Bucks @ 76ers 105 – 96

Trzeba być naprawdę posranym, żeby wstać o 1:15 na mecz, kiedy ma się przed sobą 10  godzin samego prowadzenia zajęć (nie mówiąc o dojazdach) i kiedy pierwsze zaczynają się już o 7 rano. Pewnie pobudka będzie bolała jakoś koło 14, bo póki co (o 1:17) jest całkiem dobrze. Bucks zaczęli  ten mecz w jakiejś chorej fazie, w jakiej jeszcze nigdy ich nie widziałem. Trafili pierwsze 8 rzutów z rzędu, a ich prowadzenie wynosiło jedynie 19-18. Jak to możliwe, rzucając z taką skutecznością i trafiając 8 szybkich punktów spod samego kosza? Ano jest to możliwe, jeśli przeciwna drużyna ma w swoim składnie Jasona Richardsona, który zdobył szybkie 10 punktów i samotnie utrzymywał wynik – wisienką na torcie pierwszej kwarty była kontra sam na sam J-Richa zakończona efektownym wsadem z obrotem o 360 stopni (przypomniał mi się od razu konkurs wsadów – w wykonaniu jego i Desmonda Masona). W Bucks od początku wyróżniał się Dalembert, który grał tak, jakby miał coś do udowodnienia 76ers. Wielu rzeczy się spodziewałem po tym pojedynku – wielu niecelnych rzutów, dobrej defensywy, niedopuszczania do zbiórek ofensywnych i dużej liczby strat. Okazało się, że po pierwszej kwarcie Bucks wygrywali 36-24, gdzie pod koniec tej części gry rezerwowa grupa poprowadziła zespół do runu 8-0. Kozły rzucały z nieprawdopodobną skutecznością  67% z gry i pozwalali 76ers na 50% z gry, dobrze graliśmy na deskach zbierając 12 piłek w obronie (przy 5 76ers), a jedyną zbiórką ofensywną popisał się Sanders, atakując deskę po niecelnym osobistym Dunleavy’ego i dobijając spod samego kosza kończąc 4 punktową akcję.  Kozły doskonale szukały się pod koszem, obie drużyny świetnie podawały (w asystach 9 – 7 dla Bucks) ale też bezmyślnie traciły piłkę (6 – 4 w stratach dla Bucks).

W drugiej kwarcie Udrih zapomniał o tym, że potrafi grać rozsądnie i oprócz 4 punktów po rzutach z półdystansu popełnił 3 straty pod rząd, po których 76ers zdobyli łatwych 6 punktów. Gra Bucks o dziwo do tego momentu wyglądała  całkiem rozsądnie w ataku (oprócz tego, że po 5 minutach drugiej kwarty mieliśmy już 10 strat na koncie). Cała ofensywa opierała się głównie na penetracjach i odegraniach pod koszem, szukaliśmy rzutów maksymalnie z półdystansu i nie było mowy o bezsensownym bazowaniu akcji na rzutach z dalekiego dystansu. W defensywie Sanders był zaporą nie do przejścia i zabezpieczał każdą jedną piłkę na deskach, dzięki czemu Bucks nie dopuścili do ani jednej zbiórki w ataku. Kiedy tylko napisałem słowa pochwały, coś się zatrzymało – Udrih był objeżdżany w defensywie przez Younga a Wright trafił kolejną trójkę z lewej strony i po runie 9-2 zrobiło się nagle po 42 na 4 minuty przed końcem drugiej kwarty. W ataku dwukrotnie nieskutecznie zagrał Dalembert, raz na szybki rzut niepotrzebnie zdecydował się Dunleavy i nawet przewaga na deskach (15-7) przestała nagle być atutem Bucks, bo 76ers wykorzystywali skrzętnie każdą z naszych 10 strat (zdobywając 13 punktów po szybkich atakach). Holiday, RIchardson i Wright rzucili w tamtym momencie 33 z 42 punktów Filadelfijczyków.

