Potwierdzone: Bucks nie oddadzą Brogdona za Bledsoe. Może Parker?

Transfer Bledsoe wisi w powietrzu, a kluby zdają się korzystać z tego, że z dnia na dzień, jego wartość maleje. Na szczęście, szalonych ruchów nie robią też Bucks, bo po tym jak usłyszałem pierwsze informacje, że będziemy w stanie oddać Monroe i Brogdona, mocno się podłamałem (uroki bycia kibicem Bucks – dla tych, którzy dopiero niedawno wskoczyli na bandwagon – pamiętajcie, że w Milwaukee nigdy nie może być tak dobrze, żeby nie dało się tego spier**lić jedną nieprzemyślaną decyzją.)

Dlatego uspokoiłem się po przeczytaniu, że Bucks owszem, są zainteresowani pozyskaniem Bledsoe, ale w grę nie wchodzi Brogdon. Możliwa jest wymiana z udziałem któregoś z wysokich (Monroe, kontrakt Hensona jest chyba niestety nie do opylenia – nikt z Knicks się jeszcze nie zgłosił) i w zasadzie wszystkich oprócz Giannisa, Middletona, Makera, Brogdona i Snella.

Nadal widziałbym Erica w MKE, ale jak już pisałem dwa dni temu, jako wchodzącego z ławki, napędzającego rezerwy zmiennika i na pewno nie kosztem pozbycia się kogoś z głównego składu. Dzisiaj słuchałem interesującego podcastu Lock On Bucks, gdzie padła propozycja oddania spadającego kontraktu Parkera. Biorąc pod uwagę wszystkie jego wady (kontuzje, obrona) i zalety (ofensywny sufit bez granic), byłbyś w stanie zaryzykować oddanie Jabariego? W przypadku ewentualnego transferu, Bledsoe zostałby w Bucks pewnie przez dwa lata do końca kontraktu, ale czy w tym czasie byłby w stanie dać nam więcej, niż Jabari w następnych 4-5 sezonach?

Wraz z zakończeniem sezonu przed Bucks ważna decyzja związania z nową umową Parkera. Uwielbiam chłopaka, ale jednak coraz bardziej skłaniam się ku temu, żeby zapomnieć o jego niesamowitym potencjale i skupić się na tym, co tu i teraz. Obawiam się tego, co mieliśmy już wcześniej z Michaelem Reddem, który mimo tego, że kolana miał w lepszym stanie niż Jabari, kosztował nas niesamowicie dużo. Zapchany cap za siedzenie na ławce w garniturze. Absolutnie nie uważam, żeby Bledsoe był wart tyle, co zdrowy Jabari i jestem też w 100% przekonany, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodzi się przygarnąć kontuzjowanego zawodnika po dwóch ACL i w dodatku z wygasającym kontraktem (ewentualnie, żeby zwolnić sobie nieco cap space za rok).

Ale, czysto hipotetycznie, jako GM Bucks, gdybyś dostał propozycję Bledsoe za Parkera + różnica w kasie – brałbyś?

 

Recap: Bucks przegrywają z Celtics 89-96.

Pierwszą rzeczą jaką robię po usłyszeniu budzika w środku nocy jest doznanie szoku po tym, jak światło z telefonu mnie na moment oślepia. Potem jest moment, który zawsze rano pamiętam jak przez mgłę, gdy nie wiem jakim cudem udaje mi się wstać z łóżka i zapalić światło w pokoju. Chwilowy ból głowy powoduje, że jeszcze bardziej mrużę oczy. Dalej lecę z automatu – jedna ręka sięga po pilota i włącza telewizor, druga uruchamia konsolę. W między czasie spacer do kuchni po zimną wodę z lodówki, na pełne rozbudzenie się. Wracam, odpadam League Passa i nagle nie chce się spać. Dzisiaj w nocy, gdy po raz pierwszy, przepraszam za wyrażenie, jebła mnie jaskrawa żółć świeżo położonego parkietu, myślałem, że oślepnę. Co innego oglądać to na laptopie/tablecie, a co innego włączyć w środku nocy na dużym telewizorze.

Wyglądało to pięknie, musisz przyznać. Retro w najlepszym tego słowa znaczeniu – moja bujna wyobraźnia nie raz w ciągu meczu zabierała mnie na wędrówkę do 1968 i w przerwach googlałem zdjęcia USA z tamtej epoki. Fajnie mieli.

 

 

 

Parkiet zdał egzamin i wyglądał fenomenalnie, szkoda tylko, że Kozły przypomniały przy okazji nasze porażki z Celtami w playoffach latach 80. Z resztą, obie drużyny zagrały tak, jakby się bały, że ładną grą przyćmią lśnienie parkietu-legendy. Pierwsza połowa była wręcz depresyjna (44-43) i gdyby nie kilka kontr, czy wsadów (nawet tych nieudanych – vide Giannis na koniec pierwszej kwarty!!!) można by ją przemilczeć.

Trochę zaczęło się rozjaśniać w trzeciej kwarcie, kiedy Bucks wyszli na spokojne (i chwilowe) prowadzenie, ale nie było to spowodowane nagłym przypływem geniuszu któregoś z naszych zawodników, a raczej z krótkotrwałego zaćmienia Celtów. Goście szybko się ogarnęli i w czwartej kwarcie mogliśmy równie dobrze położyć się na parkiecie i podziwiać grę ceni w Mecce. Z Cavs pogrążyła nas seria 9-0 Korvera i jego trzech trójek z rzędu, teraz oberwało nam się serią 9-0 zespołowo grających Celtics. Wystarczyła chwila grania podaniami i nasza obrona całkowicie się posypała – przerażające było też to, jak łatwo daliśmy się mijać na pierwszym kroku, co otwierało masę sytuacji na łatwe punkty dla gości.

