1970-71: Wspominamy mistrzowski sezon Bucks.

Sezon 70/71 z Kareemem i Oscarem w roli głównych gwiazd, to powoli już umierający przykład tego, że w Milwaukee też może być mistrzowska koszykówka. Sezon regularny zakończony bilansem 66-16. Najlepszy atak w lidze – średnio 118 punktów na mecz. Jabbar ze średnimi z sezonu 32 pkt. i 16 zb. Jest się czym chwalić i jest do czego wracać. Teraz dodatkowo, dzięki magii youtuba, można to również zobaczyć. Ponieważ mecz z Wolves nie zapowiada zbyt wielu emocji, polecam chociaż rzucić okiem na ten prawie 30 minutowy film i przypomnieć sobie, jak to kiedyś Kozły były czymś więcej, niż tylko  23% wkładem do pasztetu Prochowickiego.

Przegrywamy bez walki z Knicks (88-102)

Bucks – Knicks 88 – 102

Nie wiem, jak to się stało, ale w nocy nie obudził mnie budzik. Albo cham nie zadzwonił, albo byłem tak zmęczony tygodniem, że go nie słyszałem. Faktem jest, że mecz przegapiłem, a w dzień nie było ani minuty żeby nawet obejrzeć skrót (co zrobię dopiero po publikacji tego wpisu), czy chociażby przeczytać recap ze spotkania.

Żeby jednak nie zostawiać meczu bez echa, oddaję głos zNYKającemu, który podzielił się bardzo obiektywnym i świeżym podejściem na „Króliczki z Milwaukee”. Polecam lekturę.

Monta Ellis musi odejść!

Nie wiem kiedy będzie (i czy w ogóle będzie) dobry czas na to, żeby powiedzieć to, co mnie męczy od jakiegoś czasu. Dokładnie od początku sezonu.  Nie owijając w bawełnę, krótko rzecz ujmując i stawiając wszystko na jedną kartę mówię głośno i stanowczo:

Monta Ellis musi odejść!

Kto czyta bloga regularnie ten wie, jak cholernie irytuje mnie shot selection Ellisa, jak bardzo nie lubię, kiedy ma piłkę w rękach i zamiast decydowania się na wejście pod kosz, odpala głupi rzut z nieprzemyślanej pozycji. Nie znoszę tego, że większość ostatnich akcji w kwartach idzie zawsze do niego, niezależnie od formy w danym meczu. Rozbraja mnie jego defensywna niemoc, która została bezczelnie wypatroszona przez Hamiltona w ostatnim meczu z Bulls.  Rzeczy negatywnych jest dużo, na tyle dużo, że udało mi się nawet znaleźć parę filmików na youtube, które dokumentują to, o czym piszę.

Wraz z Jenningsem, Ellis może i tworzy parę jednych z najbardziej dynamicznych i nieobliczalnych duetów obwodowych, jakie grają obecnie w NBA. Ale przez to, że żaden z nich nie jest nawet defensywnym przeciętniakiem (nie dajcie się zwieść przechwytom Jenningsa), Bucks są -27 przez 305 minut, jakie w sumie spędzili wspólnie na parkiecie. I niestety, nie tylko obrona jest problemem, bo również masa akcji w ataku pokazuje, że mimo przepracowania całego off-season, dalej nie potrafią się uzupełniać.

Spójrzcie na kilka akcji Ellisa, do których udało mi się dotrzeć.

1. Klasyczna sytuacja, w której pod koniec kwarty piłka ląduje w rękach Ellisa, a ten nie wie do końca co z nią zrobić. Do czasu zasłony na przed sobą pusty parkiet i aż się prosi o szybki kozioł i minięcie. On jednak decyduje się na klepanie w miejscu, bezproduktywny pivot, który zamiast w stronę kosza wyrzucił go bliżej linii środkowej boiska i jak nietrudno się domyślić, akcja spaliła na niczym:

2. Nie lubię jak wysoki zawodnik decyduje się na handoffa, zamiast postawić zasłonę i ściąć szybko tylnymi drzwiami pod kosz. Ersan kozłuje w stronę Ellisa i wystarczyłoby oddać piłkę, zrobić pick’n’rolla, Ellis oddałby do Ilyasovy i byłaby czysta pozycja. Tutaj brakuje dwóch rzeczy: a) dobrej zasłony od wysokiego gracza oraz (b) odpowiedniego zrozumienia Ellisa. To, co poniżej zobaczycie to klasyczny przykład tego, jak jego decyzje rzutowe są zazwyczaj podejmowane jakby pod wpływem prozaka. Rzut co prawda był celny (i nie ukrywam, że trochę sobie zaprzeczając, sam oddałbym rzut w tej sytuacji), ale w większość tego typu akcji kończy się niecelnym rzutem z dystansu, daleką zbiórką w obronie i w konsekwencji szybką kontrą i łatwą stratą dwóch punktów. A wystarczyłoby zastąpić podania z ręki do ręki pick’n’rollem i obraz gry nieco by się zmienił (i może Ersan byłby bardziej wykorzystany):

3. Wspomniałem wyżej o złych decyzjach rzutowych Ellisa. Poniżej macie kolejny przykład, który pozostawię bez komentarza:

Wiem, że te trzy filmy są cholernie nieobiektywne, ale uwierzcie mi. Gdybym miał czas na zmontowanie mixa ze spartaczonymi akcjami Ellisa, wymuszonymi rzutami, przetrzymaniami piłki i fatalną obroną, zrobiłby się z tego film metrażowy. Może nawet dwu częściowy.

Dlatego też w tej chwili widzę dwie opcje.

1) Można Ellisa przesunąć jako pierwszego wchodzącego z ławki, żeby wprowadzał gigantyczną dawkę energii. Z drugiej jednak strony nasza ławka nie potrzebuje dodatkowego bodźca i funkcjonuje doskonale w takiej formie, jak jest teraz. Ciężka decyzja dla Skilesa, który myślę będzie miał nieco więcej pola do manewru, jak po operacji wróci Mbah a Moute. Przyda się taki obwodowy stoper, typowo nastawiony na defensywę.

2) Można Ellisa oddać do drużyny, która będzie potrzebowała tego typu zawodnika i która będzie mogła zaoferować nam dobrego obwodowego z inklinacjami do gry defensywnej. Nigdy nie byłem dobry w proponowaniu wymian, dlatego teraz też się powstrzymam. Wiem tylko, że do pakietu Ellisa śmiało można dorzucić Goodena, jako typowego kartofla trade’owego. Może macie jakieś propozycje?

3) Najgorsza z możliwych opcji w tym momencie to grać cały sezon z Ellisem w składzie, kiedy nawet św. Piotr wie, że Monta nie zostanie z nami na kolejny sezon. Dlatego jakby na to nie patrzeć, najrozsądniejsza wersja wiąże się ze zmianami w składzie i wymianie, która być może już pojawiła się w głowie Hammonda. Oby, bo na dłuższą metę nie widzę możliwości współpracy Ellisa z Jenningsem na obwodzie.

Póki co tyle – trzeba iść spać, bo o 2 w nocy pobudka na mecz z Knicks. Usłyszycie ode mnie ponownie tuż po zakończeniu spotkania oraz jak zawsze na twitterze.

Good night!

PS.

Ciekawe, kiedy ile czasu będę potrzebował, żeby po kilku dobrych meczach Ellisa odszczekać cały ten tekst. I czy w ogóle będzie to konieczne…

Bucks odrobili 27 punktów straty i wygrali z Bulls pierwszy raz od kwietnia 2010.

Bucks @ Bulls 93 – 92

Bucks zaczęli pierwszą kwartę od mocnego uderzenia, bo w wyjściowym składzie nie było Ersana. Zamiast niego pod koszem obok Dalemberta pojawił się po raz pierwszy w karierze w S5 John Henson, który zaczął od błyskawicznie zdobytych 7 punktów (w pewnym momencie było Henson @ Bulls 7-8) i bloku na RIPie. Kompletnie niewidoczny był Ellis, a ja zaczynam już wymyślać teorie spiskowe, że boi się o własny tyłek i dlatego w ogóle nie atakuje kosza. W ataku pogrążali nas obwodowi Bulls, co i rusz mijając Ellisa i Jenningsa już na pierwszym koźle. Dlatego w pierwszych 9 FG mieli aż 8 asyst, z czego wiele (jak nie większość) była o dziwo po zasłonach na Elllisie. Kiedy za Hensona wszedł Sanders, Bulls zaczęli wyglądać potężnie pod własnym koszem, blokując i zastawiając wszystko, co tylko się dało. Mimo tego, Bucks mieli 6 zbiórek w ataku, a Bulls tylko 4 w obronie. Co z tego, skoro po pierwszych 12 minutach przegrywaliśmy 19-26, nasz atak i gra zespołowa nie istniały (tylko 4 asysty) i nie było się też kiedy rozpędzić do kontry…

Pierwszą kwartę zakończył Ellis niecelnym rzutem za trzy. Druga kwartę, ku mojemu zaskoczeniu, zakończył Ellis niecelnym rzutem za trzy. To powoli robi się cholernie irytujące. Przegrywamy do przerwy 40-50, ale mam wrażenie, że prowadzenie Bulls powinno być wyższe. Póki co ich obrona nie pozwala nam kompletnie na nic, Bucks grają szarpaną koszykówkę w ataku pozycyjnym, jest mało ruchu bez piłki, a jak już się uda dograć do środka, to jesteśmy miażdżeni przez zagęszczoną defensywę. Najlepiej póki co wygląda Henson, który potrafi znaleźć sobie nieco wolnego miejsca i zakończyć akcję punktami (11 do przerwy).  W drugiej kwarcie warte odnotowania jest to, że pojawił się Ersan. Od razu zebrał w ataku i dobił spod kosza. W kolejnej akcji zakończył kontrę i kiedy myślałem, że będzie to jego mecz na przełamanie się, chybił spod obręczy po kolejnej zbiórce w ataku a potem popełnił dwa szybkie faule i wrócił na ławkę. O tym jak fatalna jest nasza defensywa na obwodzie (dziękujemy Wam, Ellis i Jennings) niech świadczy to, że 10 i 17 punktów mają już Hinrich i Hamilton (9/15 z gry). Kirk chyba jeszcze nigdy nie czuł się tak szybki, jak dzisiaj, kiedy broni bo Jennings. Przegrywamy na deskach 18 – 20, nie trafiliśmy żadnej trójki (0/4), mamy tylko 8 asyst i 38% z gry. Nie chcę krakać, ale do przerwy nie wygląda to za dobrze.

Trzecia kwarta to totalna dominacja Bulls. Nie do zatrzymania był Hamilton, ale też nie ma mu się co dziwić, skoro krył go praktycznie niebroniący Ellis. Pod koszem rządził znowu Boozer. Trójkami targali nas Deng i Hinrich. A Bucks nie trafiali niczego – jesteśmy 12 / 66 w trójkach w ostatnich 4 meczach. W pewnym momencie przegrywaliśmy już 27 punktami i tylko dwóm dobrym akcjom w obronie Udoha i Ilyasovy (wymuszone faule w ataku) oraz buzzerowi Udoha zawdzięczamy to, że przed IV kwartą przegrywamy „jedynie” 63 – 80.

Przed czwartą kwartą popełniłem największy z możliwych błędów i stwierdziłem, że już jest po meczu. Rano obejrzałem ostatnie 12 minut przy śniadaniu i o mało się nie zadławiłem. Bucks zakończyli trzecią kwartą małym runem 12-2, który okazał się jednak preludium do większej serii 19-2, rozegranej przez nasze nieśmiertelne rezerwy. W rezultacie Ci, którzy mieli dostać garbage time i nieco się ograć, zdobyli 31 punktów, tracąc jedynie 4!! I teraz najlepsze, Ilyasova zdobył 12 ze swoich 18 punktów w czwartej kwarcie (a nie mówiłem, że to był jego mecz na przełamanie?), a oprócz niego na parkiecie w tych decydujących momentach byli Udoh, Udrih, Dunleavy i Lamb. Fantastycznie wyglądała nasza gra prowadzona przez głodnych sukcesu rezerwowych.  Zdezorientowane Byki odpowiednio szybko zareagować na to, co działo się na parkiecie w ostatnich minutach i nawet RIP, który zagrał najlepszy mecz w tym sezonie, nie trafił potencjalnego game winnera.

Pierwsze zwycięstwo Bucks z Chicago od kwietnia 2010 stało się faktem. Bucks pokazali, że odrobienie strat w Miami nie było przypadkiem i szkoda tylko, że aby wygrywać spotkanie muszą najpierw przegrywać 27 punktami, aby poczuć nóż na gardle. Brawo, brawo dla rezerwowych za fantastyczny wynik i wyśmienitą czwartą kwartę. Nieco więcej o meczu jak zawsze nieco później.

TOP5 tygodnia (4)

Bucks – Charlotte 98-102
Bucks – Miami 106 – 113 (OT)
Bucks – Chicago 88 – 93

Skoro poprzedni tydzień zakończyliśmy z trzema wygranymi, tak teraz dla równowagi musieliśmy trzy razy przegrać. Można było zakładać porażkę z Miami, miałem nadzieję na wygraną z Bulls, ale przegranej z Bobcats nie mogę przeboleć do teraz. Który z Kozłów zasłużył na wyróżnienie?

1. Brandon Jennings (1)
Nie mam wyjścia, choćby nie wiadomo jak słabe było chociaż jedno spotkanie (w tym przypadku tylko 10pkt z Bobcats), w pozostałych meczach zawsze nadrabia z nawiązką. Prawie wygrał mecz w Miami (może nieco za dużo powiedziane, ale na pewno był głównym powodem, dla którego nie przegraliśmy tamtego meczu 20 punktami), zdobywając 19 pkt (tragiczne 9/25 z gry) 7 zbiórek, 6 asyst i 5 przechwytów. Tyle samo przechwytów powtórzył również w sobotnim meczu z Bulls, a dzięki dwóm w spotkaniu z Bobcats zaliczył kolejny tydzień ze spektakularną liczbą średnio 4 przechwytów na spotkanie. Nieco się poobijał w meczu z Bulls (najpierw upadł na lewy nadgarstek, a pod koniec meczu skręcił kostkę), ale na rewanż w Chicago ma już być w pełni gotowy.

