Bycie kibicem Bucks to nie jest łatwa sprawa. Nie dość, że nie da się wytłumaczyć, dlaczego w ogóle kibicuje się tak przeciętnej drużynie, to jeszcze jak na złość w kółko słyszy się pytania, dlaczego lubisz drużynę z Milwaukee. Karma is a bitch! Przed nami draft i szczerze powiem, że ekscytuję się nim tak samo jak dzisiejszym losowaniem par do eliminacji ligi mistrzów z udziałem Śląska Wrocław. Wszystko przez to, że po raz kolejny z góry można założyć, że nie dość, że Bucks nie będą contenderem, to jeszcze z wielką dozą prawdopodobieństwa można przewidzieć, że zajmą miejsce gdzieś w graniach 0.500. Jak co roku.

Nie chcę poświęcać czasu na pisanie o tym, co w dzisiejszej koszykówce jest najważniejsze do nie tyle zdobycia mistrzostwa, a do bycia wymienianym wśród kandydatów do awansu do play-offów z co najmniej 4-5 miejsca. Parę słów należy się jednak tym zespołom, które reprezentują najmniej cieszącą oko klasę średnią. Są to te drużyny, które kandydują do tego, aby być kandydatami do mistrzostwa.

Oglądając finały nie mogłem przestać zazdrościć wszystkim kibicom Oklahomy. Thunder są doskonałym przykładem perfekcyjnie budowanej drużyny. Najpierw poszczęściło się im w drafcie (Durant), a potem poświęcono czas i wysiłki na ściągnięcie odpowiedniego wsparcia (gdzie znowu im się udało z Westbrookiem i Hardenem). Kiedy trzon był wyklarowany, mądrze zatrudniono rezerwowych (Perkins, czy Fisher), no i teraz nie pozostaje nic innego tylko czekać, aż chłopaki z równie nieatrakcyjnego miasta co Milwaukee zaczną regularnie uczestniczyć w finałach.

Wracając do Bucks i innych drużyn klasy średniej. Do tego grona zaliczyłbym też Indianę i Memphis, którzy mimo tego, że ostatnio udało się nieco wybić, dalej nie są postrzegani na równi z takimi zespołami co San Antonio czy chociażby Orlando. Mamy też zespoły, którzy zaliczają lekki trend spadkowy (Detroit, Toronto czy Golden State) oraz takie, które walczą o wykonanie dwóch kroków do przodu (Utah, Denver, Philly). Ostatnie grono to drużyny, które zdają się stać w miejscu – tu wspomniałbym o Houston, Atlancie czy Dallas. Na końcu jest Milwaukee. Centralnie na samym środku przeciętniactwa (nie wiem nawet, czy jest takie słowo, ale pasuje do Bucks idealnie).

Nie chcę siać za bardzo fatalizmu, czy narzekać na swój biedny, kibicowski los, ale cholera jasna, czy jest w tej chwili drużyna, która stałaby bardziej w miejscu niż Kozły? Jedne drużyny zaliczają wzloty i upadki i przynajmniej odnosi się wrażenie, że coś się tam dzieje. Przeczytałem na jednym z blogów o Kozłach taneczną analogię, że Kozły w tej chwili robią jeden krok do przodu, potem jeden do tyłu. Dwa do przodu i dwa do tyłu. I tak w kółko.

Fajnie jest być fanem najbardziej przeciętnej i jednej z najnudniejszych drużyn w NBA, bo kiedy w końcu coś się uda, będzie się jedną z niewielu osób, które szczerze będą mogły powiedzieć: „W KOŃCU, k***a!” Minusem jest niewątpliwie ciągła świadomość tego, że raczej niemożliwym jest ściągnięcie superstara oferując mu nawet maksymalny kontrakt. Boli wieczne przeświadczenie, że jak tylko klub przestanie być rentowny, to nie będzie ani jednego argumentu pozwalającego nie przenosić go do innego miasta. I po trzecie, bycie w sytuacji, w jakiej są teraz Bucks, jest trochę jak granie w Eurobiznes, posiadanie jednego hotelu, czternastu zastawionych nieruchomości i żadnej gotówki. Wiesz, że się odbijesz od dna pod warunkiem, że będziesz miał na tyle szczęścia i ktoś stanie akurat na tym jednym jedynym polu na planszy. Tym polem dla Bucks wydaje się być draft.