Zabrzmi to strasznie, ale pomimo otarcia się o triple-double (28/10/7), Giannis zagrał najgorszy mecz w tym sezonie. Duża w tym zasługa Horforda, który znalazł na moment receptę, jak nieco ograniczyć szaleństwa Antka w ataku. Al jest wystarczająco silny, żeby nie dać się od razu przepchać, a do tego ma na tyle dobrą pracę nóg, że nie dał się z łatwością mijać. Wymusiło to od Giannisa lekką korektę gry: tylko 14 punktów z pomalowanego (w tym 7 po kontrze), więcej rozgrywania i rzutów z dystansu. W ostatniej minucie meczu, cała NBA wciągnęła mocno powietrze i otworzyła usta z niedowierzaniem, bo Giannis najpierw pewnie trafił trójkę. I w kolejnej akcji ponownie. Back-to-back trójki Giannisa prawie zamieniły się we threepeat, ale niestety rzut po zatrzymaniu nie znalazł drogi do kosza.

Brogdon jest naszą pewną, drugą opcją i w kolejnym meczu pokazał, że w tym sezonie nie będzie zawodził. Gdyby nasi najbardziej doświadczeni gracze: Middleton i Moose stanęli na wysokości zadania i zagrali taki mecz, do jakiego mnie przyzwyczaili rok temu, bylibyśmy naprawdę mocną drużyną. Teraz jednak mieliśmy kolejny popis naszego dynamicznego uno bez większego wsparcia z ławki.

Przegraliśmy ten mecz na deskach. Henson i  Thon byli non factorem w zbiórkach, momentami popełniali podstawowe błędy przy zastawianiu, stąd 6 ofensywnych zbiórek Celtów i wygrana deski 47-37. Nie możemy dopuszczać do sytuacji, w których Brown i Smart skaczą między naszych trzech obrońców i albo zbijają piłkę, albo (o zgrozo), zabierają ją sprzed twarzy naszych wysokich.

Szkoda przegranej, szczególnie że był to mecz podwyższonego podniecenia ze względu na powrót do Mekki. Porażka jednak nie boli tak bardzo, jak styl, a ten dzisiaj pozostawił wiele do życzenia.

Ciekawostka:

  • Giannis jest pierwszym zawodnikiem w historii NBA, który po pierwszych pięciu meczach sezonu notuje średnio 35 pkt, 10 zbiórek i 5 asyst.

Nie łamiemy się, wyciągamy wnioski i gramy dalej. W niedzielę widzimy się o 20:30 na meczu z Hawks!

Zapowiedź: W MECCE wszystko się zaczęło. O 2:00 wielkie wydarzenie!

Jeśli traktujesz zwykły mecz na początku sezonu jakby to był Game 7 finałów, tylko dlatego, że jest rozgrywany w Mecce, to witaj w klubie. MECCA (akronim od Milwaukee Exposition, Convention Center and Arena) była domem Bucks w latach 1968-88 i to tu wszystko się zaczęło:

  1. 16.10.1968 – zagraliśmy tu pierwszy mecz w historii (przegrany 84-89 z Bulls), a na trybunach zasiadło 8467 fanów.
  2. 18.10.1969 – zadebiutował to Kareem, zdobył 29 punktów, zebrał 12 piłek i rozdał 6 asyst w wygranym 119-100 meczu z Pistons.
  3. 10.01.1971 – zniszczyliśmy Baltimore Bullets 151-99, a Gus Johnson w czwartej kwarcie popisał się monster dunkiem, który rozwalił tablicę. Mecz został opóźniony o 30 minut, bo trzeba było przywieźć nowy kosz.
  4. 21.04.1971 – W pierwszym meczu finałów wygraliśmy 98-88 z Baltimore (Kareem 31 punktów, 13/16 z gry).
  5. 9.01.1972 – Przerwaliśmy serię 33 wygranych Lakers pokonując ich 120-104. Jabbar (39 punktów i 20 zbiórek) zniszczył Chamberlaina (15 punktów)
  6. 16.12.1977 – Wygraliśmy z knicks 152-150 po trzech dogrywkach, w jednym z dłuższych meczów w historii Bucks.
  7. 2.05.1983 – Zmietliśmy Celtów 4-0 w playoffach – dla drużyny z Bostonu była to pierwsza w historii sytuacja, w której nie wygrali ani jednego meczu w serii.
  8. 6.05.1988 – ostatni mecz w Mecce – w czwartym meczu z Atlantą wygraliśmy 105-99 i jeszcze na jeden mecz seria wróciła do Atlanty. Tam jednak zakończyliśmy sezon, a od nowego graliśmy już w świeżo wybudowanej Bradley Center.

Dzisiaj o 2:00 ponownie spotkamy się z Celtami, których pokonaliśmy w pierwszym meczu sezonu 108-100. W racji na to, że obchodzimy w tym roku 50 lecie powstania klubu, mecz w MECCE, gdzie wszystko się zaczęło, będzie traktowany szczególnie. Giannis już zapowiedział, że „będzie starał się robić to, co robił Kareem. Zdobywać punkty.”

Dobra wiadomość: w pierwszej piątce raczej na pewno wyjdzie już Brogdon, po którym nie widać już śladu po lekkiej kontuzji kostki.

Jeśli masz chwilę, wczuj się w klimat tamtych lat. Obejrzyj poniższy mecz i na moment przenieś się do roku 1987 na czwarty mecz finału konferencji z Bostonem.

Widzimy się o 2:00 na meczu!

Bucks – Hornets 104 : 93 (3-1) Wymęczone zwycięstwo.