Na minutę przed końcem drugiej kwarty, od remisu 48-48 Bucks zdobyli 11 punktów z rzędu i po kontrze i dwóch trójkach (Jenningsa i Ellisa) prowadziliśmy już 59-48. Do przerwy zeszliśmy z prowadzeniem 62-50, rzucaliśmy z 62% skutecznością z gry, zdecydowanie dominowaliśmy na deskach (21-11) i nawet mimo znacznej liczby strat (13 do 8) byliśmy na dobrej drodze do trzeciego z rzędu wyjazdowego zwycięstwa. 19 punktów zdobył Jennings, z czego 10 w ostatnich 3 minutach drugiej kwarty, dodał do tego 4 asysty i 3 przechwyty. Co ciekawe, już po tych pierwszych 24 minutach każdy z Kozłów zdobył punkty, a tylko Marquis Daniels nie miał ani jednej zbiórki (z pozostałych zawodników każdy zebrał chociaż jedną piłkę w defensywie).

Do połowy trzeciej kwarty Bucks powiekszyli przewagę do 15 punktów (74-59) głównie za sprawą Ellisa, który zdobył bodaj 6 lub 8 punktów Kozłów z rzędu (w tym po efektownym reversie, mijając w powietrzu trzech obrońców). W między czasie zaliczyliśmy chyba najbardziej kuriozalną stratę w tym sezonie. Po niecelnym osobistym 76ers, piłka padła łupem Ilyasovy, który zaciekle zaczął się o nią szarpać z Tobiasem Harrisem. Żaden z nich nie zauważył, że siłuje się z kolegą z zespołu i w rezultacie odgwizdano kroki i 15 strata Bucks stała się faktem (wyrównaliśmy swoją średnią sezonu – 16 – na 5:16 przed końcem trzeciej kwarty). Kiedy już chciałem się kłaść spać i uznać, że jest po meczu, seria błędów Kozłów spowodowała niezły run 76ers i nagle zrobiło się 75-68. Tragiczny w tym okresie był Ersan, który dalej nie potrafił trafić z gry, nawet spod samego kosza, a w obronie nie nadążał za Turnerem i Hawesem. Kolejna głupota Kozłów – przy zamianie krycia Jennings miał na sobie Hawesa i zdecydował się na długą trójkę zamiast penetrować, piłkę w ataku zebrał Sanders, przestrzelił wsad (offensive interferance bo zawiesił się dwoma rękoma na obręczy), 76ers zdobyli punkty spod kosza (73-78) a następnie Larry sfaulował w ataku Younga. Run gospodarzy 14-3, podkręcona defensywa i skuteczna egzekucja w ataku i nagle Bucks zrobili to, z czego słyną od dawna – potrafią zaprzepaścić wypracowaną w całym meczu przewagę w mniej niż 4 minuty. Serię przerwał dopiero Udoh akcją 2+1, doprowadzając do stanu 81-75. Wells Fargo Center wybuchnęło euforią, kiedy Holiday trafił jumpera z rzutów wolnych doprowadzając do remisu po 83 na koniec trzeciej kwarty. Rozpaleni do granic możliwości sixers trafili 5 z 7 trójek w trzeciej kwarcie, nadrobili 15 punktów i rozpoczynali ostatnią odsłonę zdecydowanie na fali. Przykro to mówić, ale przez ostatnie 5-6 minut trzeciej kwarty Bucks mogli się ubrać i zejść do szatni, bo i tak nikt nie zauważyłby ich nieobecności na parkiecie.