2. Mike Dunleavy (5)
Nasz główny rezerwowy zagrał dwa niemal identyczne spotkania (z Cats- 16/5/4 i Heat 16/4) i tylko z Bulls dopasował się niskim poziomem do skuteczności rzutów (7 pkt, ledwie 3/9 z gry). Ale w meczu z Heat pokazał, że nawet jak mu nie siedzą rzuty za trzy (1/7), to potrafi to nadrobić walecznością na deskach (3 zb. w ataku) oraz rzutami po indywidualnych akcjach (w tym pierwsza w tym sezonie akcja 2+1). Ciekawe jak zacznie wyglądać rotacja na jego pozycji, jak wróci Mbah a Moute (zaczął już indywidualne treningi).  Jest podobno szansa, że z rotacji wyleci Iliasova, a pozycja SF pozostanie bez zmian.

3. Monta Ellis (2)
Spadek w rankingu spowodowany przede wszystkim tym, że nie czyta mojego bloga i nie wyciąga odpowiednich wniosków! Dalej wali cegłówkami jak szalony (kolejno 14/28, 4/16 i 7/17 z gry). Był efektywny jak miał otwartą przestrzeń, mógł włączyć przyspieszenie i kończyć akcję po dynamicznym wejściu. Ale w ataku pozycyjnym nie istnieje. Do końca sezonu będę mu wypominał błędną decyzję w meczu z Miami, kiedy w ostatniej akcji meczu zamiast wchodzić pod kosz na faul, zdecydował się na rzut z dalekiego dystansu z zachwianej pozycji. Cóż tu więcej mówić – dalej czekam na trade’a.

4. John Henson (-)
Zagrał praktycznie tylko z Heat, ale za to jak. 17 pkt / 18 zb w 27 minut wchodząc z ławki przy 7/12 z gry. Prawie nic sobie nie robił z obecności Bosha pod koszem i bez przerwy wciskał swoje wątłe ciało między obrońców i dobijał rzuty tymi  swoimi długimi i chudymi łapskami. Z Bobcats dostał tylko 15 minut (6 pkt, 3 zb), natomiast prawie w ogóle nie zagrał z Bulls (kilka sekund na parkiecie). Szkoda, że nie może liczyć na więcej regularnych minut od Skilesa, ale najwidoczniej jego forma jeszcze nie jest dostatecznie usystematyzowana.

5. Ekpe Udoh (-)
Praktycznie niewidoczny w boxscorze, za to cholernie efektywny w wykonywaniu czarnej roboty. Pół meczu w Miami biegał za LeBronem i dopiero w czwartej kwarcie James wszedł na wyższe obroty, nie do okiełznania przez większość graczy w NBA. Jestem momentami pod wrażeniem tego, w jaki sposób porusza się w obronie na nogach i z jaką łatwością zajmuje dobrą pozycję do zbiórki pod koszem. Niestety, w ataku dalej jego gra polega głównie na przypadkowym podaniu, czy zbiórce w ataku, ale na dłuższą metę jego gra w defensywie wygra nam ze dwa czy trzy spotkania w sezonie.

MVP Bucks po czterech tygodniach:

1. Brandon Jennings – 36 punktów
2. Monta Ellis – 26 punktów
3. Mike Dunleavy – 22 punkty
4. Larry Sanders – 14 punktów
5. Benu Udrih – 6 punktów
5. Samuel Dalembert – 6 punktów
7. Tobias Harris – 4 punkty
7. John Henson – 4 punkty
9. Ekpe Udoh – 2 punkty

Bucks nie potrafią wygrać z Bulls po raz 9 z rzędu.

Bulls @ Bucks 93 – 86

Przyznaję się, urodzinowa impreza żony i szwagierki nie pomogła w oglądaniu meczu, a niedzielne obowiązki spowodowały, że oglądanie meczu trzeba było rozłożyć później. To znaczy, że meczu w ogóle nie udało się obejrzeć i jestem zmuszony do zrobienia tego, czego nie lubię najbardziej – szybkiego opisania meczu bazując na statystykach i tym, co piszą w innych recapach.

Co się od razu rzuciło w oczy to Vanilla Gorilla w pierwszej piątce w miejsce Dalemeberta, który podobno spóźnił się na mecz i w nagrodę został zawieszony przez Skilesa. Sam się jednak później przydał, kiedy razem z Goodenem pomagali dokuśtykać do szatni Jenningsowi, który na 23 sekundy przed końcem meczu skręcił sobie kostkę i nie był w stanie kontynuować spotkania (ale na szczęście w poniedziałek ma już być gotowy). Przybilla był wyjątkowo mile widzianą zmianą, bo ostatnio miałem dość patrzenia na to, jak Dalembert radzi sobie całkiem nieźle w ataku, ale jego interior defence jest w tym sezonie tragiczny. Przybilla dodał nieco ciała do walki z rosłymi podkoszowymi Bulls, ale na nic więcej się nie przydał. Jedyne co robił w ataku to stawiał wysokie zasłony. Co ciekawe, nigdy się nie rollował w stronę kosza i jak Jennings czy Ellis zdecydowali się mu podać, to od razu oddawał im piłkę i inicjował kolejnego pick’n’rolla.

Dobrze, że z urodzinowych przyjęć wrócił Sanders i skutecznie utrudniał grę podkoszowym Bulls (tylko 18-36 z pod kosza). Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie spadł przed czasem za faule.

Do kontuzji bardzo dobry mecz grał Jennings (23pkt, 7 as, 5 przechwytów) i dopiero pierwszym obrońcą, który dawał radę żeby go powstrzymać był Nate Robinson.

Co się jeszcze rzuca w oko ze statystyk? 17% w trójkach (3-17). Ersan utrzymuje formę i nie trafia wszystkich trzech prób. Jennings trafia 1/5, Udrih i Dunleavy 1/4 i to wyczerpuje wszystkie celne trójki w tym spotkaniu.

Z braku czasu na dzisiaj to wszystko. Na koniec jeszcze dobitka Boozera nad Ersanem, która praktycznie przeważyła o wyniku spotkania:

Kontra Ellisa 1 na 4:

Blok Sandersa, który powinien zakończyć karierę Hamiltona:

Oraz oczywiście podsumowanie spotkania:

Bucks Skilesa ssą w dogrywkach i zaciętych meczach.

Po ostatniej porażce z Miami strasznie narzekałem na wykonanie ostatniej akcji przez Ellisa i generalnie doczepiłem się nieco Skilesa za fatalne rozrysowanie tego zagrania. Nie można też powiedzieć niczego dobrego o naszej dyspozycji w dogrywce.

Wrodzona ciekawość nie dała mi spokoju i musiałem sprawdzić, jak pod wodzą Skilesa (czyli od sezonu 2008-09) Bucks radzą sobie w dwóch sytuacjach. Pierwsza, to mecze zakończone różnicą trzech lub mniej punktów, druga, to mecze po dogrywkach. Jak można się było domyślać, w obu tych statystykach wypadamy na minus.

Gdy mecze są rozstrzygane 3 lub mniejszą liczbą punktów, Bucks są mają bilans 11 – 17 (39% zwycięstw). Pełna lista tych spotkań:

San Antonio (W)
New Jersey (L)
Timberwolves (L)
Miami (L)
Atlanta (L)
New Orlean (L)
Bulls (L)
Cleveland (L)
Pacers (W)
Chicago (W)
Dallas (L)
Filadelfia (W)
Boston (W)
Atlanta (W)
Charlotte (L)
Boston (L)
Oklahoma (L)
Cleveland (L)
Indiana (W)
San Antonio (L)
Charlotte (L)
Minnesota (W)
Sacramento (L)
San Antonio (W)
Cleveland (W)
Orlando (L)
Chicago (L)
Cleveland (W)

Z kolei gdy o zwycięstwie decyduje dogrywka, Bucks znowu spisują się poniżej 50% procent i z bilansem 10 – 11 (47% zwycięstw) nie mają za bardzo czym się pochwalić. Znowu wszystkie dogrywkowe boxscore’y:

Waszyngton (W)
Memphis (L)
Boston (L)
Detroit (L)
Dallas (L)
Nowy Orlean (L)
Portland (W)
Lakers (L)
Oklahoma (W)
Houston (L)
Atlanta (L)
Sacramento (W)
Memphis (W)
Charlotte (W)
Boston (L)
Miami (L)
Toronto (W)
Orlando (L)
Filadelfia (W)
Oklahoma (W)
Cleveland (W)
Miami (L)

Przydałoby się jeszcze sprawdzić, jak pod tym względem radziły sobie pozostałe drużyny kierowane przez Skilesa oraz jakim bilansem mogą pochwalić się inne zespoły NBA, jednak na żmudne szukanie nie mam teraz czasu. Może znacie stronę, gdzie prowadzone są takie statystyki?

Nie mniej jednak postanowiłem z ciekawości trzymać listę otwartą i uzupełniać ją jeszcze w tym sezonie (i ewentualnie w następnym, pod warunkiem, że Skiles zostanie). Stay tuned.

Jeszcze parę słów o meczu z Heat.

Przegrana z Miami pokazała kilka rzeczy:

  • że potrafimy się podnieść, kiedy leżymy na obu łopatkach z nogami do góry  i bezradnie przyglądamy się, jak nas posuwają w tyłek (run 20-5 z mistrzami NBA na ich parkiecie),
  • że nie potrafimy grać w końcówkach,
  • że Ersan Ilyasova jest w tej chwili najbardziej żałosnym zawodnikiem w całej NBA,
  • że Dalembert obudził się na dobre,
  • że gramy naprawdę ultra ofensywną koszykówkę, nastawioną na kontrę i w grze pozycyjnej czujemy się jak nasza reprezentacja Polski, tyle że na Prozacu,
  • że Ellis nadaje się do gry w Bucks tylko wtedy, jak penetruje albo podaje i nie musi bronić albo rzucać z dystansu,
  • że mamy skład 12 wyrobników, którzy nigdy nie wiadomo kiedy i czym nas zaskoczą.

Ale po kolei, skupmy się na kilku spostrzeżeniach po ostatnim spotkaniu z Heat.

 Rzucony Lebronowi na pożarcie Tobias Harris sprawdził się bardzo dobrze nie tylko w ofensywie, ale co najważniejsze w defensywie. Nie zagrał wybitnego meczu przeciwko MVP, ale pokazał, że potrafi odpowiednio ściąć pod kosz, złamać zagrywkę czy ustawić się w idealnym miejscu do rzutu za trzy. Zdobył pierwsze 7 punktów drużyny i wyglądało na to, że dostanie w końcu nieco więcej minut, niż w poprzednich meczach. Nie zagrał ani przez sekundę w czwartej kwarcie z powodu Dunleavy’ego, Udoha i Hensona i myślę, że momentami mógłby dać chwilę oddechu głównie dla Udoha, który w ostatnich minutach ledwo nadążał za robiącym praktycznie wszystko Jamesem.

 Dobrze, mimo fatalnej skuteczności z gry, zagrał też Jennings, który był przydatny szczególnie w defensywie (przechwyty!) Można się przyczepić, że zaczął (na spółę z Ellisem) od 0-9 i że nie rzucił niczego w czwartej kwarcie i dogrywce (odkąd krył go James). Ale gdyby nie on w drugiej i trzeciej kwarcie, to w ogóle nie moglibyśmy mówić o wyrównanym meczu. Jak wpadnie w szał i rzuca praktycznie z zamkniętymi oczami, to oglądanie go jest czystą przyjemnością.

 Henson był fantastyczny i doskonale wykorzystał prezent od Sandersa w postaci głupiego usunięcia z gry. Byłem pod wielkim wrażeniem jego gry bez piłki i tego, z jaką łatwością dochodził do dogodnych pozycji do zbiórek w ataku (sztuk 8). Mimo budowy anorektycznego 14-latka o twarzy czarnego Ole Gunnara Solskjera zaskakiwał w bezpośrednich pojedynkach z Boshem, kiedy nie bał się kontaktu i parł co sił pod kosz. Co by dużo mówić – 27 minut na parkiecie z ławki, 17 punktów (rekord kariery) i 18 zbiórek (rekord kariery) + jedyny w historii taki wyczyn debiutanta wchodzącego z ławki, dało mi wiele do drapania po głowie z niedowierzania. Wygląda w pełni gotowego, żeby zająć powoli miejsce pod koszem zajmowane przez Ersana, który zasłużył sobie na 2-3 tygodniowe wakacje z Goodenem, z dala od koszykówki.

 Gramy swoje, gramy szybko i bazujemy w dużej mierze na zapieprzaniu do przodu i szybkiej wymianie podań. I o dziwo, wtedy nie tracimy piłek. Kiedy stajemy twarzą w twarz z half court offence, mamy problemy z rozegraniem akcji, skupiamy się w dużej mierze na indywidualnych umiejętnościach naszych obwodowych i zdecydowanie gorzej wypadamy w ataku. Cieszy jednak to, że nawet mistrzowie NBA nie byli w stanie spowolnić ataków, które momentami przebiegały perfekcyjnie. Tak na marginesie, Ellis ma doskonały pierwszy krok, łatwość mijania obrońców, dobrą skoczność i zwinność i jest niezwykle skuteczny, jak dogrywa pod kosz po penetracjach. Dlaczego tylko skupia się w tak dużym stopniu na waleniu cegieł za trzy i półdystansu, z nieprzygotowanych pozycji, czasem nawet nienaturalnie zgięty w pół jak jakaś artretyczna ukraińska prostytutka, której syberyjski mróz wykręca kończyny? Nie mam pojęcia.

 Nie mam też pojęcia i boli mnie to aż do teraz, dlaczego:

  1. Ostatnia akcja była przygotowana na izolację dla Ellisa, który wcześniej nie trafił niczego i jeszcze ani razu nie miał pewnej ręki w końcówkach kwart?
  2. A skoro już Ellis miał wolność do klepania przez 15 sekund w miejscu, dlaczego w tej ostatniej akcji nie zdecydował się na chociaż próbę minięcia obrońcy w izolacji i wymuszenia faulu? Śmiem twierdzić, że Jennings w podobnej sytuacji zachowałby się identycznie, dlatego osobiście bym zaryzykował i dał piłkę w tym meczu albo Udrihowi, albo rozrysował coś pod spot upa Dunleavy’ego. Najwyżej by stracili / nie trafili.

 Rzecz trochę związana z tym, co napisałem powyżej odnoście Ellisa. Dalej nie wchodzimy pod kosz i nie wymuszamy fauli, tylko albo odrzucamy na obwód i walimy trójki, albo od razu rzucamy z półdystansu. Nie zdobędziemy mistrzostwa bez agresywności i odpowiednio częstych wizyt na linii rzutów wolnych, to pewne. Dlatego trzeba zrobić jak najlepszy użytek z naszych filigranowych rozgrywających, którzy np. jak Jennings, zamiast skupiać się na floaterze z biegu, mógłby robić ten krok dalej i próbować skończyć akcję 2+1 (vide Dunleavy, czy Udrih, którzy nie mają problemów z penetracją i wymuszaniem przewinień).

