Ellis faktycznie jest lepszy od Wade’a. Monta zawodnikiem tygodnia na wschodzie.

z BKN: 7-14, 20 pkt, 7 as, 6 przech.

z  MIA: 6-18, 14 pkt, 9 as, 5 przech.

@ DET: 12-22, 30 pkt, 9 as, 4 zb.

Tyle wystarczyło, żeby zostać zawodnikiem tygodnia na wschodzie. Jest to świetna motywacja dla zawodnika, który wszedł w ten tydzień po tragicznym meczu z Memphis, który skończył trafiając 1 na 14 rzutów. Jego wyjątkowe 47% z gry (i 57% za trzy) w trzech ostatnich meczach to faktycznie coś, co trzeba docenić. umadZ resztą wcześniej już sam zapowiedział, że jest lepszy od Wade’a:

Co z kolei mnie sprowokowało do zrobienia tego:

https://twitter.com/daveknot/status/285680389320757250

Jak widać, nagroda zgrała się w czasie idealnie…

Niestety. Porażka w Detroit przekreśla szanse na mistrzostwo! (94-96)

Bucks @ Pistons 94 – 96

Po wygranej z Miami ćwierknęło mi się, że pewnie po drugim dobrym meczu z rzędu przyjdzie czas na porażkę w Detroit. No i stało się. W Pałacu nigdy nie grało nam się łatwo, ale teraz pojawiła się (złudna) nadzieja na złapanie rytmu i pociągnięcia co najmniej trzech wygranych bez porażki. Niestety nie udało się, głównie przez parę rzeczy:

  • Zaczęliśmy wolniej niż Miami w Milwaukee, od 0-13 i mimo, że pierwszą kwartę udało się zamknąć poniżej 10 punktów straty, to jednak nasza obrona w tym okresie była tragiczna. Nie potrafiliśmy zrobić niczego dobrego przeciwko pickNrollom, które okazały się dla nas śmiertelnie zabójcze. Głównie przez nie straciliśmy aż 60 punktów z pomalowanego, sami zdobywając jedynie 38. W tym okresie szczególnie wyniszczyli nas Prince, Maxiell i Monroe, którzy trafili łącznie 12 z 15 pierwszych rzutów. W sumie 28 z 30 punktów w pierwszej kwarcie Pistons zdobyli z pomalowanego.
  • Sanders, Udoh i Gooden zagrali odpowiednio 20, 12 i 16, a żadnemu z nich nie udało się zebrać ani jednej piłki w ataku. Larry miał 3 zbiórki w ataku, natomiast Ekpe nie oddał nawet ani jednego rzutu z gry. Henson i Dalembert siedzieli w tym czasie na ławce i z nudów wydrapywali paznokciami serduszka i inicjały koło ławki rezerwowych.
  • Znowu zapomnieliśmy zabrać na mecz Jenningsa. Niepokojąca statystyka. Kiedy Ellis rzuca 30+ punktów, Jennings trafia jedynie 17/74 (!!!) z gry i, co gorsza, udało nam się wygrać tylko 1 z 5 takich meczów. Dzisiaj Brandon skończył z 9 punktami i jedynie 4 asystami w 38 minut pocenia się na parkiecie.

1. Ersan Ilyasova 

Ersan dzisiaj zagrał tak, jak wszyscy byśmy chcieli żeby grał co spotkanie. 24 punkty z ławki przy 12 rzutach, z czego połowa punktów w ostatnich 12 minutach spotkania. No i 3/3 za trzy. Szkoda, że w tej ostatniej nieudanej akcji Ellis nie zobaczył go niekrytego na obwodzie, gotowego do palnięcia czwartej trójki w meczu, tym razem na wagę zwycięstwa. Niestety, zapoczątkowany przez niego run 13-0 na koniec czwartej kwarty nie okazał się wystarczający.

2. Monta Ellis

Nie chcę, ale muszę. Zazwyczaj im wyżej w notowaniach pomeczowych ląduje Monta, tym gorzej wypadamy na tym jako drużyna. Dzisiaj zaliczył swój piąty mecz w sezonie z ponad 30 punktami (12/22 z gry) i aż strach powiedzieć, ale kontynuował swoją dobrą ostatnio serię za trzy (11/20 w ostatnich 4 meczach). Szkoda, że w decydujących momentach chybił trzy rzuty.

3. Mike Dunleavy

Miał dwie genialne akcje pod rząd. W pierwszej kontrze (prawie) sam na sam z koszem dał się zablokować Bynumowi. W drugiej bliźniaczo podobnej kontrze stracił piłkę, przypominając strasznie Mbah a Moute, który swoje straty też popełnił po wejściach pod kosz (jak zwykle). Jednak znowu był katalizatorem naszego powrotu w czwartej kwarcie, mimo, że trafił tylko jedną trójkę (ale za to doprowadził nią do remisu).

4. Drew Gooden

Za to, że zakończył jedną akcję wsadem, po czym popisał uśmiechem, jakby właśnie klęczała przed nim ekipa złożona z 10 ostatnich najładniejszych króliczków Playboy’a.

gooden

5. Mbah a Moute

Za to, że po podkoszowym zderzeniu w pierwszych minutach meczu wrócił dokończyć spotkanie z trzema szwami. Zagrał fatalnie w ataku, ale kiedy tylko mógł, to robił swoje w defensywie. Nie popisał się przy ostatniej, jak się okazało kluczowej akcji  Prince’a, no ale nie można oczekiwać doskonałej gry od człowieka, który krwawi przez trzy kwarty i nie zdycha.

Wybaczcie, że tak po łebkach, ale jestem w sumie na imprezie sylwestrowej (w domu, bo w domu, ale zawsze coś), Maryla walczy z mikrofonem we Wrocławiu, wino musujące się odgazowuje na stole, a za moment skończy się wieczorna toaleta juniora i trzeba będzie wrócić na ziemię.

Udanej zabawy sylwestrowej wam życzę i wszystkiego koszykarskiego w 2013 roku!!

Fantastyczne trzy kwarty Bucks dały zwycięstwo nad Heat (104-85)

Bucks – Heat 104 – 85

Gracze Heat przyjechali do Milwaukee spodziewając się spokojnego spacerku po słonecznych polach pełnych kartofli i kukurydzy. Nie spodziewali się jednak tego, że przywita ich śnieg i zima i chyba ten fakt tak ich cholernie zdezorientował, że po wyjściu na parkiet popełnili szybkie 3 niewymuszone straty z rzędu. I to była historia tego meczu – straty Miami (20 w meczu) były zamieniane na kontry i łatwe punkty Bucks (21 punktów z kontry). Dla porównania Bucks popełnili jedynie 5 strat w całym meczu (3 Mbah a Moute) i stracili  po nich jedynie 2 punkty (Bucks zdobyli 25 punktów z 20 strat Heat). Kiedy na tablicy wyników mieliśmy 16 punktową przewagę nic nie zapowiadało tego, że w trzeciej kwarcie wrócimy do grania dobrego, starego beznadziejnego ataku. 4/22 z gry w tym okresie gry pozwoliło Żarom błyskawicznie nie tylko odrobić straty, ale i wyjść na 7 punktowe prowadzenie. Przełom 3 i 4 kwarty to jednak powrót do dobrej defensywy i skutecznego ataku Kozłów, dzięki czemu udało się wygrać ostatnią odsłonę różnicą 21 punktów i przypieczętować potwornie ważne dla nas zwycięstwo (z bilansem 16-12 zrównaliśmy się na pierwszym miejscu w dywizji).

1. Larry Sanders

Larry był nie do zatrzymania pod koszem (8/11 z gry) i co prawda wygrał bezpośredni pojedynek punktowy z Boshem (12 punktów, 5/14), ale dał sobie parę razy zebrać piłkę spod nosa. Ogólnie po raz kolejny widać było, jak ciężko jest zatrzymać Larry’ego jak dostanie idealne podanie pod samym koszem, ewentualnie w trumnie. Na samym początku zelektryzował publiczność wsadem w kontrze, potem zniszczył Chalmersa wysyłając jego rzut w trybuny, a kiedy w końcu schodził po raz ostatni z parkietu zaczął dodatkowo porywać publiczność do głośnego dopingu dynamicznie unosząc ręce jak na tytułowym zdjęciu na blogu. Jak tak dalej będzie grał, to zacznę się martwić o to, jak bardzo skoczy jego cena w przyszłym roku, jeśli w tym zdobędzie MIP.

2. Brandon Jennings

Ponownie był największym kozakiem w drużynie, tym razem niekoniecznie wyłącznie w złym znaczeniu. Miał swój signature move ze trzy razy po wejściach pod kosz, ale oprócz tego dojrzałem coś więcej. Miał wzrok, jakiego zawsze mi brakuje o Howarda, Bradley’a czy innych gigantycznych centrów z osobowością dwunastoletnich dziewczynek. Kiedy w kontrze sfaulował go Chambers, prawie zabił go spojrzeniem. Dokładnie to samo spojrzenie spaliło co najmniej dwunastu kibiców siedzący w pierwszym rzędzie pod koszem kiedy w czwartej kwarcie trafił trójkę w ostatnich sekundach akcji. Trafił 50% z gry, ale tylko 2/7 za trzy, był najlepszym strzelcem zespołu, drugim podającym i przechwytującym. Jego bezpośrednia rywalizacja z Chambersem nie elektryzowała, głównie przez to, że Mario jedną nogę zostawił w Miami. Nie mniej muszę oddać Brandonowi to, co mu się należy. Nowa fryzura przyniosła ze sobą dobrą grę Jenningsa.

3. Mike Dunleavy

Twittowałem w trakcie oglądania meczu, że dobrze grający Sanders, Udrih i Dunleavy powodują, że na dobrą sprawę niepotrzebni są nam Ellis z Jenningsem. Co zrobił kapitan Mike? Otarł się o triple double grając przez 26 minut z ławki: 18punktów, 9 zbiórek, 6 asyst i 3 przechwyty. Kiedy był na parkiecie, nie mieliśmy żadnego problemu z wykańczaniem akcji w ataku. Dawał nam to, co daje zawsze – pewny rzut za trzy, od czasu do czasu dynamiczne wejście czy zakończenie akcji spod samego kosza. I jak zwykle, jego trójki porywały publiczność, bo bardzo często (dziwnym zbiegiem okoliczności) wpadały akurat wtedy, kiedy momentum leżało po stronie Miami.

4. Monta Ellis

Nie wiem kiedy udało mu się rozdać te 9 asyst, natomiast pamiętam 5 przechwytów – 2 z nich to faktycznie zasługa Ellisa, w pozostałych piłka po prostu wpadła mu w ręce przez niefrasobliwość graczy Heat i stanie w dobrym miejscu w dobrym czasie. Cudem jest że trafił 2 trójki w czterech próbach, bo w pozostałych 12 rzutach pomylił się aż 8 razy. Najważniejsza część meczu w jego wykonaniu to wideo, w którym porównuje się do Wade’a i przekonuje, że jest tak samo dobry, jak on. Momentami przykro się patrzyło na to, co robił z nim Wade, bo Monta nie potrafił się przeciwstawić ani przy post upach, ani przy rzutach z półdystansu Dwyane’a. Co więcej, Ellis nie oddał ani jednego osobistego, co doskonale świadczy o tym, jak mało agresywny w ataku był w tym meczu. Pewnie gdybyśmy nie wygrali, to miałbym nieco większą motywację, żeby go skrytykować.

5. Mbah a Moute

Zająłby wyższe miejsce gdyby nie te nieszczęsne 3 straty oraz pudła spod samego kosza. Straty przede wszystkim spowodowane były zbyt głębokimi wejściami, po których nie wiedział co zrobić z piłką. Pudeł spod kosza nie jestem w stanie wytłumaczyć i nawet jedna celna trójka z narożnika boiska nie jest wstanie wymazać niezbyt dobrego wrażenia ofensywy Richarda. Oczywiście miał kilka dobrych wejść pod kosz i efektywnych (tak, nie mylicie się) minięć i pivotów, ale generalnie znowu było widać, że im więcej czasu Luc ma piłkę w rękach, tym gorzej wychodzi na tym drużyna. W defensywie również nie można powiedzieć, żeby był Lebron stoperem, chociaż parę razy udało mu się dość mocno utrudnić rzut.

Zostawić czy pogonić? Przewidywane zmiany w Milwaukee.

Bucks może i mają nawet solidny skład w tym roku i teoretycznie powinni powalczyć o miejsca 7-10 na wschodzie, ale to nie znaczy, że wszystko w drużynie gra. Ciężko powiedzieć, jaki jest plan na najbliższą przyszłość drużyny. Ba, ciężko nawet wytłumaczyć sobie kilka ruchów Hammonda sprzed sezonu. Po co sprowadzony był Dalembert, skoro grzeje ławę od ponad 10 meczów? Toniemy w graczach podkoszowych, Skiles nie radzi sobie kompletnie z rotacją i odpowiednim umotywowaniem tych, którzy grzeją ławę (o czym już kiedyś pisałem – póki co wśród wysokich panuje istna loteria kto zagra, bo nie ma ustalonego twardego i nienaruszalnego trzonu drużyny). Dlatego korzystając z okazji nadchodzących zmian oraz tego, że junior zajął się zabawkami w kojcu, przyjrzę się na spokojnie na Bucks okiem Hammonda i spróbuję podjąć decyzję, kto powinien zostać w drużynie, a kogo bym z chęcią pogonił.

1. Brandon Jennings – ZOSTAWIĆ

Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę wiązać przyszłości Bucks z tym zawodnikiem, ale też nie widzę sensu pozbywania się go już teraz. Szczególnie, że nie możemy wymienić jednocześnie Ellisa i Brandona, dlatego z dwojga złego, wolę na szybko pozbyć się tego pierwszego. Jennings nie zasługuje na ani na maksa, ani na 12-15 baniek rocznie, a raczej na coś takiego może liczyć gdybyśmy mieli podpisać z nim kontrakt po sezonie. Myślę, że nie ma co się spieszyć – niech Brandon dogra sezon do końca, wywinduje sobie cenę, a po sezonie będzie mógł spróbować sił jako wolny agent. Kto wie, może w jego miejsce uda nam się sprowadzić kogoś, kto chociaż trochę będzie rozgrywającym dającym szansę na bycie lepszą drużyną.

2. Monta Ellis – POGONIĆ

Szansa na to, że Ellis zostanie z nami na kolejny sezon jest minimalna, dlatego w jego przypadku nie widzę innego wyjścia jak znaleźć na niego chętnych. Monta gra strasznie nierówno, raz jest najlepszym strzelcem, w innych spotkaniach jest naszym pierwszym rozgrywającym. Generalnie wiadomo, czego się można po nim spodziewać i nie jest to dobry prognostyk na kolejne lata. Swój prime będzie miał niedługo za sobą, dlatego trzeba wykorzystać ostatnią szansę na wymianę – może ktoś, komu przyda się jego wygasający kontrakt do naprawy finansów będzie zainteresowany?

3. Larry Sanders – ZOSTAWIĆ

Franchise player Milwaukee na następne lata. Nie trzeba nić dodawać, dla mnie to podkoszowy, wokół którego można budować drużynę niekoniecznie mistrzowskiego kalibru, ale na top5 wschodu na pewno.

4. Ersan Ilyasova – ZOSTAWIĆ

Dopiero co podpisał kontakt i wydaje się, że najgorsze ma już za sobą. Gdy tylko znajdzie swoją formę strzelecką z poprzedniego sezonu, to ciężko będzie znaleźć w jego miejsce kogoś, kto tak dobrze rozciąga obronę i jednocześnie stanowi zagrożenie na ofensywnej desce. Jest szczególnie przydatny teraz, kiedy wchodzi z ławki, bo świetnie się uzupełnia z Dunleavym. Oby tylko nie zaliczył kolejnego spadku formy, bo to co prezentował na samym początku sezonu wołało o pomstę do nieba.

5. Mike Dunleavy – ZOSTAWIĆ

Nasz kapitan jest nie do ruszenia. Jest jedynym pewnym strzelcem jakiego mamy, niestety jest również w ostatnim roku kontraktu, a patrząc na to, jak się spisywał w ostatnich dwóch sezonach, będzie na pewno łakomym kąskiem dla wielu drużyn. Uważam, że ciężko nam będzie go zatrzymać latem, dlatego teraz trzeba jak najbardziej wykorzystać jego doświadczenie w ewentualnej walce o ósme miejsce na wschodzie.

6. Mbah a Moute – ZOSTAWIĆ

Z roku na rok poprawia swoją grę w ataku i nadal zdarza mu się przerzucić kosz spod samej obręczy, to jednak należy do elity obrońców w lidze, którzy przykryją zawodników na czterech pozycjach. Szkoda, że kontuzja kolana uniemożliwiła mu trening w wakacje, stąd trzeba liczyć, że jego peak w tym sezonie dopiero nadejdzie. Po Sandersie drugi zawodnik, bez którego nie wyobrażam sobie obecnych i przyszłych Kozłów.

7. Ekpe Udoh – POGONIĆ

Pomimo tego, że jest solidnym obrońcą i jak na swój wiek gra cholernie dojrzale w defensywie, jego umiejętności gry w ataku pozostawiają wiele do życzenia. Przy bałaganie jaki mamy pod koszem, jego wszechstronność i waleczność pod koszem, w dodatku do całkiem rozsądnego kontraktu, byłyby niezłą kartą przetargową przy okazji szukaniu jakiś zawodników zapychających dziury w czasie ewentualnej wymiany. Osobiście też byłoby mi się go łatwo pozbyć, głównie z powodu szczerego i niczym nieuzasadnionego braku sympatii.

8. Samuel Dalembert – POGONIĆ

Miał być pierwszym centrem, główną ostoją na deskach i liderem bloków a grzeje ławę mocniej niż Gooden. Nie dziwię się wcale jego frustracji i wcale nie jestem zaskoczony plotkami, że chce jak najszybciej opuścić klub. W meczach, kiedy wychodził w pierwszej piątce i był dobrze obsługiwany przez Ellisa i Jenningsa był z niego duży pożytek. Potem nagle Skiles stwierdził, że Gooden w rotacji będzie lepszą opcją i zapomniał o Sammym (kluczem był mecz w Chicago, na który Dalembert się spóźnił. Skiles nie dał mu wtedy grać i jak widać przeniósł tę karę na kolejne mecze). Krążą już też nieśmiałe plotki, że Celtowie są nim wstępnie zainteresowani. Boli jednak świadomość, że w zamian za niego dostaniemy Collinsa…

9. John Henson – ZOSTAWIĆ

Jak na debiutanta przystało, nie dostaje zbyt wielu minut od Skilesa, jednak pokazał, że nawet w tym ograniczonym czasie potrafi być skuteczny. Ma duży potencjał i nie pozostaje nic innego jak czekać, aż Inspektor Gadżet eksploduje z talentem jak Sanders w tym sezonie. Jeśli już go wymieniać, to jako część dużej wymiany.

