspólnego z Kermitem: nie chciał ani jego przeprosin, ani jego przyjaźni.

Kermit został osądzony nie tylko przez media i komisarza, ale przede wszystkim przez fanów. Przez całe wakacje próbował wrócić do dobrej formy i wszystko poszło na marne. Bolesne było to, że nikt z drużyny Lakers nie stawił się w jego obronie, nikt też ani razu się z nim nie skontaktował. Dla Kermita, który przez całe dzieciństwo walczył z nienawiścią i odrzuceniem, zadziałało to jak powrót do dawnych, strasznych czasów. Jego żona była wtedy akurat w ostatnim miesiącu ciąży z ich drugim dzieckiem, ale na szczęście całe wydarzenie nie wpłynęło negatywnie na jej zdrowie. Kiedy jednak chodziła na zakupy, ludzie patrzyli na nią z nienawiścią, a czasem nawet pytali się „jak twój mąż mógł zrobić coś takiego”? Kermit otrzymał pewnego dnia telefon ze Związku Zawodników, dzwonił Larry Flesher. Powiedział, że Kermit ma prawo do odwołania się od decyzji ligi, ponieważ zgodnie z prawem nie mogli od razu i bez wyroku zawiesić zawodnika na cały sezon. Kermit jednak nie potrafiłby jeszcze raz przejść przez te wszystkie wydarzenia w sądzie i zdecydował się nie robić niczego w tej kwestii (kilka lat później jednak Tomjanovich zaskarżył drużynę Lakers za całe wydarzenie i wygrał, bagatela, 3 miliony dolarów odszkodowania).

Kermit nie miał innego wyjścia, jak odsunąć się w cień. Był naznaczony i znienawidzony. Codziennie chodził z dziećmi na krótkie spacery po wybrzeżu, albo do parku na huśtawki i cały czas myślał nad tym, czy kiedykolwiek jeszcze zagra w koszykówkę. Przez ten cały ciężki okres, Kermit miał kontakt jedynie z Newellem, który pewnego dnia otworzył drzwi i zobaczył wielki telewizor z naklejką: „Dla trenera Newella. Dziękuję, że zrobiłeś ze mnie lepszego koszykarza. Kermit Washington”.

Jak się okazało, wystarczyło, że minęło kilka tygodni i Kermit został oddany do Bostonu. Red Auerbach go uwielbiał, być może nawet tak mocno, jak Kermit kochał grę w Boston Garden. Czuł się tu jak w domu. Pod koniec sezonu właściciel Lakers Irv Levin zamienił drużyny z właścicielem San Diego Johnem Brownem, a Washigton trafił do San Diego. Nawet wtedy, kiedy już czuł wybaczenie od kibiców w dwóch miastach, czuł się naznaczony. Brał udział w strasznej walce. Wpłynęło to znacznie na jego grę – przestał grać siłowo i ponad wszystko nie dawał się sprowokować do bójek.

Kiedyś przyśnił mu się sen. Poszedł do toalety w restauracji, gdzie mężczyzna wyciągnął broń i zaczął w niego celować. Kermit uderzył go z całej siły i wybiegł na parking, gdzie został zatrzymany przez dwóch policjantów – jednego białego, drugiego czarnego. Ten czarny zaczął nim potrząsać, a biały założył mu kaptur na głowę. Sędzia skazał go na wiele lat więzienia za morderstwo. Washington rozumiał ten sen perfekcyjnie.

Na podstawie książki Davida Halberstama: „The Breaks of the Game”

[5] Czy wiesz, że… (Chamberlain, Nater)

Bill Walton zarażał nie tylko pozytywną energią, ale też nastawieniem do treningów. Kochał koszykówkę i jednocześnie łamał wszelkie reguły dotyczące treningów panujące w swoich czasach. Ogólna zasada była taka, że wysocy gracze mogą przychodzić na treningi kiedy tylko chcą. Tą regułę można wytłumaczyć przede wszystkim na przykładzie Wilta Chamberlaina.

Kiedy Bill Sharman został trenerem Lakersów, w drużynie grali tacy zawodnicy jak Jerry West, Gail Goodrich i właśnie Wilt. Pierwszego dnia pracy trener wezwał do swojego biura Westa i Goodricha, żeby wytłumaczyć im, na czym będzie głównie polegać jego system gry.

W dni, kiedy nie mamy meczu” – zaczął Bill – „o godzinie 10 rano zaczynamy godzinny trening.”

Super!” – odpowiedział West. „A co potem?”

„Wracamy do motelu i budzimy Wilta.” – wtrącił się Goodrich.

Skoro już jesteśmy przy Chamberlainie, to przytoczę jeszcze jedną ciekawostkę.

Wilt zawsze zbudzał wielkie zainteresowanie przechodniów za sprawą swojego wzrostu. A ludzie na ulicy, nie wiedzieć czemu, mieli w zwyczaju dziwnie się zachowywać w towarzystwie niecodziennych ludzi. Kiedyś, nieco zdenerwowanego Wilta zaczepił przechodzień i zapytał się, jak jest pogoda tam na górze.

„Pada” – odpowiedział WIlt i splunął na przechodnia.

O tym, że na koszykarzy patrzono kiedyś nieco jak na wybryki natury świadczy jeszcze jedna historia, która z kolei przytrafiła się Swenowi Naterowi, kiedy jego San Diego Clippers wylądowali na lodnisku w Indianapolis. Pani w średnim wieku zapytałą się go, czy są koszykarzami, na co mierzący 6’11” Nater odpowiedział najuprzejmiej jak potrafił:

„Nie proszę pani, nie jesteśmy koszykarzami, jesteśmy gejami i uprawiamy łyżwiarstwo figurowe.”

W tym momencie stojący koło niego Sidney Wicks, wskazał na Natera i dodał:

„Dokładnie tak. A mój wielki chłopak wyczerpuje mnie fizycznie.”

Przestraszona kobieta uciekła bez słowa.

Źródło: „The Breaks of the Game”, D. Halberstam