 Są też momenty, kiedy zawodzi całkowicie nasza obrona pod koszem. Co dziwi, kiedy na parkiecie są równocześnie Dalembert, Sanders i Udoh/Ilyasova. Ersan to już osobny temat, bo wczoraj do nietrafiania dodał też niezbieranie i największą parkietową apatię, jaką widziałem w życiu. Jakby się nawpieprzał naleśników w szatni i męczyły go wzdęcia.

Ogólnie nie mogę za bardzo narzekać na chłopaków, bo pokazali charta walki i napędzili mistrzom niemałego stracha. Potrafili nadrobić 18 punktową stratę i do odpalenia zwycięskiego cygara zabrakło naprawdę niewiele. Jest szansa, że w razie ewentualnego pojedynku w pierwszej rundzie PO, będzie na co popatrzeć.

Dzień konia Hensona nie uchronił nas przed porażką po dogrywce.

Bucks @ Heat 106 – 113

-Wyczekiwany od początku sezonu pojedynek z mistrzami rozpoczął się na dobrą sprawę 15 minut przed pierwszym gwizdkiem, kiedy to walczyłem z całych sił z budzikiem i milionem głosów w głowie, które mówiły mi, żeby kłaść się spać i obejrzeć mecz przed południem. Nauczony doświadczeniem, wiedziałem, że to niemożliwe. Musiałem zobaczyć na żywo, jak Udonis Haslem staje się najlepiej zbierającym zawodnikiem w historii Heat wyprzedzając Mourninga. Chciałem zobaczyć Dalemeberta, trafiającego pierwszą trójkę w karierze. No ale przede wszystkim musiałem się przekonać na własne oczy, na co stać w tym roku Bucks.

Defensywnie, od początku Kozły dały znać, że stać ich na niewiele. Po szybkim początku Harrisa, kiedy zdobył 7 punktów Bucks z rzędu i kilku punktach dorzuconych przez Dalemberta i Ellisa, było 13-17 dla Heat. Gospodarze trafiali wtedy głównie po szybkich kontrach, albo minięciu na pierwszym koźle i rzucie spod kosza. Stąd ponad 75% skuteczność i aż 14 z 17 punktów rzuconych uncontested spod samej obręczy. Bucks nie wyglądali jak drużyna, która będzie miała jakiekolwiek szanse na nawiązanie walki. W ataku nie było pomysłu innego niż rzuty za trzy Jenningsa (szybkie 0/4 z gry) i jak nie udało się zdobyć punktów po szybkiej kontrze, to w ataku pozycyjnym nie robiliśmy nic. Ersan zdążył już zaliczyć pierwszego airballa za trzy oraz flopa przy próbie wymuszenia offensa na Wadzie. Z drugiej strony Heat biegali dwa razy szybciej, skakali dwa razy wyżej i rzucali 40% lepiej, przez co wyszli na szybkie 27-13 i było już praktycznie po meczu. W czasie 6 minut pierwszej kwarty Heat zaliczyli run 15-0, ograniczyli nas do zaledwie 25% z gry i wyszli na komfortowe prowadzenie 29-15. W między czasie Haslem zebrał dwie piłki w obronie i wyprzedził Mourninga na liście najlepiej zbierających zawodników w 25 letniej historii Heat. Wywiad z Alonso tylko przekonał mnie do tego, że niektórzy zawodnicy się nie starzeją.

W drugiej kwarcie niemoc Bucks się nie zmniejszyła. Run Heat wydłużył się do 19-2, prowadzenie rosło w zastraszającym tempie, a Jennings z Ellisem razili nieporadnością w ataku, której nie powstydziłby się nawet Ilyasova. Oboje mieli w sumie 0/12 z gry, 4 asysty i 2 straty. Przy stanie 28-41 powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że nic wielkiego w tym spotkaniu już się nie wydarzy. Oglądało się to trochę, jakby do Miami przyjechała wycieczka pełna autystycznych dzieciaków, ubranych w zielone stroje, którym nagle ktoś kazał grać w koszykówkę. Sanders popełnił trzy faule w 6 minut, a potem dostał dwa techniczne z rzędu i szybko został odprowadzony do szatni. Ironiczna mina, jaka przykleiła mu się do twarzy oraz dodatkowe prowokowanie ławki Heat nie pozwoliła mi zapomnieć o porównaniach z młodym, szalejącym przy każdej okazji Rodmanie.

Marudząc i narzekając, Bucks wyszli na run 14-3 i ni z tego zrobiło się 37-44 dla Miami.  Doskonałym podaniem do Ellisa pod koszem popisał się Dalembert (patrz niżej) i dopiero Bosh przerwał serię 13 punktów z rzędu zdobytych przez Kozły. W drugiej kwarcie nie popełniliśmy ani jednej straty, zdobyliśmy aż 14 punktów z pomalowanego,  a na 0,3 przed końcem pierwszą trójkę w karierze trafił Dalembert, ustalając wynik na 44-46 dla Heat. Po doskonałej dyspozycji rzutowej i w końcu dobrej grze w obronie, wygraliśmy drugie 12 minut 29-17. Ciekawe jest to, jak szybko zmienił się obraz tego spotkania, szybko i zupełnie niespodziewanie. Od stanu 28-44 do 44-46 te autystyczne dzieciaki o których pisałem ściągnęły okulary, weszły ukradkiem do toalety i przebrały się w stroje superbohaterów, którzy byli na największej do tej pory misji ratowania własnych tyłków. Technika, którą zastosowali – pozwólcie po sobie przejechać, potem udawajcie martwych, a na koniec zaatakujcie okazała się śmiertelnie skuteczna w drugiej kwarcie.

Trzecia kwarta to 4 szybkie straty Heat, które niestety nie przełożyły się na łatwe punkty Bucks. Po doskonale wykonanym wyrzucie z autu, po którym Ellis złapał piłkę w powietrzu i przed wylądowaniem oddał ją Dalembertowi, który skończył akcję wsadem z faulem, schodziliśmy na pierwszą przerwę z remisem po 60. Jennings przeplótł dwa głupie rzuty za trzy z dwoma fantastycznie wykończonymi floaterami z jednej nogi, które wpadły do kosza pod tak idealnym kątem, że swish siatki zagłuszył na moment wszystkich kibiców na trybunach. Nie wiem, po co na parkiecie tak długo był kompletnie bezproduktywny Ersan. Na 3 minuty przed końcem trzeciej kwarty miał 4 punkty i 1 faul przy 2/7 z gry. Świetnie za to spisywał się John Henson, który nie dość, że miał 10 zbiórek w 10 minut gry, to jeszcze skuteczną dobitką równo z końcową syreną ustalił wynik po trzech kwartach na 73-71 dla Bucks.

Ostatnie 12 minut rozpoczęło się tak, jak skończyła poprzednia kwarta – od popisu na deskach i pod koszami Hensona.  Zbiórki przyciągał jak magnes (13 po 11 minutach gry) a do tego dołożył kilka punktów po naprawdę solidnej grze w ataku (11 punktów na 9 minut przed końcem meczu). Na 5 minut przed zakończeniem meczu Bucks prowadzili +4 87-83, a byłoby +5, gdyby technicznego dla Udoha nie zagwizdali sędziowie (nie mam zielonego pojęcia za co). Oglądanie Hensona i Udoha pod koszem w dzisiejszym meczu to była czysta przyjemność – żaden z podkoszowych (oprócz Bosha) Miami nie miał łatwego życia. Gdy Henson zdobył swój 15 punkt i zebrał 15 piłkę, Bucks prowadzili 89-83, ale potem niestety sprawy w swoje ręce wziął Lebron, najpierw fantastycznie podając do Bosha, który na raty zapunktował spod samego kosza, a potem sam trafił trójkę.  Run Miami rozciągnął się do 10-0 tylko po to, żeby potem Bucks zdobyli 5 punktów z rzędu. Na 90 sekund przed końcem prowadziliśmy 96-94. Kiedy Bosh nie trafił trójki a piłka wciąż była w powietrzu, wystarczyła kolejna zbiórka Hensona żeby praktycznie zakończyć spotkanie, ale niestety James wykorzystał przewagę siły i doświadczenia, zebrał w ataku i doprowadził do remisu 98-98 na 24 sekundy przed ostatnim gwizdkiem. Nie rozumiem ponownie, dlaczego ostatnią akcję meczu Skiles rozpisał na iso dla Ellisa. Henson zebrał w ataku nad Boshem, ale niestety potwornie się podpalił, przerzucił kosz i na 1,4 przed końcem Miami mieli piłkę, nadal przy remisie 98-98. Wade miał wygrać spotkanie w regulaminowym czasie gry, ale defensywną akcją meczu popisał się Ellis, który zablokował lidera Heat, doprowadzając do dogrywki.

Dogrywkę fatalnie, bo od dwóch strat i nieudanego wejścia zaczął Ellis, co skrzętnie wykorzystali Heat wychodząc błyskawicznie na 6 punktowe prowadzenie. Ciąg dalszy dogrywki to niestety dalej popisy nieskuteczności Ellisa, który niczym klasyczna czarna dziura w ataku zasysał każdą piłkę i kończył każdą akcję rzutem. Aż się prosiło wtedy o zmianę i wprowadzenie Udriha, który dotychczas w meczu bardzo dobrze radził sobie z prowadzeniem gry. Trójka Allena, niecielna trójka Jenningsa a potem zbiórka w ataku Battiera praktycznie przesądziły o zwycięstwie Heat (109-102 na 30 sekund). W czwartej kwarcie i dogrywce zawiódł Brandon, który nie zdobył ani jednego punktu. Ofensywa całkowicie padła, jak za zdobywanie punktów na siłę wziął się Ellis, który zdecydowanie nie miał swojego dnia rzutowego. Gdyby nie Henson i jego wyjątkowy dzień konia, pewnie nawet nie doszłoby do dogrywki. Trzeba pochwalić Bucks za walkę oraz za powrót do gry po tragicznej pierwszej kwarcie. Niestety, po raz kolejny zabrakło zimnej krwi w końcówce oraz dobrego rozegrania ostatniej akcji w regulaminowym czasie. Trochę winię za to Skilesa, który mógł wymyślić coś lepszego, niż izolacja na Ellisa, który, jak już nie raz dzisiaj pisałem, nie miał swojego dnia rzutowego. Miami pozostają niepokonani na własnym parkiecie, Bucks przegrywają 4 mecz z sezonie, ale nie mają się czego wstydzić.

Terminarz przestał nas rozpieszczać

Obserwuj @daveknot

Patrzę na nasze kolejne mecze i z jednej strony się cieszę. W końcu skończy się oglądanie Indiany, Waszyngtonu czy innej Filadelfii. Udało nam się wykorzystać przychylny początek sezonu praktycznie do granic możliwości (gdyby tylko nie ta fatalna porażka z Bobcats), a teraz czeka nas prawdziwa autostrada do piekła. Najbliższe mecze Bucks wyglądają następująco:

@ Miami śro 11/21 1:30
Chicago sob 11/24 3:00
@ Chicago pon 11/26 2:00
New York śro 11/28 2:00
@ Minnesota pią 11/30 2:00
Boston sob 12/01 2:30
@ New Orleans pon 12/03 2:00
@ San Antonio śro 12/05 2:30

Oprócz połamanych do granic możliwości Minnesoty i Nowego Orleanu, pozostałe drużyny na pewno dadzą dokładniejszy obraz tego, na co można w tym sezonie liczyć jeśli chodzi o Kozły. Nie musimy i nie będziemy wygrywać wszystkiego, ale trzeba w końcu zacząć pokazywać, że Bucks też mogą się liczyć na koszykarskiej mapie USA. Ja niestety mam tą głupią przypadłość, że lubię oglądać terminarz i wybierać z nich pewne zwycięstwa i porażki. Oczywiście, prawie nigdy nie udaje mi się trafić, nie mniej jednak ciężko dopatrywać się wielkich szans w starciach z Heat, Bulls, Knicks, czy Spurs (nie sieję defetyzmu – popatrzcie, założyłem, że można powalczyć z Wolves, Hornets i Bez-Rondowych-Celtics)

Zamiast nastawiać się na serię potwornie trudnych meczów (i możliwych blowoutów), patrzę na to jako na możliwość zobaczenia w po raz pierwszy w sezonie gorących Heat czy Bulls. Mega trudne dwa tygodnie pozwolą też nieco bardziej zweryfikować to, jak szybko Dalemebert dopasuje się do drużyny, czy Ellis i Jennings dadzą radę się dogadać i czy w końcu obudzi się Ersan. Zadaję też sobie pytanie, kiedy Sanders i Udoh zejdą poniżej 3 fauli w meczu i kiedy Harris zagra więcej niż 18 minut w trzech meczach pod rząd.

Póki co ręce składają się do nieśmiałych oklasków, bo w końcu udało się wykonać plan minimum i wygrać mecze z drużynami poniżej 0.500. Pierwszy z prawdziwych testów przed nami i mam nadzieję, że moje 2-6 się nie sprawdzi.

Bucks przegrywają z Bobcats po fatalnej czwartej kwarcie.

Bucks @ Bobcats 98-102

W pierwszej kwarcie spotkania defensywa Bucks praktycznie nie istniała. Fakt, że zaczęliśmy od zatrzymania Bobcats na 0/6 z gry, ale było znacznie gorzej jak Bobki przyspieszyły tempo i zaczęły zbierać w obronie. Był moment, że każdy nasz niecelny rzut był ściągany z deski, wypuszczano Walkera, który jak się rozpędził, to był nie do zatrzymania (10 punktów w 9 minut na 100% skuteczność z gry). Świetne wrażenie na początku zrobił tez na mnie Kiddd-Gilchrist, który miał szybką zbiórkę w ataku i po dwóch minutach gry wysłał Harrisa na ławkę z 2 faulami. Bobcats trafiają póki co wszystko z pół dystansu (53% z gry po pierwszej kwarcie), a sam Haywood (7) ma tyle samo zbiórek co cała nasza drużyna (przegrywamy deskę 7-15 póki co). Obrona Cats wygląda na tyle dobrze, że nie oddajemy zbyt wielu rzutów spod samego kosza i jesteśmy maksymalnie spychani na obwód. A rzuty póki co nie siedzą (38% z gry). Trzeba więcej penetrować, jak przy pierwszej akcji spotkania (Ellis dynamiczny wjazd i odegranie do Dalemberta na wsad). Póki co po pierwszych 12 minutach 23-30 dla gospodarzy, głównie przez tragiczną obronę Bucks i nieskuteczną grę w ataku.

