Dzisiaj z samego rana udało mi się w końcu dotrzeć do końca kariery Wielkiego Adama Wójcika. Dlaczego pogrubiłem w końcu? Ponieważ tak, jak kariera Oławy wydawała się trwać w nieskończoność, tak samo lektura książki pana Jacka Antczaka zdawała się nie mieć końca.

Zanim jednak dojdę do głównej części recenzji, chciałem jeszcze raz serdecznie podziękować wydawnictwu SQN za przysłanie mi przedpremierowego egzemplarza książki, co było równie miłe, jak i niespodziewane.

Reklamowana jako „niezwykła opowieść” książka okazała się niestety jedynie zebraną w jeden świetnie wydany tom informacji prasowych, statystyk oraz ogólnie dostępnych faktów. „Niezwykła, pełna przygód podróż” to ciągnące się jak noga pivotowa Adama przez którą latami zdzierałem gardło krzycząc „Nie rób kroków!” historia z sezonu na sezon, która jest w dużej mierze rozszerzeniem informacji z Wikipedii, do których autor dorzucił kilka anegdot z życia zawodnika, zalał to nieco kilkoma wywiadami, oprószył szczyptą własnych wniosków a koniec podał  na plastikowym talerzu, przykręconym zardzewiałą śrubą do stołu, parsknął beztrosko „PROSZĘ!”, po czym zniknął w kuchni.

Być może jestem za bardzo rozpieszczony przez Billa SImmonsa i na tyle przesiąknąłem jego stylem pisania, że teraz w każdej pozycji koszykarskiej szukam równie dobrego poczucia humoru. Szkoda, że „Rzut…” jest napisany jak niezwykle poważna dysertacja, gdzie nie doszukałem się ani jednego humorystycznego akcentu. Żadnych odnośników z sarkastycznym komentarzem. Ani jednego zdania, które wprawiłoby w zakłopotanie… kogokolwiek. Uśmiechnąłem się raz, kiedy Adam Wójcik opowiadał o swoich przygodach w II lidze: „W jednym meczu (…) biegał ciągle za mną jeden taki i powtarzał ‚cienki jesteś stary, skończ już grać.’ Myślę sobie: idiota.” (str. 355). Tak, to właśnie mnie najbardziej rozśmieszyło. Jest to tak neutralnie i bezpłciowo napisana książka, że mogłaby równie dobrze leżeć w Empiku obok „Ostatniego Krzyku” Barbary Stanisławczyk. Co więcej, autor  ma potwornie irytujący nawyk używania wielokropka, który na pierwszy rzut oka miał dodawać niego akcentów humorystycznych, np.: (cytuję z głowy) „usiedli przy kawie… chociaż raczej nie usiedli a uklękli”, „ostatni mecz wygrali z Chinami,… które dziwnym sposobem nie zagrały w ME”, „przeczytałem książkę… chociaż raczej nie książkę, a gazetę”. Widzicie o co mi chodzi?

Żeby nie było, że tylko narzekam (chociaż jak zwykle najwygodniej czuję się w roli tego, któremu nic się nie podoba). Książka jest godna polecenia dla każdego fana koszykówki. Dla mnie stanowiła niezwykle ważny element każdego poranka (… chociaż raczej nie każdego, a trzech ;), ponieważ pozwalała mi na chwilę oderwać się od codziennych problemów i przenieść z powrotem do Hali 100lecia i Orbity. Przypomnieć sobie czekanie na otwarcie kas przed finałami z Anwilem od 4 nad ranem. zdzieranie gardła na meczach Euroligowych i wiele, wiele innych wspaniałych wspomnień na chwilę wróciło mi przed oczy. Książka, wbrew temu co napisałem powyżej, jest jednak z gatunku MUST READ dla wszystkich interesujących się koszykówką. Nastawcie się jednak na literaturę faktu, napisaną przez dziennikarza, który jak sam przyznaje, z koszykówką nie ma wiele wspólnego. Szkoda, bo aż się prosiło, żeby biografię Adama Wójcika wzbogacić o kolejne detale koszykarskie, pokazać „od kuchni” szatnię Śląska, Prokomu, czy reprezentacji, dotrzeć do większej liczby zawodników, trenerów, działaczy, zamiast rozpisywać się na temat jego skarpetek z NBA… Może, gdyby biografię napisał dziennikarz, który zamiast przebiegnięcia czterech maratonów, mógł się pochwalić obejrzeniem chociaż czterech meczów Wójcika na żywo.

Książkę oceniam na 6/10. Na pewno w całości do niej nie wrócę, a warte zapamiętania 12 (dwanaście) anegdot jak zwykle skrupulatnie zakreśliłem w książce, żeby łatwo je było znaleźć.

Reklamy