10. Tobias Harris – ZOSTAWIĆ

Podobnie jak Henson, nie gra za wiele, jest jeszcze strasznie surowy, ale widać, że będzie wartościową częścią drużyny w przyszłości.

11. Doron Lamb – POGONIĆ

Miał przyjść i rzucać za trzy, bo podobno do niczego więcej się nie nadawał. Jak się okazało, nie nadaje się też do rzucania za trzy. Tragiczna skuteczność w tym sezonie, niepewny kozioł, słaba defensywa – nie dość, że do tej pory niczym nie zachwycił, to jeszcze nie pokazał ani razu, że ma w sobie potencjał w który warto zainwestować.

12. Joel Przybilla – POGONIĆ

Czy muszę uzasadniać dlaczego? Chyba nie. Niech mu wypłaca pół dniówki i puszczą w cholerę.

13. Beno Udrih – ZOSTAWIĆ

Zostawić i to koniecznie. Na dobrą sprawę, jest naszym jedynym rozgrywającym w drużynie. Gdyby już trzeba go było dołączać do jakiejś wymiany, to tak jak w przypadku Hensona, wyłącznie za kogoś naprawdę dobrego. Od początku sezonu jestem zwolennikiem dania mu jak największej liczby minut i nazwijcie mnie szalonym, ale wolałbym nawet, żeby to on kierował grą, a nie Jennings.

14. Marquis Daniels – ZOSTAWIĆ

Prawie nic nas nie kosztuje, a wnosi kupę doświadczenia z ławki. Do tego ustabilizował trójki z narożników o jest naszym najlepszym strzelcem z tej pozycji.

Wygląda zatem na to, że do pogonienia „od zaraz” mamy 5 zawodników, ale jak Hammond to sobie wszystko przemyśli i zaplanuje, ciężko teraz powiedzieć. Faktem jest, że w ostatnim sezonie rządzenia Bucks (oczywiście czysto teoretycznie) czeka go wiele łamigłówek do rozwiązania. Najbardziej obawiam się stagnacji, ewentualnie mało ryzykownych zmian, które spowodują, że dalej umocnimy się na pozycji najbardziej przeciętnej drużyny w NBA. Nie widać póki co żadnych przesłanek ku temu, że osłabimy (odmłodzimy) drużynę i powalczymy o draft. Nic nie wskazuje też na to, że nagle uda nam się zbudować solidną ekipę pełną emerytów, która w jednym sezonie zapewni nam sukces. Dodatkowo, obecny skład nie wydaje się być na tyle dobrze rokujący na przyszłość, aby nastawiać się na awans poza pierwszą rundę playoffs. Czyli co nam zostaje? Zakasanie rękawów i cierpliwe czekanie na to, co nam przyniosą najbliższe tygodnie. No i oczywiście skupienie uwagi na ciągłej walce o 8 miejsce na wschodzie (ewentualnie o pierwsze miejsce w dywizji, ale to nam z meczu na mecz ucieka).

13 z rzędu zwycięstwo nad Nets (108-93). Jeden z lepszych meczów Kozłów w sezonie!

Bucks – Nets 108 – 93

Niebywałe. Nie tylko wygraliśmy z Nets 13 mecz z rzędu, ale jeszcze udało nam się rozegrać naprawdę dobre spotkanie. Szczególnie świetnie (tak, ŚWIETNIE!) wyglądaliśmy między drugą a trzecią kwartą w czasie runu 25-12, kiedy nie tylko zdominowaliśmy Nets pod koszem (18 – 4 w punktach z pomalowanego), ale dodatkowo 13 punktów zdobyliśmy z kontry. Można mówić, że po raz kolejny wykorzystaliśmy braki kadrowe przeciwników (bez Derona i Humphriesa), ale faktem jest, że przeciwko Nets jesteśmy potwornie mocni. Przykład? Nets w tym sezonie trafili przeciwko Bucks tylko 11 z 46 trójek, z kolei Bucks trafili ponad połowę: 17 z 33. Nie ma łatwego życia Johnson, do którego znowu przykleił się Daniels. Tak na marginesie, oglądanie Johnsona to katorga dla oczu gorsza niż patrzenie na Jennings z Ellisem jak odpalają cegły z półdystansu. Permanentne izolacje, w czasie których zjada co najmniej 10 sekund na przepchanie się dwóch centymetrów bliżej kosza, po czym albo z powodu własnej nieudolności tudzież dobrej defensywy oddaje wymuszony rzut przez ręce, który ledwo dolatuje do obręczy. Nie ukrywam, lubię na niego patrzeć z czysto polskiej cechy: Nets płacą mu maksa za tak dziadowską grę…

1. Monta Ellis zagrał chyba najlepsze spotkanie w barwach Bucks. 20 punktów na 50% z gry, 6 zbiórek, 7 asyst i, uwaga, 6 przechwytów. Zaczął potwornie ostro, bo brał udział w 5  6 pierwszych naszych zdobytych punktów (albo przez asysty do Sandersa, albo przez indywidualne wejścia), a w czwartej kwarcie był jednym z tych, którzy przyczynili się do trafienia trzech trójek z rzędu i zwiększenia przewagi z 4 do 11 punktów. Fantastyczne spotkanie!

2. Brandon Jennings też miał dzień konia. Swoje pierwsze 16 punktów zdobył na 8 rzutach, nieźle prawda? W sumie zdobył 25 punktów, trafił 9 z 15 rzutów, dodał 6 asyst i 4 zbiórki. Grał tak jak zawsze – rzucał floatery z jednej nogi wypychając piłkę spod pachy, z tą tylko różnicą, że dzisiaj wszystko mu wpadało.

3. Ersan Ilyasova też się popisał. W końcu nie będę na niego narzekał bo, uwaga, zdobył 12 ze swoich 17 punktów oddając jedynie 5 rzutów! Do tego w 14 minut jakie spędził na parkiecie zebrał 11 piłek i wymusił aż 7 osobistych. Perfekcyjnie wykorzystał brak Humphriesa i zdominował deskę na swój sposób. A zbiórka bodajże z drugiej kwarty, kiedy po wyskoku miał Wallace’a na wysokości żeber, chwycił mocno piłkę w obie ręce, po czym został sfaulowany to majstersztyk, porównywalny jedynie do tego, w jaki sposób przygotowywali knysze pod Kredką i Ołówkiem na pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu. Niebo w gębie!

4. Larry znowu był jak Larry. Pierwsze punkty w meczu zdobywał po podaniach Ellisa, oczywiście wszystko spod samego kosza. Spotkanie zakończył z 12 punktami i 12 zbiórkami, ale energia jaką włożył w ten mecz jest nie do opisania. Najlepszą akcją było jego pudło w ataku, po czym błyskawiczny powrót do obrony i blok na Wallacie, który miał zdobyć łatwe punkty z kontry (niestety, sędziowie odgwizdali faul, bo mimo czystego bloku na piłce, Sanders wpadł z pełnym impetem na Geralda, wbijając go w fotoreporterów kucających pod koszem). W kilku akcjach świetnie funkcjonowało nasze rozstawienie w ataku. Szczególnie było to widoczne przy wysokich pick’n’rollach. Monta zaczynał akcję na 45 stopniach, Sanders stawiał wysoką zasłonę, a w tym czasie Daniels z Jenningsem chowali się w rogach a Udoh stał koło linii środkowej boiska w ogóle nie biorąc udziału w akcji (bo dopiero wracał z obrony). Ellis mijał obrońcę, wykorzystywał bład obrony w przekazaniu i odgrywał do Larry’ego na łatwe punkty.

5. Mike Dunleavy znowu był ważnym graczem z ławki, trafił 50% swoich rzutów i skończył z 17 punktami w 28 minut. Świetnie wyglądała jego gra, kiedy na parkiecie był Udrih, bo dostawał dużo dokładnych podań stojąc na obwodzie, a stamtąd mógł albo rzucić za trzy (2/6) albo wejść pod kosz i skończyć akcję layupem, na co coraz częściej się decyduje.

Dlaczego wygraliśmy?

1. W końcu siedziały nam rzuty z półdystansu. Nie da się ukryć, że jest to nasza główna broń ofensywna i prawda jest taka, że jak siedzi rzut, to ciężko będzie Kozły pokonać na własnym parkiecie. Dzisiaj po prostu był jeden z tych dni, kiedy piłka wychodzi z rąk i już wiesz, że spokojnie możesz wracać do obrony i sprawdzić, czy stolikowi dopisali ci dwa punkty.

2. Nets są po prostu słabi, powiedzmy to sobie głośno. To, że zwolnili Avery’ego świadczy tylko o tym, jak nierealnie wygórowane mają oczekiwania wobec tego sezonu. Nie ma jak zwolnić jednego z lepszych trenerów, jacy obecnie pracują w NBA, który zdobył nagrodę dla najlepszego coacha miesiąca i miał z drużyną dodatni bilans. Piszę o tym tylko i wyłącznie dlatego, że nagle wyobraziłem go sobie na ławce Bucks. Obraz, który z przyjemnością by się przyjął w Milwaukee.

3. Znowu wykorzystaliśmy to, że przeciwnicy przyjechali do nas w osłabieniu. Wygraliśmy deskę (49-43) pewnie głównie dlatego, ze nie było Humpriesa, który dałby odpowiednią dawkę energii z ławki. Niewidoczny był Reggie Evans (2 punkty i 4 zbiórki w 12 minut), który w kategorii słabego meczu został przyćmiony tylko przez Mbah a Moute (najgorszy mecz w karierze? Prawie:  19 minut, 0/3 z gry i tylko 1 jedna asysta. W sobotnią noc będzie miał dodatkową motywację na dobry pojedynek przeciwko Lebronowi).

Co przed nami?

1. Przed nami masakra, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę cierpliwość. Aktualnie mamy bilans 14-12, ale najbliższe mecze gramy z:

  • Heat,
  • Spurs,
  • Rockets,
  • Pacers.

Teoretycznie powinno nam się udać nie spaść poniżej .500. Czysto teoretycznie.

Statystyki:

1. Ostatni raz Nets wygrali z Bucks 3 marca 2009 roku w Milwaukee 99-95. Od tego czasu Bucks wygrali 13 bezpośrednich spotkań z rzędu.

2. Beno Udrih wrócił do gry po opuszczeniu 12 spotkań z powodu kontuzji. W końcu!

TOP5 tygodnia (8) – znowu było strasznie

To będzie dziwne wydanie rankingu. Raz, że świąteczne i pisane na wielkim niewyspaniu i kacu po zjedzeniu zbyt dużej ilości ryb, pierogów, krokietów i ciast. Dwa, że jest to ranking podsumowujący chyba najgorszy tydzień w tym sezonie. Bucks zagrali tylko kawałek dobrego meczu z Celtami, natomiast w pozostałych trzech (nawet w wygranej z Indianą) grali daleko od tego, co chciałbym regularnie oglądać. Dlatego postanowiłem jedno – w ostatnim w tym roku wydaniu nie będę nikogo chwalił, bo za żadną cholerę na to nie zasłużyli. Indywidualnie popisał się raz Jennings (Indiana), raz Sanders (Boston) a za trzecim razem Ellis (Cavs).

Bucks – Pacers 98 – 93
Bucks @ Grizzlies 80 – 90
Bucks – Celtics 99 – 94
Bucks @ Cavs 82 – 94

1. Brandon Jennings

Ogromny dylemat w tym tygodniu. Żaden z zawodników nie rozegrał czterech równych meczów, a z tych, którzy się wyróżnili, najlepiej spisał się Jennings. 34/5/6 z Indianą, 26/7/2 z Memphis, 12/11/8 z Celtami i jedynie 7/4/3 z Cavs w zupełności wystarczyło, żeby zajął pierwsze miejsce w tym wydaniu rankingu. Nie dajcie się jednak zwieść za bardzo pierwszym miejscem – to że Brandon był najlepszy, wcale nie znaczy, że grał dobrze. W meczu z Cavs był tragiczny, z Memphis był potwornie nieskuteczny, z Celtami statystycznie wypadł w miarę do zaakceptowania, jednak o mało nie przegraliśmy przez niego meczu w końcówce (i to dwa razy – najpierw dwa wolne, potem strata po której Pierce doprowadził do dogrywki).  Patrząc na jego grę w ostatnim tygodniu nie można było go lubić. Masa wymuszonych rzutów, praktycznie brak rozgrywania, zero jakiegokolwiek pomysłu na kierowanie ofensywą i jak zwykle fatalna obrona. Niedługo szykuję miesięczne podsumowanie gry każdego zawodnika i będziecie mogli czarno na białym zobaczyć, jaki regres poczynił Jennings w grudniu, w stosunku do listopada.

2. Larry Sanders

14 bloków, 50 zbiórek i tylko 7 strat w czterech meczach. Świetnie obsługiwany i wykorzystywany w ataku w meczu z Celtami (17pkt, 20 zb) i praktycznie niewidoczny w pozostałych trzech meczach. 5pkt/9zb z Indianą, 8pkt/9zb z Memphis i 2pkt/12 zbiórek z Cavs. Najgorsze jest to, że w tych trzech słabych meczach oddał jedynie 13 rzutów z gry (przy 10 z Celtami) i dalej udowadnia, że nie ma jeszcze odpowiedniego arsenału, żeby samemu kreować sobie akcje tyłem do kosza. Jest świetny, kiedy dostaję piłkę do rąk pod samym koszem, ale mając jego warunki fizyczne nawet Stephen Hawking miałby 70% spod obręczy. Niestety, znowu zaczął faulować – 16 przewinień w czterech meczach, w tym aż 5 w Indianą. Najgorsze są te mecze, w których niczym Howard łapie dwa szybkie faule w pierwszej kwarcie i szybko ląduje na ławie. Ciągnie to za sobą łańcuch wydarzeń – Larry gra poniżej 30 minut, a pozostały czas łata Gooden. Kiedy Gooden wchodzi na parkiet, ciężko liczyć na to, że dobrze zagramy. Stąd ogólnie negatywny wydźwięk tego wpisu, bo gramy fatalnie.

3. Mbah a Moute

Defensywny stoper, który ustanowił punktowy rekord sezonu w meczu z Bostonem (20pkt), jedynie przeciwko Pierce’owi nie popisał się w obronie. W pozostałych trzech meczach zatrzymał Westa na 12 punktach (5/14 z gry), Tony’ego Allena na 8 (3/11) i Alonza Gee na 10 (4/12). Razi nieporadnością spod kosza, oddaje śmieszne półhaki, ćwierć jumpery i kosmiczne airballe, ale jest cholernie efektywny pod oboma koszami. był to tydzień, w którym dalej potwierdzał, że jest najbardziej pozytywnym zaskoczeniem Bucks w tym sezonie obok Sandersa.

4. Monta Ellis

Dostaje wyróżnienie tylko i wyłącznie za dobry mecz z Cavs, w którym sam jednak nie był w stanie wygrać meczu oraz za solidny występ z Bostonem. 4 punkty z Memphis i jego 13 pudeł z rzędu to jakiś mało śmieszny żart, a 8/23 z Indianą oraz 9/21 z Bostonem to jakieś kompletnie nieporozumienie. Powiem to po raz kolejny, ale dopóki wchodzi pod kosz i stara się kończyć akcję z okolic trumny (albo bliżej), dopóty wszystko wygląda jeszcze rozsądnie. Ma przewagę szybkości nad połową obrońców, ale niestety marnuje ją rzucając z dystansu (gdzie ma dalej poniżej 40% skuteczność). Znowu tworzył fatalny duet z Jenningsem i sprawiał, że z każdą minutą jaką razem spędzali na parkiecie, tęskniłem za Udrihem. Świąteczne życzenie – żeby znalazł się jakiś frajer, chętny na wymianę z jego udziałem…

5. Beno Udrih

Tak, wiem, że dalej był kontuzjowany i nie zagrał ani jednego meczu. Ale w świetle naszych występ, działa to ogromnie na jego korzyść. Rezerwy były tragiczne, od Dunleavy’ego po Ersana. Żaden z nich nie wnosił niczego z ławki i nie był w stanie chociaż przez moment pociągnąć drużyny do przodu. A imię Udriha pojawiało się na ustach komentatorów niekiedy częściej niż wszystkich rezerwowych razem wziętych. Tylko dlatego, że pod jego nieobecność widać gołym okiem, jak bardzo brakuje nam rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia. Kuruj się Beno i wracaj szybko. Tęsknimy.

MVP Bucks po ośmiu tygodniach:

1. Monta Ellis – 56 punktów
2. Brandon Jennings – 54 punkty
3. Larry Sanders – 38 punkty
4. Mike Dunleavy – 22 punkty
5. Ersan Ilyasova – 20 punktów
6. Luc Mbah a Moute – 18 punktów
7. Benu Udrih – 8 punktów
7. Samuel Dalembert – 6 punktów
7. Marquis Daniels – 6 punktów
10. Tobias Harris – 4 punkty
10. John Henson – 4 punkty
10. Ekpe Udoh – 4 punkty

Ellis i 10 statystów przegrywają z osłabionymi Cavs (82-94)

Bucks – Cavs 82 – 94

Dobrze, że zagraliśmy z Cavs po raz ostatni w tym sezonie. Nie będziemy musieli więcej patrzeć na to, jak Waiters i Thomas ośmieszają naszą obronę pick’n’rollami. Przegraliśmy z jedną z najsłabszych drużyn, która dodatkowo była osłabiona brakiem swojego najlepszego zawodnika – nie sądziłem, że brak Varejao tak demotywująco wpłynie na nasz zespół.

scorers

Co się stało?