Meczów jak ten będzie niestety w tym sezonie dużo. Słaba pierwsza kwarta, pod koniec której przegrywaliśmy już nawet 15-25, ratujący nam tyłek buzzerami Teletović (5/9 za trzy, drugi najwyższy OffRtg pod Snellu – 115,7), potem mecz punkt za punkt (14 razy zmieniało się prowadzenie, 11 razy mieliśmy remis), aż w końcu w ostatnich 2 minutach Bucks odjechali na bezpieczny dystans. Najpierw blokiem do deski popisał się Middleton, z kontry dwa punkty zdobył Giannis. W kolejnej akcji Middleton trafił za trzy na +5, a pod koniec kolejny prawie-clutch blok zaliczył Giannis, który, tak na marginesie, tym razem trafiał wolne pod presją. Kiedy zobaczyłem, że w pierwszym składzie nie ma Brogdona, na moment przyszło mi do głowy: „leci do Phoenix”. Na szczęście chwilę potem padła informacja, że nie wiadomo kiedy nabawił się kontuzji (kostka). Póki co nie ma informacji, kiedy wróci do gry.

Antek zrobił swoje – dominował w kontrze, był nie do zatrzymania po eurostepach, bronił jak zawsze, ale do 32 punktów, 14 zbiórek i 6 asyst dołożył też 6 strat (13 Bucks). Nie zmienia to faktu, że udało mu się pobić dwa rekordy:

  1. Żaden zawodnik w historii NBA nie zdobył w pierwszych czterech meczach 147 punktów, 43 zbiórek i 21 asyst,
  2. Stał się pierwszym po Kareemie (1975) zawodnikiem Kozłów, który zdobył +32 punkty w pierwszych czterech meczach sezonu.

Najprawdopodobniej też będzie to jego czwarty mecz z rzędu, kiedy ląduje w akcjach TOP10 dnia – tym razem gościnnie zapozował do plakatu Franka Kaminskiego:

Khris dalej ma problemy, że grać na poziomie jakiego wszyscy od niego oczekują. Dzisiaj zdobył co prawda 20 punktów, popisał się fantastycznym blokiem o deskę w ostatnich minutach, ale znowu trafił tylko jedną z pięciu trójek i skończył mecz z eFG% 44,7. Na szczęście, ta jedyna trójka wpadła na 45 sekund przed końcem meczu i dała nam pięć punktów przewagi. Giannis po meczu powiedział:

„Don’t worry about Khris. He’s the last person you need to worry about…we know he’s always gonna be there for us. He’s going to get out. Next game, he could hit 7 of them.”

Formą z ławki imponuje Teletović, który trafia jak na zawołanie i jest pewnym wzmocnieniem przez około 20 minut (dzisiaj 15 punktów i 5 zbiórek).

Dobrze, że Bucks są w stanie od początku sezonu wygrywać mecze na styku i zamykać końcówki na swoją korzyść. Mieliśmy dużo szczęścia, bo na dobrą sprawę Hornets przegrali ten mecz przez osobiste. Trafili tylko 21 z 36 (53%) przy naszych 14 na 16 (87%). Wynik mógł być zupełnie inny, gdyby Dwight nie skończył meczu na poziomie Dwighta: 0/9 z wolnych, ale też 22 zbiórki (8 w ataku, o 3 więcej niż Bucks) i 4 bloki.

Statystyka meczu: Johnny O’Bryant rzucił w tym spotkaniu więcej punktów (14) niż w 100 meczach w barwach Bucks (12). BRAWO!

Nie pozostaje nic innego jak cieszyć się z bilansu 3-1 i szykować powoli do drugiego w tym sezonie meczu z Celtami.

 

Zapowiedź Hornets @ Bucks, propozycja wymiany z Phx.

Nie ma odpoczynku – w nocy o 2:00 podejmujemy Hornets, którzy przyjadą do nas z nastawieniem przerwania serii dwóch porażek z rzędu w Milwaukee. Nastawiałem się już po cichu na pojedynek Giannisa z MKG, ale właśnie przeczytałem, że nie jest jeszcze gotowy do gry po dwutygodniowej przerwie jaką dostał po śmierci babci. Nie zobaczymy też pewnie Zellera, który opuścił piątkowy mecz z Atlantą, w związku z czym jako zmiennik Howarda pojawi się Johnny O’Bryant.

Bucks będą musieli znaleźć odpowiedź na szalejącego Kembę Walkera oraz przeżywającego czternastą młodość Howarda (średnio 15 pkt i 15 zb na mecz). Z kolei Hornets, żeby myśleć o zwycięstwie, powinni znaleźć sposób na maksymalne ograniczenie wszystkich, którzy nie mają na imię Giannis. To się powoli robi zasadą w tym sezonie – totalna dominacja Antka na początku sezonu pozwala łatwiej obierać taktykę na mecze. Pozwól Giannisowi się wyszaleć, ale zrób wszystko, żeby nikt poza nim nie wyszedł z 15 punktów.

„Gram z nastawieniem, że nie mam nic do stracenia. Będę atakował. Będę rozgrywał. Będę miał straty. Będę pudłował. Czasem rzucę airballa. Ale będę robił wszystko, żeby nasza drużyna wygrywała. Nie mam nic do stracenia.” – mówi Giannis.


Z innych spraw – wczoraj wieczorem nieco rozrywki dostarczył swoim „I dont wanna be here” twittem Eric Bledsoe. Od razu pojawiła się w głowie wizja, jak fajnie byłoby go przywitać w MKE. Pozbywając się przy tym dwóch zawodników, których tak bardzo nie widzę w Bucks. Koszykarscy bogowie – do dzieła!

 

Recap Blazers @ Bucks 110-113: Giannis unreal.

Czasami mecz kończy się nie po jego myśli i w te dni Giannis się nie przebiera i nie bierze prysznica po meczu, tylko biegnie prosto do swojego wynajmowanego Forda Escalade. Pakuje się do środka i na pełnej kur*ie jedzie do seminarium katolickiego w St. Francis, gdzie księża się modlą, a od 1986 Bucks trenują w Cousins Center. To tam Giannis przechodzi metamorfozę. W samotności daje upust swojej złości, wyniszczając się do ostatniej kropli potu do pierwszej nocy, czasem do trzeciej. Rzuca. Biega. Skacze. Krzyczy. „Jestem taki zły, że gdybym pojechał prosto do domu bałbym się, że ta złość mi nigdy nie przejdzie. W taki sposób odreagowuję.” – powiedział kiedyś Giannis.

