nbamoney

Zanim zacznę odnosić się do kilku ciekawych tematów, które wczoraj nie dały mi spać, muszę napisać, że nie boję się komentarzy pod tytulem: „jesteś hipokrytą”. Owszem, mam swoje wartości i zasady związane z pieniędzmi, których sztywno trzymam się całe dorosłe życie. Jednak, pomimo tego, co przeczytacie, wątpię, żebym sam kiedyś zdecydował się na mniejsze wynagrodzenie, niż ktoś by mi oferował. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do zawodników NBA którzy decydują się na ten krok, ja kasy nie mam.

W świetle wszechobecnego przepłacania zawodników, odwrócony trend „obniżek” jest dla mnie odświeżeniem nieczystego powietrza, które się nagromadziło od czasów 33 baniek rocznie Jordana czy gargantuicznego kontraktu Garnetta niedługo potem. Michale, mam do Ciebie zasadnicze pytanie – w czym przeszkadza Ci to, że zawodnik X (nazwijmy go umownie Dirk) będzie zarabiał 8 milionów rocznie, będąc jednocześnie franchise playerem i opcją numer jeden w drużynie na następny sezon, a w tym samym czasie zawodnik Y (załóżmy, że jakiś tam Chandler) dostanie dwa razy więcej, będąc jednocześnie co najwyżej trzecią opcją w drużynie?

Dlaczego zawodnik, który spędził całą karierę w jednym klubie nie może zażądać obniżki wynagrodzenia dla dobra klubu, skoro i tak już się sowicie dorobił w swoim życiu? W między czasie piszesz o wycofaniu się z koncepcji salary cap, która jakby nie patrzeć uratowała NBA od pewnej przepaści (w którą w błyskawicznym tempie zmierza piłka nożna)? Czy jest jakakolwiek alternatywa na obliczanie systemu płac?

Tak jak Ci pisałem na twitterze, jestem za tym, żeby zawodnicy starsi, wolniejsi i powiedzmy brzydko, w trendzie silnie spadkowym zarabiali mniej i mniej kasy. Pomijam póki co aspekt zasług dla klubu (które są większe, niż jakiekolwiek pieniądze. Wie o tym każdy, kto grał w Championship Managera i nie relegował do rezerw 40-letniego Giggsa za piłkarski PER na poziomie Sebastiana Mili, tylko trzymał go dalej na ławce i nabijał liczbę występów wstawiając go do meczu w 89 minucie meczu…)

 

Nie ulega wątpiwości, że żyjemy w czasach, gdzie pieniądze są jedynym wyznacznikiem naszych wyników i zasług dla pracodawcy. Nie mniej jakikolwiek przebłysk „normalności”, tj. zdania sobie sprawy, że zgoda na wielki kontrakt w przypadku zawodnika +35lat jest nonsensem, odbieram jako coś, co dodatkowo zwiększa liczbę czapek, które ściągnę z głowy po zakończeniu kariery przez Dirka. Powtórzę to jeszcze raz: zarówno Parsons jak i Peković, Michael Redd, John Salmons i inni nie załużyli na swoje wysokie kontrakty, tak samo bleknące gwiazdy (z top25 ligi czy nie) nie powinny dostawać takich pieniędzy, jakie Kupchak daje Bryantowi chociażby. I z dwóch chorych sytuacji, zdecydowanie wolę tą drugą.

Rozumiem Twoje zatroskanie stanem finansowym ligi, też martwię się tym, co stanie się z salary po podpisaniu nowej umowy telewizyjnej i wynegocjowania nowego CBA. Boję bardzo, że pompując sztucznie zarobki i dążąc do ciągłych podwyżek (co się tyczy każdej dziedziny życia, nie tylko NBA), prędzej czy później trafimy w punkt, że wszystko przysłowiowy ch** strzeli.

Gdybym był koszykarzem, który spędził całą karierę w Bucks i w tym czasie dorobił się kilkunastu milionów, nie wiem, jak bym się zachował u schyłku mojej kariery.Wątpię jednak, żebym zrobił to, co Dirk i zgodził się na zmniejszenie swojego wynagrodzenia, bo w dużej mierze się z Tobą zgadzam. Nie wiem tylko dlaczego doszukujesz się czegoś złego w sytuacji, kiedy zawodnik sam wychodzi z inicjatywą zmniejszenia wynagrodzenia w celu uszczuplenia salary. Nie boję się, że stanie się to nowym trendem, który doprowadzi do budowania super-drużyn, bo prędzej czy później znajdzie się taki Kobe, który zacznie Ci szeptać romantyczne italianizmy do ucha, że zasługujesz na więcej, że powinieneś chcieć więcej i jak coś to weź im powiedz, że w razie czego możesz nawet grać na Marsie, pod warunkiem, że dostaniesz w pełni zasłużoną 100% podwyżkę, plus oczywiście dodatkowa gratyfikacja byłaby mile widziana, szefie. 

Ja się cieszę, autentycznie cieszę z tego, że Wade jest wierny swoim barwom. Że Dirk i Tim zostali w Teksasie na dobre. Nieco to romantyczne (i żałosne jednocześnie), ale w moim zniszczonym przez wieczny popęd za konsupcjonizmem umyśle nawet jednorazowe przejawy wartości większych niż moc $$$ jest czymś, co zasługuje na dodatkowe uznanie, a nie na pretekst, do szukania dziury w całym. (Dodatkowo, jeśli mój wieloletni pracownik przychodzi do mnie z tekstem: „szefie, widzę, że jest kiepsko, spędziłem tu całe życie, zawdzięczam ci więcej, niż to sobie możesz wyobrazić, teraz czas, żebym ci się odpłacił. Nie chce podwyżki, wiem, że na nią zasługuję. Dalej jestem twoją opcją numer jeden w drużynie i właśnie dlatego, że jest to moja drużyna, chcę wziąć za nią odpowiedzialność. To moje ostatnie lata w lidze i nie chcę ich spędzić wracając na przedwczesne wakacje bez playoffów. Daj mi osiem baniek. Ja nie zbiednieję, a ty może dokupisz jeszcze jakieś drewno pod kosz, żeby powalczyć w pierwszej rundzie z Rockets. Co ty na to?” to nie będę patrzył na niego jak na wariata, tylko uścisnę jego dłoń i dodatkowo zapytam, co robi w piątek wieczorem, bo moja córka robi 18 w klubie go-go.)

Obawiam się, że jest to jedna z niekończących się dyskusji, coś jak rozmowa o religii czy polityce, kiedy dwie strony mają odmienne zdanie i jedna próbuje przekonać drugą do swoich wartości. Zgadzam się z Tobą w wielu miejscach, nie potrafię jednak doszukać się tego newralgicznego punktu, który powoduje, że mamy jednak odmienne zdanie na temat wynagrodzeń dla seniorów.

Mam w domu zamrażarkę, Ty masz w sklepie wódkę. Zróbmy z nich dobry użytek. 😉

 

Reklamy