  1. Monta Ellis szedł na +40 mecz i nagle zasłabł w czwartej kwarcie, kiedy był najbardziej potrzebny. To był zdecydowanie jego mecz: 15/27 z gry i 37 punktów – żaden z Kozłów nie rzucił więcej w tym sezonie. Co z tego, skoro
  2. Monta był jedyna opcją w ataku. Równie dobrze zamiast pozostałych Kozłów mogliśmy wypuścić na parkiet sztab szkoleniowy w garniturach. Nawet jakbym się schlał i rzucał przez mur chiński trafiłbym więcej rzutów, niż Bucks. Monta był 15/27, reszta naszych gwiazd – 16/52.  30% z gry. Drugim najlepszym strzelcem był Daniels z 9 punktami.
  3. W naszym ataku nie funkcjonowało absolutnie nic. Zdobyliśmy tylko 11 punktów po kontrach i 13 po stratach Cavs. Jennings był 3/13 z gry (z czego 1/6 w trójkach) i jego kreowanie gry ograniczało się do przekozłowania przez połowę i oddania do Ellisa. Miał tylko 3 asysty, co jest najgorszym wynikiem w tym miesiącu. Był to też trzeci mecz w grudniu, w którym zdobył mniej niż 10 punktów. O ile wartość przetargowa Ellisa wzrosła po tym meczu drastycznie, o tyle akcje Jenningsa spadły na łeb po słabej grze w tym miesiącu.
  4. Sanders zaliczył co prawda drugi mecz z rzędu z +10 zbiórkami (po raz drugi w sezonie), dodał do tego 5 bloków (po raz 6 w sezonie), ale chybił wszystkie 3 rzuty i skończył mecz jedynie z dwoma celnymi osobistymi. Ale nie ma się co dziwić, skoro nie doszukałem się ani jednego dobrego podania pod kosz, a w akcjach jeden na jeden nie radził sobie z Zellerem.
  5. Przegraliśmy na deskach, mimo braku Varejao, a Thomson z Zellerem zebrali połowę wszystkich piłek w swojej drużynie (24 z 48). Dorzucili do tego 25 punktów – więcej niż nasza cała ławka rezerwowa.
  6. Przed tym meczem Bucks byli 11-2, kiedy zaczynali ostatnią kwartę przegrywając. Dodatkowo, kiedy w trzeciej kwarcie udało nam się odrobić połowę z 20 punktowej straty w niespełna 3 minuty, zacząłem mieć nadzieję na pozytywny wynik. Cholernie szkoda tej porażki, bo Chicago nie dało rady z Atlantą, a Indiana wygrała z NOH, przez co spadliśmy na trzecie miejsce w dywizji.
  7. Potwornie brakuje nam Udriha, który mógłby poprowadzić grę. W tej chwili, przy takiej dyspozycji Jenningsa a nie innej, gramy praktycznie na dwóch niskich rzucających obrońców i nie ma komu kreować gry (Fisher wyleciał z Dallas i jest wolny tak na marginesie).
  8. Choćbym nie wiem jak bardzo się starał, nie doszukam się niczego pozytywnego na temat tego spotkania. Oszczędzę sobie analizy i dogłębne statystyki, bo po raz drugi w niedługim czasie jestem zniesmaczony tym, co zobaczyłem. Jesteśmy od krok od stania się nie tylko najnudniejszym, ale i również najbardziej nieprzewidywalnym zespołem w lidze. Bezpośrednio po dobrym meczu z Bostonem, po raz drugi gramy kompletną padakę (wcześniej z Nowym Orleanem)

Dreszczowiec z happy endem w Bostonie (99-94)

Bucks @ Celtics 99 – 94

Kiedy na 30 sekund przed końcem meczu prowadziliśmy 7 punktami, na linii rzutów wolnych stał Jennings, a w tle widać było uśmiechniętego Mbah a Moute nie sądziłem, że coś złego może nam się jeszcze stać. Brandon nie trafił dwóch wolnych, w następnej akcji stracił piłkę co dało szansę Pierce’owi na rzucenie trójki i doprowadzenie do dogrywki. Gdybyśmy w doliczonym czasie nie dowieźli wygranej do końca, była by to kolejna frajerska porażka na własne życzenie.

larrysanders1. Larry Sanders doskonale spisywał się nie tylko w czwartej kwarcie (10 zbiórek i 7 punktów), ale i w całym meczu. Fantastycznie oglądało się jego pojedynki z Garnettem, który zakończył mecz z mizernymi 12 punktami (6/22 z gry) i 7 zbiórkami. Gdy porównamy to do 17 punktów (8/10 z gry) i 20 zbiórek Larry’ego, będziemy mieli pierwszy w tym sezonie statement game przy KG.  Larry znów 87% punktów zdobył bezpośrednio po asystach, zdecydowaną większość (5/6) trafiając spod samego kosza. Trafił też wszystkie 3 rzuty z trumny, do tego zaliczyl potencjalnie game winning blok, zatrzymując ostatni rzut Pierce’a za trzy. Świetny mecz naszego środkowego, który po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z głównych kandydatów do MIP w tym sezonie. Ciężko nie być fanem gry Larry’ego.

mbahamoute2. Mbah a Moute przez moment mógł zostać głównym bohaterem spotkania, gdyby tylko nie zaliczył żenującej dyspozycji na linii rzutów wolnych (4/10). Ustanowił jednak swój rekord sezonu (20 punktów, 8/15 z gry) i był niesamowicie pomocny na atakowanej desce (5 zbiórek w ataku). Co ciekawe, samodzielność kreowania własnych sytuacji rzutowych Mbaha wkroczyła w tym meczu na nowe rejony – każdy z jego 8 celnych rzutów był asystowany. Nie mogę powiedzieć, że czynił cuda w defensywie przeciwko Pierce’owi, bo ten miał dzisiał fantastyczny dzień (znowu). Kilka razy w końcówce Mbah albo spóźnił się do obrony, albo dał nabrać na pompkę i faulował przy rzucie (z trzech AND1 w meczu, dwa Paul zaliczył dzięki Richardowi). Jednak gdyby tylko Ilyasova i Daniels kryli Pierce’a, zakończyłby na pewno z lepszą skutecznością niż 13/23.

montaellis3. Monta Ellis był sobą. Znowu tym starym, samolubnym i nietrafiającym z półdystansu Ellisem, którego tak cholernie nie znoszę. 27pkt/7zb/5as wyglądają ładnie w statystykach (ale 9/21 z już mniej), ale to, co momentami pokazywał Monta wołało o pomstę do nieba. Penetrował fantastycznie. Był pewny z wolnych (9/11). Ale im dalej od kosza, tym gorzej. Spod kosza i z trumny trafił w sumie 6/9 rzutów. Poza trumną był już 3/11. I doliczyłem się co najmniej trzech rzutów, kiedy stał nie kryty na wprost kosza na wysokości łokcia i nie był w stanie zdobyć punktów z łatwego jumpera. Uratował nam jednak tyłek w dogrywce zdobywając 5 punktów (z drugiej strony kiedy siedział na ławce w czwartej kwarcie Bucks zaliczyli swój największy run w meczu 19-6…)

brandonjennings

4. Brandon Jennings  był bliski quadruple double ze stratami (12pkt, 11zb, 8as, 7st) i mało nie zabrakło, a przegrałby nam to spotkanie. Najpierw nie trafił dwóch kluczowych wolnych w końcówce spotkania, a potem w ostatniej akcji stracił piłkę i tym samym rozpoczął akcję, po której Pierce doprowadził do dogrywki. Kiedy do przerwy nie oddał ani jednej trójki byłem zachwycony, bo do tej pory zdarzyło się to tylko dwa razy (i oba mecze wygraliśmy). W pierwszej połowie był praktycznie niewidoczny (2 pkt, 2 as, 3 straty) i dopiero w czwartej kwarcie wziął się za rozgrywanie. Z 8 asyst aż 6 było skierowanych do Mbah a Moute’a i Sandersa pod samym koszem, ale sam niestety nie mógł znaleźć swojego rytmu w ofensywie. Był 1/3 spod kosza i trumny i 2/5 w trójkach. Udało mu się jednak ustanowić swój logotyp, który może wykorzystać w Under Armor i innych firmach odzieżowych, których będzie twarzą. U mnie na pewno pojawiłby się na papierze toaletowym z szeroko rozłożonymi ramionami, oczami błagającymi o faul.

mikedunleavy5. Mike Dunleavy zagrał tylko 18 minut, ale zdążył w tym czasie zdobyć 9 punktów i zebrać 3 piłki. Jego gra opierała się głównie na dalekim dystansie, bo z okolic trumny nie oddał ani jednego rzutu. Ale to dzięki jego 7 punktom na początku czwartej kwarty (wspomniany wcześniej run 19-6) udało nam się odrobić stratę i wyjść na 5 punktowe prowadzenie.

Dlaczego wygraliśmy?

Powinienem raczej zapytać jak to się stało, że o mało tego meczu nie wygraliśmy. Celtowie byli tak potwornie słabi, że momentami szkoda mi było Pierce’a, który pewnie musiał przypominać sobie czasy, kiedy Boston był na dole ligi.

  • Wygralismy deskę 57-44 i rzucaliśmy z 43% skutecznością z gry, ale z drugiej strony straciliśmy aż 29 punktów po stratach (21 strat i 16 przechwytów Celtów). 
  • Byliśmy też fatalni na FT 22/36 i o mało nie kosztowało nas to ważnego zwycięstwa. Na szczęście jak zestawimy wszystkie rzeczy, które nam się nie udały, dodamy do tego fenomenalnego Sandersa i ponad przeciętnego Moute’a, a z drugiej strony postawimy jedynie Pierce’a (gdzie w meczu byli Rondo -3/8z gry, Garnett 6/22 i Terry 1/15)?

Moja muzyka z Bostonu:

 

Obalamy ćwiartkę – co gra a co nie po 20 meczach.

Nie wiedzieć kiedy, Bucks rozegrali już 1/4 swoich spotkań w sezonie regularnym. Niby po 20 meczach mieliśmy bilans dodatni (11-9), ale nikt, kto oglądał chociaż trzy mecze Bucks nie może powiedzieć, że nasza gra daje nam realne szanse na awans do playoffów. Ponieważ mam zdecydowanie więcej złych rzeczy do powiedzenia (mimo tego, że przed sezonem zarzekałem się, że będę propagował pro-kozłową retorykę na blogu, nie ma szans, żebym się tego trzymał), zacznę od tego, co mi się do tej pory podoba.

Co gra?

1. Nie mogę powiedzieć zbyt wielu złych rzeczy na temat Sandersa, który pozytywnie zaskakuje w większości spotkań. Jest bestią pod koszami, liderem ligi w blokach, ograniczył liczbę popełnianych fauli i nauczył się nie skakać do każdej pompki. Niestety dalej nie ma praktycznie w ogóle gry tyłem o kosza, przez co ponad 65% jego rzutów jest asystowanych, a 67% wszystkich rzutów kończy spod samej obręczy. Świetnie jednak biega do kontr i szybko wraca do obrony, jednak w starciu z masywnymi Gasolem czy Howardem jest kompletnie bez szans.

2. Ławka rezerwowych dalej jest jedną z najsilniejszych w lidze. Może niekoniecznie najsilniejszych per se, ale najbardziej efektywnych. Niestety, przy kontuzjach Dunleavy’ego i Udriha zostaliśmy nagle tylko z Lambem jako niskim, który nie jest mocnym wsparciem z ławki. Na szczęście kiedy gramy w pełnym składzie, nasza rezerwa wygląda imponująco i niejednokrotnie była w stanie wygrać spotkanie. Regularność dobrych występów Mob Squadu jest często uzależniona nie od tego, jaki jest wynik meczu, ale od tego, jak składem będzie rotował trener. Ale o tym poniżej.

Co nie gra?

3. Nie gra Skiles i jego filozofia dziwnego rotowania składem. To, czy ktoś danego dnia zagra czy nie, nie zależy od dyspozycji a od loterii. Dalembert nieraz już narzekał na niepewność przed meczem i wcale mu się nie dziwię. Najpierw Gooden jest nieaktywny, a potem nagle wchodzi na 5 spotkań z rzędu, nic nie pokazuje a zabiera miejsce Dalembertowi, który miał dobry początek sezonu. Ciężko to racjonalnie wytłumaczyć i nawet fakt, że mamy strasznie głęboki skład pod koszem nie jest dla mnie żadnym argumentem. Dlaczego gra Przybilla kosztem ogrywania Hensona? Jaki jest sens wpuszczania Goodena, kiedy Sanders łaknie się czasu na parkiecie? Nie mam też pojęcia, dlaczego tak często razem ze sobą grają Sanders i Udoh, którzy ofensywnie są niestety, ale jednak bardziej upośledzeni ofensywnie niż George Muresan i Manute Bol razem wzięci. Żaden z nich nie potrafi grać w post upie, żaden z nich nie jest w stanie wygrać pojedynku sam na sam i każdy z nich wymaga dokładnego obsłużenia podaniem, z czego nasi obwodowi nie zawsze zdają sobie sprawę.

4. Nie gra Ellis z Jenningsem. Nie gra tak bardzo, że oglądanie ich razem w większości meczów przyprawia mnie o odruch wymiotny. TS% Jenningsa i Ellisa wynosi póki co 48%, razem oddają średnio ponad 8 trójek w meczu trafiając nieco ponad 2. Nie potrafią bronić, nie są w stanie kreować ataku pozycyjnego i udaje im się jedynie wnosić coś dobrego do gry, kiedy biegamy i gramy z kontry. Boli patrzenie na fadeaway’e Jenningsa i na wymuszone rzuty z nieprzygotowanych pozycji Ellisa. Myślę, że mamy za sobą wystarczająco dużo meczów, żeby stwierdzić stanowczo, że z nimi w składzie niczego nie zwojujemy.

5. Szybkie tempo gry niesie za sobą oczywiste ryzyko strat – tak też jest w naszym przypadku. Jesteśmy na szarym końcu  ligi jeśli chodzi o średnie strat na mecz i nawet fakt, że Jennings jest w czołówce przechwytów w lidze nie zmienia za bardzo obrazu naszej gry. Klasą samą w sobie są podania Goodena do Skilesa, czy Ellisa do kibiców w 7 rzędzie.

6. Brakuje też agresywności w naszym ataku, przez to, że Jennings opiera się głównie albo na rzutach za trzy albo na unikaniu kontaktu i rzutów z jednej nogi wysokim lobem. Nasze FTR wynosi 24,6% i jest 5 najgorszym wynikiem w lidze, a z drugiej strony pozwalamy przeciwnikom na 29,4%FTR, co stawia nas w czołówce – 8 miejsce. Ostatnio i tak sytuacja uległa poprawie – Ellis coraz częściej zaczął grać tyłem do kosza, pojawiły się akcje na penetracje Dunleavy’ego. Najgorszą różnicę FTR mieliśmy w meczach z Charlotte (-24,8), Miami (-27,4) i Chicago (-20,3) – nie muszę dodawać, że wszystkie te mecze przegraliśmy. Dodatnie różnice 13,2 (Brooklyn) i 15,2 (Cleveland) zamieniliśmy już na zwycięstwa.

Co zmienić?

7. Nie widzę innego wyjścia, jak zacząć powoli szperać po rynku i szukać chętnych do wymiany z udziałem Jenningsa i Ellisa. Jak dla mnie obaj są do odstrzału jeszcze w tym sezonie. Nie ma na co czekać. Monta i tak po sezonie odejdzie jako FA, a chciałbym uniknąć sytuacji, w której przedłużamy kontrakt z Branonem i płacimy mu po 10-12 baniek rocznie. Drużyna ma swój młody trzon – jest Ilyasova, Mbah a Moute, Sanders, Henson i Harris i trzeba im przede wszystkim rozgrywających, którzy potrafią podawać i dobrze bronić. Podpisanie kontraktu z Jenningsem będzie moim zdaniem nie tylko spisaniem nas na kolejne lata przeciętniactwa, ale także powtórzeniem błędu, jakim parę lat temu było zaoferowanie maksa Reddowi. Na szczęście udało się tego uniknąć z Salmonsem i mam nadzieję, uda się również i z Jnningsem.

8. Też będę zdziwiony, jeśli Skiles dogra do końca sezonu. Jeśli po ASW nasze szanse na playoffy będą nikłe, przyjdzie i czas na zmianę szkoleniowca. Trochę szkoda, bo z jednej strony cenię sobie Skilesa jako trenera i wiem, że ciężko będzie teraz znaleźć na szybko lepszego fachowca od niego, ale z drugiej strony widzę, jak bardzo się meczy próbując wskrzesić choć trochę defensywnej mentalności do ultra ofensywnej głowy Jenningsa i Ellisa.

9. Przed nami kolejne 20 meczów, które już nie będą tak proste jak do tej pory. Grafik mieliśmy bardzo łaskawy, grając póki co większość meczów z własną konferencją i dywizją, a w najbliższej przyszłości czekają nas wyprawy na zachód. Szkoda zatem, że nie udało się wypracować odpowiedniego bufora bezpieczeństwa przed ciężkimi meczami, przez co obawiam się, że kolejne podsumowanie będzie w jeszcze bardziej negatywnym wydźwięku.

Mecz, przy którym kolonoskopia to przyjemność. 80-90 z Grizzlies

Bucks @ Grizzlies 80 – 90

Widziałem w tym roku wiele paskudnych rzeczy. Od porodu po Gangnam Style w wykonaniu Maryli Rodowicz (trochę uprzedzam fakty, ale sylwester z TVP2 zapowiada się wyjątkowo w tym roku…) Nic jednak nie zniesmaczyło mnie tak bardziej jak gra Bucks w dzisiejszym meczu. Poważnie, gdyby ktoś mi zaproponował obejrzenie tego meczu jeszcze raz o 4 rano albo zdecydowanie się na kolonoskopię bez znieczulenia to wybrałbym to drugie. Przynajmniej ktoś by mnie rżnął w tyłek bez płacenia prawie 500zł za sezonowy dostęp do ich usług.  Po trochu miałem wrażenie, że połowa Kozłów albo była bezpośrednio po  kolonoskopii, albo tuż przed. Ten stres, kiedy nie wiesz, co cię czeka. Czy znieczulenie zadziała? Czy Zach i Mark zbiorą tylko o 14 piłek mniej niż cała nasza drużyna (30-44)? Czy nasi obrońcy oddadzą we dwójkę prawie połowę rzutów co przeciwna drużyna (Jennings i Ellis 40FGA / Memphis 88FGA)? Czy wspomniani obrońcy zamienią 40 oddanych rzutów na 10 koszy, o jeden mniej niż Zach i Mark przy 26 rzutach?