Druga kwarta zaczęła się od popisu rezerwowych, którzy w pewnym momencie mieli run 17-6, głównie za sprawą skutecznego (!) Lamba (6 punktów) i pewnego jak zawsze Dunleavy’ego. Patrząc na to, że Harris i Ilyasova raczej już nie pokażą się z dobrej strony ofensywnie w tym meczu, potwornie ważne jest to, żeby zmiennicy zagrali na wysokim poziomie. Świetne 9 minut dostarczył Udrih (7 asyst), dużo ożywienia wniósł też Henson, który jednak jest jeszcze potwornie, przepraszam, niedorobiony na parkiecie. Skacze do każdej piłki, rzuca się do walki o wszystko, co w powietrzu i niestety łapie przez to szybkie faule. Nie jest to póki co mecz Jenningsa, który razi nieskutecznością nawet spod kosza (seria dwóch niecelnych rzutów pod rząd z trumny przyszła tak niespodziewanie, że nawet nie zdążyłem z sarkastycznym komentarzem). Po przeciwnej stronie świetnie gra Walker (15 pkt, 6/6 z gry) oraz Mullens, który najpierw szkolił Hensona, a potem Ilyasovę w drodze do swoich 10 punktów i 4 zbiórek. Zniknął Kidd-Gilchrist (1/6 z gry, 4 punkty), ale za to spiker podał, że na trybunach pojawiła się jedna osoba więcej (czym frekwencja wzrosła do 201 osób). Nadrobiliśmy 6 punktów w drugiej kwarcie i do przerwy zeszliśmy przegrywając już tylko 54-55, przerywając tym samym serię bodaj 4 meczów z min. 60 punktami po pierwszych 24 minutach.

Trzecia kwarta to pokaz sił obu zespołów. Poprzez sił, mam na myśli strat. Był moment, kiedy Bucks popełnili 5 strat w 6 kolejnych akcjach, a Bobcats 3 w 4. Bucks wyszli jednak na chwilowe prowadzenie 71-69 po serii 6-0, kiedy Ellis i Jennings popisywali się runnerami. Kemba zatrzymał się w tym okresie na 0/3 z gry i zaczęła funkcjonować nasza zbiórka na obu deskach. Końcówka trzeciej kwarty to popis Larry’ego, który najpierw zmiótł blokiem Sessionsa przy próbie wejścia pod kosz, a następnie zdobył 6 punktów z rzędu. W trzeciej kwarcie wyszliśmy w końcu na prowadzenie w zbiórkach (33-29), jednak nadal zdecydowanie na rzadko kończymy na linii osobistych (5/7 Bucks vs 11/14 Cats). Przed decydującą odsłona Bucks prowadzili 81-77.

Czwarta kwarta zaczęła się od szybkich 6 punktów Ellisa (efektowny up-and-under), co w połączeniu z dobrą defensywą pod koszem dało nam szybkie powiększenie prowadzenia do 85-79. A Ellis był nie do zatrzymania. Miałem wrażenie, że wszystkie wejścia pod kosz i lay-upy były albo inicjowane, albo kończone przez niego. Przy okazji kolejnej przerwy na żądanie Cats było już +11 i wydawało się, że Bucks w całości kontrolują losy tego spotkania. Durną akcją będzie mógł się chwalić na youtubie Sanders, który dobił wtaczająca się piłkę po „and1” Udriha, przez co okradł drużynę z dwóch pewnych punktów . Oczywiście Bucks musieli zrobić wszystko, żeby pod koniec meczu zrobiła się dramaturgia. Po stracie Jenningsa i wsadzie Kidda-Gilchrista zrobiło się nagle 94-91 dla Bucks na 3:30 przed końcem. Niestety, na moje oko wszystko zaczęło się sypać, jak na parkiecie pojawił się podkoszowy duet Sanders-Henson. W ataku zaczęły się straty tego drugiego (oraz jedna niecelna trójka!), a pod naszym koszem coraz śmielej zaczął sobie radzić Haywood.  Run 17-4 dla Cats lekko mnie dobił w środku nocy, bo nagle okazało się, ze nie dość, że przegrywamy 98-100 na 60 sekund przed końcem, to jeszcze Skiles wykorzystał ostatni pełny TO. Nasz teoretycznie najważniejszy rzut po przerwie wykonał Dalembert i ledwo trafił w obręcz. Piłkę przejęli Bobcats przy 2 punktowym prowadzeniu na 43 sekundy przed końcem. Sessions stracił piłkę, przechwycił Ellis, zanurkował Sanders i na 19,8 sekund przed końcem meczu mieliśmy piłkę przy stanie 98-100. Potwornie mi wtedy śmierdziało dogrywką, ale na szczęście (w nieszczęściu) się pomyliłem. Trójki na wagę zwycięstwa nie trafił Ellis, Sessions wylądował na linii rzutów wolnych, trafił oba i było po meczu. Niestety, pierwsza porażka Bucks na wyjeździe w sezonie stała się faktem. Bobcats wygrali ten mecz dzięki fantastycznej końcówce czwartej kwarty, którą wygrali 8 punktami. Nie da się wygrać, jak rzuca się tylko 8 punktów z osobistych, przeciw 27 przeciwników. Ale o głębszą analizę pokuszę się jak zwykle w przerwie między zajęciami.

TOP5 tygodnia (3)

Bucks – 76ers 105 – 96
Bucks – Pacers 99 – 85
Bucks – Hornets 117 – 113

Bucks zakończyli miniony tydzień z trzema zwycięstwa. Znowu trochę ciężko przyznać indywidualne nagrody, kiedy drużyna bazuje w takim stopniu jak Kozły na grze zespołowej. Jedynie w meczu z 76ers wyróżnił się Jennings (33/5/8), w pozostałych co najmniej pięciu zawodników rzucało ponad 10 punktów, a dwóch kolejnych kończyło mecz z 9 punktami na koncie. Nie mniej spróbuję kogoś wyróżnić (no dobra, to wcale nie będzie takie trudne).

1. Brandon Jennings (3)
Sprawę praktycznie załatwił wspomniany wyżej mecz z Sixers. Brandon trafiał jak natchniony i teoretycznie w pojedynkę za rękę zaprowadził drużynę do wyjazdowego zwycięstwa. Nieco niej aktywny był w spotkaniu z Pacers (16/4/3), natomiast wrócił do wysokiej dyspozycji z Hornets (22/2/9). W sumie w tygodniu trafił 26 z 49 rzutów z gry (53%), zanotował chory jak na niego stosunek asyst do strat 21 / 2 i przechwycił 9 piłek. Jeszcze Wam mało?

2. Monta Ellis (1)
Powiedzmy, że wygrał nam mecz z Hornets ostatnimi rzutami w meczu, zagrał na przyzwoitym jak na siebie procencie z Pacers (6/15), a z Sixers, mimo słabej dyspozycji rzutowej (8/20) rozdał 7 asyst. Znowu jednak ma momenty przebłysków i trafiania seriami, które miesza z tragicznymi decyzjami rzutowymi i odpalaniem szalonych trójek w momentach, kiedy aż prosiłoby się o wejście pod kosz. Miło jednak patrzy się na to, że co raz lepiej rozumie się z Jenningsem i przede wszystkim, z Dalembertem.

3. Samuel Dalembert (-)
Sami się obudził po tym, jak przeprowadził poważną rozmowę ze swoimi rozgrywającymi. Teraz każde spotkanie zaczyna się od kilku akcji z rzędu granych na naszego centra, z czego większość z nich kończy się alb wsadem, albo rzutem z półdystansu. Cieszy oczy to, że w końcu wrócił do żywych również na deskach. Niby 18 zbiórek w trzech meczach to za mało jak na centra, jednak zawsze lepsze to, niż mizerne 4 zbiórki na mecz na początku sezonu. Oby tylko jego forma została podtrzymana przez następne tygodnie.

4. Tobias Harris (-)
Tobias jest dla mnie zagadką. Zaczyna mecz na ostrym wku***, że tak się brzydko wyrażę, tylko po to, żeby zaraz zniknąć na ławce z 3 faulami po pierwszej kwarcie. Stąd zagrał kolejno 18, 20 i 17 minut i w tym czasie zdobywał średnio 10,3 punktów i … 2,3 zbiórek. Warto jednak zaznaczyć, że jak już jest na parkiecie, to daje z siebie wszystko i statystyki naprawdę nie są w stanie oddać jego wkładu w wywalczone bezpańskie piłki czy ciągłe przeszkadzanie pod bronionym koszem.

5. Mike Dunleavy (4)
Wahałem się między nim a Udrihem, ale jednak zdecydowałem się na Mike’a. Przede wszystkim dlatego, że jest w tej chwili jedynym zawodnikiem, który w jakiej piątce się nie pojawi, zawsze to ustawienie jest na plusie. Ba, jak tylko Mike pojawia się na parkiecie, automatycznie notujemy jakiś mniejszy lub większy run (bez kitu!) W minionym tygodniu nie udał mu się mecz z Pacers z powodu kłopotów z faulami (tylko 5 pkt i 3 zbiórki), jednak w pozostałych dwóch spotkaniach był zdecydowanie naszym najlepszym rezerwowym. Gdyby nie spotkanie z Pacers (1/6 z a trzy), trafił w sumie 6/10 za trzy i zdobywał średnio po 15 punktów i 7 zbiórek na mecz.

MVP Bucks po trzech tygodniach:

1. Brandon Jennings – 26 punktów
2. Monta Ellis – 20 punktów
3. Larry Sanders – 14 punktów
3. Mike Dunleavy – 14 punktów
5. Benu Udrih – 6 punktów
5. Samuel Dalembert – 6 punktów
6. Tobias Harris – 4 punkty

Z cyklu wpisów śmieciowych – Jennings się przeprowadził.

Brandon od kilku dni mieszka piętro nad Ellisem, kilkanaście metrów od hali Bradley Center. Dla tych, którzy lubią tego typu informacje, wynajmuje mieszkanie w wieżowcu The Moderne na 25 piętrze. Do dyspozycji ma m.in. 3 sypialnie, 2 łazienki,  darmową myjnię i sprzątaczki „na życzenie”. O restauracjach i siłowni na miejscu nie wspomnę. Za całość płaci 4,500 dolarów miesięcznie, czyli rocznie wychodzi go to bagatela 2% z nieco ponad 3 milionowego kontraktu.

Poniżej kilka zdjęć. Na pierwszy rzut idzie widok na halę – prosto z okna. Faktycznie, rzut beretem.

Źródło tej jakże ważnej informacji.

22 lata temu Alvin Robertson nie wykorzystywał 14-letnich dzieci…

… a dokładnie 19 listopada 1990 roku w wygranym 114 -104 meczu z Utah Jazz zanotował 16 punktów i 10 przechwytów. Bardzo dobrze się ogląda boxscore z tamtych czasów, a jeszcze lepiej ogląda się mecze. Niestety, nie udało mi się znaleźć na youtubie żadnych urywków z 10 przechwytami Alvina, ale dokopałem się do innego spotkania między tymi samymi drużynami z tego samego roku. Gdyby ktoś chciał zobaczyć nawiedzonego Malone’a, który w 33 minuty zdobywa 61 punktów i 18 zbiórek to polecam:

A co do samego Alvina i nieco prowokującego tytułu. Należy pamiętać, że

  • Robertson był zawodnikiem, który rzucił pierwsze w historii punkty Raptors (od razu za trzy).
  • Do dziś ma też największą średnią przechwytów na mecz w karierze ze wszystkich graczy – 2,71 w 779 spotkaniach.
  • Dodatkowo całkiem niedawno (2007/08) Chris Paul ustanowił rekord 108 spotkań z co najmniej jednym przechwytem, bijąc rekord Alvina – 105.
  • Pamiętajcie też, że Alvin jest też jednym z czterech zawodników, którzy zdobyli quadruple-double (ale jedynym, który dokonał tego z przechwytami): grając w barwach Spurs miał 20 punktów, 11 zbiórek, 10 asyst i 10 przechwytów w meczu z Suns.

No ale wracając do tematu. W 2010 Robertson został aresztowany za branie udziału w porwaniu 14 latki, którą później namawiał do wykonywania na nim czynności seksualnych. Co więcej, policja zarzuca mu porwania jeszcze rok wcześniej, kiedy nieletnie dziewczynki były „wynajmowane” klientom, w celu m.in. urozmaicania wieczoru tańcząc w klubach ze stripteasem. kolejny przykład na to, jak chora i spaczona psychika może zniszczyć dobre imię, na które tak ciężko się pracowało na parkietach NBA.

Bucks wygrywają atakiem! Żartujecie sobie?

Hornets @ Bucks 113-117

Jeszcze do niedawna nie przypuszczałbym, że Bucks są w stanie wygrać mecz ofensywą. Dlatego styl, w jakim wygraliśmy z NOH 117-113 jest dla mnie wielką niespodzianką, szczególnie biorąc pod uwagę to, że na papierze, obie drużyny raczej wygrywają spotkania dzięki defensywie.

Ellis i Jennings zagrali praktycznie bliźniacze spotkanie (po 22 punkty i 9 asyst), jednak Monta zaczął spotkanie decydując się na złe rzuty i nadrabiając chybienia asystami do Dalemberta. Sam po raz kolejny czerpał korzyści z wysokich podań od swoich rozgrywających (przydała się rozmowa motywacyjna, w której powiedział im, żeby przestali dogrywać mu piłki kozłem w nogi, a rzucali je nad obręcz. Potrzeba było 5 meczów, żeby sobie zdali z tego sprawę) i udało mu się zakończyć kolejny już mecz z rzędu z rozsądnymi 15 punktami i 8 zbiórkami. Bardzo dobrze w pierwszej połowie wyglądał również Dunleavy (14 punktów do przerwy) i Jennings (po 11 punktów na połowę) i to w dużej mierze dzięki nim wyszliśmy na prowadzenie 60-58 po pierwszych dwóch kwartach (tak na marginesie, był to trzeci mecz z rzędu, w którym Bucks rzucili co najmniej 60 punktów do przerwy). Fatalnie w tym okresie wyglądała nasza defensywa, kompletnie nie radziliśmy sobie na pick’n’rollach (przez co Hornets trafiali z 66% skutecznością do przerwy, mieli 11 na 17 w pierwszej kwarcie i dopiero w czwartej kwarcie Bucks zatrzymali ich na 38% z gry). Nie ma co ukrywać, że nasze prowadzenie w pierwszej połowie zawdzięczamy głównie dużej przewadze na deskach (12-1 w zbiórkach ofensywnych) oraz mniejszej liczbie popełnionych strat (5-10).