Dzisiaj byliśmy świadkami, jak Bruce Banner zamienił się w Hulka. Obejrzyj mecz od stanu 108-101 dla Milwaukee, kiedy nagle, w przeciągu trzech minut, widzimy starych, dobrych Bucks, którzy wypuszczają pewną wygraną z rąk w ostatnich minutach. Kluczowy moment – Giannis nie trafia dwóch osobistych, które wyprowadziłyby nas na jedno punktowe prowadzenie przy mniej niż minucie meczu. Osobistych, do których doprowadził przechwytem, po którym nie mogłem odzobaczyć Jordana kradnącego piłkę od Malone’a w ostatnim finałowym meczu z Jazz. Blazers biorą czas, siada na ławce i widzisz, jak go roznosi. Szuka nerwowo jakiegoś krzesła, którym mógłby rzucić. Karku, który mógłby skręcić. Wojna jaka rozdziera jego serce i powoduje, że zaciska do krwi usta, przejmuje kontrolę nad jego ciałem. Przestaje być sobą. Zmienia się.

Potem wchodzi na boisko i zapomina o tym, co stało się kilkanaście sekund temu. Czysta karta. W jego oczach widzisz, że rozgląda się po hali, ale nie widzi kibiców. Nie słyszy ogłuszających gwizdów i oklasków, które wspierają Kozłów w tych ostatnich sekundach, kiedy piłkę z boku wyprowadzają gracze Blazers. Widzi swojego zmarłego niedawno tatę, który patrzy na niego z góry i wspiera go w tych trudnych minutach jego kariery. Zaciska pięści, staje na środku i kontynuuje wykonanie swojej misji. Przegrywamy jednym, nieco 40 sekund do końca. Czas staje w miejscu.

I wtedy Giannis wklepuje kody. Spowalnia grę do 20%, a sobie podkręca umiejętności do 120%. Kiedy przechwytuje piłkę i biegnie na kosz między trzema zawodnikami Portland ja siedzę już na brzegu łóżka i drę się jak szalony w środku nocy „dawaj k**aa!! DAWAAAAAJ” Wybija się i pewnie kończy wsadem z dwóch rąk. Biegnie przez połowę boiska i robi jeden kozioł. FREAK! I ta mina jaką widzisz potem, ta pewność siebie i sportowa złość, która wręcz kipi z niego każdym kawałkiem skóry. Jakby z kropelką potu wypływała z niego dawka czystej energii, mogącej zasilić start rakiety SpaceX. Prowadzimy 111-110, gdy na 6 sekund przed końcem Nurkić staje do pojedynku nad obręczą z Giannisem. Ponownie czuję jak czas spowalnia po to, żeby Antek mógł wymierzyć w powietrzu idealny moment zablokowania tego rzutu. Gdy jego olbrzymi dłoń zbija piłkę z dala od kosza słyszysz eksplozję. Rozsadza ci głowę od środka. Wyskakujesz w powietrze, budzisz sąsiadów i zaciskasz pięść w geście triumfu, jakbyś to ty właśnie przekroczył kolejną barierę zajebistości. Bo z Giannisem tak jest – możesz podziwiać jego wsady i mecze, ale przede wszystkim, wspierając tego chłopaka w lidze od dawna, łączysz się z nim emocjonalnie na nieznanym dotąd poziomie.

Nie potrafię jeszcze nic więcej napisać.

Jeśli szukasz meczu, żeby uwierzyć w Bucks, nie szukaj dalej. Młodzi i niedojrzali, ale czy potrafią wejść na wyższy poziom w zaciętych końcówkach? Chyba właśnie do udowodnili.

Jeśli jeszcze nie wierzysz, że Giannis to w tym roku kandydat do MVP – nie… szukaj… dalej!

To był dla niego szczególny mecz. 44 punkty i rekord kariery. Do tego game winning steal-dunk-block. Wszystko naraz. Po meczu Giannis zabrał ze sobą piłkę do szatni. Przytulił ją i ścisnął mocno, tak jak ty to robisz za każdym razem, jak po dłuższej przerwie wychodzisz na boisko albo na salę. Tylko, że Antek pożyczył czarny marker i napisał na niej: „To dla tatusia. Wygraliśmy dzisiaj, a ja rzuciłem 44 punkty.” I położył ją w swojej szafce, żeby czekała na niego aż po wywiadach będzie mógł ją zabrać do domu i powiedział dziennikarzom: „Idę pod prysznic. Nie ruszajcie mojej piłki.” Po wywiadach wsiądzie w auto i znowu zamknie się sam w pokoju, gdzie pewnie opuszczą go emocje. Wciągnie mocno powietrze, wypuści głośno i trzymając piłkę w rękach usiądzie w fotelu. Nie przejmuj się Giannis, czasami dobrze sobie popłakać.

Postaram się więcej napisać, jak emocje opadną. Po takiej końcówce i taki emocjonalnym roller-coasterze, nie da się trzeźwo myśleć w środku nocy.


Update bez emocji 18:47

Giannis jest fantastyczny, ale nie wygralibyśmy tego meczu, gdyby reszta ekipy w końcu nie stanęła na wysokości zadania.

