Na początek krótkie przypomnienie mojej eksplozji szczęścia, kiedy dokładnie 31 lipca dowiedziałem się, że Jennings przeprowadzi się do świeżo sfajczonego w typowym czwartkowym pożarze mieszkania w Detroit. Jennings GTFO! było jednym z najczęściej powtarzanych haseł w mojej głowie podczas ubiegłorocznych wakacji. Najszybszy sezon w historii Bucks (odkąd pamiętam) niedługo odejdzie w zapomnienie, a mnie wzięło na szybkie porównanie dwóch Brandonów.

brandony

Największa różnica w statystykach i stylu gry między Jenningsem a Knightem, jest taka, że Knight został samozwańczym strzelcem w kiepskim zespole (bo ktoś musi zdobywać punkty), a Jennigsa wyśrubował swój nowy rekord asyst (biorąc pod uwagę, że nigdy chyba jeszcze nie miał tyle strzeleckich talentów, co w Detroit). Brandon-ten-już-w-Detroit zanotował jednak ponad dwupunktowy spadek PER w porównaniu do dwóch ostatnich sezonów (z 18,4), co na pewno nie wróży zbyt dobrze na przyszłe lata tego zawodnika (przy jego etyce pracy, do której przyzwyczaił mnie grając w MKE, nie liczyłbym na nagły wzrost formy). Zawsze kiedy piszę o Jenningsie żałuję, że stał się typem zawodnika, którego nie lubię: shot-first filigranowy rozgrywający ze swagiem zamiast kelnera czy finger-rolla. A przecież w swoim debiutanckim sezonie już w 7 meczu rzucił 55 punktów, a potem był główną siłą napędową „Fear the Deer”, która skończyła swoją przygodę w playoffach po wygraniu 46 meczów w sezonie (Andrew, ja ci tego lądowania na łokciu nie wybaczę!)

Jak tylko Jennings zdał sobie sprawę z tego, że lubi rzucać mimo fatalnej skuteczności (39% z gry, 35% za trzy), było już po wszystkim. Z Knightem jest nieco inaczej. Fakt, w tym sezonie oddał o 200 rzutów więcej, niż jakikolwiek inny zawodników Bucks, ale trafiał 42% z nich. Jest też liderem asyst, ale 4,9 na mecz to wynik gorszy niż Jennings w którymkolwiek ze swoich sezonów w Milwaukee.

Knight ma dwie wielkie zalety. Jest młody (młodszy od Cartera-Williamsa chociażby) i jego contract year przypada dopiero za dwa lata (mimo tego, że w tym sezonie zarobił niespełna 3 miliony, za rok wskoczy już na 8 baniek rocznie – czyli tyle, co Jennings). Daje nam to dwa sezony na to, żeby przekonać się do tego, czy warto wiązać z nim przyszłość, czy powoli szykować się na kolejne modlitwy do koszykarskich Bogów o przedwczesne zakończenie przygody w Milwaukee jakimś niespodziewanym transferem.

A Jennings może robić dalej swoje:

Brandon, oprócz tego, że będzie w ciągłym świetle reflektorów w Detroit, w końcu będzie mógł być pierwszorzędną gwiazdą. W zbankrutowanym mieście zdominowanym przez nierobów, gdzie za obligacje w które inwestowało wielu emerytów spece od finansów chcą za każdego dolara oddawać 10 centów, 8 milionów za rok Jenningsa (przy trzyletnim kontrakcie) wydają się być ekstremalnie dużą kasą. Co ja gadam – 8 milionów dolarów za rok dla Jenningsa byłoby potwornym przepłaceniem w każdym klubie.

Na koniec bonus. Jak zrobić mix, na którym nawet Gabourey Sidibe może wyglądać jak Halle Berry w Monster’s Ball:

Advertisements