Bucks – Celtics 92-96

Mecz zaczął się od strat i niecelnych rzutów z obu stron. Do stanu 15-15 doskonale obsługiwany po zasłonach był Dalemebert, który nagle się obudził i z 9 punktami (+3 zbiórki) był naszym liderem w pierwszych minutach spotkania (wszystkie punkty po wsadach). W tym okresie Jennings i Ellis rzucali tak dobrze, że dobrze zrobili skupiając się głównie na podaniach (po 3 asysty na łebka po 8 minutach, 2-7 z gry). Tym razem rezerwowi nie zaczęli od mocnego uderzenia – jedynie punkty z ławki po pierwszej kwarcie zdobyli Udoh i Sanders. Wejście tego drugiego wprowadziło jak zwykle nieco ożywienia na parkiecie – głównie przez to, że Larry był zawsze pierwszy w kontrze i w powrocie do obrony. Dunleavy złapał błyskawiczne dwa faule w 4 minuty i szybko powędrował z powrotem na ławkę.

Druga kwarta zaczęła się od sześciu punktów zdobytych przez rezerwowych – najpierw Beno w kontrze, po przechwycie Danielsa, potem Udoh z półdystansu aż w końcu Sanders spod kosza po własnej zbiórce w ataku. Na tym etapie gry Bucks byli 0-4 za trzy, ale mieli też dopiero 2 straty (przy 6 Bostonu). Celtowie grali tak fatalnie, że mieli szczęście przegrywać tylko 24-30 na tym etapie, ale jak na dobrych gospodarzy przystało, Bucks podjęli decyzję nie rzucać punktów i nie odskakiwać przeciwnikom. Momentami aż się prosiło o dodatkowe podkręcenie tempa i odskoczenie na +10 po trzech kolejnych stratach / niecelnych rzutach Bostończyków. Jennings zdobył swoje pierwsze punkty w meczu na 3 minuty przed końcem, wyprowadzając Kozly na +8 (38-30). Był to moment, kiedy w końcu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że kiedy nie wchodzą rzuty z dystansu, trzeba zacząć wchodzić pod kosz. 4 punkty z wolnych Ellisa pomogły nieco zmienić wygląd ofensywy. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Milwaukee 42-39, ale miałem wrażenie, że powinno być co najmniej +10 więcej. Celtowie mogą być z siebie zadowoleni, grając podobną padakę jak w pierwszym meczu z Bucks, trzymają wynik i wciąż są w grze.

Trzecia odsłona meczu zaczęła się fatalnie – dwie trójki Terry’ego i cztery punkty Pierce’a wyprowadziły Celtów na 8 punktowe prowadzenie. W między czasie czwarte faule złapali Dalemebert i Dunleavy, a Bucks dalej uparcie robili wszystko, żeby tylko nabijać statystyki kolejnych niecielnych rzutów (na 2 minuty przed końcem trzeciej kwarty mieliśmy 39% z gry i 14% za trzy – Ellis 7/17, Jennings 1/8, Ersan 3/12). Na szczęście kwartę doskonale zamknął Daniels, trafiając dwa trudne rzuty – najpierw nie wiedzieć jak wkręcił się w kontrze między trzech obrońców, a potem na dwie sekundy akcji popisał się celnym floaterem z łokcia i na ostatnią kwartę zeszliśmy z czteropunktowym prowadzeniem 68-64.

Bucks zaczęli czwartą kwartę od 0/6, Celtowie od 1/6. byłem zły, bo dzięki przewadze w zbiórkach ofensywnych, Kozły oddały na tym etapie aż 10 rzutów więcej, a jednak dalej nie potrafili uciec Celtom.  Dodatkowo była to druga noc  z rzędu oglądania meczu pełnego strat i niecelnych rzutów (i co najlepsze nie były to jakieś wymuszone rzuty przez ręce – Jennings na przykład przestrzelił większość ze swoich czystych jumperów. Podobnie Ersan…) Na 4 minuty przed końcem i wyniku oscylującym koło remisu zaczął się wieczorny show. Pierce nagle miał znowu 27 lat – rzucił 8 punktów z rzędu (w tym dwie trójki) i byłoby już po meczu, gdyby nie to, że na każdy jego punkt dokładnie tym samym odpowiedział Ellis. Hala w końcu odżyła, ja też podniosłem się do nieci bardziej siedzącej pozycji. Końcówka pełna była emocji, a największe nadzieje na zwycięstwo mieliśmy przy stanie 91-93 na ok. 20 sekund przed końcem. Niestety, nie udało się nawet wykończyć akcji rzutem, bo piłkę stracił Ilyasova (chociaż komentatorzy doszukali się tam faulu, ja zbyt wielkiego kontaktu nie widziałem). Mini zdjęcie poniżej.

  • Bucks zakończyli mecz oddając 15 więcej rzutów, wygrywając ofensywną deskę 16-7 a mimo to, przegrali. Zabrakło agresywności i grania pod kosz, za dużo było rzutów z dystansu, piłka nie chodziła po obwodzie, nie było ruchu bez piłki.
  • Zabiły nas też wysokie zasłony grane przez Rondo i Garnetta. Trzy razy wykończyli w identyczny sposób alley-oopa, w kilku innych przypadkach kończyło się to łatwymi punktami KG spod kosza.

Na ciąg dalszy analizy i nieco głębszych wniosków zapraszam po edicie i krótkiej drzemce.

Reklamy