  1. DeAndre Liggins  – za nic w świecie nie spodziewałem się go dzisiaj zobaczyć w tym meczu. Do tego tak szybko. W ataku był tragiczny, pierwszy kontakt z piłką zakończył się stratą, potem nie trafił trójki z czystej pozycji, a mimo wszystko zakończył mecz +10, głównie dzięki fantastycznej obronie. Pierwszym plusem tego, że wszedł na boisko było to, że Delly dostał tylko 18 minut i nie grał w końcu jako SG obok Brogdona. Drugim, jego energia i nieustępliwość w obronie były niewiarygodne jak na początek sezonu.
  2. John Henson – wiesz jakie mam zdanie na jego temat. Ale dzisiaj się zamknę i nie powiem nic złośliwego. Chłopak był wszędzie. Pisałem dzisiaj na twitterze o tym, jak fantastycznie zachowywał się na wysokich zasłonach dla McColluma i Lillarda – przekazania były tak płynne, że ręce same składały się do oklasków. W ataku nie jest i nie będzie tak atletyczny jak Maker, ale walczył o każdą wolną piłkę i parę razy udało się zbić na obwód i ponowić akcję. No i, uwaga, trafił jumpera prawie z narożnika.
  3. Mirza Teletović – przez moment rozpalił się tak, że bałem się że usiądzie na środku boiska, rozłoży nogi i będzie czekał na pierwszy lepszy wjazd, kogokolwiek. Nie narzucał wiele, ale te dwie trójki w kolejnych akcjach dały nam chwilowe momentum i pozwoliły rzucić się do odrabiania punktów.
  4. Khris Middleton – nie wiem czemu, ale co raz częściej zaczyna pomagać przy zasłonach i ucieka do krycia centrów. Wczoraj kilka razy kończył twarzą w twarz z Lovem, dzisiaj z Nurkiciem. Zazwyczaj kończy się łatwą stratą punktów. Ważne jednak, że zebrał się w sobie jeśli chodzi o ofensywę – zdobył pierwszy 8 z 14 punktów Bucks, skończył na 18, które może nie są szczytem marzeń, ale na szczęście, na Blazers wystarczyło. Znowu jednak nie trafił trójki (z Cavs też nie szalał) i zaczynam się zastanawiać, skąd ta nagła niemoc z dystansu (chociaż jak znam życie i tak pewnie skończy sezon w granicach 40%).
  5. Czy Brogdon może być jeszcze lepszy? Nawet jeśli motorycznie nie zaskoczy niczym nowym i będzie sukcesywnie dodawał tylko trójki, jego basketball IQ jest absurdalnie wysokie. Do tego dochodzi wrodzona umiejętność przeglądu pola i coś, czym cholernie mi imponuje w dotychczasowych meczach – zdolność do zwalniania tempa akcji. Chłopak ma łeb na karku i myśli na boisku jak mało kto.
  6. Tony Snell – nikomu póki co nie ufam tak bardzo, jeśli chodzi o rzuty za trzy, jak jemu. Każda jego trójka zdaje się rozbudzać na trybunach takie emocje, jakby to był co najmniej rzut w ostatnich sekundach, który jeszcze daje cień nadziei na wygraną. Jego trójki nie są nudne, mimo, że wyraz twarzy Snella zawsze jest wolny od jakichkolwiek emocji.
  7. W drugiej minucie trzeciej kwarty Giannis miał 23 punkty (9/10 z gry), 3 zbiórki, 2 asysty i 2 przechwyty. I wtedy zaczął się nudzić.

Zapowiedź: zatrzymać backcourt Blazers

Bucks zaczynają sezon w dziwny sposób – nocnym meczem z Cavs rozpoczęliśmy serię czterech meczów u siebie z rzędu, dzisiaj o 2:30 w nocy podejmiemy Blazers, następnie spotkamy się z Hornets i ponownie z Celtami. Najważniejsze jest to, żeby przed najbliższym meczem szybko zapomnieć o porażce z Cavs i skupić się na tym, w jaki sposób zatrzymać szalejącą ofensywę Blazers.

Po dwóch meczach, PTB mogą pochwalić się nie tylko świetnym atakiem (średnio 119ppg), ale przede wszystkim wyśmienitą obroną (dają sobie rzucać średnio tylko 86 punktów na 31% skuteczności). Mecz z Cavs pokazał po raz kolejny, jak wielkie problemy mają Kozły z drużynami, które mądrze rozrzucają obronę. Blazers będą kolejnym testem, który pokaże nam na jakim jesteśmy etapie w defensywie jeśli chodzi o zatrzymywanie trafiającego za trzy backcourtu. Kluczem będzie maksymalne spowolnienie duetu Lillard-McCollum oraz znalezienie sposobu na Aminu, który po cichu odwala masę czarnej roboty – od zbiórek i obrony zaczynając, na trójkach z narożników kończąc. Tak, znienawidzonych przez nas trójkach z narożników.

Żeby Bucks mogli myśleć o wygranej, do gry musi stawić się ktoś inny niż tylko Giannis. Brogdon nie będzie miał łatwego zadania z Lillardem, dlatego wyjątkowo dużo zależy od dyspozycji Middletona, który w ostatnim spotkaniu z Blazers w marcu (wygranym przez Bucks 93-90, miał 26 punktów). Przydałoby się też trochę więcej akcji, w których nie gramy Giannis kontra pięć par butów – bo póki Antek gra na takim poziomie, że nikt nie jest w stanie go zatrzymać.

Bucks wygrali wszystkie mecze z Blazers w zeszłym sezonie, dodatkowo drużyna z Portland nie wygrała w Milwaukee od listopada 2013 roku. Nie zmienia to faktu, że przed Kozłami kolejne trudne spotkanie. Pamiętajcie też, że dla obu drużyn będzie to back-to-back.

Dla podkręcenia atmosfery, pamiętasz jeszcze ten game-winning blok Hensona?

Słyszymy się zaraz po meczu!

#FearTheDeer

Recap Cavs @ Bucks 116-97. Jeszcze nie ten poziom.

Bucks nie dali rady wytrzymać dłużej niż trzy kwarty w meczu z Cavs. Nie mogę nawet powiedzieć, że zaczęliśmy dobrze, a potem opadliśmy z sił, bo mimo grania u siebie, ani razu nie mieliśmy komfortu psychicznego. Ostatnie prowadzenie 7-2 straciliśmy już po pierwszych minutach, a potem było bolesne trzymanie wyniku w granicach +3 dla Cavs. Zabawa skończyła się w połowie trzeciej kwarty, gdy na nasze trzy z rzędu nieudane akcje w ataku, trzema trójkami odpowiedział Korver. Z -2 zrobiło się -11, które bardzo szybko urosło nawet do -15. Sam Giannis nie wystarczył do pokonania głównych faworytów wschodu i mimo olbrzymiego apetytu na sukces, mecz otwarcia skończył się blowoutem 97-116.