Są to pytania, na które znamy już odpowiedzi. Wiemy też, że Ellis cierpiał tego dnia na przewlekłą biegunkę, zrobił za mało w szatni przed meczem i ciągnął potem za sobą ten smród przez 13 pierwszych niecelnych rzutów. Chciałem, żeby pobił rekord pudeł Hardaway’a (17 sztuk). Chciałem, żeby ten kał, który wydobywał się z pomiędzy jego palców wtarł się na stałe w annały NBA. Niedźwiadki zniszczyły nas na deskach tak, jak T-Bag niszczył niejednego nieletniego chłopca w Prison Breaku. 78% zbiórek w obronie i 38% w ataku padły ich łupem, a jedyny walczący na deskach Sanders patrzył jak Udoh, Gooden, Ilyasova i nawet przez moment Henson z Przybillą powoli i z lekkim zażenowaniem opuszczają spodenki i wypinają się w kierunku Speightsa, Gasola i Randolpha. Wrócę jeszcze do Ellisa, bo jest moim bohaterem tego spotkania. Bucks mieli skuteczność 44% TS , kiedy Monta był na ławce.  i 34%TS kiedy wracał na parkiet. Jedno jest straszne, drugie jest fatalne.

Na jakie pytania nie znamy odpowiedzi? Nie wiemy kiedy Ellis z Jenningsem pożegnają się z drużyną, a kto czyta tą stronę wie, że jestem tego wielkim zwolennikiem. Nie wiemy też, czy uda nam się zachować drugie miejsce w dywizji, po tym, jak Indiana z łatwością pokonała Jazz i zrównała się z nami na pozycji vide lidera. Nie wiem też, ile jeszcze razy starczy mi cierpliwości, żeby motywować się do oglądania meczów Bucks na żywo, bez patrzenia na wynik. Czasami jednak rzucenie okiem na boxscore przed oglądaniem działa jak panaceum, które znieczula późniejsze bóle i sprawia, że sonda, która wdziera się do naszego odbytu bezpośrednio przez oczy, nie jest tak bardzo niepokojąca.

Czy czujecie się lekko zniesmaczeni ogólnym wydźwiękiem tego opisu? To dobrze. Chociaż w połowie wiedzie, jak ja się czułem bezpośrednio po zakończeniu spotkania.

Moja muzyka z Memphis nie da się zamknąć w jednym linku do youtube’a. Jako fan bluesa mógłbym wstawić coś z BB Kinga. Ale nie mogę też przegapić niczego Johnny’ego Casha, Roy’a Orbisona,  czy Muddy Watersa. Dlatego dzisiaj odeślę do kogoś z NY. Kogoś, kto uczy się kunsztu od BB Kinga. Kogoś, kto w taki sposób przerabia piosenki. Enjoy:

Jennings ratuje nam tyłek w derbach (98-93)

Bucks – Indiana 98 – 93

brandonjennings1. Brandon Jennings w końcu był fantastyczny. Zdobył 8 z pierwszych 14 punktów drużyny, potem trafił ważną trójkę w końcówce meczu, kiedy ważyły się losy spotkania – w sumie zdobył 12 z naszych 14 ostatnich punktów. Można się przyczepić tego, że Ben Hans. zaliczył na nim swoje jedyne dwa przechwyty w meczu i w rezultacie zdobył 4 z 7 swoich punktów (wszystko po kontrze). To był jego dzień. 13/22 z gry, 34 punkty, 6 as i 5 zb (z czego dwie w ataku, ale nie dajcie się zwieść – był po prostu w idealnym miejscu w dobrym czasie i piłka sama wpadła mu w ręce). Takiego Jenningsa można oglądać, ale nawet to nie przekonuje mnie (jeszcze) do tego, aby podpisać z nim wieloletni kontrakt. 50 podobnych meczów i pewnie zmienię zdanie. BTW, zwróćcie uwagę na to, że Jennings zdobywa rekordowe 34 punkty w sezonie oddający tylko 5 trójek (ostatni raz 5 3PA miał 5 meczów temu z Bobcats. W sumie w jedynie 12 spotkaniach oddał 5 lub mniej trójek. Jesteśmy w tych meczach 7-5).

mikedunleavy2. Mike Dunleavy wrócił po 7 meczach absencji po kontuzji, której nabawił się w poprzednim meczu z Indianą i wrócił w dodatku w wielkim stylu. 17 punktów z ławki, 6 zbiórek i 2 bloki i niespełna 30 minut, przywitał się z publicznością trafiając jumpera z lewej strony, potem w bliźniaczej akcji zdecydował się ściąć pod kosz i zakończyć akcję layupem z prawej strony, aż w końcu dał publiczności powód do radości, gdy trafił trójkę z faulem. Jego powrót zdecydowanie rozciągnął naszą grę i nawet kiedy był na parkiecie razem z Ilyasovą widać było, jak wiele miejsca robiło się pod samym koszem. Mogę sobie już wyobrazić ten mecz, w którym zarówno on, jak i Ersan będą mieli swój dzień w trójkach. Oj, będzie się działo.

mbahamoute3. Mbah a Moute zagrał po swojemu, po cichu i bez fajerwerków. 10 punktów, 10 zbiórek, po 2 asysty i przechwyty to niby nic szczególnego, ale udało mu się zatrzymać Westa na zaledwie 12 punktach (5/14  z gry). Krył go tak uporczywie, że ten w trzeciej kwarcie nie wytrzymał i zarobił technika. To było kolejne spotkanie, w którym dobrze zaczynał akcje tyłem do kosza, a potem albo decydował się rzut (zazwyczaj niecelny), albo na podanie (zazwyczaj asysta). Większość punktów znowu zdobył albo bezpośrednio po zbiórkach w ataku (2 sztuki) albo po rzutach z półdystansu. Ładnych, czystych i pewnych rzutach – dodajmy.

montaellis4. Monta Ellis zagrał dzisiaj na swojej skuteczności z początku sezonu (8/23)  ale i tak zrobił wiele dobrego. Przede wszystkim grał na star mode znanym z NBA LIVE (albo jakoś inaczej się to nazywa, nie wiem, nie grałem) – wbijał się pod kosz z taką łatwością, z jaką Allisterowie zostawili Kevina samego w domu. Udało mu się nawet zaliczyć trzy akcje, z których jedna powinna trafić do TOP10 – chory pivot na pełnym tempie, dzięki któremu minął trzech obrońców i skończył łatwym layupem. Piękne. Robił to, co do niego należało w trzeciej kwarcie, kiedy udało nam się odskoczyć na 9 punktów.

larrysanders5. Larry Sanders zdołał oddać tylko 4 rzuty i generalnie był pomijany w ataku. Na plus na pewno trzeba zaliczyć 9 zbiórek (z czego 4 w ataku) oraz 5 bloków (z czego aż 4 w drugiej połowie). Nie może jednak tego meczu zaliczyć do udanych, bo Hibbert zebrał przy nim 7 piłek w ataku i w drodze do tytułu Inpektora Gadżeta Roku wyprzedził Johna Hensona.

Dlaczego wygraliśmy?

Jakim cudem udało nam się wygrać spotkanie z zawieszonym Przybillą, tego nie wiem. Na szczęście, pomimo niemocy na linii rzutów wolnych (18/26) i sromotnej porażki na deskach (37-51) udało nam się ograniczyć straty do 15 (przy 20 Indiany; pierwsze 15 z 20 punktów w meczu zdobyliśmy po stratach Pacers). Nie ma się co okłamywać, że gdyby nie dzień konia Jenningsa i mocne wejście Dunleavy’ego, raczej nie dowieźlibyśmy wygranej do końca.

Moja muzyka z Indianpolis: Wes Montgomery

TOP5 tygodnia (7): fatalny Jennings, coraz lepsi Ellis i Mbah a Moute

@ Brooklyn 97-88
Sacramento 98-85
@Cleveland 90-86
Clippers 85-111

Cztery mecze, trzy wygrane, jedna klęska z Clippers, awans na współlidera Central Division, plotki o sprzedaży zespołu i o odejściu zarówno Jennigsa jak i Ellisa w przypadku braku możliwości awansu do playoffów. Tak, miniony tydzień obfitował w wiele ciekawych wydarzeń w małym świecie Bucks. Zapraszam do zapoznania się z listą zawodników, którzy się szczególnie wyróżnili w ciągu ostatnich siedmiu dni.

1. Monta Ellis

Nie widzę innej opcji, niż nagrodzenie kolejnego dobrego tygodnia w wykonaniu Ellisa. Nie udał mu się jedynie mecz z Clippers (13/4/3), natomiast w pozostałych, co ważne, wygranych spotkaniach był prawdziwym liderem. Nie licząc mecz z LAC notował średnio 24,6ppg, 5,3 rpg i 6,6 apg. Co ważne, oddawał aż 7,75 rzutów wolnych na mecz, co sprawia, że jest to jego kolejny tydzień z agresywną grą i atakami na kosz. A jest to istotne, bo im mniej Ellis skupia się na rzutach z dystansu, tym łatwiej przychodzi nam zdobywanie punktów. Do tego ostatniego też się nieźle przyłożył, bo pod mentalną nieobecność na parkiecie Jenningsa, to Ellis jest teraz głównym prowadzącym grę.

2. Mbah a Moute

Joe Johnson zatrzymany na 6 punktach (2/8 z gry w 30 minut).
Jason Thomson zatrzymany na 8 punktach (4/10 z gry w 33 minuty).
Alonso Gee zatrzymany na 9 punktach (4/8 z gry w 37 minut).
Blake Griffin zdobył przy Mbah tylko 2 punkty z gry (z 18 w sumie) w nieco ponad 15 minut.

To tyle defensywnie. Do tego dodajmy średnie z tych czterech spotkań: 12 punktów, 6 zbiórek, 2 asysty, 2 przechwyty. W tym 9 punktów, 7 zbiórek, 6 asyst i 4 przechwyty w meczu z Cavs. Mbah is back! Połowa z jego zbiórek to zbiórki na atakowanej desce, gdzie nadrabia swój brak warunków fizycznych niesłychaną zadziornością. Do tego powoli uczy się rzutu z odległości większej niż 2 metry od kosza. Fantastyczny tydzień w jego wykonaniu – mam nadzieję, że te trzy ostatnie mecze zaczął w pierwszej piątce nie przez kontuzje, ale na stałe zajął miejsce Harrisa w wyjściowym składzie.

3. Marquis Daniels

Zaczął każde spotkanie w pierwszej piątce i za każdym razem dostarczał czegoś, czego brakuje u Jenningsa czy Ellisa – pewnego rzutu (46% z gry) i spokoju w grze (tylko 3 straty). Do tego znalazł swoją klepkę w rogu boiska i zaczął w końcu trafiać trójki (4/8). Zaskoczył też na deskach, zbierając średnio 5,75 piłek na mecz. Nagle z zawodnika, który dostawał kilka śmieciowych minut stał się naszą trzecią / czwartą opcją w ataku. Ciekawe tylko, na jak długo…

4. Ersan Ilyasova

No właśnie, odnośnie wielokropka powyżej: wcale nie jest powiedziane, że Ersan niedługo wskoczy z powrotem do pierwszej piątki po ostatnich całkiem dobrych meczach z ławki. Oprócz Clippers, za każdy razem przekraczał granicę 10 punktów, odnalazł swoją pewność siebie i od razu przestała mu drżeć ręka przy rzutach (49% z gry). Do tego dokładał średnio 7 zbiórek na mecz. Póki co jego grudniowe występy są dwa razy lepsze, niż fatalny listopad: punkty 6,7 -> 12,5. fg% 35% -> 47%. Zbiórki 4,8 -> 6,6. W obronie dalej robił swoje i mimo, że dawał się objeżdżać Griffinowi jak dziecko, to jednak dalej wymuszał średnio jeden faul ofensywny na mecz.

5. Brandon Jennings

Nie wiem czemu, ale na samą myśl, żeby nie wpisać na tą listę zawodnika, który w tygodniu zdobywał średnio 17,5 punktów na mecz, dostaję lekkich wyrzutów sumienia. Ale faktem jest, że Brandon zagrał jeden świetny mecz (z Nets), dwa przeciętne i jeden fatalny (Clippers). Oddaje prawie 5 trójek na mecz, nie zważając na to, czy trafi dopiero za 3 czy 4 razem. Nie potrafi dalej wejść pod kosz i wymusić faulu, tylko nabija sobie pudła fatalnymi floaterami. Jest liderem pełną gębą, szkoda tylko, że airballi. Brakuje mi jego kreowania gry dla innych zawodników i przyznaję, strasznie się ogląda tego Jenningsa, który w minionym tygodniu biegał po parkiecie. Bez obrony, bez rozgrywania, za to z pudłami i, przyznajmy mu to, przechwytami (średnio 3 na mecz) nie zarobi sobie na przyszły kontrakt w Milwaukee.

MVP Bucks po sześciu tygodniach:

1. Monta Ellis – 52 punkty
2. Brandon Jennings – 44 punkty
3. Larry Sanders – 30 punkty
4. Mike Dunleavy – 22 punkty
5. Ersan Ilyasova – 20 punktów
6. Luc Mbah a Moute – 12 punktów
7. Benu Udrih – 6 punktów
7. Samuel Dalembert – 6 punktów
7. Marquis Daniels – 6 punktów
10. Tobias Harris – 4 punkty
10. John Henson – 4 punkty
10. Ekpe Udoh – 4 punkty

Clippers pokazują nam miejsce w szeregu (85-111)

Bucks – Clippers 85 – 111

Ok, tak dobra drużyna jeszcze do Milwaukee w tym sezonie nie przyjechała i naprawdę szkoda, że Clippers już więcej do nas nie przyjadą. Zobaczyliśmy w nocy popis jednej, dominującej drużyny, która pokazała bezlitośnie, jak powinno się grać w koszykówkę na najwyższym poziomie. Nie mieliśmy absolutnie nic do powiedzenia przy Chrisie Paulu (10pkt, 13 as), który robił w ofensywie wszystko. Jennings i Lamb gubili się przy każdym koźle, Chris robił to, co zawsze – albo odgrywał na łatwe punkty spod kosza, albo sam kończył po wejściu. Z drugiej strony parkietu Clippers zagrali perfekcyjną obronę: rotating defence była niesamowita. Wychodzili do każdej penetracji jednocześnie odcinając wszystkie możliwości podań, backdoorów czy ścięć pod kosz. Każdy rzut Bucks był z ręką na twarzy i cieżko policzyć sytuacje, w których mogliśmy oddać spokojny rzut z czystej pozycji. Porażka jak najbardziej zasłużona, pokazująca boleśnie i dobitnie nasze miejsce w szeregu…

Piątka Bucks:

1. Mbah a Moute był jedynym zawodnikiem z pierwszej piątki, którego z czystym sumieniem mogę pochwalić. 11 punktów, 6 zbiórek (najwięcej w zespole) nie oddają tego, co w defensywie zrobił z Griffinem. Blake miał 7 celnych rzutów z gry: 3 przy Iliasovie, 1 przy Sandersie, 2 z kontry i tylko 1 przy Mbah a Moute. Richard stał twardo na nogach przy każdej próbie post upa Griffina i Blake musiał albo oddać piłkę, albo próbować wymuszać faul. Innej opcji nie było, bo Mbah nie dał się po prostu minąć (jedyne punkty sprzed twarzy Richarda były po ścięciu Griffina pod kosz i urwaniu się od Luca, który stał tyłem do podającego).

2. Marquis Daniels spędził na parkiecie najwięcej czasu i był naszym pierwszym strzelcem, co dużo świadczy o naszych liderach: Ellisie i Jenningsie. Większość swoich punktów zdobył jednak w trzeciej i czwartej kwarcie, kiedy wynik oscylował w granicach -18 – -25 punktów. Mimo to, był naszą najpewniejszą opcją z dystansu i chyba jako jedyny potrafił znaleźć się na w miarę czystej pozycji rzutowej.

3. Ekbe Udoh, jak na typowego garbage mana przystało, większość ze swoich 9 punktów i 5 zbiórek zdobył niepostrzeżenie, albo po zbiórce w ataku (miał ich 3), albo po jakimś cichym wejściu pod kosz wykorzystując sekretne przejścia w hali BC. Był katalizatorem naszego drugiego największego runu w meczu (5-0 w trzeciej kwarcie; najdłuższy run 7-0 na początku drugiej kwarty.) Ale jeżeli Udoh jest twoim trzecim najlepiej grającym zawodnikiem w drużynie, to nie świadczy to dobrze o meczu, który właśnie się zakończył…

4. Monta Ellis oddał tylko 14 rzutów, miał 13 punktów i 4 asysty, ale przez większość meczu był bezproduktywny. Razem z Jenningsem mieli 1-9 w trójkach i rozdali jedynie 7 asyst, prawie dwa razy mniej niż Paul. Nie miał kompletnie pomysłu na to, jak sforsować defensywę Clippers, a kiedy kończył się czas, decydował się albo na trójki, albo na półdystans. Niestety, z marnym skutkiem. Zaczął za to bardzo dobrze – kolejny mecz  rzędu w identyczny sposób – tyłem do kosza wypatrzył Sandersa, a ten w łatwy sposób skończył z góry. Szkoda, że potem defensywa LAC nie pozwalała na tego typu akcje.

5. Doron Lamb dostanie się na ostatnie miejsce, ale tylko dlatego, że się przełamał. Każdy ma takie flu game, na jakie zasłużył, dlatego Doron powinien się cieszyć z 3/11 z gry, 8 punktów, 3 as i 3zb. Gubił się przy Paulu strasznie, ale też raz udało mu się go złapać na ofensa. Zaczął fatalnie, kontynuując swoją niemoc strzelecką (0/18 w trzech meczach z rzędu), ale na 27,7 sekund przed końcem drugiej kwarty trafił runnera z prawej strony i rozwiązał worek z trzema kolejnymi trafionymi rzutami z gry. Oczywiście, wszystkie swoje punkty zdobył, kiedy mecz już był rozstrzygnięty, ale uwierzcie mi, nie mogę znaleźć w sobie ani grama energii i chęci na to, aby napisać coś pozytywnego o grze Jenningsa w tym meczu.

Dlaczego przegraliśmy?

1. Oprócz oczywistej odpowiedzi – bo byliśmy słabsi – popatrzmy na kilka faktów.

  • Punkty z kontry: 8 – 31
  • Punkty z pomalowanego: 28 – 66 (tak! 66! W tym sezonie jeszcze nikt nie rzucił przeciwko Bucks tak dużo)
  • asysty: 15 – 33
  • skuteczność z gry: 36% – 54%
  • Serie punktowe: Bucks 7-0 i 5-0. Clippers: 20-4 (I kw), 20-5 (II kw), 9-2 i 14-4 (IV kw)
  • Wsady: Bucks 4. Clippers 458.
  • wystarczy suchych faktów?