Ellis obudził się po przerwie i w drugiej części gry zdobył 20 ze swoich 22 punktów, często świetnie wchodząc pod kosz i decydując się na kończenie akcji w inny sposób, niż rzutami za trzy (nie trafił żadnej z trzech prób). Parę razy miałem już wrażenie, że mecz skończy się przed czasem z powodu przewagi i kontroli Kozłów, jednak za każdym razem na parkiecie przypominał o sobie Anthony Davis. Debiutant o największych brwiach w historii NBA zdobył 10 ze swoich 28 punktów (rekord kariery) w ostatnich minutach spotkania. Najbardziej boleśnie odczuliśmy jego dwie trzypunktowe akcje pod rząd, które nagle zmniejszyły nasze prowadzenie 110-102 do 110-108 na 2 minuty przed końcem meczu. Tyłek uratował nam Ellis, dwoma rzutami, które doprowadziły mnie do palpitacji serca. Dobrze, że wpadły, bo bym narzekał na niego, że przegrał nam mecz kolejnymi głupimi decyzjami rzutowymi. W ostatnich sekundach w defensywie popisał się nie kto inny jak Sanders, który czysto zablokował Andersona na obręczy, dzięki czemu utrzymaliśmy tymczasową przewagę 114-110, której nie oddaliśmy do końca spotkania.

Kolejny mecz z rzędu, w którym popełniamy całkiem rozsądną liczbę strat. Dzisiejsze 11 sprokurowali głównie Udrih (4) oraz Dalembert (3). Cieszy niezmiernie to, że duet Jennings-Ellis stracili tylko 1 piłkę w cały meczu, niecodzienną statystyką jest też jedynie jedna strata Sandersa (oczywiście przy 5 faulach, ale to już standard. Dalembert powiedział mu ostatnio, żeby się nie przejmował faulami, bo jak ma blokować rzuty, to musi faulować. Prędzej czy później sędziowie się z nim zaprzyjaźnią i przestaną gwizdać każdy jeden kontakt z przeciwnikiem).

Strach pomyśleć, co by było, gdyby nie siedziały nam trójki (13/25) i gdybyśmy nie mieli olbrzymiej przewagi na atakowanej desce (16 – 8). Dalembert z Ersanem zebrali 4 razy w ataku, a trzy dodał Dunleavy. Na plus (ale mały) na pewno trzeba też zaliczyć występ Ilyasovy, który w końcu trafiał spod kosza (5/10 z gry) oraz zrobił swoje na deskach.

Zawiodła na całej linii defensywa. Nie można dopuszczać przeciwników do 52% skuteczności z gry, ani zostawiać tak wiele wolnego miejsca na trójkach (10/21). Do tego, jak już pisałem wcześniej, fatalnie pracowała obrona przeciw pick’n’rollom. Davis trafił 10 z 14 rzutów w drodze do rekordowych w karierze 28 punktów. Nawet Skiles po meczu powiedział, że obrona była embarrasing, przez co zwycięstwo w meczu przesądziła praktycznie jedna akcja w obronie Sandersa i para rzutów Ellisa, która szczęśliwie wpadła w końcówce spotkania.

Wszystkie punkty Hensona w meczu z Indianą

Dla Hensona mecz z Indianą był pierwszy od środy i można śmiało powiedzieć, że nasz rezerwowy podkoszowy nie zawiódł. Dostał ostatnich 7 minut praktycznie już rozstrzygniętego spotkania, zdobył 10 punktów (5/8 z gry) i dołożył do tego dwa bloki i zbiórkę w ataku po własnym niecelnym rzucie. Wiem, że to kompletnie nic nie znaczy i wcale nie podnosi jego wartości jako rezerwowego, ale warto czasami rzucić okiem na zagrania zawodników, których nie widzimy w skrótach meczów czy w top10. Przed Wami wszystkie punkty, bloki i zbiórka Hensona w meczu z Pacers. Enjoy.

Ersan dalej walczy ze swoimi słabościami

O tym, że Ersan jest tragiczny na początku tego sezonu pisałem praktycznie przy okazji każdego meczu. Kiedy pisałem ten wpis, albo jak jarałem się jego przedłużeniem kontraktu na twitterze , nie spodziewałem się, że tak szybko i tak bardzo rzeczywistość zdzieli mnie po pysku. Nie wiedzieć dlaczego, Ersan zaczął oddawać rzuty bez kompletnej wiary w swoje umiejętności. Często jak tylko dostaje piłkę robi pompkę i szuka opcji wejścia pod kosz / oddania piłki nawet, jak jest przez nikogo niekryty (vide końcówka meczu z Bostonem). Jego skuteczność jest tak tragiczna, że po sobotnim meczu nawet Skiles zażartował: „Ilyasova ma lekkie problemy z rzutem” – zaczął Scott, po czym nagle przestał mówić, uśmiechnął się i dodał: „Lekkie?” 

Z Celtami Ersan trafił 3 rzuty na 12 prób. Ogólnie do tej pory trafił jedynie 14 rzutów na 47 (29%), 5/17 za trzy (29%) oraz  5/12 z osobistych (41%). Obiecałem sobie przed sezonem, że jak źle by się w Milwaukee nie działo, zawsze będę starał się szukać jakiś pozytywów. W tej sytuacji, największym plusem jest to, że tak dziadowskie statystyki, mogą iść tylko w górę. Aż dojdą do takiego poziomu, którego oczekujemy od zawodnika, który w 5 lat zgarnie 40 milionów.

Co potwornie też rozczarowuje, oprócz rzutów, to aktywność Ersana na deskach. W zeszłym roku zbierał średnio prawie 3 piłki w ataku, póki co ledwo jedną. Jego rebounding rate wynosi 19% i jest najgorszy w karierze odkąd był 19 letnim chudzielcem, który debiutował na parkietach NBA. Strasznie się na to patrzy, szczególnie jak się ma w pamięci słowa, które Ersan wypowiedział przed podpisaniem nowego kontraktu. Piszę z pamięci: „moja energia i zaangażowanie w grę nigdy nie spadną, niezależnie od tego jaki kontrakt podpiszę.” Póki co widzimy coś zgoła przeciwnego.

PS.
Chcecie zobaczyć coś brzydszego od mordy Nicki Minay? Patrzcie na to (foto za bucksketball.com):

FT/FTA ration – jak ważne są osobiste i jak bardzo Bucks o tym nie wiedzą.

Często przy okazji meczów Bucks wspominam o tym, jak ważne jest wykonywanie dużej liczby osobistych w meczu i narzekam, kiedy Kozły przedkładają rzuty z dystansu nad wchodzenie pod kosz i wymuszaniem fauli. Ostatnim Kozłem, który był w tym (tym = wymuszaniem fauli) doskonały był Maggette, który wiadomo, oprócz bycia czarną dziurą na parkiecie, potrafił nawet podczas tragicznej dyspozycji rzutowej wymusić 15+ osobistych i skończyć mecz z dobrym dorobkiem punktowym.

Na oficjalce Bucks pojawiła się bardzo ciekawa statystyka obnażająca wszystkie nasze wady jeśli chodzi o rzuty wolne.

Przedstawiona powyżej zasada FT/FGA oznacza częstotliwość lądowania na linii rzutów wolnych w stosunku do oddanych rzutów z gry. Możemy to rozpatrywać z defensywnego i ofensywnego punktu widzenia, ale najdokładniej wszystko widać na grafice. Jak to czytać? Lakers, prowadzeni przez Kobego, który w NBA był trzecim zawodnikiem najczęściej rzucającym wolne (lepiej od niego tylko Durant i James), mieli 8 najlepszy stosunek oddawanych osobistych w lidze. Nuggest rzucali najczęściej w lidze spod samego kosza, co przeniosło się na czwarty najlepszy w lidze stosunek wolnych, z kolei Thunder nie mieli sobie równych jeśli chodzi o rzuty wolne. Durant (1), Westbrook (5) i Harden (8) zajmowali miejsca w pierwszej dziesiątce oddawanych osobistych. Z drugiej strony mamy najsłabsze drużyny w tym rankingu. Raptors faulowali tak dużo, że w jednym meczu z Memphis obie drużyny oddały w sumie aż 89 wolnych. Warriors również częściej pozwalali przeciwnikom stawać na linii osobistych, niż sami to robili. 

Bucks? Ich najlepszy wynik w zeszłym roku to 30 osobistych w wygranym meczu z Heat. W sumie zajęliśmy 8 miejsce w lidze rzucając średnio wolne z 77% skutecznością, ale już 19 miejsce pod względem liczby oddawanych rzutów. Najlepiej notowanym zawodnikiem był Jennings (44 w lidze).

Wnioski nasuwają się dokładnie te same, co po niektórych meczach. Im częściej Jennings z Ellisem lądują na linii rzutów wolnych, tym lepiej dla drużyny. Na przykładzie Brandona widać już duży postęp w porównaniu z debiutanckim sezonem – nasz rozgrywający z meczu na mecz stara się oddawać co raz więcej rzutów spod kosza kosztem dalekiego dystansu. Teraz musi się tylko nauczyć, w jaki sposób wymuszać faule, kiedy nie będzie miał szansy zakończyć akcji punktami. Zagadką dla mnie jest Ellis, który jest ultra ofensywnym slasherem. Powinien lądować na linii wolnych częściej niż średnio 4 razy w sezonie 2011-12. Ale do tego musi trochę poświęcić swoje wątłe ciało i przestać bać się kontaktu w powietrzu. Pozytywnie nastrajają Udoh z Harrisem. Ten pierwszy chyba sam zdał sobie sprawę z prostej zależności, że im częściej będzie rzucał wolne, tylko w końcu lepszą będzie miał skuteczność. Tobias z kolei już nie raz udowodnił, że dobrze czuje się w pomalowanym i wie, w jaki sposób wymuszać faule. Tak więc kolejna rzecz do ciągłej obserwacji u Bucks (po stratach i blokach) – najpierw jak często rzucamy wolne, a potem, z jaką skutecznością. I, najważniejsze pytanie, czy sukcesy na tym polu przełożą się na wygrane?

Nie widziałem meczu, ale podobno wygraliśmy z Pacers 99-85.

Pacers @ Bucks 85 – 99

Seria meczów Bucks oglądanych przeze mnie na żywo niestety zatrzymała się na 6, bo budzik obudził wszystkich w okolicy, ale nie mnie. Obiecałem sobie włączyć ILP wieczorem po pracy, ale oczywiście toaletowy poranny nawyk sprawdzania wyników na NBA Game Time zdradził wynik (przy okazji dowiedziałem się, jak cholernie odruchowo sprawdzam poranne wyniki) i poważnie obniżył motywację do włączania meczu (szczególnie, że od rana nie mam w domu neta – to chyba kara za to, że zostawiłem żonę z dzieckiem w szpitalu, a sam wróciłem do domu z chęcią nadrabiania meczowych zaległości przez dwa następne dni. Złośliwość losu!)  Dlatego dzisiaj wyjątkowo krótko, bazując na boxscorze, a jak tylko znajdę siłę później, to dopiszę coś więcej.

Bucks robią wszystko, żeby wykorzystać póki co łatwy grafik i wybić się jak najmocniej ponad 0.500. Wiadomo, im dalej w las, tym bardziej przyda się jakaś poduszka bezpieczeństwa przy okazji ostatecznej walki o (zakładam) 8 miejsce na wschodzie. Spotkanie z Indianą nie było niespodzianką i wygrana ani przez moment nie była zagrożona. Jedynie przez pierwsze 5 minut meczu prowadziliśmy mniej niż 10 punktami – potem nie zeszła ani razu z dwóch cyfr. Zaczęło się od 20-6, a jak doszło do 33-17 to już podobno było po meczu.

Bucks popełnili w tym meczu jedynie 6 strat i był to pierwszy mecz w tym roku, w którym nie potrzebowaliśmy więcej strat niż przeciwnicy do zwycięstwa. Statystyka, która dodatkowo robi wrażenie – żaden z zawodników nie popełnił więcej niż 1 straty. Przez to Pacers rzucili nam tylko 3 punkty po niewymuszonych błędach, a nam się udało zamienić 19 strat Indiany na 24 punkty.

Było to też pierwsze spotkanie, w którym zdecydowanie lepiej spisała się pierwsza piątka w porównaniu z rezerwami. Jedynie Dunleavy był na +9 z ławki, w czasie gdy obecność pozostałych rezerwowych Kozłów łączyło się głównie ze stratą prowadzenia (Daniels -15 w 12 minut). Jedynym ławkowiczem, który zasłużył na indywidualną pochwałę jest Udrih, który w 27 minut rzucił 9 punktów, miał 10 asyst, 6 zbiórek i trzy przechwyty.

Potrafiliśmy zamienić naszą słabość (3/16 za trzy, 13/55 w ostatnich trzech meczach) w mocną stronę – zamiast rzucać z dystansu, dużo akcji kończyliśmy spod kosza (44 punkty spod kosza). Domyślam się po cyferkach i statsach Dalemberta, że dostawał podania, które zamieniał na łatwe punkty z góry, a 50% skuteczność z gry Jenningsa  podpowiada mi, że przedzierał się pod kosz i kończył akcje layupem, raczej niż cegłami z półdystansu (potwierdzę, jak obejrzę).

Do minusów na pewno trzeba zaliczyć kolejny fatalny mecz Ilyasovy oraz kiepską skuteczność za trzy. Do tego przegraliśmy  na deskach (46-53), przez co Tyler Hansbrough trochę nam nawrzucał z ławki (19 punktów w 17 minut, 5 zbiórek, z czego 3 w ataku).

Minusem na pewno jest też to, że zdecydowałem się na pisanie relacji z meczu, którego nie widziałem. Obiecuję, że pierwszy i ostatni raz. Dlatego kończę to najgorsze w historii podsumowanie meczu wrzuceniem bardzo fajnego skrótu ze spotkania. Niech to będzie nagroda dla wszystkich, którzy mieli siłę przebrnąć przez powyższy tekst.

Dziś mijają dokładnie 3 lata…

14 listopada, w swoim debiutanckim sezonie, do Milwaukee przylecieli Warriors i razem z gospodarzami tego spotkania zapewnili jeden z najbardziej ofensywnych meczów, jakie zostały rozegrane w Bradley Center. Bucks wygrali to spotkanie 129-125, zaliczając swoje czwarte zwycięstwo z rzędu (ówczesny bilans 5-2). Główną gwiazdą meczu był Jennings, który eksplodował na 55 punktów. Oglądajcie i nacieszcie oczy.