Nie można jednak oczekiwać wygranej, kiedy dwóch zawodników zdobywa połowę punktów i nie ma żadnego wsparcia ze strony pozostałych graczy. Giannis (34/8/8) i Brogdon (16) zdobyli 50 punktów (21/34 z gry, 62%), w czasie gdy reszta Kozłów ledwo uzbierała 47 pkt (17/48 z gry, 35%). Giannis zdominował drugie spotkanie z rzędu (chociaż w czwartej kwarcie dostał fantastyczną lekcję pokory od LeBrona, który najpierw zablokował go o deskę w akcji 1-na-1, a potem z czystej pozycji, po koźle trafił trójkę), ale szkoda, że był jednym z dwóch zawodników, którzy pojawili się na meczu w pełni gotowości.

W przerwie meczu, w szatni Bucks, na wielkiej, białej tablicy przywitał ich napis: „Czy gramy wystarczająco twardo? NIE!!!”. I to była jedna z głównych przyczyn. Takiej drużynie jak Cavs nie można zostawiać tak dużo wolnego miejsca i pozwalać na rzuty z czystych pozycji. Mimo tego, że nasz atak opierał się głównie na Giannisie i Malcolmie, byliśmy tylko o 4 pkt na 100 posiadań gorsi, niż w wygranym meczu z Celtami. Za to defensywa, DefRtg 124,6 dzisiaj vs 100,6 w Bostonie, była jednym wielkim nieporozumieniem. Nie sprawdzałem jeszcze w oficjalnych statystykach, ale wg moich notatek Cavs trafili 28 z 39 rzutów z pomalowanego. 72% skuteczności. Gryzło w oczy jak trzy razy Middleton, kryjący Love’a na obwodzie, dał się minąć na pierwszym kroku, co skończyło się łatwymi punktami spod kosza.

Z dobrych rzeczy, naprawdę pracujemy nad obroną trójek z narożników, które rok temu były naszą największą bolączką (dzisiaj Cavs tylko 1/6 z rogów). Żeby jednak nie było tak słodko, sami znowu wróciliśmy do grania trójkami (11/35 – 31%), co nie wyglądało dobrze.Sam Giannis nie wystarczy do tego, żeby mieć wyniki – Middleton będzie musiał wrócić do rzucania 15-20 punktów na mecz, Moose nie może schodzić z 12/7, a rezerwowi muszą robić coś więcej niż tylko uśmiechać się na ławce. Śmiałem się przez łzy patrząc na głębię Bucks w porównaniu do Cavs.

Po meczu Giannis powiedział: „LeBron James jest najlepszym zawodnikiem. Nie jestem jeszcze na tym poziomie.” Jeszcze…

Garść statystyk:

  • Giannis miałby 6 asyst więcej, gdyby jego koledzy lepiej trafiali za trzy.
  • Cavs oddali 27 rzutów spod kosza – wszystkie były kontestowane. Mimo to, trafili 22 z nich (81%)
  • Giannis trafił 92% kontestowanych rzutów (13 na 14) i tylko 2 na 8 z rzutów z czystej pozycji (25%).
  • Cavs trafiali z pomalowanego z 72% skutecznością (28/39).

Przed Bucks teraz szybkie podsumowanie meczu i błyskawiczne wyciąganie wniosków, bo już kolejnej nocy gramy z Blazers, którzy zniszczą nas trójkami jak będziemy bronić tak, jak z Cavs.  Dzięki za uwagę – wracam do spania.

Rozmowa przed meczem: „Tylko cud pomoże Milwaukee”

Przed naszym dzisiejszym meczem z Cavs udało mi się wymienić parę zdań z Konradem Jaśkiewiczem – redaktorem cavs.pl.  Zapraszam do lektury.

Mam wrażenie, że podczas tegorocznego offseason w Cavs, ktoś odpalił NBA 2k18, włączył losowe wybieranie graczy i kliknął „szukaj”. Czy uważasz, że z obecną grupą wspierającą LeBrona, Cavs będą w stanie zdominować wschód i spokojnie awansować do finału?

Konrad Jaśkiewicz: Był taki żart, że LeBron wybierze losowe 14 osób i doprowadzi je do Finału NBA i ciężko znaleźć argument przeciwko temu. Wschód będzie konferencją LeBrona jeszcze przez kilka lat, o ile nie przeniesie się do drugiej części NBA. Mam nadzieję oczywiście, że do tego nie dojdzie. Cavs są murowanym kandydatem na finalistę, a odpływ talentu m.in. Paul George czy Melo Anthony tylko może nas w tym przekonaniu utwierdzić.

2. Z podstawowej piątki w poprzednim sezonie zostali tylko James i Love. Czego oczekujesz od nowych twarzy w Cavs: Crowdera, Rose’a, Wade’a no i od nowego roku – Thomasa?

U każdego chciałbym zobaczyć coś innego. Crowder to specjalista od obrony, jeden z najlepszych obrońców LeBrona i liczę, że poprowadzi tę formację do lepszej gry. Wade i Rose to przede wszystkim doświadczenie i wybitne indywidualności w przeszłości. Chciałbym, żeby Derrick miał momenty, w których nawiąże do swojej świetnej formy z czasów, gdy został MVP ligi. Na koniec Thomas. Wiadomo, każdy by życzył sobie tego, co robił w ubiegłym roku w Bostonie gdy był All-Starem. Nie wiadomo jednak jak będzie wyglądała jego gra po kontuzji, więc póki co z oceną się wstrzymam.

