Bucks vs 76ers 93 – 81

Stało się – Bucks wygrali pierwszy mecz w tym sezonie i dobrze otworzyli „nową erę” na własnym parkiecie. W  tym brzydkim meczu rodem z trzeciej ligi wroNBA niczym zaduszkowy lampion zabłysnął Mayo (25 pkt w 28 minut przy 8/13 z gry i do tego 5 asyst, w tym jedna do Jabariego – patrz poniżej),  który wraz ze zrzuceniem dwustu kilo w końcu wrócić zza światów i  stał się zawodnikiem, jakiego nam brakowało na dwójce. To głównie dzięki niemu udało nam się zakończyć ostatnie 8 minut meczu runem 11-0 (Mayo w czwartej kwarcie wygrał z 76ers 10-7).  Do tego przepięknie obsłużył no-look-passem trailującego Parkera, któremu nie pozostało nic innego jak skończyć transmisyjną akcję efektownym smeczem. Ułaa, ależ brakuje mi nocy z komentarzem WM…

Mimo słabego meczu, Knight prawie dokopał się do triple-double (13pkt, 8as, 7zb), ale strasznie nie podobało mi się jego kierowanie atakiem Bucks. Za dużo chaosu i brak jakiegokolwiek planu potęgowało wrażenie, że dopiero co dołączył do drużyny i nie zdążył jeszcze zapoznać się z zagrywkami. A powinno być wręcz odwrotnie – powinien się powoli zaczynać pakować, bo śmierdzi wymianą, mimo prawie pewnego podpisania extension na dniach.

Świetnie za to spisał się w defensywie Henson, który też po cichu walczył o managea-trois ze zbiórkami i blokami (6 pkt, 7zb i 6bl w 21 minut), jednak zabrakło mu mniej więcej tyle, ile mi do triple-double z Magdą i Kasią Tyszką. Fantastyczne jednak było to, że w świetle nieobecności Zazy, John dostał dodatkowe minuty kosztem niewyraźnego od początku preseason Ilyasovy (dajcie mi jakieś rozsądne propozycje wymiany z udziałem Knighta i Ersana  – tak w ramach beznagrodowego konkursu).

Jeśli pokopiesz nieco w dół statystyk zobaczysz, że na parkiecie pojawił się też Giannis, który dostał zarówno niezłą porcję minut (26) jak i lekką wściekliznę. Do 8 punktów i 6 zbiórek dołożył mało atrakcyjne cztery straty i przez dużą część spotkania biegał bezproduktywnie w każdym możliwym kierunku po parkiecie. Owszem, jak zawsze wniósł przy tym olbrzymią porcję młodzieńczej energii i elektryzował publiczność za każdym razem, jak tylko rozpędzał się z piłką w rękach.  Po hypie z wakacji liczyłem jednak na zdecydowanie więcej i  to od samego początku sezonu, praktycznie nie biorąc nawet pod uwagę tego, że być może on już swój sufit osiągnął…

Parker zaczął od swisha za trzy i 9 punktów w pierwszej kwarcie, a potem przypomniał sobie, że jest tylko nieznanym debiutantem z anonimowego miasta (kryptonim: „What’s Milwaukee?”- dzięki Maciek) i odsunął się w cień chryzantem przy trumnie. Uciułał swoje pierwsze double-double w sezonie (11pkt, 10zb – 5/11 z gry), ale znowu były momenty, gdzie przez kilka posiadań z rzędu nie dostawał podania i był całkiem niewidoczny. Za to w obronie… Johhny Bravo krzyczał oh mama z 14 rzędu, kiedy Parker po mismatchach stał twardo przeciw Noelowi. Wyrasta nam taki drugi defensywny Mbah a Moute-Kobe-stopper, tylko z normalnym nazwiskiem, rzutem i tym wszystkim, co odróżnia dobre piwo od VIPa z Biedronki.

Ucieszył powrót do pierwszej piątki Sandersa (8pkt, 15zb i 5 bl), który był starym dobrym Larrym – świetny na deskach, solidny w obronie i fatalny w ataku (4/12 z gry). Do tego o mało nie przyprawił Kidda o zawał, gdy na 6 minut przed końcem meczu o mało nie nabił sobie statystyk efektownie kelnerując do swojego kosza. Kidd aż osiwiał.

Jestem zadowolony ze zwycięstwa, ale rozczarowany stylem gry. Brakowało nam płynności w grze, nie widziałem żadnego planu w ekstenzywie ofensywie, o czym pisałem już przy okazji Knighta, jednak gdybyśmy tylko grali  drużyną NBA, a nie 76ers, to do przerwy przegrywalibyśmy więcej niż tylko 9 punktami. Czy wspomniałem, że w  drugiej kwarcie mieliśmy 12 strat (przy 18 w całym meczu) i że w przegranej pierwszej połowie zapomnieliśmy, co to jest obrona pod koszem (z 47 punktów Philly, 34 z pomalowanego) ?  Z drugiej strony – czy liczenie na efektowne spotkanie z udziałem tych dwóch drużyn nie zakrawa na lekkie zboczenie? Panie z kotem od alertów meczowych – wal odpowiednią ikonkę w alertach.

 

Reklamy