2. Pisałem na początku o fenomenalnej obronie Clippers i powtórzę to jeszcze raz tutaj. Był moment na 2:30 przed końcem II kwarty, kiedy Clippers rzucali z 52% z gry, a nas zatrzymali na 26%. Tak, byliśmy aż tak fatalni w ataku. A na domiar złego, kiedy Clipps uciekli na kolejne 15 punktów w II kwarcie (run 20-5) nasza piątka wyglądała tak: Daniels, Lamb, Henson, Gooden, Ellis. Możecie sobie wyobrazić, jak tragicznie wyglądała wtedy nasza ofensywa.

Statystyki:

1. Doron Lamb i jego licznik: ostatnie trzy mecze 3/24 z gry, 9 punktów.

Moja muzyka z Los Angeles – Metallica:

76-letni Michael Heisley zainteresowany kupnem Bucks.

nbGrizz2.jpg76 letni miliarder Michael Heisley, który niedawno sprzedał swoje udziały w Memphis Grizzlies, jest podobno zainteresowany wykupieniem pakietu większościowego od Kohla i przejęciem całkowitej władzy w Milwaukee. Tak podaje Stein z ESPN. Suche fakty, za którymi idzie cała masa wątpliwości, nawet z mojej strony. Dlaczego?

1. Wystarczy wygooglać nieco o Heisley’u. Koleś jest przede wszystkim biznesmenem  dla którego najważniejsze są pieniądze. Kupił Vancouver Grizzlies za psie pieniądze, zobaczył, że w Kanadzie nie da się zarobić na koszu i bez chwili zająknięcia przeniósł drużynę do Memphis. Tam trochę poskąpił kasy (na przykład na Gasola), a kiedy zobaczył, że może z dużym zyskiem pozbyć się drużyny, od razu ją odsprzedał. Teraz pewnie żałuje, że przedłożył miłość do pieniędzy nam miłość do koszykówki i planuje powrót do NBA.

2. Nie wierzę w to, że Heisley nagle zrobił się sentymentalny i chce prowadzić drużynę, która byłaby blisko Chicago, gdzie aktualnie mieszka. Niestety, Michael nie ma żadnych korzeni, które łączyły by go z Milwaukee. Urodził się w DC, wychowywał w Virginii. Dlatego też, podobno, w prowadzonych aktualnie negocjacjach ma się pojawić zapis obligujący Heisley’a do wybudowania nowej hali w Milwaukee, co skutecznie zniechęciłoby go do przenoszenia drużyny w bardziej rentowne miejsce. Dodatkowo ma się pojawić klauza mówiąca o wieloletniej współpracy i konieczności pozostawienia drużyny tam, gdzie jej miejsce.

3. Plusem na pewno byłoby to, że ma pieniądze i mimo, że momentami potrafi liczyć się z każdym groszem, to jednak na początku działalności mógłby sypnąć niemałą kasą. Do tego nie można zapominać, że pod jego władzą Grizzlies nie wyglądali tak strasznie źle. W końcu nawet udało mu się stworzyć niezłą ekipę w Memphis, którą teraz dzielą od Kozłów koszykarskie lata świetlne.

Nie da się ukryć, że każda zmiana właściciela wywołuje mniejsze lub większe emocje. W tym przypadku zamieniamy jednak, przepraszam, jednego starego miernika na drugiego, czego nie jestem do końca zwolennikiem. Wiadomo, że dni Kohla w Bucks są policzone, jednak myślę, że przez cały czas będę zwolennikiem sprzedania drużyny w nieco młodsze ręce (poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale czy Heisley nie sprzedał Memphis 36 latkowi?)

4 wygrana z rzędu. Cavs pokonani 90-86.

Bucks @ Cavaliers 90 – 86

Po kilku sugestiach, zdecydowałem się na lekką zmianę podsumowań meczów. Zamiast dokładnych recapów kwarta po kwarcie, będą od razu podsumowania po zakończeniu spotkania. Dzięki temu mam nadzieję, że pisanie będzie zajmowało nieco mniej czasu, a wam przyniesie więcej przyjemności z czytania.

Piątka Bucks:

montaellis1. Monta Ellis zaczął mecz od 8 punktów i 4 strat w pierwszej kwarcie, ale już jego pierwsze akcje dobrze zwiastowały na przyszłość. Pierwsze punkty zdobyte po akcji tyłem do kosza, kolejne po wejściu pod kosz. Skończył mecz z 33 punktami (najwięcej w tym sezonie), ale też co ważne, 8 z nich zdobył z osobistych (rzuty wolne to osobna historia, o której nieco później). Mogę już przymknąć oko na to, że razem z Jenningsem mieli ponad połowę strat całego zespołu, ale tylko dlatego, że Monta włączył od kilku meczów tryb penetracji i rzutów z półdystansu, co wychodzi drużynie na dobre (w czterech ostatnio wygranych meczach oddaje średnio 8,25 FTA, gdy mieliśmy 5 porażek w 6 meczach rzucał tylko 2,6 FTA). Dodatkowo coraz więcej czasu spędza z piłką w rękach, przez co czasami odnoszę wrażenie, że jest naszym pierwszym rozgrywającym.

mbahamoute2. Mbah a Moute znowu był wszędzie. Uwielbiam gościa, dlatego moja ocena w stosunku do jego osoby jest zawsze nieco zawyżona, ale popatrzcie chociażby na suche statystyki:  9pkt, 7zb, 6as, 4 prz. Niby niewidoczny, ale z nim na parkiecie zaliczyliśmy najpierw szybki run 7-0 w pierwszej kwarcie. Kiedy zszedł pod koniec drugiej Cavs rzucili nam 16 punktów na które odpowiedzieliśmy tylko 5. Ponownie z Richardem na parkiecie rozpoczęliśmy run 14-2 w trzeciej i znowu 6-0 od początku czwartej. Warto też dodać, że Luc zszedł z parkietu w drugiej kwarcie, kiedy osiągnęliśmy największą przewagę w meczu – 16 punktów. Nie ma meczu, w którym Mbah nie byłby dynamitem pod koszem (3 zbiórki w ataku) i robi wrażenie to, że  kompletnie defensywnie-nastawionego-nierzucającego-kaleki-który-się-gubi-gdy-stoi-dalej-niż-dwa-metry-od-kosza stal się całkiem rzetelnym i niezawodzącym strzelcem nie tylko spod kosza, ale i z półdystansu.

larrysanders3. Larry Sanders oddał tylko 7 rzutów, z czego większość po zbiórkach w ataku i podaniach (4/4), a gdy sam kreował sobie rzuty był 0/3. Widać jednak było gołym okiem, że kiedy był na parkiecie, Cavs zdobywali zdecydowanie więcej punktów z dala od kosza. O dziwo, mimo agresywnego startu, wszystkie swoje bloki (3) zaliczył dopiero w drugiej połowie meczu. Miał jednak drugie HelpValue w zespole (13, zaraz po Mbah a Moute – 15) co dokładnie przełożyło się na jego produkcję na parkiecie.

ersanilyasova4. Ersan Ilyasova już prawie, prawie is back. Dzisiaj z ławki dostarczył 11 punktów i 8 zbiórek, zaczął jednak solidnie (6 punktów i 2 zbiórki w pierwszej kwarcie), a skończył fatalnie. Grał całą czwartą kwartę, chybił w niej wszystkie 3 rzuty i zebrał 5 piłek. Pomagał dobrze w obronie, a po drugiej stronie parkietu, jak miał dobra pozycję to się nie wahał z oddaniem rzutu (pierwszy mecz od naprawdę dłuższego czasu, kiedy nie widziałem ani jednej pompki przed rzutem!)

brandonjennings5. Brandon Jennings, ale wyłącznie z braku innych możliwości.  16 punktów i 8 asyst? Niby nie jest źle. Ale. Nie licząc meczu z Nets (gdzie miał 42%) w ostatnich 5 meczach rzuca z następującą skutecznością: 5/15 SAS, 5/16 CHA, 8/21 SAC, 5/20 CLE. O ile w listopadzie trafiał z 42% skutecznością, o tyle w grudniu rzuca do tej pory na 36% FG. nie tego oczekuję od zawodnika, który raz, niedługo ma zostać franchise playerem w Milwaukee, a dwa, zawodnika, który ma być podobno naszym pierwszym rozgrywającym. Nie podoba mi się ostatnio styl Jenningsa – wchodzenie pod kosz to jedno, ale wpychanie się na siłę i unikanie kontaktu żeby spartaczyć floatera to drugie. W porównaniu do poprzedniego miesiąca notuje też średnio prawie 2 asysty mniej na mecz i jak się nic nie zmieni to zakończy rok na niezłym spadku.

Czemu wygraliśmy?

1. Jak już pisałem przy okazji Ellisa, rzuty wolne miały duże znaczenie na wynik meczu. Oddaliśmy co prawda aż 13 wolnych więcej, ale trafiliśmy jedynie 6 więcej (19/27). Prawie połowa tych rzutów padła łupem Ellisa (11), ale o jego aktywności pod koszem pisałem na samym początku.

2. Udało się ograniczyć podkoszowego monstera, jakim na początku tego sezonu jest Varejao. Udało mu się zebrać co prawda aż 18 piłek (z czego 6 w ataku), ale nie pozwoliliśmy mu na zbyt wiele jeśli chodzi o zdobycze punktowe. Skutecznie udawało się go wypychać spod kosza i nie dopuszczać do zajmowania dobrych pozycji pod koszem.

3. Ograniczyliśmy straty do jedynie 17 i jednocześnie wymusiliśmy aż 24 błędy Cavs (Iriving – 6, Miles, Zeller, Gibson po 4). Błędem jednak było to, że nie udało się różnicy aż 7 strat zamienić na punkty. Zdobyliśmy jedynie 19 punktów pod stratach, a Cavs 4 więcej. 4

4. Gospodarze odwalili też kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o powrót do obrony i zatrzymywanie naszej najmocniejszej broni – kontry. Nie udało się ich zbyt wiele doprowadzić, i w całym meczu zdobyliśmy tylko 9 punktów po szybkich atakach.

5. Zastanawia mnie jedno – dlaczego tak bardzo jeżdżony przez Varejao Udoh (który w tym meczu był za niski na centra i za wolny na skrzydło) spędził na parkiecie 18, mało produktywnych minut, kosztem Dalemberta czy Hensona. Rozumiem, że Skiles ma problem bogactwa pod koszem, ale reaktywacja Goodena i eksploatowanie Udoha na centrze nie wróży dobrze na przydział minut dla Hensona. A szkoda, bo wolałbym żeby ogrywać młodego protegowanego Rasheeda, niż dawać minuty Goodenowi.

Trochę statystyk:

1. Doron Lamb przyleciał na mecz parę godzin przed pierwszym gwizdkiem z nadzieją na rozegranie dobrego flu game. Niestety, w ciągu 14 minut chybił wszystkie 5 rzutów i skończył mecz z 1 punktem. Mecz wcześniej też miał 0/8 z gry. W sumie w dwóch ostatnich meczach może się pochwalić niebywałą statystyką: 0/13 z gry,  0/2 za trzy, 1/4 z wolnych, 1 zbiórka, 1 asysta, 2 przechwyty i 2 faule. Aha, zapomniałem dodać. W sumie zagrał 29, jakże cholernie produktywnych, minut.

2. To była 4 wygrana Bucks z rzędu, dzięki czemu dalej jesteśmy najgorętszą drużyną na wschodzie. Dodatkowo, z bilansem 12-9 zrównaliśmy się z Bulls na prowadzeniu w naszej dywizji. Jeszcze tylko 61 spotkań!

Moja muzyka z Cleveland – Chimaira:

Zbalansowany atak kluczem do wygranej z Kings 98-85

Bucks – Kings 98 – 85

 

Kiedy kot uparcie gryzł światełka na choince, na parkiet wszedł Drew Gooden. A ja zgłupiałem, bo nie wiedziałem, czy przy zaledwie 6 punktowym (16-10) prowadzeniu Skiles uznał, że jest już po meczu, czy po prostu był to kolejny plan jego nieprzewidywalnej rotacji. Okazało się, że to drugie. Pod nieobecność Sandersa, już po pierwszej kwarcie było wiadomo, że Gooden zagra mecz sezonu. Ba, to było oczywiste kiedy zebrał pierwszą piłkę w obronie, a następnie dołożył kolejną w ataku jednocześnie dobijając piłkę z góry, za co dostał głośną owację od całego Sektora 7.

Miałem wrażenie, że pierwsza kwarta była po prostu wieczornym treningiem na który musieli przyjść tylko zawodnicy Kings, a w tym samym czasie wszyscy z Milwaukee pojechali na mecz NBA. Bucks nie bronili wcale wybitnie, to Sacto grało bezmyślnie w ataku. Bucks nie porywali w ataku, to Królowie bronili fatalnie. Jedna z akcji twierdzących o kiepskiej obronie Sacramento w pierwszej kwarcie: Jennings klepał w swoim stylu, próbując znaleźć wolne miejsce pod kosz. Nie udało się, więc wycofał się na obwód. Złapał piłkę, zawiązał buta, zrobił zdjęcie z okna swojego mieszkania i wrzucił na Instagram, po czym znudzony rzucił piłkę w powietrze na kosz, gdzie znad źle ustawionego obrońcy punkty zdobył nieskaczący Gooden.

(PS. Była też jedna akcja ze strony Bucks, która mi się strasznie podobała: kontra 3-1 wyprowadzana przez Ellisa. Podaje na lewo do Lamba, ten przestrzeliwuje layupa. Zbiera Ilyasova, podaje do Ellisa, ten oddaje do ustawionego w rogu boiska Lamba, który odpala niecelną trójkę. Znowu zbiera Ersan, ponownie podanie do Lamba, który tym razem ściął pod kosz i rzucił wymuszonego floatera na tyle nisko, że został zablokowany. Poszła kontra Kings, którą ‚Reke skończył AND1).

Po pierwszej kwarcie Bucks wyglądali solidnie, szczególnie podobał się Mbah a Moute, który miał aż 5 FTA po 6 minutach i ponownie wszędzie wpychał swoje długie łapy pod atakowanym koszem. Wisienką, na lekko gorzkawym torcie była ostatnia akcja na 0,5 sekundy przed końcem, kiedy Ellis trafił buzzera z połowy boiska ustalając wynik pierwszej części na 29-19 dla Kozłów.

monta hc

Druga kwarta zaczęła się naprawdę źle. Kings zaczęli dominować deskę, ograniczyli nasze szybkie ataki (tylko 4 pkt z kontry w tej części gry) i przede wszystkim, solidnie zacieśnili obronę. Nagle z 29-19 zrobiło się 39-39 i przestało być na moment wesoło. Po parkiecie dalej biegali Lamb z Goodenem (ten drugi popisał się na przykład pięknym no look passem nad głową prawą ręką przez lewe ramię wprost do ławki rezerwowych) i nie mogliśmy sobie poradzić z szybko wracającymi do obrony przeciwnikami. Wszedł Jennings i przede wszystkim Mbah i zaczęła się inna gra. Przechwyty i obrona tego drugiego zaczęły prowadzić do szybkich ataków, które w dużej mierze również wykańczał Luc Richard. Był wszędzie. Jak dodamy do tego jeszcze lineup Sacramento gdzie na obwodzie zostali Aaron Brooks i Isiah Thomas, to Jennings z Ellisem poczuli się w końcu jak krasnale w świecie karłów. Jak tylko minęliśmy 6 minutę kwarty, mecz obrócił się o 180 stopni – to Bucks zaczęli kontrolować tempo, zatrzymywać w obronie i zamieniać beztroskie straty na łatwe punkty. W rezultacie do przerwy schodziliśmy z ponownie 10 punktową przewagą 49-39.

Kiedy Fredette trafił floatera równo z syreną kończąca trzecią kwartę złapałem się za głowę. Znowu to zrobiliśmy – straciliśmy praktycznie całą przewagę przez własną nieporadność i nieuwagę w ataku. Na szczęście sędziowie uznali, że Jimmer rzucił kilka setnych sekundy po czasie i kwarta skończyła się naszym prowadzeniem 68-62, ale styl, w jakim zagraliśmy te 12 minut pozostawił wiele do życzenia. Zawodziły drobne rzeczy – brak komunikacji przy zbiórce (strata). Brak komunikacji przy walce o bezpańską piłkę i zamiast łatwych punktów z kontry – kolejna strata Jennings zasadził dwa floatery, które leciały tak wysokim lobem, że nie miały szans skończyć nawet w pobliżu obręczy. Dwa airballe zaliczone jako straty, a Brandon dalej unikał kontaktu przy wejściach pod kosz i robił wszystko, żeby tylko wymanewrować koło obrońcy. Trzecia kwarta dobitnie pokazała nam, że obie drużyny grają w osłabieniu. Mecz zrobił się jeszcze gorszy niż był wcześniej (nie dziwię się, że na trybunach było tak mało ludzi – chociaż z drugiej strony gdyby chociaż połowa z tego przyszła na mecz Bobcats, to byłoby niebywałe święto w Charlotte).

Czwarta kwarta to popis dwóch rzeczy:

  1. Nieskuteczności z gry Sacramento.
  2. Braku zastawiania deski w wykonaniu również Sacramento.

Efekt? Bucks szybko odskoczyli na 15 punktów i nie oddali prowadzenia do końca. Mistrzem był Ilyasova, który 11 ze swoich 16 punktów i 6 z 14 zbiórek zaliczył właśnie w ostatniej części gry trafiając wszystkie 5 rzutów z gry. W sumie Bucks udało się zaliczyć dwa runy: najpierw 11-2 a potem 6-0 (po trójce Ersana). W IV kwarcie 9 punktów i 4 zbiórki zaliczył Ellis, który popisał się dwoma efektownymi wsadami (jeden to dobitka z powietrza, po której komentatorzy zaczęli się zastanawiać jakim cudem tak drobny zawodnik mógł znaleźć tyle wolnego miejsca pod koszem). Zwycięstwo do końca meczu przez moment nie zostało zagrożone i odnieśliśmy pewne zwycięstwo 98-85.

