Bucks @ Hornets 81 – 102

Wczorajsze problemy z komputerem w czasie oglądania meczu nie tylko spowodowały moje wcześniejsze zniknięcie z twittera, ale również usunięcie zapisanego szkicu relacji ze spotkania.

W związku z tym, pod wpływem zdenerwowania jakie mnie właśnie naszło, póki co serwuję jedynie wideo, bo nie czuję się na siłach żeby jeszcze raz pisać prawie 1000 znaków na ten sam temat. Mecz był kiepski, Bucks grali do dupy, zupełnie jakby to był mecz preseason, a stawką nie był powrót na lidera Central Division.

W spotkaniu najlepiej spisał się, uwaga uwaga, Monta Ellis, który był nie tylko pierwszym podającym zespołu, ale również w końcu mądrze grał w ataku (oczywiście nie zawsze, bo były akcje, w których wracał stary, wkurzający Monta). Na początku wymuszał faule grając tyłem do kosza, a kiedy tylko mógł wchodził pod kosz kończąc akcje z najbliższej odległości.

Nie dajce się zwieść statystykom. Mimo tego, że Jennings był naszym najlepszym strzelcem, bo śmiało mogę powiedzieć, że był naszym najgorszym zawodnikiem na parkiecie. Miał 5 airballi w pierwszej połowie, gubił się w kozłowaniu i częściej gestykulował w stronę sędziów, że był faulowany, niż trafiał do kosza. Jedyne co go trzymało w grze to siedzące trójki (w pewnym momencie trzeciej kwarty miał 5/6, potem przestał trafiać). Naprawdę, paskudny mecz naszego rozgrywającego.

Sanders otarł się o triple double (8 pkt, 8 zb, 7 bl) i gdyby tylko dostał 10 więcej minut myślę, że mógłby przedłużyć swoją serię double double do trzech meczów z rzędu. Nie wiem tylko dlaczego nie grał Dalembert, kiedy potwornie jeździł po nas Lopez (21 pkt, 4 zbiórki – wszystkie w ataku). Nie potrafilismy też znaleźć odpowiedzi na Andersona, przy którym robił co mógł Mbah a Moute. Niestety Ryan trafiał jumpery z odchylenia w nieprawdopodobnych pozycjach i niewiele więcej można było wykombinować przy jego dyspozycji.

Statystyka, która mi się spodobała – ponownie oddaliśmy więcej osobistych niż przeciwnicy (15/23 – 11/11) i to była jedyna rzecz, która trzymała nas w grze. Niestety, nasza obrona nie istniała (Hornets 52%z gry i 42% za trzy), a atak znowu był niechlujny (16 strat, dwa razy więcej niż Szerszenie). Widać też było ewidentnie, że jak Bucks nie biegają, to nie wygrywają – zdobyliśmy tylko 7 punktów z kontry i daliśmy się mocno zdominować pod koszem (34-48).

Szkoda tej porażki, bo przez takie mecze tracimy szanse na wysoką pozycję na wschodzie. Nie można przegrywać z Hornets bez Davisa, z Indianą bez Hibberta. nadrobiliśmy to co prawda zwycięstwem z bez-Rondowymi Celtami, ale to za mało. Była wielka szansa, żeby wskoczyć z powrotem na pierwszą pozycję w Central Division przed meczem ze Spurs, a tak trzeba się powoli szykować na kolejną z rzędu porażkę.

flowhornets

Reklamy