3. Rok temu podczas waszej wizyty w Milwaukee, ktoś z Bucks powiedział, że na mecze z Cavs przygotowują się specjalnie. LeBron skomentował to następująco: „ …powinni być profesjonalistami i przygotowywać się do meczu z każdym przeciwnikiem w taki sam sposób.” Od tego momentu, spinka w Bucks jest jeszcze większa. Myślisz, że dla dopiero próbujących coś znaczyć w NBA Kozłów, mecze z drużynami kalibru Cavs powinny być traktowane z dodatkową motywacją?

Na każdy mecz powinni być skoncentrowani w 100%. Jednak gdy przyjeżdżają Cavs, Warriors czy Rockets, to wiadomo, że wtedy trzeba wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności i dać z siebie jeszcze więcej. Mecze z takimi drużynami dają bezcenne doświadczenie, które zaprocentuje później, podczas drogi na szczyt.

4. Pojedynek LeBrona z Giannisem jest już rozdmuchiwany w mediach i przyznam się szczerze, że sam nie mogę się już doczekać ich pierwszego starcia. Na jaki inny pojedynek będziesz jednak zwracał szczególną uwagę dzisiaj w nocy?

Ciekaw jestem co pokaże Wasz drugoroczniak, zwycięzca nagrody dla najlepszego debiutanta w poprzednim sezonie, Malcolm Brogdon. Jego głównym rywalem będzie zapewne Derrick Rose, ale także Dwayne Wade czy Jose Calderon. Zobaczymy jak „żółtodziób” poradzi sobie ze starymi wyjadaczami.

5. LeBron po zakończeniu kariery będzie pewnie tuż za albo minimalnie przed Jordanem w głosach na GOATa. Durant niedawno powiedział, że Giannis ma szansę stać się jednym z lepszych zawodników w historii. Jaki wróżysz sezon Antkowi?

Jeśli tylko kolana, o których głośno było podczas offseason nie będą mu dokuczać, to z całą pewności będzie to kolejny bardzo dobry sezon Giannisa. Udowodni ogromny potencjał jaki tkwi w tym wciąż bardzo młodym, bo 22-letnim graczu. Jeśli mam się bawić we wróżkę, to stawiam na kolejny sezon, w którym potwierdzi swoje miejsce wśród, moim zdaniem, już top-10 zawodników NBA.


6. To wciąż konferencja LeBrona i dopóki gra w Cavs, zawsze będziecie faworytem do nr 1 na wschodzie. Czy uważasz, że odejście Irvinga do Celtów jest jednocześnie świetnym alibi dla Jamesa do opuszczenia Cleveland po tym sezonie?

Jeśli mamy mówić o jakimś alibi dla LeBrona, to wywalczył on je już w 2016 roku, gdy spełnił obietnice daną Cleveland. Odejście Irvinga powinno jedynie zmotywować LeBrona do dalszej pracy. O ile w ogóle da się go jeszcze bardziej nakręcić.


7. Najmocniejsze i najsłabsze strony Cavs przed dzisiejszy pojedynkiem to… ?

Najsłabsze strony Cavs to z całą pewnością obrona na obwodzie. Ani Rose ani Wade za czasów swojej świetności nie byli dobrymi defensorami, tym bardziej teraz się to nie zmieniło. Za podsumowanie tego niech posłuży fakt, że to JR Smith jest najlepszym obwodowym obrońcą w drużynie… Kolejnym mankamentem jest brak zgrania. Jak zauważyłeś wcześniej, skład Cavs został mocno zmieniony przed obecnym sezonem i chłopaki muszą się jeszcze „dotrzeć”. Nie muszą się śpieszyć, mają na to czas do czerwca.
Co do zalet, czy może być ważniejsza, niż najlepszy zawodnik NBA w składzie?


8. Co Cavs muszą zrobić, żeby wywieźć z Milwaukee wygraną?

Zmieniłbym to pytanie na „co powinni zrobić Bucks, aby zatrzymać zwycięstwo w Wisconsin”. To Cavaliers są faworytem i jeśli zagrają na swoim poziomie to tylko cud, czyli chyba genialny występ Giannisa, może pomóc Milwaukee.

Dzięki za rozmowę i miłego oglądania w nocy!

Zapowiedź Cavs @ Bucks. To nie będzie zwykły mecz.

Rok 1992

Hej hej, tu NBA. Pamiętam jak przez mgłę oglądanie razem z ojcem pojedynków Jordana z Birdem. Nie potrafiłem jeszcze wtedy usiedzieć na tyłku w jednym miejscu i patrzeć z zainteresowaniem w telewizor, ale już wtedy kopiowałem zagrania zauważone w TV w meczach z samym sobą, rozgrywanymi jak byłem sam na chacie i nikt nie zwracał mi uwagi, że rzucam rykoszetami o lampę do mini kosza zawieszonego na ścianie koło gorącego pieca kaflowego. A potem mogłem się chwalić nowymi sztuczkami, kiedy po powrocie z kościoła po komunii, zanim zasiedliśmy do stołu, porwałem tatę i chrzestnego, przebraliśmy się i poszliśmy na kosza pod domem.

Rok 1997

Moment, w którym świadomie zacząłem oglądać wyniki NBA na telegazecie i śledzić to, co się dało na chyba jeszcze na TVNie i DSFie (nawet sobie sprawiłem tuner TV do komputera, żeby można było łapać TVN od siebie z pokoju – to były czasy). Ale kojarzę 1997 głównie ze względu na pojedynki Bryanta z Jordanem, które rozgrzewały mnie do czerwoności. Będąca na szczycie gwiazda, kontra pracowity i niesamowicie utalentowany młodzieniec, który miał go zastąpić. Meczów w TV może nie było za wiele, ale czekało się z utęsknieniem na chociaż 15 sekundowe akcje w wiadomościach lub na śnieżącą powtórkę na niemieckich stacjach. I tak, kolejna zmiana pokoleniowa powoli stawała się faktem.