  • Kluczem do zwycięstwa była wygrana deski (60-50, Ersan 14, Gooden 10), dobra gra zespołowa (Ellis miał 11 asyst z 22 drużyny) oraz brak Cousinsa w Sacramento.
  • Jennings rozegrał kolejne słabe spotkanie – jedynie 3 asysty, masa wymuszonych rzutów (19 punktów, ale 8/21 z gry) oraz charakterystyczny dla niego brak agresywności w ataku. Jego przeciwieństwem po raz kolejny był Ellis, który nieco mądrzej dobierał rzuty i otarł się o triple double (17 punktów, 11 asyst i 8 zbiórek).
  • Pozytywne zaskoczył Gooden (7 punktów, 10 zbiórek), ale zabrakło czasu dla Hensona, który nawet nie wiem kiedy pojawił się na te dwie minuty na parkiecie. Rozczarował kompletnie Lamb, który zagrał najgorsze spotkanie w swojej karierze. Chybił wszystkie 8 rzutów oraz oba rzuty wolne i skończył mecz z 1 zbiórką i 1 asystą w 15 minut.
  • Cieszy 11 wygrana, bo udało się uniknąć trudnej sytuacji i ewentualnego gonienia Bulls, którzy w nocy również wygrali swój mecz. Była to dla nas trzecia wygrana z rzędu i z przyjemnością ogłaszam, że jesteśmy aktualnie najgorętszą drużyną na wschodzie. Dziękuję bardzo – przed nami Cavs na wyjeździe i szansa, żeby zaliczyć kolejną wygraną.

Przed meczem z Sacramento – zapowiedź

previewNiestety, kolejny mecz, który przegrał z wizytą na siłowni o 6:00 rano, w związku z czym chwila przyjemności z oglądania nastąpi dopiero po pracy koło 21:30. Nie wiem jeszcze jak wytrzymam cały dzień bez patrzenia na wyniki, ale jakoś trzeba będzie wytrzymać. Nie mam też pojęcia jak Bucks wytrzymają to spotkanie, skoro:

  1. Udrih na pewno nie zagra przez kostkę,
  2. Dunleavy (kolano) i Udoh nadgarstek są pod wielkim znakiem zapytania,
  3. Ilyasova (problemy z nogą) raczej zagra, ale też nie jest to w 100% pewne.

Sacto zagrali ostatnio trzy dobre mecze i przegrali dopiero ostatni pojedynek z Dallas. Pod nieobecność Evansa Garcia robi co tylko chce na obwodzie i w ostatnich pięciu meczach trafia trójki z 52% skutecznością. Do swojej dobrej dyspozycji wraca powoli Cousins (18ppg, 10rpg), a Salmons, który na szczęście nie został w Bucks parę lat temu (i który posiada zdecydowanie najbardziej wypicowane zdjęcie na espn) trafia trójki na 43% skuteczności.

Strzelę mądrością i głębokim przemyśleniem, ale żeby wygrać trzeba:

1. Grać szybko (Kings są na 9 miejscu od końca w lidze pod względem obrony przeciw kontrze) i

2. Trzeba liczyć na dobry mecz Jenningsa i Ellisa. Kolejne niespotykane wcześniej odkrycie – jak nasza para obwodowa gra dobrze, Bucks wygrywają. Z Nets zagrali najlepszy mecz w tym sezonie i szczerze, nie oczekuję, że powtórzą to w nocy. Kozły niestety nie są i w tym sezonie raczej nie będą drużyną, która gra równo przez jakiś dłuższy okres czasu. Nie można więc za bardzo oczekiwać tego, że nagle zaczniemy być przewidywalni i zagramy dwa (lub więcej) dobre mecze pod rząd.

Czemu warto ten mecz obejrzeć?

  • Poprzednie 7 spotkań między tymi drużynami rozstrzygnął się różnicą 9 lub mniej punktów.
  • 5 stycznia zeszłego roku Bucks prowadzili z Sacto do przerwy różnicą 21 punktów po to, żeby ostatecznie przegrać 100-103. Czy coś wam to przypomina?
  • Sanders w ostatnich sześciu meczach blokuje średnio 5,3 rzutów, o czym pisałem wczoraj. Rzućcie na niego okiem.
  • Przy naszym ewentualnym zwycięstwie i porażce Chicago, wskakujemy na pierwsze miejsce w dywizji. Trzeba wykorzystać serię dwóch wygranych pod rząd – pierwsze w tej chwili miejsce na wschodzie na spółę z Knicks i Heat – i będą na fali pokusić się o wyrównanie naszej najdłuższej serii w tym sezonie.

Mecz zacznie się koło 2:15. Wyjątkowo, niestety, nie zapraszam na relację na żywo na twitterze. Rozczarowaną rzeszę fanów przepraszam.

Na szybko o ostatnich 6 meczach Sandersa. Potwór!

Sanders nie żartował, kiedy na początku sezonu mówił, że chce być najlepszy, blokującym ligi. Po 4 blokach z Nets awansował na pierwsze miejsce w NBA i ze średnią 3,11 wyprzedził Ibakę.

Pewnie nie wszyscy z Was zwrócili uwagę na to, co się ostatnio dzieje pod koszami Bucks. W ostatnich sześciu meczach zablokował 32 rzuty (5,3 na mecz), tyle samo co przeciwne drużyny w sumie. Larry jest też na dobrej drodze do 200 bloków w sezonie – coś, co udało się tylko Jabbarowi i Elmore’owi Smithowi.

Co jest szczególnie cieszące to fakt, że liczba bloków Sandersa poszła drastycznie w górę, a jednocześnie udało mu się zmniejszyć liczbę popełnianych fauli. Średnio w sezonie dalej popełnia 4,3 przewinienia, ale w tych ostatnich 6 meczach statystyka ta zmalała do jedynie 2,8 fauli. Jedyny mecz w ostatnim czasie, w którym popełnił więcej fauli niż miał bloków to spotkanie z San Antonio, gdzie w 17 minut zablokował jeden rzut i popełnił 5 fauli. Gdybyśmy nie brali tego meczu pod uwagę, to w przeciągu pięciu ostatnich spotkań statystyki Larry’ego były następujące:  6,2 bloków i tylko 2,4 fauli na mecz.

Wygląda na to, że granie obok Udoha wychodzi Sadersowi na dobre, bo jest w stanie podejmować większe ryzyko w defensywie. Bucks od początku sezonu byli uważani za drużynę, która może być na pierwszym miejscu w średniej bloków na mecz. Ale chyba niewielu spodziewało się, że to Sanders, a nie Dalembert, będzie główną postacią pod koszem. Obserwujcie bacznie przyszłego najlepszego blokującego ligi.

10 grudnia – dzień, w którym LeBron prawie w pojedynkę wygrał z Bucks.

Dzisiaj jest poniekąd historyczny dzień dla Bucks. 10 grudnia 2005 oraz 1971 miały miejsce dwa spotkania, o których nie można zapominać.

Siedem lat temu, podczas meczu z Cleveland, omal w pojedynkę nie ograł nas Lebron James. 52 punkty, 7 asyst, 7 zbiórek, do tego 65% z gry – niewątpliwie jeden z lepszych meczów w karierze rozegrał w Bradley Center. Niestety dla niego, to Kozły wygrały tamto spotkanie 111-106, a występ Lebrona można teraz wspominać jako statystyczny wyczyn, który zdarza się raz na kilka sezonów, a nie jako heroiczny wyczyn prowadzący do zwycięstwa. Enjoy!

PS. Fajnie ogląda się skład Bucks z Fordem, Kukocem, Bogutem i Reddem w składzie.

10 grudnia 1971, w naszym mistrzowskim sezonie, Jabbar miał też jeden wyjątkowy mecz. W spotkaniu z Celtami zdobył 55 punktów prowadząc nas do zwycięstwa 120-104. Niestety, brak meczu na youtubie, za to poniżej możecie zobaczyć cały boxscore. Enjoy, tylko trochę mniej.

Dajemy ciała w końcówce, ale wygrywamy 97-88 z Nets.

Bucks @ Nets 97 – 88

Pierwsza kwarta miała dwa oblicza. Pierwsze, to gra pod dyktando Nets, w których pierwsze skrzypce defensywnie grał Evans, a offens dzielił się na Blatche’a i Williamsa. Evans, dla którego był to drugi z rzędu mecz w pierwszej piątce za Humphriesa, zaczął spotkanie w swoim stylu – z wielka ilością energii, kilkoma przechwytami, blokiem, dominacją na defensywnej desce i zbiórką w ataku. Do tego dołożył też punkty, po ładnej kontrze i asyście Johnsona. W tym okresie Nets wyszli na komfortowe prowadzenie 11-2, a Bucks nie znaleźli jeszcze swojego tempa. Wszystko się zmieniło, kiedy udało się nieco zacieśnić obronę, paroma blokami popisali się Sanders i Udoh, a my zaczęliśmy biegać. Parę punktów po wejściu pod kosz zaliczył Ellis, trójkami (w tym jednym friendly bounsem) popisał się Jennings i ni z tego ni z owego wyszliśmy na prowadzenie 19-13 po runie 17-3. Pierwsza kwarta skończyła się naszym prowadzeniem 25-18, kiedy ostatnią akcję totalnie spartaczyli Nets. Bucks mogli jeszcze faulować, Williams, rzucając z półdystansu spodziewał się, że sędziowie odgwiżdżą przewinienie Jenningsa. Gwizdki jednak milczały i podobnie zachowała się publiczność, kiedy zobaczyła, jaką cegłą popisał się ich rozgrywający. Piłkę zebrał Udoh, podał do Danielsa, który był od razu faulowany przez Stackhouse’a na 2 sekundy przed końcem. Bezsensowny faul dał nam dwa gratisowe punkty z rzutów wolnych, a w Nets Teletović kozłował tak długo przed oddaniem rzutu, że zabrakło mu czasu. W tej pierwszej kwarcie Bucks dominowali pod koszami (5 bloków, w tym dwa Sandersa) i sprawiali wrażenie lepiej poukładanych ofensywnie. Był ruch bez piłki (czego bardzo brakowało po stronie Nets) i była agresywna gra na deskach.

Przez pierwsze 6 minut drugiej kwarty Nets nie zdobyli punktów z gry, a Bucks robili w ataku co chcieli. W rezultacie szybko powiększyli przewagę do 37-25 i sprawiali wrażenie w pełni kontrolujących spotkanie. W ataku spokojnie rozgrywał Jennings (13 punktów w tamtym okresie), który potrafił znaleźć balans między trójkami a rzutami spod kosza (ewentualnie z półdystansu). W obronie Mbah a Moute był wszędzie: podwajał Johnsona, krył Stacka, zbierał. Pomagał mu Udoh, który nawet zaimponował mi akcją ofensywną: kiedy stojąc na lewym łuku z Blatchem przed twarzą wkozłował sobie w nogi, złapałem się za głowę. Ale później opanował kozioł, zrobił jeden pokraczny pivot, wziął Blatcha na plecy, zrobił parę dynamicznych kroków w stronę kosza, a kiedy myślałem, że odpali cegłę, podał do niekrytego w rogu Lamba, który trafił swoją pierwszą trójkę w meczu. W między czasie mieliśmy też festiwal trójek z obu stron – najpierw trafił Stackhouse, w kolejnej akcji z czystej pozycji Ilyasova, a pod drugim koszem CJ Watson. Ale w tej pierwszej połowie drugiej kwarty był to jedyny zryw, na jaki było stać Nets, grających póki co statecznie i bez wielkiego pomysłu w  ataku. Później mieliśmy popis z jednej strony kolejnych strat (Bucks) i niecelnych rzutów połączonych z milionem ofensywnych zbiórek (Nets). Ciężko się to oglądało, bo obie drużyny miały skuteczność nieco ponad 30%. Jednak obrona prowadzi do  ataku i Bucks byli tego doskonałym przykładem przed przerwą. Na 11 sek przed końcem Sanders bezlitośnie zablokował Williamsa przy próbie floatera i w kontrze faulowany był Ellis (2 wolne skuteczne). W kolejnej akcji Jennings, równie efektownie jak Sanders, zabrał piłkę Williamsowi i również był faulowany w kontrze (kolejne dwa wolne celne). W rezultacie, po brzydkim meczu ogólnie, ale po dobrej defensywnie połowie, Bucks schodzili do szatni z komfortowym prowadzeniem 47-31, zamykając kwartę serią 9 zdobytych punktów z rzędu.

Początek trzeciej kwarty to najlepsze 6 minut w wykonaniu Bucks w tym sezonie. Fantastyczna obrona, masa przechwytów, pomoc w obronie, świetna gra na desce i wymuszanie rzutów z ręką na twarzy oraz skuteczna gra w ataku doprowadziły do 28 punktowej przewagi. Wtedy stwierdziłem, że się zdrzemnę. Jak zacząłem odpływać, obudził mnie potężny huk nad głową. Kiedy już chciałem opieprzać sąsiadów okazało się, że to był Przybilla wstający z ławki i rzucający swój zakurzony dres na parkiet. Decyzja Skilesa (durna bo durna) zadziałała na mnie lepiej niż dwie espresso. Po wejściu Przybilli Nets grali z przewagą jednego zawodnika, co błyskawicznie wykorzystali zmniejszając przewagę z 28 do 16 punktów w niespełna trzy minuty. Na szczęście udało nam się poukładać szyki i zakończyć kwartę z 20 punktową przewagą (75-55), ale biały, waniliowy niesmak pozostał.

Czwarta kwarta to powrót starych dobrych Bucks, których pokochałem ponad 10 lat temu. Podania do sędziego, kozły w nogę, przestrzelone wsady, trójki lądujące na górnych kantach tablicy to był nasz chleb powszedni. Z drugiej strony Nets prowadzeni przez MarShona Brooksa i Gerarda Wallace’a zmniejszyli straty do zaledwie 7 punktów na 2 minuty przed końcem. Możecie sobie wyobrazić przerażenie malujące się w moich oczach, kiedy zobaczyłem widmo kolejnej głupiej porażki na własne życzenie. Na szczęście daggerem za trzy popisał się Daniels, potem z półdystansu trafił Luc Richard  i udało się do końca utrzymać przewagę oscylująca w granicach 1- punktów. Ostatecznie udało się dowieźć ważne, wyjazdowe zwycięstwo 97-88.

upFantastyczny mecz zagrali Jennings i Ellis. 26 punktów, 7 asyst, 6 zbiórek i 5 przechwytów Brandona i 24 punkty (8/13 z gry), 5 asyst i 3 przechwyty tego drugiego. Oboje fantastycznie zacieśniali obronę i po raz pierwszy w tym sezonie doskonale się uzupełniali na parkiecie. Jennings nie wymuszał rzutów, Ellis skupiał się na penetracjach kiedy to tylko było możliwe i w rezultacie mieliśmy najlepszy mecz w wykonaniu naszych obrońców w tym sezonie (być może nawet ever).

upPopatrzcie też na to, co Mbah a Moute zrobił z Johnsonem. 2/8 z gry, tylko 6 punktów i ledwie 4 asysty to wynik najlepszego strzelca Nets. Luc wraca do formy w błyskawicznym tempie i do fantastycznego meczu zabrakło mu jedynie lepszej egzekucji wolnych.

downNie podobał mi się w ataku Sanders, który momentami brał za dużo kozłowania na siebie. Drybling, pivoty, kozły pod nogami to nie jego brożka i nie wychodzi mu to zbyt dobrze. Stąd słaba skuteczność (3/12), ledwie 6 punktów i 6 zbiórek, ale też 4 bloki.

To był dziwny i brzydki mecz. Przegraliśmy deskę o -11, asysty o -1, ale nadrobiliśmy lepszą skutecznością z gry (46% do 40%) osobistymi (+9 na naszą korzyść) i punktami po stratach (również +9). Nie ma co rozliczać wygranych, chociaż końcówka spotkania wymaga dogłębnej analizy przez sztab trenerski, bo to co w tym okresie robiliśmy wołało o pomstę do nieba.

 

TOP5 tygodnia (6)

Bucks @ Hornets 81 – 102
Bucks @ Spurs 99 – 110
Bucks – Bobcats 108 – 93

Trzy mecze w minionym tygodniu przyniosły dwie porażki w kiepskim stylu i jedno zdecydowane zwycięstwo. Indywidualnie wyróżniło się jednak kilku zawodników – po raz kolejny z dobrej strony pokazali się Ellis oraz Ilyasova, a także, po raz pierwszy, Marquiz Daniels. Poniżej zapraszam na pełną listę.

1. Monta Ellis (3)

Zdecydowanie nasz najlepszy zawodnik w poprzednich trzech meczach. Najważniejsze zmiany w jego grze to zmniejszenie liczby rzutów z dystansu i półdystansu i w rezultacie  zwiększenie liczby wizyt na linii rzutów wolnych (22/26), a także drastyczny wzrost asyst – 22 w trzech meczach. W końcu dało się go oglądać – to tak mówiąc w skrócie. Znajdował wolnych strzelców w ostatnich sekundach akcji, odgrywał po penetracjach zamiast wymuszać ciężkie rzuty, a najbardziej szykujące było to, jak w kontrach dwa plus jeden znajdował dobiegającego trailera, co wcześniej chyba nigdy mu się nie zdarzało. Dobry, naprawdę dobry tydzień w jego wykonaniu, który jest kontynuacją tego, co zaczął już tydzień temu. Brawo.

2. Ersan Ilyasova (2)

Turek był na drugim miejscu również w poprzednim wydaniu listy TOP5 i w tym tygodniu potwierdził, że jest w stanie wrócić do formy z poprzedniego sezonu. Kwestią czasu myślę jest jego powrót do wyjściowej piątki. Nie udał mu się tylko jeden mecz z Hornets (2 pkt i 3 zb w 19 minut). Z San Antonio miał już 17 punktów i 5 zbiórek z ławki, a z Bobcats zaliczył najlepszy mecz w sezonie – 21 pkt i 12 zbiórek w zaledwie 20 minut. Ersan w końcu przestał bał się rzucał, a jak wróciła pewność siebie, to i w parze przyszła skuteczność. Czekam tylko, aż wróci do pierwszego składu i będzie dostawał więcej minut, bo powoli sprawia wrażenie zawodnika, który może wziąć co raz więcej na swoje barki.

3. Larry Sanders (1)

Dostał szansę w pierwszym składzie, ale debiut z San Antonio kompletnie mu się wyszedł. Spalił się przy Duncanie zdecydowanie za szybko,  złapał dwa szybkie faule i zanim wrócił, to było już po meczu. Poprzedni tydzień sprawił wrażenie, że można od niego regularnie oczekiwać double double, ale póki co nikt jeszcze tego nie oczekuje. Mimo to, Larry był dalej postrachem pod własnym koszem. 13 bloków  w trzech meczach, do tego 24 zbiórki to wynik, który brałbym w ciemno w każdym meczu. Szkoda tylko, że w rywalizacji z podkoszową elitą ligi kompletnie nie zdał egzaminu.