Dokładne statystyki z tamtego spotkania tutaj.

Krótkie porównanie wyjściowej piątki i rezerw Bucks.

Wieczorne zabawy z NBA.com/Stats nigdy nie wróży niczego dobrego. Szczególnie po mega ciężkim dniu, kiedy powrót do domu po 21 oznacza pierwszy głęboki oddech i dosłownie dwie godziny relaksu. A relaks oznacza oglądanie cyferek, które tym razem nie są wynikami sprzedażowymi, a porównaniem pierwszej piątki i ławki Bucks.

Tym, którzy nie wierzą w defensywną wartość Udoha i Sandersa, polecam poniższą tabelę. Baczne oko zwróci uwagę przede wszystkim na to, że defensive rating naszych rezerwowych wynosi zaledwie 66,1 punktów na 100 posiadań piłki (średnia ligowa póki co to 99,9). Udoh ma doskonałą umiejętność znalezienia się dokładnie na torze lotu piłki, do tego posiada zdolność przewidywania następnych ruchów przeciwników, a gdy dodamy do tego niesamowitą energię buchającą z Sandersa i jego niespotykany zasięg będziemy mieli wytłumaczenie, dlaczego rezerwy zatrzymują przeciwników na jedynie 35% z pomalowanego (5/14). W czasie, gdy nasza druga piątka spędziła na parkiecie 20 minut, przeciwnicy są zatrzymywani na 32% z gry (11/34). Co więcej, mimo tego, że w ataku zdobywamy nieco poniżej średniej (99,9 średnia – 97 wynik Bucks), to nadal rzucamy więcej niż odpowiadające piątki przeciwników o prawie 31 punktów na 100 posiadań.

Dla porównania, nasza pierwsza piątka zdobywa średnio o 30,2 punktów mniej na 100 posiadań niż przeciwnicy. Defensywa wyjściowego składu też nie powala na kolana – nasi podkoszowi pozwolili na 69% skuteczność spod kosza (18/26) a pozostała trójka obwodowa daje sobie rzucać punkty z 57,5% skutecznością (46/80). Nawet w ataku nasza pierwsza piątką ma gorsze true shooting niż rezerwy (44% do 57%). Ellis i Jennings nie potrafią jeszcze czuć chemii między sobą, Harris próbuje znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce w ofensywie, a Ilyasova ostro pracuje na powrót do ojczyzny.

Poniższe statystyki oczywiście z biegiem czasu ulegną drastycznym zmianom. Póki co jednak, nacieszcie oczy kilkoma ciekawostkami, które udało mi się wyszperać na nba.com/stats. Dane po pięciu pierwszych meczach Bucks.

Bucks miażdżą na deskach, popełniają ponad 20 strat, marnują 15 punktową przewagę a i tak wygrywają z Sixers.

Bucks @ 76ers 105 – 96

Trzeba być naprawdę posranym, żeby wstać o 1:15 na mecz, kiedy ma się przed sobą 10  godzin samego prowadzenia zajęć (nie mówiąc o dojazdach) i kiedy pierwsze zaczynają się już o 7 rano. Pewnie pobudka będzie bolała jakoś koło 14, bo póki co (o 1:17) jest całkiem dobrze. Bucks zaczęli  ten mecz w jakiejś chorej fazie, w jakiej jeszcze nigdy ich nie widziałem. Trafili pierwsze 8 rzutów z rzędu, a ich prowadzenie wynosiło jedynie 19-18. Jak to możliwe, rzucając z taką skutecznością i trafiając 8 szybkich punktów spod samego kosza? Ano jest to możliwe, jeśli przeciwna drużyna ma w swoim składnie Jasona Richardsona, który zdobył szybkie 10 punktów i samotnie utrzymywał wynik – wisienką na torcie pierwszej kwarty była kontra sam na sam J-Richa zakończona efektownym wsadem z obrotem o 360 stopni (przypomniał mi się od razu konkurs wsadów – w wykonaniu jego i Desmonda Masona). W Bucks od początku wyróżniał się Dalembert, który grał tak, jakby miał coś do udowodnienia 76ers. Wielu rzeczy się spodziewałem po tym pojedynku – wielu niecelnych rzutów, dobrej defensywy, niedopuszczania do zbiórek ofensywnych i dużej liczby strat. Okazało się, że po pierwszej kwarcie Bucks wygrywali 36-24, gdzie pod koniec tej części gry rezerwowa grupa poprowadziła zespół do runu 8-0. Kozły rzucały z nieprawdopodobną skutecznością  67% z gry i pozwalali 76ers na 50% z gry, dobrze graliśmy na deskach zbierając 12 piłek w obronie (przy 5 76ers), a jedyną zbiórką ofensywną popisał się Sanders, atakując deskę po niecelnym osobistym Dunleavy’ego i dobijając spod samego kosza kończąc 4 punktową akcję.  Kozły doskonale szukały się pod koszem, obie drużyny świetnie podawały (w asystach 9 – 7 dla Bucks) ale też bezmyślnie traciły piłkę (6 – 4 w stratach dla Bucks).

W drugiej kwarcie Udrih zapomniał o tym, że potrafi grać rozsądnie i oprócz 4 punktów po rzutach z półdystansu popełnił 3 straty pod rząd, po których 76ers zdobyli łatwych 6 punktów. Gra Bucks o dziwo do tego momentu wyglądała  całkiem rozsądnie w ataku (oprócz tego, że po 5 minutach drugiej kwarty mieliśmy już 10 strat na koncie). Cała ofensywa opierała się głównie na penetracjach i odegraniach pod koszem, szukaliśmy rzutów maksymalnie z półdystansu i nie było mowy o bezsensownym bazowaniu akcji na rzutach z dalekiego dystansu. W defensywie Sanders był zaporą nie do przejścia i zabezpieczał każdą jedną piłkę na deskach, dzięki czemu Bucks nie dopuścili do ani jednej zbiórki w ataku. Kiedy tylko napisałem słowa pochwały, coś się zatrzymało – Udrih był objeżdżany w defensywie przez Younga a Wright trafił kolejną trójkę z lewej strony i po runie 9-2 zrobiło się nagle po 42 na 4 minuty przed końcem drugiej kwarty. W ataku dwukrotnie nieskutecznie zagrał Dalembert, raz na szybki rzut niepotrzebnie zdecydował się Dunleavy i nawet przewaga na deskach (15-7) przestała nagle być atutem Bucks, bo 76ers wykorzystywali skrzętnie każdą z naszych 10 strat (zdobywając 13 punktów po szybkich atakach). Holiday, RIchardson i Wright rzucili w tamtym momencie 33 z 42 punktów Filadelfijczyków.

Na minutę przed końcem drugiej kwarty, od remisu 48-48 Bucks zdobyli 11 punktów z rzędu i po kontrze i dwóch trójkach (Jenningsa i Ellisa) prowadziliśmy już 59-48. Do przerwy zeszliśmy z prowadzeniem 62-50, rzucaliśmy z 62% skutecznością z gry, zdecydowanie dominowaliśmy na deskach (21-11) i nawet mimo znacznej liczby strat (13 do 8) byliśmy na dobrej drodze do trzeciego z rzędu wyjazdowego zwycięstwa. 19 punktów zdobył Jennings, z czego 10 w ostatnich 3 minutach drugiej kwarty, dodał do tego 4 asysty i 3 przechwyty. Co ciekawe, już po tych pierwszych 24 minutach każdy z Kozłów zdobył punkty, a tylko Marquis Daniels nie miał ani jednej zbiórki (z pozostałych zawodników każdy zebrał chociaż jedną piłkę w defensywie).

Do połowy trzeciej kwarty Bucks powiekszyli przewagę do 15 punktów (74-59) głównie za sprawą Ellisa, który zdobył bodaj 6 lub 8 punktów Kozłów z rzędu (w tym po efektownym reversie, mijając w powietrzu trzech obrońców). W między czasie zaliczyliśmy chyba najbardziej kuriozalną stratę w tym sezonie. Po niecelnym osobistym 76ers, piłka padła łupem Ilyasovy, który zaciekle zaczął się o nią szarpać z Tobiasem Harrisem. Żaden z nich nie zauważył, że siłuje się z kolegą z zespołu i w rezultacie odgwizdano kroki i 15 strata Bucks stała się faktem (wyrównaliśmy swoją średnią sezonu – 16 – na 5:16 przed końcem trzeciej kwarty). Kiedy już chciałem się kłaść spać i uznać, że jest po meczu, seria błędów Kozłów spowodowała niezły run 76ers i nagle zrobiło się 75-68. Tragiczny w tym okresie był Ersan, który dalej nie potrafił trafić z gry, nawet spod samego kosza, a w obronie nie nadążał za Turnerem i Hawesem. Kolejna głupota Kozłów – przy zamianie krycia Jennings miał na sobie Hawesa i zdecydował się na długą trójkę zamiast penetrować, piłkę w ataku zebrał Sanders, przestrzelił wsad (offensive interferance bo zawiesił się dwoma rękoma na obręczy), 76ers zdobyli punkty spod kosza (73-78) a następnie Larry sfaulował w ataku Younga. Run gospodarzy 14-3, podkręcona defensywa i skuteczna egzekucja w ataku i nagle Bucks zrobili to, z czego słyną od dawna – potrafią zaprzepaścić wypracowaną w całym meczu przewagę w mniej niż 4 minuty. Serię przerwał dopiero Udoh akcją 2+1, doprowadzając do stanu 81-75. Wells Fargo Center wybuchnęło euforią, kiedy Holiday trafił jumpera z rzutów wolnych doprowadzając do remisu po 83 na koniec trzeciej kwarty. Rozpaleni do granic możliwości sixers trafili 5 z 7 trójek w trzeciej kwarcie, nadrobili 15 punktów i rozpoczynali ostatnią odsłonę zdecydowanie na fali. Przykro to mówić, ale przez ostatnie 5-6 minut trzeciej kwarty Bucks mogli się ubrać i zejść do szatni, bo i tak nikt nie zauważyłby ich nieobecności na parkiecie.

Czwarta kwarta rozpoczęła się nerwowo i obie drużyny wymieniały się punkt za punkt, aż do stanu 89-89. Był to moment, kiedy patrząc na grę Kozłów ustawiłem temat wpisu: Można prowadzić 15 w trzeciej i przegrać? Można! Bucks wszystko potrafią! który jak się okazało, nie był proroczy. Ze spraw pomeczowych zacząłem się też zastanawiać, czy zjedzenie całej kostki czekolady i popicie piwem o 2:55 w nocy może znacząco wpłynąć na trzymaną dietę i wyniki ćwiczeń na siłowni? W ogóle zdałem sobie również sprawę, że oglądając ten mecz pobiłem swój rekord oglądania wszystkich meczów NBA w sezonie na żywo. Chyba jeszcze nigdy też nie obejrzałem 6 meczów Bucks na żywo pod rząd, nie mówiąc już o tym, że chyba jeszcze nigdy nie obejrzałem 6 meczów Bucks w sezonie. Przełomowy sezon? Do gry wróciliśmy przy stanie 92-89 dla Kozłów, Bucks nie wykorzystali kontry 3-na-1, dali sobie rzucić w kontrze, a w kolejnej akcji Ellis stracił w ataku. Na szczęscie zaraz potem swój 31 punkt w meczu rzucił Jennings doprowadzając do wyniku 94-91 na 5 minut przed końcem meczu. Minutę potem Holiday stracił 7 piłkę w meczu, Hawes rzucił cegłą za trzy, Kozły wyprowadziły kontrę i wyszły na nieco bardziej bezpieczne prowadzenie 98-93. W tym czasie obie drużyny miały skuteczność 15/37 i 15/34 w drugiej połowie, a Sixers nie trafili z gry od ponad 2 minut. Dunleavy killer dopełnił formalności trafiając za trzy na 2:44 przed końcem przy stanie 103-93 i o trzeci czas w ciągu dwóch minut poprosił Doug Collins.  W końcówce Sixers nie mieli już nic do powiedzenia, ostatecznie Kozły wygrały spotkanie 105-96 i pozostały niepokonane na wyjeździe (3-0).

Postaram się napisać nieco więcej o spotkaniu między pracą a pracą.

Na pewno na plus trzeba zaliczyć grę na deskach, wygraną przez Bucks 48-31. Pozwoliliśmy w sumie na 4 zbiórki w ataku i żaden z zawodników Sixers nie miał więcej niż jednej ofensywnej zbiórki. Podobnie jednak było u nas – też tylko sześciu zawodników zebrało po jeden piłce w ataku.

Dzielenie się piłką i gra zespołowa. Mieliśmy 25 asyst przy 41 celnych rzutach z gry. Znowu, oprócz Jenningsa, który wyróżnił się indywidualnie, każdy z zawodników wniósł coś do gry. Każdy, kto wybiegł na parkiet zdobył punkty i zebrał co najmniej 2 piłki.

Jesteśmy niepokonani na wyjeździe od trzech meczów, co jest naszym najlepszym wynikiem od ponad 10 lat (sezon 2001/02).

Straty to nasza największa bolączka od początku tego sezonu. Ale kiedy pod koniec trzeciej kwarty wyrównaliśmy naszą średnią (16 na mecz) wiedziałem, że idziemy na niechlubny rekord. To, że wygraliśmy mecz gubiąc piłkę 23 razy jest naprawdę jedynie zasługa wyjątkowej dyspozycji rzutowej i bardzo dobrej skuteczności w rzutach wolnych. Jrue Holiday popełnił co prawda 8 strat (ponad połowę zespołu) i ustanowił tym samym nowy rekord ligi pod względem średniej strat od początku sezonu, ale to nie nasza bolączka. Rzucało się w oczy to, że straty popełnialiśmy falami. Najpierw na przykład Udrih kilka razy zdecydował się na podanie wszerz boiska co kończyło się kontrą Sixers. Potem Sanders albo robił kroki, albo nie łapał piłki.

