10659BucksRaptors

Czasami rozmowy o pierwszej w nocy mają większy sens, niż nam się wydaje. Wystarczyło, żebym posłuchał Kamila, a oszczędziłbym sobie wątpliwej przyjemności z oglądania 40-punktowej porażki z Raptors. Kanadyjczycy rozjechali nas z taką brutalnością, że momentami miałem wrażenie, że gramy pod prysznicem, a zawodnicy Bucks celowo rzucają mydła na podłogę.

Zaczęło się źle już na 30 minut przed meczem, gdy na twitterze pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Giannis nie zagra. 20 minut później, zobaczyłem go na ławce w stroju roboczym. W połowie pierwszej kwarty żwawo wszedł na parkiet, ale widać było, że to męczyła go kostka – nie miał swojej agresji, nie wchodził przy każdym posiadaniu, a mimo wszystko w 15 minut zdążył powędrować na linię wolnych najczęściej z drużyny (7 razy). Nie ukrywam, cieszę się bardzo, że Kidd przytrzymał go na ławce w drugiej połowie, bo ten mecz był praktycznie przegrany tuż po pierwszym gwizdku Malloy’a.

Nie będę cię kłamał, że jakoś specjalnie suzkam pozytywów po tym meczu. Może to, że straciliśmy tylko 12 piłek i tylko Knight miał 2, reszta po jednej. Mógł się też podobać Parker, który (o dziwo!) przez cały mecz był aktywny w ataku, wymuszał faule, walił jumpery w obręcz… Parę razy jednak przypomniał, że ma dopiero 19 lat i gubił się jak junior na zasłonach przy bronieniu pick’n’rolli. Tak czy inaczej, był najjaśniejszym punktem w tym czarnym jak brudna stopa Cejrowskiego wieczorze dla Bucks.

Bohaterem spotkania był Ersan, który potężnym wsadem (czytaj „potężnym” z należytym dystansem i poprawką na to, że to, no cóż, Ersan) zmniejszył prowadzenie Raptors do jedynie 48. Podskoczyłem z radości. Zacisnąłem pięść. Pokiwałem z szacunkiem głową.

Źle mi się piszę o Bucks po takim meczu i nawet brakuje mi odpowiednich sarkastycznych komentarzy, żeby opisać to, co widziałem w nocy. Raps zjechali nas z dystansu zdobywając aż 86 ze 114 punktów spoza pomalowanego, tak więc można pochwalić fakt, że nasza obrona pod koszem znowu działała. Ale z drugiej strony, graliśmy przeciwko Toronto, gdzie podkoszowej sile stanowi mój ulubiony Stiemsma czy Pan Urokliwy Rzut Wolny Hayes.

To było jedno z tych spotkań, gdzie przegrywasz deskę o prawie połowę, zdobywasz niemal 50 punktów mniej, niż przeciwnik, trafiasz 37% swoich rzutów i jeszcze wracasz do domu ze świadomością, że za sezon i tak zarobisz parę baniek. A ja straciłem kolejną noc i zamiast się wyspać, przesiedziałem 3/4 nocy patrząc na Bucks z sezonu 2013/14. Bo Bucks wrócili w nocy na tor jadący po TOP5 przyszłorocznego draftu. Oby tylko na jeden mecz.

Zapomnij o porażce – jutro już będziesz w Milwaukee oglądał Gortata męczącego 3/12 z gry.

Bucks @ Raptors 21 – 196

Reklamy