Bucks @ Nets  129 – 125

Będzie tak – umawiasz się z nią po raz pierwszy na 18:00 w jakiejkolwiek restauracji. Pijecie piwa. Popijacie wódką. Tańczycie. Potem idziecie na frytki. Kończycie knyszą pod dworcem. Wychodzisz od niej z chaty przed śniadaniem, żeby uniknąć mówienia niezręcznego: „no wiesz… jasne, że zadzwonię…”. Zrobiłeś swoje, życie toczy się dalej.* Są w życiu faceta sytuacje, w których z góry oczekuje pewnych rezultatów i tak właśnie było w meczu z Nets. Oczekiwałem wygranej i mimo tego, że 129-125 nie jest szczytem marzeń, cieszy niezmiernie trzecia wygrana z rzędu i bardzo dobre zakończenie pierwszej części sezonu.

Mecz zaczął się przedziwnie. Lopez zaczął od trzech szybkich trójek, po których za każdym razem piłka lądowała w rękach Giannisa, który chciał skończyć akcję przed ustawieniem obrony Nets. Taka punkt-za-punkt koszykówka utrzymywała się przez całe spotkanie: najpierw było 18-16, ale kwartę zamknęliśmy celnym fade-away’em Middletona wygrywając 39-33. Jak fatalnie wyglądała obrona Nets w pierwszych 12 minutach niech świadczy nasza skuteczność z gry: 71%. CHORE! Do przerwy nie udało się odskoczyć i po celnej dobitce Monroe zeszliśmy do szatni prowadząc 62-60. A ja w głowie słyszałem tylko echo: „de-fence!”. „de-fence!” Czy mówiłem wam kiedyś, jak bardzo nie lubię ofensywnej koszykówki i że jestem retro maniakiem twardej, brzydkiej, brudnej i nieustępliwej gry w obronie? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie teraz, z jakim zafascynowaniem oglądałem ten mecz…

Chłopaki zaimponowali mi w końcówce, bo nie spierniczyli meczu na styku. Od stanu 117-115 Giannis najpierw sam rzucił dwa punkty, a potem znalazł nie krytego pod koszem Monroe i udało się odskoczyć na 4 oczka. Potem Dimwiddie zdobył cztery punkty z rzędu, a kiedy rzut Middletona w kolejnej akcji wyglądał gorzej niż atak Barcy w meczu z PSG, znikąd pojawił się Giannis, który dobitką znowu wyprowadził nas na prowadzenie 125-121. Potem nudne osobiste, spokojnie zamienione na punkty przez Middletona. Brawo, że tym razem udało się to dowieźć do końca!

Kilka uwag.

  • Zacznę od Middletona. Po raz pierwszy od powrotu zagrał 13 z minut z rzędu (w sumie 26) i znowu muszę to powiedzieć – byłem pod wrażeniem tego, w jakiej już jest formie. Momentami jak zabierał się za rozgrywane wyglądał pewniej i lepiej niż Delly. Nie wiem, jakie są jego limity minutowe w tym sezonie, ale patrząc na to, co zrobił z Nets, aż chciałoby się go widzieć w większym wymiarze czasowym.
  • Giannis, po cichym i spokojnym meczu z Detroit, dzisiaj był na istnym wkurw-mode i atakował kosz przy każdej okazji. W sumie oddał 25 rzutów i pewnie gdyby nie dobra noc Middletona, przekroczyłby 30.
  • Beasley jest w formie! I jest, kurwa, głodny. Popatrz na niego w iso – nie ma nawet chwili zawahania w stylu: „podać? rzucić?” Jest tylko rzucić. Ciąg na kosz większy niż Charliego Harpera na dziwki.
  • To było 8 z rzędu zwycięstwo Bucks nad Nets.

W końcu udajemy się na długo oczekiwaną przerwę. Wracamy dopiero 24 lutego w meczu z Utah z Milwaukee, z którymi przegraliśmy 5 z ostatnich 6 spotkań.

*boję się, że mój syn kiedyś trafi na tą stronę i skwituje krótkim: „Tato, ale byłeś żałosną szmatą.”

bucksnets1602

Reklamy