Osobnego kciuka w dół, oznaczającego wyjątkową who-yo!-ze otrzymuje Ersan Ilyasova. Turek tak cholernie zamkną się w swoim świecie niecelnych rzutów, że momentami nawet przestał patrzeć w stronę kosza i szukał tylko opcji, żeby jak najszybciej oddać piłkę. Skiles mówił, że daje mu po prostu czas na znalezienie swojego rytmu, ale ja się powoli zaczynam zastanawiać, jak długo będzie wychodził w pierwszej piątce zawodnik, który rzuca póki co średnio 6 punktów na mecz przy 28% skuteczności z gry. Na całe szczęście w obronie robi swoje, dobrze zbiera i wymusza co najmniej jednego ofensa na mecz, ale jak na zawodnika, który w swoim contract year rzucał za trzy z najlepszą w karierze skutecznością, zawodzi póki co na całej linii.

Bucks TOP5 tygodnia (2)

Szkoda, że miniony tydzień nie przyniósł dodatniego bilansu. Z trzech rozegranych meczów udało się wywieźć brzydkie zwycięstwo z Waszyngtonu, a pojedynki z Memphis i Bostonem zakończyły się porażkami. Kto się wyróżnił indywidualnie?

PS.
Zmieniam nieco formę. Z TOP10 przerabiam na Starting 5 tygodnia. Po tak mizernym tygodniu jak ten miniony, ciężko byłoby wyróżnić aż 10 graczy, szczególnie, że większość zagrała na podobnym, niskim poziomie.

1. (5) Monta Ellis
Pomimo kiepskiej skuteczności (24/57) udało mu się być pierwszym strzelcem drużyny w tych trzech meczach (23ppg) oraz dodał do tego prawie 7 asyst na mecz. Momentami był jedyną godną zaufania opcją w ataku, szczególnie w mecz z Bostonem, w którym rzucił 32 punkty. Niestety, shot selection pozostawia, jak zwykle w jego przypadku, wiele do życzenia, a częste wejścia na siłę momentami przyprawiają o palpitację serca. Miał jednak kilka efektownych akcji zrywających publiczność na równe nogi (m.in. dobitka z powietrza w meczu z Celtics).

2. (3) Larry Sanders
Wyrastający powoli na ulubieńca publiczności, był drugim po Ellisie zawodnikiem, który zanotował trzy równe mecze w minionym tygodniu. Zdobywał średnio ponad 10 punktów i 10 zbiórek na mecz, a jego wejście na parkiet zawsze ożywia grę. Fakt, że popełniał średnio 5 fauli na mecz (z Bostonem wyfaulowany), ale udało mu się też zaliczyć 7 blokow. Udany tydzień dla naszego drugiego centra i gdyby nie wyjątkowo dobry mecz Dalemberta z Celtami, pewnie niedługo wskoczyłby do pierwszej piątki. Nieokiełznany w ataku, dalej prezentował te swoje przedziwne wejścia pod kosz – za każdym razem jak zaczyna wchodzić w kozioł, nie wiem czy obrońcy walczą z tym, żeby go zatrzymać, czy z tym, żeby się nie śmiać. Raz Garnetta zjechał 1-on-1, robiąc pivot do środka i kończąc akcję półhakiem. W pozostałych akcjach też o dziwo trafiał.

3. (1) Brandon Jennings
Przeszedł całkowicie obok meczu z Bostonem (1/11 z gry, 4 punkty), niczym specjalnym się nie popisał z Waszyngtonem (12 punktów, 7 asyst) oraz zawiódł z Memphis (6/20 z gry, 19 punktów). A mimo tego udało mu się wylądować na trzecim miejscu mojego rankingu, bo z braku laku naprawdę ciężko znaleźć kogoś, kto zagrałby lepiej od niego. Oby w kolejnych tygodniach nie spuszczał tak bardzo z tonu.

4. (2) Mike Dunleavy
Trafił tylko 4/9 za trzy i nie był już tak pewną bronią z ławki zarówno pod względem rzucanych punktów, jak i zbiórek (jedynie 4 na mecz). Z Bostonem grał krótko przez problemy z faulami (a pod koniec meczu, w najważniejszym momencie, zgadnijcie kto krył nokautującego nas Pierce’a?), z Memphis mimo 10 punktów nie był wstanie wnieść iskry do gry i jedynie w meczu z Waszyngtonem można uznać, że zagrał przyzwoicie. Działał na niego jedna efekt cheerleaderki – w pojedynkę statystyki nie zachwycają, ale kiedy był częścią bench mobu (jak ochrzczono naszą ławkę rezerwowych), nie zawodził.

5. (4) Beno Udrih
Jak ważnym zawodnikiem jest Beno widać było w spotkaniu z Memphis, które przesiedział na ławce z powodu kontuzji uda. Jak nie ma Jenningsa, albo kiedy zapomina o kreowaniu gry i wali cegły w kant tablicy, nikt inny jak Udrih nie potrafi wejść i pokierować drużynę. Nie widać tego w boxscorze, ale doskonale rozumiał się z Sandersem i Dunleavym i był chyba jednym z niewielu zawodników w drużynie, którzy regularnie i systematycznie brali udział w rozrzucaniu obrony przeciwników. Rzut niezbyt mu siedział, ale nie można mieć do niego pretensji o to, że bazuje na swojej najmocniejszej broni.

TOP5 sezonu (po dwóch tygodniach – za pierwsze miejsce w rankingu – 10 pkt, za 5 – 2  pkt.)
1. Brandon Jennings – 16 punktów
2. Larry Sanders – 14 punktów
3. Monta Ellis – 12 punktów
3. Mike Dunleavy – 12 punktów
5. Benu Udrih – 6 punktów

Fatalna skuteczność kluczem do porażki z Celtami.

Bucks – Celtics 92-96

Mecz zaczął się od strat i niecelnych rzutów z obu stron. Do stanu 15-15 doskonale obsługiwany po zasłonach był Dalemebert, który nagle się obudził i z 9 punktami (+3 zbiórki) był naszym liderem w pierwszych minutach spotkania (wszystkie punkty po wsadach). W tym okresie Jennings i Ellis rzucali tak dobrze, że dobrze zrobili skupiając się głównie na podaniach (po 3 asysty na łebka po 8 minutach, 2-7 z gry). Tym razem rezerwowi nie zaczęli od mocnego uderzenia – jedynie punkty z ławki po pierwszej kwarcie zdobyli Udoh i Sanders. Wejście tego drugiego wprowadziło jak zwykle nieco ożywienia na parkiecie – głównie przez to, że Larry był zawsze pierwszy w kontrze i w powrocie do obrony. Dunleavy złapał błyskawiczne dwa faule w 4 minuty i szybko powędrował z powrotem na ławkę.

Druga kwarta zaczęła się od sześciu punktów zdobytych przez rezerwowych – najpierw Beno w kontrze, po przechwycie Danielsa, potem Udoh z półdystansu aż w końcu Sanders spod kosza po własnej zbiórce w ataku. Na tym etapie gry Bucks byli 0-4 za trzy, ale mieli też dopiero 2 straty (przy 6 Bostonu). Celtowie grali tak fatalnie, że mieli szczęście przegrywać tylko 24-30 na tym etapie, ale jak na dobrych gospodarzy przystało, Bucks podjęli decyzję nie rzucać punktów i nie odskakiwać przeciwnikom. Momentami aż się prosiło o dodatkowe podkręcenie tempa i odskoczenie na +10 po trzech kolejnych stratach / niecelnych rzutach Bostończyków. Jennings zdobył swoje pierwsze punkty w meczu na 3 minuty przed końcem, wyprowadzając Kozly na +8 (38-30). Był to moment, kiedy w końcu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że kiedy nie wchodzą rzuty z dystansu, trzeba zacząć wchodzić pod kosz. 4 punkty z wolnych Ellisa pomogły nieco zmienić wygląd ofensywy. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Milwaukee 42-39, ale miałem wrażenie, że powinno być co najmniej +10 więcej. Celtowie mogą być z siebie zadowoleni, grając podobną padakę jak w pierwszym meczu z Bucks, trzymają wynik i wciąż są w grze.

Trzecia odsłona meczu zaczęła się fatalnie – dwie trójki Terry’ego i cztery punkty Pierce’a wyprowadziły Celtów na 8 punktowe prowadzenie. W między czasie czwarte faule złapali Dalemebert i Dunleavy, a Bucks dalej uparcie robili wszystko, żeby tylko nabijać statystyki kolejnych niecielnych rzutów (na 2 minuty przed końcem trzeciej kwarty mieliśmy 39% z gry i 14% za trzy – Ellis 7/17, Jennings 1/8, Ersan 3/12). Na szczęście kwartę doskonale zamknął Daniels, trafiając dwa trudne rzuty – najpierw nie wiedzieć jak wkręcił się w kontrze między trzech obrońców, a potem na dwie sekundy akcji popisał się celnym floaterem z łokcia i na ostatnią kwartę zeszliśmy z czteropunktowym prowadzeniem 68-64.

Bucks zaczęli czwartą kwartę od 0/6, Celtowie od 1/6. byłem zły, bo dzięki przewadze w zbiórkach ofensywnych, Kozły oddały na tym etapie aż 10 rzutów więcej, a jednak dalej nie potrafili uciec Celtom.  Dodatkowo była to druga noc  z rzędu oglądania meczu pełnego strat i niecelnych rzutów (i co najlepsze nie były to jakieś wymuszone rzuty przez ręce – Jennings na przykład przestrzelił większość ze swoich czystych jumperów. Podobnie Ersan…) Na 4 minuty przed końcem i wyniku oscylującym koło remisu zaczął się wieczorny show. Pierce nagle miał znowu 27 lat – rzucił 8 punktów z rzędu (w tym dwie trójki) i byłoby już po meczu, gdyby nie to, że na każdy jego punkt dokładnie tym samym odpowiedział Ellis. Hala w końcu odżyła, ja też podniosłem się do nieci bardziej siedzącej pozycji. Końcówka pełna była emocji, a największe nadzieje na zwycięstwo mieliśmy przy stanie 91-93 na ok. 20 sekund przed końcem. Niestety, nie udało się nawet wykończyć akcji rzutem, bo piłkę stracił Ilyasova (chociaż komentatorzy doszukali się tam faulu, ja zbyt wielkiego kontaktu nie widziałem). Mini zdjęcie poniżej.

  • Bucks zakończyli mecz oddając 15 więcej rzutów, wygrywając ofensywną deskę 16-7 a mimo to, przegrali. Zabrakło agresywności i grania pod kosz, za dużo było rzutów z dystansu, piłka nie chodziła po obwodzie, nie było ruchu bez piłki.
  • Zabiły nas też wysokie zasłony grane przez Rondo i Garnetta. Trzy razy wykończyli w identyczny sposób alley-oopa, w kilku innych przypadkach kończyło się to łatwymi punktami KG spod kosza.

Na ciąg dalszy analizy i nieco głębszych wniosków zapraszam po edicie i krótkiej drzemce.

Bucks wygrywają, ale … matko co to był za paskudny mecz.

Bucks @ Washington 101-91

Jestem zdegustowany. Bolą mnie oczy po tym meczu i dziwię się, że nikt go nie przerwał po pierwszej połowie. Dlatego dzisiaj będzie od punktów.

  • Zaczęliśmy sennie od 0-12 i było to preludium do tego, jak ten mecz wyglądał. Przez  częste straty (o tym za chwilę), obie drużyny wymieniały się seriami punktów. 8-0, 0-9, 7-0, 0-8. Prowadzenie zmieniało się 9 razy, 7 razy był remis.
  • Bucks stracili piłkę 21 razy, Wizards 20! Byłoby to jeszcze bardziej bolesne dla oka, gdyby nie to, że obie drużyny zdecydowały się maksymalnie wykorzystać swoje ułomności. Kozły zdobyły 24 punkty ze strat Wizards (10/10 z gry w kontratakach), z kolei gospodarze dodali … 24 punkty, ale przy 86% skuteczności, ze zgubionych piłek Milwaukee.
  • Ellis, Jennings i Ilyasova zaczęli pierwszą kwartę z animuszem, ale szczególnie w przypadku naszego tureckiego skrzydłowego, energia szybko się skończyła. Nasi obwodowi szli na nietypowe triple double (Jennings 12/7asyst / 6 strat, Ellis 22 / 5 as / 6 strat), ale niestety skończył im się mecz.
  • Znowu tyłki uratowała nam ławka. Dunleavy i Sanders dodali po 13 punktów i 8 zbiórek. Udrih wrócił i zaliczył 8 pkt / 3 as. Udoh miał 9 punktów przy 100% skuteczności. Nawet Daniels się wyróżnił, efektowną opaską, dzięki której wyglądał jak statysta z Rambo. Wracając do chwalenia ławki – rezerwowi rzucili 49 ze 101 punktów na ponad 50% skuteczności i każdy z ławkowiczów miał co najmniej +10 +/-. Kolejny raz – brawo!
  • Na koniec meczu doszło do przepychanek, po tym, jak Beal urwał głowę Ellisowi pędzącemu do kontry. W obronie kolegi stanął Jennings, który odepchnął Bradleya, za co został wyrzucony z parkietu (i pewnie jeszcze czeka go dyscyplinarna rozmowa z komishem). Nie będę wam opisywał, jak to wyglądało, zobaczcie sami.
  • Kolejny mecz przespał Dalembert, który chyba na poważnie zapada powoli w sen zimowy.
  • Dla wszystkich ciekawych, Gooden jest zdrowy i gotowy do gry. Po prostu po raz pierwszy w 11 letniej karierze jest na liście nieaktywnych z powodu, no cóż, umiejętności.
  • Znowu zniknął gdzieś w trakcie meczu Tobias Harris. Zagrał 15 minut i popełnił 4 faule.
  • Dobrze, że Bucks potrafią wygrać mecz, w którym nie grają na 100% (tak to sobie tłumaczę). Każda wygrana na wyjeździe jest na wagę złota, nie ważne w jakim stylu się ją osiągnie. Dzisiaj się udało, ale aż strach myśleć, co zrobiliby z nami Wizards, gdyby grali Wall i Nene. I po takim meczu ciężko się też pozytywnie nastawić przed jutrzejszym meczu u siebie z Bostonem, szczególnie po nocy, w której Rondo rozdaje 20 asyst.
    Martwi kolejny słaby mecz Ersana, martwią te straty, bezmyślne wyrzucane wkozłowywane w buty straty… Z drugiej strony, chwilowo jesteśmy trzeci na wschodzie. Korzystajmy z okazji i cieszmy się, póki tabela się jeszcze nie odwróciła.
  • Dla wszystkich chętnych – nie szukajcie torrentów i nie oglądajcie tego meczu. Zaufajcie mi.
  • Nic więcej z tego meczu nie wyduszę, bo najzwyklej w świecie, chciałbym już o nim zapomnieć. Tylko jakaś girl-on-girl action w pomalowanym poprawi nastrój po straconej nocy…

Co się stało, że się zesrało?

