Warriors @ Bucks 108-95

Pierwszy raz jakoś od lutego motywowałem się dzisiaj do tego, żeby obejrzeć mecz Bucks w całości i oczywiście musiałem trafić na zawody w rzucaniu cegłami na odległość. Po pierwszej kwarcie, którą tylko za sprawą skutecznie rzucanych wolnych zakończyliśmy wynikiem 23-24 mimo 24% skuteczności z gry, Kidd przyznał się do zakładanej strategii na spotkanie z Warriors: „Próbowaliśmy czegoś nowego. Chciałem zobaczyć, czy nie trafiając ani jednego rzutu z gry, uda nam się wygrać.”  Dla Bucks wielkim zaskoczeniem była też obrona Warriors, którzy zacieśniali grę pod koszem jak tylko się dało, przez co w rezultacie Zaza czy Ersan momentami podwajani a nawet potrajani. A nie jest tajemnicą, że czasem nawet jeden przeciętny obrońca wystarczy, żeby Ersan miał 0/7 z gry (jak dzisiaj w pierwszej połowie).

Pierwszej połowy nie dało się oglądać bez przymrużania oczu po każdym rzucie MCW (1/6 z gry i 3 straty) oraz Ilyasovy, który po rekordowym dniu konia i 34 punktach, dzisiaj nie trafiał nawet z czystych pozycji. Po 24 minutach cudem przegrywaliśmy tylko 38-48 (na 27% skuteczności, na szczęście Warriors mieli w tym czasie aż 15 strat) i dopiero w trzeciej kwarcie zostaliśmy ostatecznie zmiażdżeni przez 17 punktów Thompsona, który trafiał z każdej pozycji. Ten jego rzut po fake’u i obrocie na 5 minut przed końcem III kwarty. Miód. Zresztą, zobacz sam jeszcze raz:

W czwartej kwarcie próbował nas jeszcze ratować Dudley, ale po dogonieniu Warriors na 11 punktów, Curry w swój charaterystyczny sposób rzucił bez problemów dwie trójki, przez co zakończyliśmy spotkanie mało efektownym anty-runem 7-17.

Z pierwszej piątki Bucks zawiedli wszyscy, oprócz Giannisa, który zagrał na swoim poziomie (12 punktów w 30 minut),. Był jednak skutecznie zatrzymywany przez skuteczną obronę Warriors, którzy praktycznie całkowicie wyłączyli jego grę z kontry.

Szkoda, że wróciłem akurat na to spotkanie, bo skutecznie mnie zniechęciło do oglądania kolejnych. 12-45 z gry w pierwszej połowie to nasz najgorszy wynik w tym sezonie, co tylko pokazuje, że po dwóch ostatnich wygranych (i 6 wcześniejszych porażkach), wcale jeszcze nie wyszliśmy z dołka po przerwie na Weekend Gwiazd. Znowu spadliśmy poniżej .500, a ja coraz bardziej czuję spocony oddech Miami i Bostonu na karku.

Reklamy