No ale znowu, historia nie jest dla nas zbyt łaskawa, podobnie jak nie było szczytem szczęścia wylosowanie #12 w drafcie. Statystycznie, najlepszym zawodnikiem wybranym w ostatnich latach z tym numerem jest Tadeusz Young. Można mówić, że w tym roku jest wyjątkowo głęboki draft i na pewno będziemy mieli bogactwo wyboru, ale jakoś nie do końca chce mi się w to wierzyć.

Jak się nie ma co się lubi, to się trzeba budować wokół tego, co się ma. A w sumie mamy Jenningsa. Można go kochać albo nienawidzić, ale prawda jest taka, że wiele drużyn widziałoby go w swoim składzie jako lidera. Wiadomo, że do ideału mu daleko i osobiście nigdy nie zaczynałbym budowania mistrzowskiej drużyny wokół filigranowego rzucającego obrońcy w miniaturowym ciele samolubnego rozgrywającego bez defensywy, ale nic więcej w tej chwili nie mamy. Jest niby jeszcze Monta Ellis,który jako drugi / trzeci strzelec drużyny spisywałby się dobrze nie tylko w Milwaukee. Ale co dalej jako supporting cast? Larry Sanders? Ekpe Udoh? Tobias Harris? Jon Leuer? Nie chce mi się wymieniać dalej, bo chyba doskonale widzicie, do czego zmierzam.

Ten draft po raz kolejny jest naszą nadzieją na zrobienie kroku do przodu. Trzeba tylko odpowiednio wybrać w, a następnie modlić się do koszykarskich Bogów o nagły wybuch talentu naszego nowego gwiazdora. Oczywistym jest, że w tym roku potrzeba nam mocnego, podkoszowego zwierza, który zapewni czyszczenie deski w obronie i pozwoli Kozłom biegać. Bo bieganie, to jedyna rzecz, w której naprawdę się wyróżniamy (pace factor 94,6 w zeszłym sezonie, 3 miejsce w lidze). W przeciwieństwie do zbierania, w którym drużynowo uplasowaliśmy się na 26 miejscu (tylko 48,7% zebranych piłek). No więc kto nam zostanie do wyboru? Może być ktoś duży jak Meyers Leonard albo Tyler Zeler. Ewentualnie Terrence Jones albo John Henson.

Szkoda, że przeddraftowy tekst musi tak  negatywny. Nie myślcie jednak, że straciłem nadzieję i nie wierzę w to, że w końcu uda nam się stworzyć prawdziwą drużynę przeciętniaków, którzy niczym Detroit w 2004 zwojują całą ligę. Niestety, obecna koszykówka wymaga posiadania prawdziwego superstara, żeby marzyć o mistrzostwie. A dla drużyny o tym kalibrze i tej lokalizacji co Milwaukee, jedyną szansą na zdobycie gwiazdy jest udana loteria (TOP 3 draftu + masa szczęścia w losowaniu). Nie ma co liczyć na wysoki wybór w drafcie, jeśli zajmujemy w kółko miejsce w środku stawki. Innymi słowy, kwadratura koła do kwadratu.

Co zrobić? Optuję za sprzedażą Bucks w ręce fanatyka, który będzie w stanie poświęcić się dla tego zespołu. Herb Kohl musi odejść, nawet jeśli miałoby to oznaczać popadnięcie w jeszcze większą koszykarską biedę niż jest teraz. Ale nie widzę aktualnie żadnej innej opcji, aby ściągnąć do Milwaukee prawdziwą gwiazdę, wokół której zacznie się powoli budowę nowego zespołu.

Koniec z wygrywaniem z mocnymi drużynami i przegrywaniem ze słabeuszami.

Koniec z kończeniem kilka gier poniżej 0.500.

No i przede wszystkim, trzeba w końcu zrobić jakieś drastyczne kroki, żeby skończyć z przeciętnością Bucks!

Kibice Bucks, łączmy się …. w parę.

Advertisements