Przed sezonem dużo się mówiło, że tacy zawodnicy jak Dalembert czy Przybilla zostali ściągnięci do Milwaukee po to, aby walczyć pod koszem z takimi duetami jak Gasol/Randolph, Gasol/Howard, Hibbert/West, Chandler/Stoudemire czy Jordan/Griffin (że o reszcie nie wspomnę). Też miałem nadzieję, że takie masywne mięso armatnie do wylewania potu na parkiecie i przepychania się pod koszem będzie idealne, nawet mimo mocno rzucających się w oczy deficytów (delikatnie mówiąc) w ataku. Tymczasem Sami zagrał ledwo 15 minut w ataku, a Vanilla Gorilla powąchał parkiet dwa razy krócej. Skiles zaobserwował też, że w obronie z większymi przeciwnikami w ogóle nie radził sobie Ilyasova, dlatego zawodnik, który powinien być jedną z naszych top3 opcji w ataku, siedział na ławce przez całą drugą połowę podając ręczniki i Gatorade. W między czasie Udoh z Hensonsem byli przesuwani pod koszem jak spróchniałe meble, a Sanders, widocznie przeczytawszy wszystkie smsy ode mnie, robił wszystko, żeby tylko bezsensownie nie faulować.

O co w tym wszystkim chodzi? Okazuje się, że Bucks w tym sezonie pod wieloma względami będą drużyną wyjątkową i dziwną. Pierwsza lektura, z której dowiadujemy się, jaki jest plan Hammonda. Ewidentnie będzie to sezon (który to już z rzędu?) w którym Bucks mają równocześnie awansować do playoffs (pierwsza pieczeń), ogrywać młodych, którzy w przyszłości będą stanowili o sile zespołu (druga pieczeń) i zapewnić ciągłość na kolejne lata  poprzez podpisanie nowych umów z Hammondem i Skilesem (ogień). Nie powiem, żebym był wyjątkowym entuzjastą takiego rozwiązania. Nie mieliśmy szczęścia / cierpliwości / scoutingu, aby zrobić przebudowę jak OKC (do której potrzebowali #2, #3, #4 i #5 w drafcie), nie trafiliśmy na Rose’a, Howarda, Lebrona czy Duranta w drafcie. Nie mamy też kadrowego potencjału do spektakularnych wymian, aby postawić wszystko na jedną kartę, vide Danny Ainge i wielki transfer Garnetta i Allena. Boję się tylko, że taka wielka chęć zadowolenia wszystkich za jednym zamachem odbije się wielką czkawką, po której z hukiem pozbędziemy się wszystkich czterech kończących się umów na koniec sezonu (Jennings, Ellis, Skiles i Hammond). Sezonu, który skończy się na nic nam niedającym 9-10 miejscu na wschodzie.

Druga dziwna sprawa związana z Bucks ma związek z ich niecodziennymi statystykami. Po całość zapraszam do ciekawego artykułu, w którym mowa o tym, że Bucks jednak nie do końca spełniają oczekiwania związane z grą up-tempo. W tej chwili zdobywamy jedynie 99,4 punktów na 100 posiadań, co jest 19 wynikiem w lidze, jednocześnie jesteśmy bliscy ideału posiadając średnio 98 posiadań na mecz (4 najlepszy wynik w NBA). O dziwo, pomimo posiadania ultra defensywnego trenera i mega anty-defensywnych zawodników, pozwalamy przeciwnikom na zdobywanie 101,9 punktów na 100 posiadań (20 wynik w NBA), co jest znacznie lepszym wynikiem niż średnia wszystkich zespołów w ciągu ostatniej dekady (106,1 na 100 possessions). Dokonać tego z Jenningsem, Ellisem i Dunleavym w składzie to jedno, ale mieć taki wynik jednocześnie posiadając czwarte najszybsze tempo w lidze to zupełnie inna para kaloszy. Wniosek z tego artykułu nie jest dla nas zbyt optymistyczny. Zakłada bowiem, że Bucks raczej na pewno zakończą sezon w czołówce najszybciej grających drużyn w lidze, jednak utrzymanie obecnego w miarę dobrego poziomu defensywy będzie bardzo dużym wyzwaniem.

Trzecia męcząca mnie rzecz, to znana od wielu lat dysproporcja między wschodem a zachodem. We wczorajszym meczu, spotkały się dwie drużyny, które teoretycznie typowane są na 8 miejsca w swoich konferencjach (tyle, że dla Bucks 8 miejsce będzie już absolutnym szczytem możliwości). Jak wielka była różnica w grze nie muszę ponownie pisać. Popatrzcie w sumie sami: Grizzlies trafili 23 z 45 rzutów z trumny (51%), 37,5% za trzy oraz, uwaga, 15 na 22 rzuty z półdystansu. Nie wiem, czy jeszcze w jakimkolwiek meczu ktoś tak bardzo zaniedba bronienie między trumną a trójką i pozwoli im na 68% skuteczność z tego rejonu. Dobrze, że przed nami trochę dobrych wiadomości: w najbliższych tygodniach spotkamy się z Wizards (bez Walla), 76ers (bez Bynuma), Indianą (bez Grangera), Hornets (bez Gordona), dwa razy Bulls (bez Rose’a) no i z Bobcats (bez kibiców i bez nadziei).

PS.

Jeszcze ciekawa wyszperana statystyka z meczu z Memphis.
Ellis i Jennings oddali 91 rzutów w całym meczu (42% całego zespołu), a na 90 punktów zdobytych przez Bucks, tylko 27% zostało rzucone przez nasz obwodowy duet. Żenujące nieco jest to, jak bardzo drużyna potrafi momentami ślepo wierzyć w swoich teoretycznie najlepszych strzelców, nawet, kiedy ewidentnie nie mają swojego dnia do rzutów. Niewątpliwie jest to kolejna rzecz, nad którą należy spędzić dużo czasu. Być w stanie znajdować zawodnika z dniem konia (Dunleavy w meczu z Cavs) i dogrywać do niego kiedy tylko się da, a nie ślepo polegać na dwóch liderach, którzy walą cegłę za cegłą z dystansu.

Powrót na ziemię. Zmiażdżeni przez Memphis 90-108 (1-2)

Memphis @ Bucks 108 – 90 

Mimo mojego dużego hura optymizmu i nawet dobrego samopoczucia w czasie nagłej nocnej pobudki, pierwsza kwarta meczu pokazała, że coś w tym meczu będzie innego. Nie miałem już tak tęgiej miny, kiedy na twardą i pewną podkoszową grę Gasola i Randolpha odpowiadaliśmy rzutami przez ręce z dystansu i floaterami, które jakimś cudem wpadały przez pierwsze 12 minut. Łatwo było przewidzieć, że strategia obrana przez Bucks nie będzie w stanie zapewnić stałej dostawy punktów przez kolejne trzy kwarty i wcale się nie zdziwiłem, gdy Memphis zaczęli drugą odsłonę meczu od 9 punktów zdobytych z rzędu. Kombinacja izolacji na Randolpha i Gay’a, dodatkowo wsparta przez systematyczne i książkowe akcje pod koszem Gasola pozwoliła niedźwiadkom wyjść na 13 punktowe prowadzenie do przerwy (56-43). Bucks w tej drugiej kwarcie nie mogli poradzić sobie nie tylko z fizycznością przeciwników, ale również z koszami we własnej hali. Szkoda, że nikt nie prowadzi statystyk rzutów, które wylały się z obręczy…

Kiedy w połowie trzeciej kwarty przewaga Memphis sięgnęła 20 punktów, a ja powoli zacząłem zbierać się do łóżka, na parkiet wyszli Jennings, Ellis, Dunleavy, Henson i Sanders, którzy fantastyczną grą pociągnęli zespół i zaliczyli run 21-6. Niestety, przed końcem kwarty Pondexter i Ellington zaliczyli po trójce i przewaga znowu na dobrze przekroczyła 10 punktów.

Potwornie twarda obrona podkoszowa Grizzlies zmusiła Bucks do wymuszonych rzutów  z półdystansu, stąd nasza fatalna, zaledwie 37% skuteczność (dość powiedzieć, że Ellis nie trafił swoich pierwszych siedmiu rzutów z gry). Z drugiej strony nie byliśmy w stanie ani na chwilę spowolnić ataków Memphis, którzy trafili ponad połowę swoich rzutów (53%). Ale nie ma się co dziwić, skoro ze 108 zdobytych punktów, aż 46 zdobyli spod samego kosza.

Pozytywnie znowu wypadł Sanders, który jako jedyny zawodnik w naszym zespole mógł pochwalić się double-double (10/11), do czego dołożył jeszcze 3 bloki i o dziwo nie spadł za faule. Nasz ultra ofensywny duet obwodowy trafił 11 z 38 rzutów i rozdał 12 piłek, ale nie był w stanie pozytywnie wpłynąć na wynik meczu.

Gdybym miał się doszukiwać pozytywów w tej porażce, to na pierwszy rzut oka powiedziałbym o stratach, które udało się ograniczyć do jedynie 10 w całym meczu (z czego prawie połowę – dokładnie 4 – miał Sanders). Drugim plusem był debiut Hensona, który niestety zaczął od głupiego podania wzdłuż linii za trzy, które bez problemów przechwycił bodajże Gay i skończył akcję 2+1 po juniorskim faulu wracającego do obrony Hensona. W meczu też niczym wielki nie się wyróżnił, chociaż był na parkiecie w czasie naszego jedynego runu w trzeciej kwarcie.

Ale tutaj pozytywy się kończą. Najlepszy start od 7 lat skończył się szybciej niż się zaczął i wracamy teraz do nerwowego ciułania zwycięstw. Przed nami wyjazd do DC, gdzie zmierzymy się z odmienionymi Wizards (w piątek), którzy jeszcze w tym sezonie nie posmakowali zwycięstwa. Głupio by było, gdyby Bucks popsuli im serię…

Bucks TOP10 tygodnia (1)

Jestem niedoścignionym mistrzem w jednej rzeczy – zaczynaniu nowych przedsięwzięć i kończeniu ich po dwóch, trzech tygodniach. Zobaczymy jak długo uda mi się pociągnąć ranking TOP10 tygodnia, złożony jedynie z naszych zawodników.

1. Brandon Jennings
Wybór bez chwili zastanowienia. Zawodnik tygodnia na wschodzie, game winner z Cavs, rekordowe 13 asyst i 4 przechwyty na mecz. Zaczął sezon dokładnie tak, jak można oczekiwać od prawdziwego lidera zespołu, który walczy o nowy kontrakt.

2. Mike Dunleavy
Gdyby nie on, Jennings nie musiałby się spinać w ostatnich sekundach meczu, bo Cavs by nas rozjechali po trzech kwartach. Fenomenalna dyspozycja rzutowa naszego kapitana, 29 punktów (wszystkie asystowane) i jak zwykle solidna gra na bronionej desce (pierwszy zbierający drużyny). Póki co fantastycznie dzieli się minutami z Tobiasem Harrisem.

3. Larry Sanders
Zaraża energią i mimo, że brakuje mu często inteligencji w obronie, to nadrabia to walecznością i dynamiką. 13,5 punktów na mecz (81% z gry), do tego 7 zbiórek (nr dwa w zespole) i ni z tego ni z owego wyrósł na pierwszego centra w drużynie. I bardzo dobrze, bo jak tylko zrozumie na czym polega cierpliwość w obronie i nauczy się kilku ruchów pod atakowanych koszem, to będzie z niego kawał dobrego środkowego. Gdyby jeszcze tyle nie faulował…

4. Beno Udrih
Momentami gra jak szalony jeździec bez głowy, pakuje się pod sam kosz i kiedy zdaje sobie sprawę, że nie ma komu odegrać, wyrzuca piłkę w trybuny. Ale druga kwarta meczu z Cavs to mistrzostwo świata. Dalej liczę na to, że będzie dostawał te 20-25 minut na mecz i będzie w stanie pokazać jeszcze więcej niż do tej pory. A póki co jest dobrze: 10,5/3,5/3,5 w 19 minut i trzeci najwyższy PER w Bucks (20,6)

5. Monta Ellis
Niby jest pierwszym strzelcem zespołu, ale póki co gra zdecydowanie poniżej oczekiwań. 35% z gry, 27% za trzy, masa strat (3,5) i duże wahania formy w czasie meczu (z Cavs doskonała pierwsza kwarta, potem bardzo przeciętne pozostałe minuty). To, że jest to jego ostatni sezon w Bucks to więcej niż pewne. Warto jednak, żeby w kolejnych tygodniach wziął się bardziej do roboty.

6. Tobias Harris
Po fantastycznym meczu w Bostonie przyszły szybkie faule na początku meczu z Cavs i stąd nie dane mu było więcej pograć. A kiedy już jest na parkiecie, to imponuje wszechstronnością. Już pisałem wcześniej, że oficjalnie włączyłem licznik i oczekuje na jakiś mecz 5×5 w jego wykonaniu.

7.Ekbe Udoh
Udoh i Udrih to jedyni zawodnicy w NBA, których nazwiska zaczynają się od litery U. A Udoh jest chyba jedynym zawodnikiem w drużynie, który pod nieobecność Mbah a Moute może być uważany za filar defensywy pod koszem. Jak do tej pory, jest też wyjątkowo skuteczny w ataku.

8. Ersan Ilyasova
Turek póki co przespał dwa pierwsze mecze i oprócz tego, że jest naszym najlepszym zbierającym w ataku, kompletnie zapomniał o tym, na czym polega jego siła w ofensywie. Nie przestał rzucać, ale przestał trafiać. 27% z gry, 20% za trzy to wyniki gorsze niż moje w karierze we wronbie.

9. Samuel Dalembert
Bezczelnie zrzucony na ławę przez Sandersa, na boisku sprawia wrażenie nieobecnego i myślącego o końcowym gwizdku. Miał być tym, który czyści deski i blokuje po 3 rzuty na mecz, a jest tym, który w sumie zebrał 5 piłek i zablokował jeden rzut w dwóch meczach.

10. Joel Przybilla
Ale tylko dlatego, że Lamb jeszcze sobie nie pograł, a Daniels zaczął sezon tragicznie. Joel w 6 minut meczu z Cavs zdążył zebrać dwie piłki i złapać szybkiego dacha za pyskowanie, które oczywiście o mało nie przeistoczyło się w drobną bójkę. Jak zwykle chory psychicznie i niezrównoważony. Mam nadzieję, że po powrocie Hensona nie będzie już wchodził na parkiet.