Czwarta kwarta rozpoczęła się nerwowo i obie drużyny wymieniały się punkt za punkt, aż do stanu 89-89. Był to moment, kiedy patrząc na grę Kozłów ustawiłem temat wpisu: Można prowadzić 15 w trzeciej i przegrać? Można! Bucks wszystko potrafią! który jak się okazało, nie był proroczy. Ze spraw pomeczowych zacząłem się też zastanawiać, czy zjedzenie całej kostki czekolady i popicie piwem o 2:55 w nocy może znacząco wpłynąć na trzymaną dietę i wyniki ćwiczeń na siłowni? W ogóle zdałem sobie również sprawę, że oglądając ten mecz pobiłem swój rekord oglądania wszystkich meczów NBA w sezonie na żywo. Chyba jeszcze nigdy też nie obejrzałem 6 meczów Bucks na żywo pod rząd, nie mówiąc już o tym, że chyba jeszcze nigdy nie obejrzałem 6 meczów Bucks w sezonie. Przełomowy sezon? Do gry wróciliśmy przy stanie 92-89 dla Kozłów, Bucks nie wykorzystali kontry 3-na-1, dali sobie rzucić w kontrze, a w kolejnej akcji Ellis stracił w ataku. Na szczęscie zaraz potem swój 31 punkt w meczu rzucił Jennings doprowadzając do wyniku 94-91 na 5 minut przed końcem meczu. Minutę potem Holiday stracił 7 piłkę w meczu, Hawes rzucił cegłą za trzy, Kozły wyprowadziły kontrę i wyszły na nieco bardziej bezpieczne prowadzenie 98-93. W tym czasie obie drużyny miały skuteczność 15/37 i 15/34 w drugiej połowie, a Sixers nie trafili z gry od ponad 2 minut. Dunleavy killer dopełnił formalności trafiając za trzy na 2:44 przed końcem przy stanie 103-93 i o trzeci czas w ciągu dwóch minut poprosił Doug Collins.  W końcówce Sixers nie mieli już nic do powiedzenia, ostatecznie Kozły wygrały spotkanie 105-96 i pozostały niepokonane na wyjeździe (3-0).

Postaram się napisać nieco więcej o spotkaniu między pracą a pracą.

Na pewno na plus trzeba zaliczyć grę na deskach, wygraną przez Bucks 48-31. Pozwoliliśmy w sumie na 4 zbiórki w ataku i żaden z zawodników Sixers nie miał więcej niż jednej ofensywnej zbiórki. Podobnie jednak było u nas – też tylko sześciu zawodników zebrało po jeden piłce w ataku.

Dzielenie się piłką i gra zespołowa. Mieliśmy 25 asyst przy 41 celnych rzutach z gry. Znowu, oprócz Jenningsa, który wyróżnił się indywidualnie, każdy z zawodników wniósł coś do gry. Każdy, kto wybiegł na parkiet zdobył punkty i zebrał co najmniej 2 piłki.

Jesteśmy niepokonani na wyjeździe od trzech meczów, co jest naszym najlepszym wynikiem od ponad 10 lat (sezon 2001/02).

Straty to nasza największa bolączka od początku tego sezonu. Ale kiedy pod koniec trzeciej kwarty wyrównaliśmy naszą średnią (16 na mecz) wiedziałem, że idziemy na niechlubny rekord. To, że wygraliśmy mecz gubiąc piłkę 23 razy jest naprawdę jedynie zasługa wyjątkowej dyspozycji rzutowej i bardzo dobrej skuteczności w rzutach wolnych. Jrue Holiday popełnił co prawda 8 strat (ponad połowę zespołu) i ustanowił tym samym nowy rekord ligi pod względem średniej strat od początku sezonu, ale to nie nasza bolączka. Rzucało się w oczy to, że straty popełnialiśmy falami. Najpierw na przykład Udrih kilka razy zdecydował się na podanie wszerz boiska co kończyło się kontrą Sixers. Potem Sanders albo robił kroki, albo nie łapał piłki.

Osobnego kciuka w dół, oznaczającego wyjątkową who-yo!-ze otrzymuje Ersan Ilyasova. Turek tak cholernie zamkną się w swoim świecie niecelnych rzutów, że momentami nawet przestał patrzeć w stronę kosza i szukał tylko opcji, żeby jak najszybciej oddać piłkę. Skiles mówił, że daje mu po prostu czas na znalezienie swojego rytmu, ale ja się powoli zaczynam zastanawiać, jak długo będzie wychodził w pierwszej piątce zawodnik, który rzuca póki co średnio 6 punktów na mecz przy 28% skuteczności z gry. Na całe szczęście w obronie robi swoje, dobrze zbiera i wymusza co najmniej jednego ofensa na mecz, ale jak na zawodnika, który w swoim contract year rzucał za trzy z najlepszą w karierze skutecznością, zawodzi póki co na całej linii.

Reklamy