Zawsze zastanawiałem się nad tym, jak to jest być fanem koszykówki, oglądać NBA, ale nie mieć swojego ulubionego klubu i zamiast tego kibicować tylko konkretnemu zawodnikowi. Parę razy spotkałem się z tym podejściem rozmawiając ze znajomymi i nie mogłem się nadziwić, jak coś takiego działa w praktyce. Pomińmy fakt, jak absurdalne byłoby w takim momencie śledzenie kariery Mo Williamsa chociażby i zamiast tego połączmy się w martyrologii z tymi, którzy z sezonu na sezon stali się oddanymi, wiernymi i największymi kibicami Heat. Tymi, dla których nie istniał Haslem i dla których to nie Wade był twarzą drużyny, a James. Bo to, co się teraz dzieje z kolejną „The Decision” Jamesa na pewno musi was zżerać od środka.

Jakkolwiek nie byłbym podekscytowany oglądając Jamesa, Wigginsa i Irvinga w jednym zespole, tak świadomość kolejnego medialnego szumu wokół LeBrona powoli zaczyna mi wychodzić uszami. Decyzja o ewentualnym przenosinach talentów na pewno została już podjęta, teraz pozostają nam trzy dni eskalowania napięcia przez dziennikarzy, blogerów (robię hop! hop! na bandwagon) i znajomych gwałcących moje uszy przez telefon parę razy dziennie. Wojnarowski i jego źródła dodatkowo nie pomagają, bo przyzwyczajony jestem do tego, że co Adrian napisze, za parę dni zamieni się w żółty pasek na tvn24. A wg tego, co Adrian pisze, James jest w tej chwili bliżej powrótu do Cavs.

Dlaczego nie byłby to dla mnie wymarzony powrót? Bo po prostu nie widzę Jamesa wracającego do punktu wyjścia i grającego z uśmiechem dla Gilberta. Po tym, jak skończyła się ich współpraca, kolejne wejście w tą samą rzekę byłoby dla mnie objawem wielkiej hipokryzji Jamesa, który nota bene ustawiając kolejny deadline trzech dni na spotkanie z Heat i ogłoszenie decyzji, po raz kolejny udowadnia, że medialnie trzyma tę ligę w garści i dyktuje warunki (James, nie Gilbert). W świetle Bosha odchodzącego do Rockets, Wade’a liczącego na przeszczep kolan i Allena kończącego karierę, Heat nie są w tej chwili atrakcyjnym miejscem dla Jamesa. Tylko dlaczego znowu muszą być szopki, dramaty i przeciągające się dniami (tygodniami – Melo, miesiącami – Love) negocjacje, spekulacje i castingi drużyn?

Tak na marginesie, po jaką cholerę Melo jeździł po Chicago i Lakers, żeby oglądać drużyny? Organizowanie castingu, żeby zawodnik mógł na własne oczy przekonać się, jak bardzo chcemy go ściągnąć do siebie? Do jasnej ciasnej, przecież on dostanie swoje 19+ milionów za rok grania w naszyh koszulkach, jak mu się to nie podoba, to niech, z przeproszeniem, idzie tyć w inne miejsce, a my znajdziemy kogoś w jego miejsce, jak nie teraz, to w niedalekiej przyszłości. 

* tu miały być jeszcze dwa akapity odnośnie Jamesa w Cavs, ale niepodziewanie (chyba z nadmiaru emocji) obudził się daveknot jr. *

Kolejny news, po którym moje emocje eskalowały zbyt szybko. Ale z roku na rok, co wakacje, FA transformuje się z mojego ulubionego momentu w sezonie w wielkie znaki zapytania, które zamiast zmuszać do błyskawicznego szukania odpowiedzi, zamieniają się w kolejne pytania. Steve Novak przechodzi do Utah – jeden news z podaniem faktów. Twitter milczy, zero emocji. Znowu dochodzi do tego, że żeby nachwilę zapomnieć o zawirowaniach związanych z podpisywaniem nowych umów najlepiej jest przestać marudzić (obiecuję) i zablokować na jakiś czas dostęp do twittera. Sprawdzanie ruchów transferowych raz dziennie (zamiast live) jest chyba dla mnie jedyną receptą na to, żeby nie wstawać z samego rana, widzieć w każdym serwisie twarz Jamesa z tytułem: „LeBron jedną noga w Cavs?” Sam się sobą brzydzę.

Reklamy