4. Luc Mbah a Moute (-)

Luc zaczął pierwszy tydzień po kontuzji z olbrzymia energią. Mimo, że nie jest (nigdy nie był i nie będzie) siłą w ataku, to w obronie i w walce pod koszami jest powoli w swojej dawnej formie. W San Antonio nie dał za bardzo pograć Ginobiliemu (3/10 z gry), a w ataku pokazał się z dobrej strony. W meczu z Hornets miał 8 zbiórek, z czego 7 w ataku. Dobrze, że wrócił, bo przyda nam się potwornie defensywny skrzydłowy, który jest w stanie zatrzymać Pierce, Bryanta czy chociażby Ginobiliego. Jego powrót do składu oznacza jednak dodatkowy problem dla Skilesa i dystrybucji minut – Ilyasova, Mbah, Udoh, Harris, Dunleavy… Będzie ciekawie.

5. Brandon Jennings (4)

Kolejny z rzędu słaby tydzień w wykonaniu naszej największej nadziei na kolejne lata. Nie dajcie się zwieść statystykami – 25, 14 i 15 nie wygląda tak tragicznie, ale tragicznie wyglądała jego gra. Rzucał potwornie cegły (7 airballi w trzech meczach), większość wejść pod kosz kończył floaterem z jednej nogi i miał tylko 15 asyst. Kolejny już raz napiszę o nieprzewidywalności Jenningsa – nie do końca z nim wiadomo, na co go stać i czego od niego oczekiwać w danym meczu. Nie ukrywam, że jeśli nie będzie w stanie regularnie grać na dobrym poziomie, to ciężko będzie na niego patrzeć jako na lidera z prawdziwego znaczenia.

MVP Bucks po sześciu tygodniach:

1. Brandon Jennings – 42 punktów
1. Monta Ellis – 42 punkty
3. Larry Sanders – 30 punkty
4. Mike Dunleavy – 22 punkty
5. Ersan Ilyasova – 16 punktów
6. Benu Udrih – 6 punktów
6. Samuel Dalembert – 6 punktów
8. Tobias Harris – 4 punkty
8. John Henson – 4 punkty
8. Ekpe Udoh – 4 punkty
8. Luc Mbah a Moute – 4 punkty

Bucks wygrywają z Bobcats 108-93 po nudnym i jednostronnym meczu.

Bucks – Bobcats 108 – 93

Bucks udało się zrewanżować za porażkę z Bobcats w poprzednim meczu 98-102, dominując na własnym parkiecie od pierwszego gwizdka. Teoretycznie zwycięstwo było zagrożone jedynie na samym początku, kiedy przegrywaliśmy 0-4. Ale już od stanu 5-4 nie oddaliśmy prowadzenia aż do końca spotkania (chociaż końcówka, kiedy Skiles wpuścił swoje najgłębsze rezerwy z Goodenem na czele, była przez moment niepokojąca).

Mecz doskonale zaczął Marquis Daniels, który rozpoczął spotkanie w pierwszej piątce i od razu wziął się do roboty ofensywnie. Po pierwszych 8 minutach miał już na koncie 10 punktów, kolejne 8 dodał w trzeciej kwarcie. Trafił nawet trzy trójki z czystych pozycji, co jest jak na niego dosyć rzadko spotykane (tylko dwie w poprzednich meczach).

Mimo braku jakiś spektakularnych wyczynów indywidualnych, dobrze spisał się też Sanders, który w ataku był pewną opcją do kończenia akcji z góry, a w obronie udało mi się zaliczyć kilka bloków, po których dostawał owację na stojąco od Sektora-7. W sumie zakończył mecz z 8 punktami, 10 zbiórkami i 5 blokami w 28 minut na parkiecie.

Trzecim zawodnikiem wartym pochwalenia był Ilyasova, który zagrał najlepszy mecz w sezonie: 21 punktów i 12 zbiórek. Turek w końcu zaczyna wychodzić z własnego cienia i zaczyna grać tak, jak wszyscy tego od niego oczekują. Na minus trzeba zaliczyć jego skuteczność spod samego kosza przy najprostszych dobitkach. W tym aspekcie dalej jest poniżej 40%.

Cieszy również i to, że Bucks w końcu w ostatnich meczach grają agresywnie i wymuszają wolne. W ostatniej porażce z Bobcats mieliśmy 8/11 z wolnych. Wczoraj aż 26/32. Słowa pochwały po raz kolejny dla Ersana (5/6) oraz przede wszystkim dla Ellisa (7/9), który, co bardzo mi schlebia, ewidentnie czyta mojego bloga i bierze sobie moje uwagi do serca, przez co jego gra wygląda z meczu na mecz coraz lepiej.

Bucks tym meczem ustanowili też rekord sezonu jeśli chodzi o liczę zbiórek w jednym meczu. Poprzedni rekord – 48 został pobity aż o 11, a Kozłom zabrakło tylko jeden zbiórki do przekroczenia magicznej liczby 60. Wszyscy zawodnicy byli bardzo aktywni na atakowanych deskach, przez co zebraliśmy 23 piłki w ataku i zamieniliśmy je na 20 punktów. Do tego wygraliśmy pojedynek punktowy pod koszem 52-42.

Zmiany Skilesa to wielka zagadka w tym sezonie, dlatego ucieszyłem się, jak usłyszałem od trenera, że w poniedziałkowym meczu z Brooklynem wystawi znowu skład: Jennigs – Ellis – Daniels – Udoh – Sanders.

Na minus po tym spotkaniu przede wszystkim należy zaliczyć ostatnie 6 minut, w czasie których Charlotte zaliczyli run 16-8. Piątka, która grała w tym czasie była ekstremalnie słaba: Lamb – Harris – Henson – Gooden- Przybilla. Ciekawa historia z wejściem Goodena. Skiles nie był pewny, czy po takiej przerwie w graniu nasz nieaktywny skrzydłowy będzie gotowy do gry i się nie ośmieszy, dlatego przed wpuszczeniem go na parkiet podszedł do niego i spytał wprost, czy chce grać.

flowbobcats2

PS.

Zauważyłem straszną rzecz, mianowicie nie da się pisać recapu z meczu na następny dzień po jego oglądaniu. Wczoraj z rana nie było czasu, całe popołudnie nie było neta w domu, a dzisiaj (niedziela) czuję się, jakbym tego meczu w ogóle nie oglądał. Obawiam się, że mecz z Nets też pojawi się opóźnieniem, bo jutro mam potwornie ciężki dzień w pracy – raz  że start z zajęciami od samego rana, to jeszcze nazbiera się tego 11 godzin z krótką przerwą na obiad. Mondays suck!

O jedną kwartę za dużo. Porażka ze Spurs (99-110)

Bucks @ Spurs 99 – 110

Bucks byli w nocy o jedną kwartę od przyzwoitego wyniku w San Antonio i wszystko popsuli fantastycznie dysponowani rezerwowi Spurs, którzy w czwartej kwarcie pozwolili sobie na run 21-3. Przyznam się, że spodziewałem się tego, że prędzej czy później musiał nadejść moment, kiedy gospodarze pokażą nam miejsce w szeregu. Na początku meczu było widać, że Spurs zagrali pierwszy mecz od trzech dni. Nie wiem, czy to obrona pod koszem Sandersa i Udoha spowodowała, że chybili pierwsze 11 rzutów z gry, czy po prostu niemoc spowodowana chwilowym zastojem i brakiem ogrania. O tej pierwszej opcji może świadczyć fakt, że po szybkim zejściu Sandersa i Udoha (po 2 faule już po 5 minutach gry), SAS zaczęli sobie pozwalać na zbyt dużo pod naszym koszem. Nie dość, że totalnie zdominowali deskę (53-36), to jeszcze bezlitośnie wykorzystywali braki defensywne Jenningsa (tutaj głównie we znaki dał się Parker: 22 punkty, 10 asyst i 6/11 z gry).

Nie rozumiem tego, co po raz kolejny robił Jennings. W ataku skupiał się głównie na nic nie wznoszących floaterach z jednej nogi i w momencie, kiedy nawet Dalembert walił swishe z półdystansu, Brandon był jedynym zawodnikiem, który miał problemy ze znalezieniem rytmu w ofensywie. Co najgorsze, nie jest to pierwszy mecz, kiedy walczy ze sobą jak Iliasova na początku sezonu.  W sumie 14 punktów (na 15 rzutach) i jedynie 4 asysty, to kolejny słaby występ naszego przyszłego (obu nie) głównego rozgrywającego na lata.

Słowa uznania należą się jednak Ellisowi, który zagrał najlepszy mecz w tym sezonie. Zaczął niezwykle agresywnie i udało mu się to pociągnąć aż do końca spotkania. W sumie zaliczył pierwsze double double w tym roku (21 pkt, 11 as i 7 zb), a co najważniejsze trafił aż 10 z 11 wolnych i nie miał ani jednej straty. Podobało mi się to, że w końcu zauważał lepiej zauważonych zawodników, że przy kontrze potrafił poczekać na trailera i dograć do niego piłkę na łatwe punkty. Udało mu się też uzbierać trzy przechwyty, jednak aż dwa z nich były po przypadkowych odbiciach a nie po jakiejś finezyjnej akcji w obronie.

Nie potrafię zrozumieć ostatnich rotacji Skilesa. Dlaczego po raz kolejny nie używany byłby Dalembert? To, że wszedł na parkiet spowodowane było jedynie szybkimi faulami naszych podkoszowych. Obecność Sammy’ego dużo dała pod koszem i nagle nadwaga Diawa przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Kto potrafi mi wytłumaczyć to, że po świetnej pierwszej połowie (16 punktów) Ilyasova przesiedział 11 minut trzeciej kwarty? Zanim zdążył się z powrotem rozgrzać, mecz się skończył, a on zdobył tylko jeden punkt z wolnych. Szkoda, że Mbah a Moute wytrzymał tylko 19 minut, bo widać, że jest na potwornym głodzie gry. Manu nie miał przy nim łatwego życia, a w ataku Mbah raz nawet próbował wskoczyć do TOP5 najlepszych akcji kolejki, ale przy ostatnim w kwarcie coast to coast przestrzelił wsad nad Bonnerem.

Szkoda, bo jest to kolejna sytuacja, kiedy trafiliśmy na naprawdę słabo dysponowanych przeciwników (gdyby nie ta ławka…), którzy nadrobili swoje problemy ze skutecznością zbierając w ataku co trzeci swój niecelny rzut. Bucks oczywiście musieli przejść samych siebie, trafiając w trzeciej kwarcie z 27% skutecznością, a w czwartej z 36%.

Na plus na pewno trzeba zaliczyć dobry powrót do gry Mbah a Moute i co raz lepsze wsparcie z ławki w wykonaniu Danielsa. In minus na pewno zaliczam pozycję na wschodzie, na której teraz się znajdujemy. #9 jest chyba najbardziej niemile widzianą pozycją w konferencji.

Bucks zagrali jak w preseason. 81-102 z osłabionymi Hornets.

Bucks @ Hornets 81 – 102

Wczorajsze problemy z komputerem w czasie oglądania meczu nie tylko spowodowały moje wcześniejsze zniknięcie z twittera, ale również usunięcie zapisanego szkicu relacji ze spotkania.

W związku z tym, pod wpływem zdenerwowania jakie mnie właśnie naszło, póki co serwuję jedynie wideo, bo nie czuję się na siłach żeby jeszcze raz pisać prawie 1000 znaków na ten sam temat. Mecz był kiepski, Bucks grali do dupy, zupełnie jakby to był mecz preseason, a stawką nie był powrót na lidera Central Division.

W spotkaniu najlepiej spisał się, uwaga uwaga, Monta Ellis, który był nie tylko pierwszym podającym zespołu, ale również w końcu mądrze grał w ataku (oczywiście nie zawsze, bo były akcje, w których wracał stary, wkurzający Monta). Na początku wymuszał faule grając tyłem do kosza, a kiedy tylko mógł wchodził pod kosz kończąc akcje z najbliższej odległości.

Nie dajce się zwieść statystykom. Mimo tego, że Jennings był naszym najlepszym strzelcem, bo śmiało mogę powiedzieć, że był naszym najgorszym zawodnikiem na parkiecie. Miał 5 airballi w pierwszej połowie, gubił się w kozłowaniu i częściej gestykulował w stronę sędziów, że był faulowany, niż trafiał do kosza. Jedyne co go trzymało w grze to siedzące trójki (w pewnym momencie trzeciej kwarty miał 5/6, potem przestał trafiać). Naprawdę, paskudny mecz naszego rozgrywającego.

Sanders otarł się o triple double (8 pkt, 8 zb, 7 bl) i gdyby tylko dostał 10 więcej minut myślę, że mógłby przedłużyć swoją serię double double do trzech meczów z rzędu. Nie wiem tylko dlaczego nie grał Dalembert, kiedy potwornie jeździł po nas Lopez (21 pkt, 4 zbiórki – wszystkie w ataku). Nie potrafilismy też znaleźć odpowiedzi na Andersona, przy którym robił co mógł Mbah a Moute. Niestety Ryan trafiał jumpery z odchylenia w nieprawdopodobnych pozycjach i niewiele więcej można było wykombinować przy jego dyspozycji.

Statystyka, która mi się spodobała – ponownie oddaliśmy więcej osobistych niż przeciwnicy (15/23 – 11/11) i to była jedyna rzecz, która trzymała nas w grze. Niestety, nasza obrona nie istniała (Hornets 52%z gry i 42% za trzy), a atak znowu był niechlujny (16 strat, dwa razy więcej niż Szerszenie). Widać też było ewidentnie, że jak Bucks nie biegają, to nie wygrywają – zdobyliśmy tylko 7 punktów z kontry i daliśmy się mocno zdominować pod koszem (34-48).

Szkoda tej porażki, bo przez takie mecze tracimy szanse na wysoką pozycję na wschodzie. Nie można przegrywać z Hornets bez Davisa, z Indianą bez Hibberta. nadrobiliśmy to co prawda zwycięstwem z bez-Rondowymi Celtami, ale to za mało. Była wielka szansa, żeby wskoczyć z powrotem na pierwszą pozycję w Central Division przed meczem ze Spurs, a tak trzeba się powoli szykować na kolejną z rzędu porażkę.

flowhornets

TOP5 tygodnia (5) – Sanders na szczycie!

Bucks @ Bulls 93-92
Bucks – Knicks 88-102
Bucks @ Timberwolves 85-95
Bucks – Celtics 91-88

Za nami intensywny, czteromeczowy tydzień pełen dramatycznych powrotów, fantastycznych wyników indywidualnych jak i bezpłciowych porażek. Jedyne dwa wygrane spotkania wygraliśmy wychodząc z beznadziejnych sytuacji: w Chicago nasze rezerwy odrobiły 27 punktową stratę w trzeciej i czwartej kwarcie, natomiast przy okazji wygranej z Celtami zaczęliśmy mecz od 0-17. Wychodzi na to, że powoli jest to nasz schemat – najpierw dać się upokorzyć do tego stopnia, że nie czujemy już obawy przed porażką, a potem wszystko zaczyna wychodzić. Przed minionym tygodniem bilans 2-2 brałbym w ciemno, bo przyznam się szczerze, że patrząc na grafik spodziewałem się jedynie wygranej w Minnesocie. Dobrze zatem, że udało nam się utrzymać powyżej .500 dzięki czemu dalej zajmujemy trzecie miejsce na wschodzie. Uwierzycie?

1. Larry Sanders (-)

Na pierwszym miejscu nie może być innego zawodnika, skoro już nawet Adam wrzucił go na okładkę podsumowania dnia. Co prawda był niewidoczny w dwóch pierwszych spotkaniach z Bulls (2pkt / 6zb) oraz z Knicks (2pkt / 4 zb), natomiast eksplodował w Minnesocie (pierwsze w karierze triple double 10pkt / 12 zb / 10 bl), no i głównie dzięki niemy wygraliśmy z Celtami (18 pkt / 16zb / 5 bl). O ile jeszcze w przegranej z Wolves jego indywidualny występ nic nie znaczył dla drużyny (co więcej, ostatnie akcje Larry’ego to typowe polowanie na brakujące dwa punkty) o tyle należy się odpowiednio nisko pokłonić po tym, co zrobił z Celtami. Jego wolne (w zasadzie to jeden, bo drugi chybił) w końcówce przesądziły o wygranej, a parę akcji wcześniej popisał się świetnym zatrzymaniem w obronie Garnetta, a jego punkty z półdystansu a następnie zbiórka w ataku pozwoliły nam utrzymać bezpieczną przewagę. Kluczowe jest też to, że w pierwszych bodajże 9 meczach, Sanders popełniał średnio prawie 5 fauli na mecz, natomiast od ostatnich spotkań ani razu nie przekroczył 3. Dodatkowo w tych czterech meczach popełnił zaledwie w sumie 4 straty. Larry już jest ulubieńcem publiczności w Milwaukee. Czas, żeby zaczęto o nim mówić głośno w pozostałych koszykarskich miastach USA, bo naprawdę warto bacznie zwracać uwagę na jego rozwój. Jeśli dalej będzie szedł w tym kierunku i jego skromność pozwoli mu dalej czerpać radość z dawania z siebie 100% wchodząc z ławki, to w przyszłości będziemy mieli z głowy chociaż jeden podkoszowy problem.

2. Ersan Ilyasova (-)

Sam nie do końca wierzę w to, że daję Ersana na drugim miejscu, ale popatrzcie tylko: zagrał jedynie dwa dobre spotkania w tamtym tygodniu i akurat oba wygraliśmy. Z Bulls miał swój przełamujący mecz, gdzie z ławki zdobył 18 punktów i miał 6 zbiórek, natomiast z Celtami dodał 15 punktów, 5 zbiórek i 4 asysty.Po tym jak dostał jedynie 13 minut z Knicks (0 pkt, 4 zb) i publicznie marudził o tym dziennikarzom, Skiles w ogóle nie wpuścił go na mecz w Minnesocie. Jednak trzeba sobie powiedzieć, że gdyby nie on, nie wygralibyśmy ani z Bostonem, ani z Chicago. Dobrze widzieć, że w końcu przestaje się oddawać rzutów i nabiera nieco większej pewności w grze. Do tego w obronie średnio udaje mu się złapać na co najmniej jednego ofensa i zaczyna być co raz bardziej przydatny na deskach (chociaż do jego dyspozycji i agresywności na atakowanych tablicach z zeszłego sezonu jeszcze trochę nam brakuje).

