Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że minęło pół roku od ostatniego wpisu. Pół roku, w czasie którego dziesiątki innych obowiązków spychało na dalszy plan tak lubiane przeze mnie ciche wieczory na tarasie, z laptopem na stole i piwem szumiącym w głowie. W pół roku zdążyliśmy przeżyć m.in. jedne z nudniejszych play-offów jakie pamiętam (a oglądam regularnie od 1997 i mniej regularnie na telegazecie od 1993).

Pełen nostalgii i nawet lekkiej niechęci patrzę na to, jak z roku na rok zmienia się sport, który tak bardzo kocham. Jak sukcesywnie, krok po kroku, odchodzi od wszystkich wartości, które w nim tak ceniłem i zamienia się w coraz szybszą, efekciarską i nie-porywającą-dupy-z-siedzenia wersją najlepszego basketa na świecie. Coś jak oglądanie Dwóch i pół bez Charliego Sheena albo zamawianie do domu prostytutki, która zamiast loda zrobi ci zaległe prasowanie. Oglądasz finały, ale potem nawet nie chce ci się zadzwonić do najlepszego kumpla bo wiesz, że oboje nie będziecie mieli nic ciekawego do powiedzenia.

Nadchodzący draft jest dla mnie też wydarzeniem, które wywołuje we mnie totalnie mieszane uczucia. Co roku, z jednej strony czuję tę ekscytację, jak przed długo oczekiwanym koncertem, ale z drugiej budzi się we mnie trochę mój ojciec, który w każdej rozmowie musi nadmienić fakt, że „ten czas szybko leci”. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w noc draftu od 6 lat budzę się w środku nocy, bez budzika i wiem, że co by się nie działo, muszę się zwlec z łóżka i obejrzeć to nudne wydarzenie. Jak losowanie grup do Ligi Mistrzów. Na cholerę mi oglądać dwóch gości bawiących się kulkami? A jednak, jest w tym jakiś tajemniczy magnetyzm, którego nie potrafię wytłumaczyć i od którego nie potrafię się uwolnić.

Czytając od prospektach, śledząc mocki i jarając się perspektywą super młodego teamu w Philly widzę kolejne twarze, które już nie wrócą na parkiet.

Fultz robi kozioł na workoucie – Pierce powoli ściąga buty.

Ball z kamienną twarzą rozdaje kolejną asystę na treningu Lakers, a w tym czasie Duncan patrzy jak rzucony przez niego kamień znudzonymi skokami przemierza spokojną jak zawsze taflę jeziora…

68-letnia dusza 34-letniego, zdziadziałego lenia, domaga się młodej krwi, która wniesie do gry nie tyle powiew świeżości, ale powrót do przeszłości. Czekam na oldschoolowych grajków, którzy niczym jumper z półdystansu Parkera będzie mnie przenosił w czasy lat 90tych, gdzie obrona zatrzymująca przeciwników na 70 punktach nie była niczym dziwnym. Gdzie Pistons dwa razy dostawali się do finałów NBA zatrzymując przeciwników poniżej 100 punktów w 15 z 17 meczach w playoffach. I mimo tego, że w czwartek i piątek pół dnia spędzę na twitterze, oglądaniu NBA TV i słuchaniu wszystkich możliwych podcastów, powoli zaczynam mieć dość ciągłego zawirowania i nieustannego pościgu za oglądalnością, sprzedawalnością i wszystkimi innymi –ościami, które niby będąc efektami naturalnej ewolucji, odsuwają basketa coraz bardziej spod kosza na obwód. I spychając go, niby na pierwszy rzut oka niezauważalnie, na dalszy plan mojej ( i pewnie nie tylko mojej) codziennej hierarchii ważności.

Smętny i nostalgiczny tekst o niczym spowodowany zagorzałą dyskusją z synem na temat niedawno obejrzanego filmu Auta 3. Dyskusją, która po dwóch minutach zakończyła się słowami: „Tak tato, wiem, wszystko przemija… Taaak… Tato rozumiem… Tatusiu wiem….Tato, wiesz co? Ta rozmowa też już przeminęła…”

Ot, taka szybka refleksja.

Chciałbym, żeby ten i kolejne nabory do NBA były katalizatorami zmian, które pewnie znając życie, nigdy nie nadejdą. Szybka i atletyczna koszykówka, bazująca na indywidualnych, ponadprzeciętnych umiejętnościach gwiazd, skupiających swoje talenty w konstelacjach superteamów, nie imploduje nagle, zasysając z ogromną siłą wszystkie te elementy, które tak bardzo działają na moje nerwy.

Mam nieodparte wrażenie, że amerykańska koszykówka zmierza w kierunku dyktowanym przez te gówniane czasy, w jakich żyjemy. Wynik nie jest w dużej mierze determinowany twoim podejściem i ciężką pracą, ale klikalnością i medialnym zasięgiem. Ludziom nie chce się teraz czytać długich, rzeczowych artykułów, słuchać merytorycznych, prawie dwugodzinnych podcastów, ba, sam nawet łapię się na tym, że w sezonie zasadniczym większość meczów oglądam w skróconej, 15-minutowej wersji na League Passie. Jest też to, że zamiast poświęcić godzinę na napisanie tekstu o Bucks, wolę przez godzinę z padem w ręku używać mocy i niszczyć rebeliantów, jednocześnie oglądając film na tablecie i scrollować durne zdjęcia na kretyńskim instagramie.

Koszykówka, będąca od zawsze przedsięwzięciem czysto biznesowym pędzi za trendami wyznaczanymi przez przedsiębiorców i inwestorów, nakręcając z sezonu na sezon spiralę zmian, do których wszyscy musimy się dostosować. Nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z faktem, że czasy dominujących pod koszami big menów już minął. Teraz idąc na orlik i grając z 16-19 latkami dostaję opierdol, że gram brutalnie i nieczysto łokciami pod koszem. Że jak się zastawię, to tak, że prędzej obaj wylądujemy na tartanie, niż pozwolę ci się wyminąć. I że opierdalam z góry na dół gościa, który za każdym razem jak dostaje piłkę, to rzuca cegłę z 10 metra.

Patrzę na mocki nadchodzącego draftu i szukam centrów z PRAWDZIWEGO zdarzenia. Szukam i szukam…

Sorry za przynudzanie. Dzięki za poświęcony czas.

Reklamy