Bucks @ Bulls 93 – 92

Bucks zaczęli pierwszą kwartę od mocnego uderzenia, bo w wyjściowym składzie nie było Ersana. Zamiast niego pod koszem obok Dalemberta pojawił się po raz pierwszy w karierze w S5 John Henson, który zaczął od błyskawicznie zdobytych 7 punktów (w pewnym momencie było Henson @ Bulls 7-8) i bloku na RIPie. Kompletnie niewidoczny był Ellis, a ja zaczynam już wymyślać teorie spiskowe, że boi się o własny tyłek i dlatego w ogóle nie atakuje kosza. W ataku pogrążali nas obwodowi Bulls, co i rusz mijając Ellisa i Jenningsa już na pierwszym koźle. Dlatego w pierwszych 9 FG mieli aż 8 asyst, z czego wiele (jak nie większość) była o dziwo po zasłonach na Elllisie. Kiedy za Hensona wszedł Sanders, Bulls zaczęli wyglądać potężnie pod własnym koszem, blokując i zastawiając wszystko, co tylko się dało. Mimo tego, Bucks mieli 6 zbiórek w ataku, a Bulls tylko 4 w obronie. Co z tego, skoro po pierwszych 12 minutach przegrywaliśmy 19-26, nasz atak i gra zespołowa nie istniały (tylko 4 asysty) i nie było się też kiedy rozpędzić do kontry…

Pierwszą kwartę zakończył Ellis niecelnym rzutem za trzy. Druga kwartę, ku mojemu zaskoczeniu, zakończył Ellis niecelnym rzutem za trzy. To powoli robi się cholernie irytujące. Przegrywamy do przerwy 40-50, ale mam wrażenie, że prowadzenie Bulls powinno być wyższe. Póki co ich obrona nie pozwala nam kompletnie na nic, Bucks grają szarpaną koszykówkę w ataku pozycyjnym, jest mało ruchu bez piłki, a jak już się uda dograć do środka, to jesteśmy miażdżeni przez zagęszczoną defensywę. Najlepiej póki co wygląda Henson, który potrafi znaleźć sobie nieco wolnego miejsca i zakończyć akcję punktami (11 do przerwy).  W drugiej kwarcie warte odnotowania jest to, że pojawił się Ersan. Od razu zebrał w ataku i dobił spod kosza. W kolejnej akcji zakończył kontrę i kiedy myślałem, że będzie to jego mecz na przełamanie się, chybił spod obręczy po kolejnej zbiórce w ataku a potem popełnił dwa szybkie faule i wrócił na ławkę. O tym jak fatalna jest nasza defensywa na obwodzie (dziękujemy Wam, Ellis i Jennings) niech świadczy to, że 10 i 17 punktów mają już Hinrich i Hamilton (9/15 z gry). Kirk chyba jeszcze nigdy nie czuł się tak szybki, jak dzisiaj, kiedy broni bo Jennings. Przegrywamy na deskach 18 – 20, nie trafiliśmy żadnej trójki (0/4), mamy tylko 8 asyst i 38% z gry. Nie chcę krakać, ale do przerwy nie wygląda to za dobrze.

Trzecia kwarta to totalna dominacja Bulls. Nie do zatrzymania był Hamilton, ale też nie ma mu się co dziwić, skoro krył go praktycznie niebroniący Ellis. Pod koszem rządził znowu Boozer. Trójkami targali nas Deng i Hinrich. A Bucks nie trafiali niczego – jesteśmy 12 / 66 w trójkach w ostatnich 4 meczach. W pewnym momencie przegrywaliśmy już 27 punktami i tylko dwóm dobrym akcjom w obronie Udoha i Ilyasovy (wymuszone faule w ataku) oraz buzzerowi Udoha zawdzięczamy to, że przed IV kwartą przegrywamy „jedynie” 63 – 80.

Przed czwartą kwartą popełniłem największy z możliwych błędów i stwierdziłem, że już jest po meczu. Rano obejrzałem ostatnie 12 minut przy śniadaniu i o mało się nie zadławiłem. Bucks zakończyli trzecią kwartą małym runem 12-2, który okazał się jednak preludium do większej serii 19-2, rozegranej przez nasze nieśmiertelne rezerwy. W rezultacie Ci, którzy mieli dostać garbage time i nieco się ograć, zdobyli 31 punktów, tracąc jedynie 4!! I teraz najlepsze, Ilyasova zdobył 12 ze swoich 18 punktów w czwartej kwarcie (a nie mówiłem, że to był jego mecz na przełamanie?), a oprócz niego na parkiecie w tych decydujących momentach byli Udoh, Udrih, Dunleavy i Lamb. Fantastycznie wyglądała nasza gra prowadzona przez głodnych sukcesu rezerwowych.  Zdezorientowane Byki odpowiednio szybko zareagować na to, co działo się na parkiecie w ostatnich minutach i nawet RIP, który zagrał najlepszy mecz w tym sezonie, nie trafił potencjalnego game winnera.

Pierwsze zwycięstwo Bucks z Chicago od kwietnia 2010 stało się faktem. Bucks pokazali, że odrobienie strat w Miami nie było przypadkiem i szkoda tylko, że aby wygrywać spotkanie muszą najpierw przegrywać 27 punktami, aby poczuć nóż na gardle. Brawo, brawo dla rezerwowych za fantastyczny wynik i wyśmienitą czwartą kwartę. Nieco więcej o meczu jak zawsze nieco później.

Reklamy