3. Monta Ellis (3)

Monta jest dopiero pierwszy zawodnikiem z wyjściowego składu, który pojawia się w moim zestawieniu, co świadczy o tym, jak cholernie mocną mamy ławkę w tym sezonie (z tego, co pamiętam jesteśmy na dobrej drodze do tego, aby nasi nasi rezerwowi zostali najlepiej punktującym backupem w historii). Monta dalej gra na tragicznej skuteczności (żenujące 24/64 z gry w minionym tygodniu), ale z meczu na mecz zaczyna odchodzić od swoich nieskutecznych jumeperów na rzecz penetracji i wykorzystywania swojej szybkości. Średnio notował też 2 przechwyty na mecz pomimo tego, że w obronie robi więcej wiatru niż przeszkadzania przeciwnikom, co potwornie mnie wkurza. Zaczyna też co raz częściej dostrzegać kolegów w zespole, stąd 17 asyst w 4 meczach. Nadal jest dla mnie pierwszym do wylotu (razem z Goodenem), ale trzeba mu oddać, że momentami ma okresy naprawdę dobrej gry.

4. Brandon Jennings (1)

Część osób uważa, że nieprzewidywalność Jenningsa jest jedną z jego zalet. Dla mnie z kolei jest to jedna z tych cech, które momentami karzą mi myśleć o tym, aby jednak nie przedłużać z nim umowy na kolejne lata i nie wiązać się z człowiekiem, który za grubą kasę nie dostarczy regularnie odpowiedniej ilości punktów oraz asyst. W wygranym meczu z Chicago nie istniał (6 pkt, 4 as), po to, aby w przegranym spotkanie z Knicks rzucić 18 punktów (6/8 z gry) i rozdać 5 asyst. Z Minnesotą zbliżył się do mini triple double (18 pkt/ 6zb / 4 as) , natomiast przy wygranej z Celtami zdobył jedynie 13 punktów i zebrał 6 piłek. Warto jednak odnotować, że w tym ostatnim meczu  trafił potwornie ważną trójkę w końcówce meczu, która wyprowadziła nas na dwu punktowe prowadzenie. Nie przegapcie też tego, że jako jedyny w drużynie walił trójki na bardzo dobrej skuteczności: 8/13. Nadal jednak stanowi z Ellisem jedną z najmniej efektywnych par obwodowych w lidze, mających najgorsze wyniki w statystyce +/-. Nie powiem już o słabej obronie, bo już pewnie większości z was nudzi się czytanie znowu o tym samym.

5. Ekpe Udoh (5)

Nie lubię go. Wkurza mnie jak zwiesza głowę z klęską wyrysowaną na twarzy za każdym razem jak odgwiżdżą mu faul, albo jak nie trafi spod kosza. Nie ma w nim ikry, brakuje mu jaj i więdną mu cojones. Ale trzeba mu oddać, że odwala kawał dobrej, czarnej roboty po obu stronach parkietu. Trzeba zebrać bezpańską piłkę? Jest na miejscu. Trzeba kogoś przejąć w obronie? Dobrze wszystko odczyta. Statystycznie nie będzie nigdy rzucał na kolana (chociaż z Bulls miał 11 pkt, 6 zb i 5 bloków), ale nie taka jest jego rola w drużynie. W minionym tygodniu robił znowu wszystkiego po trochu: punktował, zbierał, blokował i nawet podawał (z 9 asystami był trzecim podającym po Ellisie i Jenningsie).

MVP Bucks po pięciu tygodniach:

1. Brandon Jennings – 40 punktów
2. Monta Ellis – 32 punkty
3. Larry Sanders – 24 punkty
4. Mike Dunleavy – 22 punkty
5. Ersan Ilyasova – 8 punktów
6. Benu Udrih – 6 punktów
6. Samuel Dalembert – 6 punktów
8. Tobias Harris – 4 punkty
8. John Henson – 4 punkty
8. Ekpe Udoh – 4 punkty

Fantastyczne, wyśmienite, rewelacyjne zwycięstwo na Celtami. Od 0-17 do 91-88.

Bucks – Celtics 91 – 88

Nie lubię back-to-backów, bo przez dwie noce z rzędu muszę spać na kanapie. I uwierzcie mi, moje zdrętwiałe kości źle wpływają na komfort oglądania meczów. A komfort jest cholernie potrzebny jak się ogląda mecze Bucks. Trzeba jakoś umieć się zorganizować i walczyć z zaśnięciem, kiedy widzicie w pierwszej piątce Jenningsa, Ellisa, Danielsa, Udoha i Hensona. Ten eksperymentalny wyjściowy skład rozpoczął od haniebnego 0-17 w pierwszych 6 minutach meczu. W tym okresie mieliśmy więcej strat (6) niż celnych rzutów, a w obronie nie robiliśmy kompletnie nic, żeby powstrzymać Garnetta i Lee. Kozły to tak cholernie nieprzewidywalna drużyna, że ciężko powiedzieć, w jakiej dyspozycji będą danego dnia. Dlatego też możecie sobie wyobrazić moją minę, jak do przerwy udało się doprowadzić do jedynie jednego punktu straty (47-48).

poczatek

Jak do tego doszło? Bucks przestali grać indywidualnie i w końcu postanowili się dzielić piłką w ataku pozycyjnym. Aby tego dokonać, trzeba było zdjąć Ellisa z parkietu. Kiedy Monta wrócił, zaczęliśmy biegać i muszę pochwalić Ellisa za trzy akcje: dwie to indywidualne wejścia pod kosz zakończone łatwymi punktami, a druga to maksymalnie nakręcający momentum pick’n’roll z Sandersem po wysokiej zasłonie, zakończony akcją 2+1 Larry’ego (który na marginesie znowu może zawalczyć o triple double, bo do przerwy ma 9 punktów, 9 zbiórek i 4 bloki).

sandesrbloki

Celtowie do przerwy doskonale zabezpieczali deskę – najlepiej było to widoczne w pierwszej kwarcie, kiedy nie trafialiśmy na potęgę, a jednak mieliśmy jedynie dwie zbiórki w ataku. W ofensywie do przerwy ciągnął nas Ersan, który w końcu gra jak na 8 milionowego kolesia przystało. 11 punktów, dwa wymuszone ofense, trafia trójki, wchodzi pod kosz, w końcu jest sobą. Załapał się nawet w nagrodę na pierwszy wywiad w przerwie. Oprócz Ilyasovy, warto wspomnieć o debiucie Mbah a Moute, który po operacji kolana wszedł już w pierwszej kwarcie i po 6 minutach gry mógł się pochwalić 2 punktami i 5 zbiórkami.

Druga połowa to, z mniejszymi przerwami, popisowa gra Bucks, jakich chciałbym oglądać częściej. Ellis grał w obronie (nie uwierzycie, ale rzeczywiście go chwalę za dwa przechwyty, w których wyrwał piłkę z rąk i pędził do kontry – obie te akcje prowadziły do łatwych punktów). I mimo tego, że swoje 17 punktów zdobył na fatalnej skuteczności (6/20) to dało się go oglądać, jak decydował się na wejścia pod kosz. Niestety, rzuty z dystansu i półdystansu dalej mu nie siedzą tak, jak powinny. Ale wracając do samego meczu. Kiedy w czwartej kwarcie prowadziliśmy trzema punktami i trzy straty z rzędu popełnił Doron Lamb, Celtowie się odrodzili. Trafili dwie szybkie trójki i znowu trzeba było ich gonić. Na szczęście mieliśmy w drużynie Sandersa, który pod koniec dwukrotnie zmienił oblicze meczu na naszą korzyść. Najpierw trafił z półdystansu, potem w obronie zatrzymał Garnetta, a następnie wywalczył zbiórkę w ataku, którą zamieniliśmy na punkty.

Prowadzenie w końcówce meczu zapełnił nam też Larry, trafiając jeden z dwóch rzutów wolnych, dzięki czemu wyszliśmy na prowadzenie 91-88 na 9 sekund przed końcem. Po przerwie za trzy nie trafił Pierce, Celtowie zebrali jednak piłkę, wycofali do Terry’ego, ale jego desperacka trójka z 10 metrów na szczęście wylądowała twardo na obręczy.

Zaraz po zakończeniu meczu Sanders cieszył się jak dziecko i wcale mu się nie dziwię. Zaliczył pierwsze w historii back to back double double (w nocy znowu imponujące 18 punktów, 16 zbiórek i 5 bloków z ławki) i jako jedyny doczekał się głośnego skandowania LARRY LARRY z trybun, jak wykonywał ostatnie wolne. Myślę, że nie minie dużo czasu, jak zamiast LAARRRYY będziemy słuchali okrzyków MVP, MVP. Jak tu nie kochać Bucks, powiedzcie mi. Każdego wieczora oferują inną porcję wrażeń – od zdenerwowania i rezygnacji, po fantastyczne powroty i ostatecznie wybuchy radości. Warto wstawać, żeby oglądać coś takiego, nawet jeśli nie zawsze wiąże się to z koszykówką na najwyższym poziomie.

up

 Bucks co prawda zaczęli mecz z 27% z gry po pierwszej kwarcie, jednak zakończyli spotkanie z 46% skutecznością. Co ważne w końcu oddaliśmy więcej wolnych niż nasi przeciwnicy. W tym sezonie nie mieliśmy chyba jeszcze meczu, w którym oddalibyśmy 20 osobistych (17 celnych). Szczególnie w drugiej i trzeciej kwarcie było widać wyjątkowy ciąg na kosz Ellisa, który w końcu decydował się wykorzystać swoją szybkość do mijania obrońców i poświęcania ciała (obijany był niemiłosiernie).

up Graliśmy też wyjątkowo zespołowo – oczywiście nie licząc pierwszej fatalnej kwarty. Nawet Ellis nie był w tym spotkaniu czarną dziurą pochłaniającą każdą piłkę (miał 7 asyst, najwięcej w zespole). 24 z 36 naszych FG było asystowanych i jedynie Udoh nie zaliczył ani jednego podania otwierającego drogę do kosza w zespole.

up To, co w ostatnich dwóch meczach robi Sanders zasługuje na osobny akapit. Napisałem na twitterze, że nie Jennings i nie Ellis, ale właśnie Larry powinien być naszym najważniejszym zawodnikiem w przyszłości. To, w jaki sposób zmienia drużynę jak tylko wchodzi z ławki jest nieprawdopodobne. Niezależnie od wyniku, sektor 7 jest dodatkowo głośny po wejściu Larry’ego. Nie ma dla niego przegranych piłek pod koszem i w końcu sprawia wrażenie nieco dojrzalszego w obronie, niż był jeszcze chociażby na początku tego sezonu, kiedy skakał jak szalony do każdej piłki i łapał średnio po 6 fauli na mecz. Teraz jest inaczej i widać, że słowa Dalemeberta, który mówił mu o ciągłych chronieniu kosza i nie przejmowaniem się faulami, bardzo pomogły.

Po takim zwycięstwie nie chcę pisać o minusach, których było sporo. Chociażby to, że przespaliśmy początek meczu i musieliśmy od początku gonić. Cieszmy się fantastycznym zwycięstwem, ten jeden jedyny raz bez mojego zbędnego marudzenia. Walczymy cały czas na bilansie ponad .500, z Celtami jesteśmy póki co 2-1, a Sanders wyrasta na kandydata do zawodnika tygodnia. Chwilowo jest dobrze.

Triple-double i rekord bloków Sandersa to za mało na Wolves (85-95)

Bucks @ Wolves 85 – 95

Kozły zaczęły spotkanie bardzo agresywnie, kończąc większość akcji spod samego kosza, gdzie brylował Henson. Swoje pierwsze 6 punktów zdobył po bezpośrednich dobitkach po zbiórkach w ataku, jednak niestety nie przełożyło się to na dobrą defensywę pod koszem, gdzie Love z Pekoviciem robili co chcieli. Szkoda, że nasz debiutant do końca meczu nie zrobił już nic dobrego i na domiar złego w trzeciej kwarcie musiał zejść za 4 faule.

Kiedy przegrywaliśmy do przerwy 47-57, nie funkcjonowało u nas wiele rzeczy. Przede wszystkich Jennings z Ellisem po raz kolejny robili wszystko, żeby ich obrona mogła zostać uznana za najgorszą w NBA. Barea, Ridnour czy nawet Shved robili co chcieli i nie za bardzo przejmowali się obecnością naszych obwodowych. Nawet takie przechwyty jak ten poniżej nie ratowały sytuacji:

Strasznie wrażenie robił szczególnie Ellis, który w pewnym momencie drugiej kwarty (po powrocie z ławki) najpierw oddał trzy z rzędu fatalne rzuty (airball i dwie cegły przy Shvedzie), a następnie w obronie dwukrotnie dał się nabrać proste zwody Shveda. Czepiam się potwornie, ale prawda jest taka, że Bucks funkcjonują w tym meczu o wiele lepiej, kiedy na pakiecie obok Jenningsa jest Udrich, ewentualnie Lamb.

Po pierwszych 24 minutach nie można też nie wspomnieć o 6 blokach Sandersa, który nabił sobie połowę z tych bloków w czasie jednej akcji, kiedy trzykrotnie z rzędu zmiażdżył Pekovicia. Ale co z tego, skoro nic więcej pozytywnego nie da się powiedzieć o naszej obronie pod koszem. Love i Pekovic mieli 24 punkty i 13 zbiórek do przerwy, a dobrze grający Henson kilka razy popełniał typowe debiutanckie błędy albo bezsensownie faulując jeszcze pod koszem Wolves, albo schodząc za głęboko pod własny kosz po pick’n’rollu zostawiając Kevina samego na obwodzie do rzutu za trzy.

Pomimo tej agresywności, o której wspomniałem na początku, Bucks nie potrafili przenieść tego na wizyty na linii rzutów wolnych. Do przerwy znowu mieliśmy dwa razy mniej oddanych osobistych (8 – 16). Nie wyciągnęliśmy wniosków z porażki z Knicks. Nowojorczycy nawrzucali nam masę trójek na zdecydowanie zbyt wysokiej skuteczności. To samo jest tutaj – niby wiemy, kto potrafi rzucić za trzy, ale nie ustawiamy w ogóle obrony. Stąd 66% (!!) skuteczności Wolves w trójkach przy ledwie 28% Bucks.  Wymowne jest też to, co widać na screenie poniżej:  żaden z naszych zawodników nie miał do przerwy dodatniego +/-.

htwolves

W drugiej połowie Kozły pokazały rogi tylko na chwilę, kiedy udało im się zaliczyć run 7-0 i doprowadzić do jedynie dwóch punktów straty. Trzecia kwarta była jedną z brzydszych, jakie widziałem w tym sezonie. Jedynie pięciu zawodników zdobyło punkty z gry, Wolves rzucili 11 punktów, Bucks 16 i już kiedy miałem nadzieję, na dobrą obronę, w czwartej kwarcie daliśmy sobie rzucić 27 punkty i tym samym przegraliśmy 11 z 13 ostatnich meczów w Minnesocie.

Sama końcówka meczu, przy praktycznie rozstrzygniętym meczu (kiedy to dobił nas Shved trójką w ostatniej sekundzie akcji z 9 metrów), to było kibicowanie Sandersowi, żeby doszedł do triple-double. Przed ostatnią odsłoną, kiedy miał 10 bloków, 9 zbiórek i 2 punkty śmiałem się na twitterze, że zabraknie mu najłatwiejszej statystyki do pełni indywidualnego szczęścia. Ostatnie minuty to ewidentne śmieciowe punkty, dzięki którym Sanders trafi do historii Bucks na lata notując 10 punktów, 12 zbiórek i 10 bloków. Nie dość, że wyrównał rekord Kareema w blokach z 1972 roku (10) to jeszcze zaliczył pierwsze triple-double od … Drew Goodena.

up

 Jedynym plusem tego spotkania było to, oprócz tego, że nie było dogrywki, był właśnie Sanders w obronie. Ale też, ze swoich 10 bloków aż trzy zaliczył w jednej akcji na Pekoviciu. Nie mniej jego zdjęcie obok Jabbara wygląda imponująco. Podobnie jak to, że ma tyle samo triple double w karierze co Kevin Durant.

down

 Przegraliśmy prawie wszystko co tylko się dało. Oprócz wyniku, byliśmy gorsi na deskach (47-56), z czego 16 zbiórek miał Peković, 14 Love a 10 Williams (w 15 minut). U nas jedynie Sanders z 12 zbiórkami nie mógł mieć sobie nic do zarzucenia. Prawie dwa razy mniej oddanych wolnych to też powoli robi się standard.

down Bucks nie wygrali jeszcze ani jednego meczu w tym sezonie, kiedy ich skuteczność za trzy była około 20-30% i kiedy nie przekraczali 100 zdobytych punktów. W nocy Wolves zatrzymali nas na 37% z gry i jedynie 27% za trzy. Wstrzelić nie mógł się Dunleavy (1/5) oraz Lamb (0/2) i jedynie Jennings mógł pochwalić się 50% skutecznością (3/6).

down Tragiczny był Ellis. Kiedy już myślę, że jego gra sięgnęła dna on przekopuje się jeszcze niżej. 8/22 z gry tylko 1 asysta i 3 straty. Na domiar złego kiedy tylko stawał w obronie na przeciwko Shveda czy Barei plątały mu się nogi, zapuszczał korzenie i dawał się jechać bardziej niż robił to z nim RIP Hamilton. Dodatkowo, jak tylko pojawiał się w grze, atak zespołowy walił w łeb i większość piłek, które lądowały w jego rękach, automatycznie były wsysane i wypluwane w postaci oślinionej cegły. Mam nadzieję, nieustannie, że Kohl zrobi co do niego należy i zarekomenduje Hammondowi wymianę.

down Najprzykrzejszy minus to kontuzja Udriha. Przy jednym z wejść pod kosz z impetem wpadł na siedzącego pod koszem kamerzystę i w dramatycznym stylu łapał się za kolano. Kiedy myślałem, że stało się coś z kolanem, powtórka pokazała, że stawiając ostatni krok dwutaktu dosyć mocno skręcił sobie prawą kostkę. Prześwietlenie nie wskazało złamania na szczęście, ale dzisiaj jeszcze czego go MRI.

down Była to nasza 7 porażka i po jutrzejszym meczu z Bostonem po raz pierwszy w sezonie możemy się stoczyć poniżej 0.500. A wtedy wszystko może się wydarzyć zarówno z zawodnikami (Ellis, Gooden) jak i z trenerem. Podobno jest dosyć duże prawdopodobieństwo, że Skiles nie wytrwa na ławce do końca sezonu, ale mam nadzieję, że to tylko plotka.