Rok 2003

Kolejne sezony zlewały się jak zawsze w jeden, do momentu klasy 2003, z LeBronem na czele. Nie minęło wiele czasu, aż zacząłem czekać na kolejny duel, który był wydarzeniem samym w sobie. Każdy mecz James kontra Bryant był świętem i pojedynkiem, który czasem oglądałem kilkukrotnie. W czasach, gdy Bucks ledwo wchodzili do playoffów i odpadali w pierwszej rundzie, pojedynki Kobego z LeBronem pozwalałby mi utrzymać wiarę w NBA (na samym oglądaniu Bucks w tamtych czasach długo bym pewnie nie pociągnął). Takie ustabilizowanie trwało długo, bo nie jakoś nie potrafiłem osobiście podchodzić do kolejnych debiutantów, którzy mieli zmienić ligę w następnym dziesięcioleciu. Indywidualnie, liczyli się tylko Kobe i LeBron.

Teraz

Teraz, mimo tego, że to LeBron wciąż jest królem i nic nie zapowiada jego szybkiego zejścia z tronu, pojawia się Giannis, który elektryzuje całą swoją osobą do tego stopnia, że dzisiejszy mecz o 1:00 będzie szczególny. Będziesz widział pojedynek dwóch wybryków natury, którzy za każdym razem jak są w posiadaniu piłki mają potencjał na zrobienie czegoś legendarnego. Duel Giannisa, który jeszcze nie jest u szczytu swojej formy, z LeBronem, który mimo fantastycznej formy najlepsze lata ma już za sobą, jest dla fana Bucks wydarzeniem szczególnym. Od 15 lat jak kibicuję ten drużynie, nie było nigdy sytuacji, w której jeden zawodnik znaczyłby tak wiele nie tylko dla drużyny z Milwaukee, ale i był w pierwszej piątce (świat jeszcze nie jest na to gotowy) dziesiątce najlepszych zawodników w lidze.

Dlatego dla mnie mecz z Cavs, walka LeBrona z Antkiem, jest jak pierwszy pick-up game na boisku, gdy woła cię do siebie, jako pierwszy wybór, o 7 lat starszy dzielnicowy wymiatacz. Czekasz na ten moment latami, a gdy nagle przychodzi, okazuje się, że kur*a faktycznie warto było tyle czekać.

Jest to jeden z tych meczów, przy których już na początku sezonu, drukując sobie terminarz i wieszając go na rodzinnym kalendarzu w kuchni, zaznaczasz na czerwono wielką gwiazdkę (która u mnie w domu oznacza mniej więcej tyle, co „tak, zawiozę małego rano do przedszkola, ale po pracy, ni chu*a, będzie godzinna drzemka”).

Czekaj na ten mecz, a potem chłoń go wszystkimi zmysłami.

Więcej i już bardziej rzeczowo, a mniej osobiście, napiszę o meczu za parę godzin.

Póki co, udanego popołudnia.

Recap: Dominacja Giannisa w czwartej kwarcie. Boston zdobyty 108-100. (1-0)

Jeśli chociaż przez moment zastanawiałeś się, jak silny będzie w tym sezonie Giannis, to mam nadzieję, że pierwszy mecz rozwiał twoje wątpliwości. Nie dość, że zdobywając 37 punktów (w ty aż 24 z pomalowanego) zrównał się na drugim miejscu z Michaelem Reddem pod względem największej liczny punktów zdobytych w meczu otwarcie Bucks (rekord: 41 pkt należy do Kareema. Do przyszłego roku), to jeszcze w trzeciej kwarcie zmusił Arona Baynesa do zakończenia kariery i otwarcia własnego zakładu fryzjerskiego.

Totalna dominacja Giannisa w czwartej kwarcie: 16 punktów (5/7 z gry), 3 zbiórki, 2 asysty i 2 przechwyty. Celtowie – 20 punktów (8/25 z gry).  Usg% Antka w tym meczu: 39,6% – najwyżej w karierze. Komentarz Brada Stevensa po meczu, który powiedział, że patrzyliśmy dzisiaj na prawdziwego kandydata do nagrody MVP wystarcza za wszystkie moje moje słowa.

Bałem się po pierwszej połowie, mimo że schodziliśmy do szatni prowadząc 58-53, bo 40 z tych punktów zdobyło trio: Giannis, Malcolm i Khris. Middleton wyglądał zdrowo i zagrał typowy dla siebie mecz: spokojnie i bez polotu uciułał nie wiadomo kiedy 19 punktów (eFG: 54,7%), miał najwyższy w drużynie Ast% – 22,2% i lekko flirtował z triple-double z 6 asystami i 9 zbiórkami. Byłem bardzo ciekawy pojedynku Brogdona z Irvingiem i nie zawiodłem się. Malcolm pokazał, że jest w stanie grać przeciwko najlepszym w tej lidze, zakończył mecz z 19 punktami (TS% prawie 81%!), ale co najważniejsze ograniczył Irvinga do 32% eFG (17 punktów na 9/25 z gry) i tylko 3 asysty w 39 minut.

Bucks mieli też dwóch cichych bohaterów. Pierwszym z nich był Delly, który w 26 minut dał naprawdę dobra zmianę (8 punktów, 50% za trzy) i do tego pod koniec meczu trafił ważną trójkę dającą nam siedmiopunktowe prowadzenie na kilkanaście sekund przed końcem. Drugim z mini herosów był Henson:  nabił 4 bloki, ale też kontestował (sorry za WMichałowizm) 11 rzutów, miał najlepszy w drużynie DefRtg 89,6 i mimo jedynie 17 minut spędzonych na parkiecie – trzecie PIE w Bucks: 15,6 (Giannis 26,3, Monroe 17,6).

Cieszy mnie też to, że zobaczyliśmy dzisiaj Bucksm, którzy wchodzą pod kosz, a nie rzucają trójki jak szaleni (średnio 30 na mecz w zeszłym sezonie – tylko 21 prób w tym meczu). W drugiej strony jednak, naszą dużą bolączką w obronie są trójki z rogów – Celtowie dzisiaj oddali ich aż 8 z 28 wszystkich prób – trafili na szczęście tylko 3.

Jeśli jeszcze nie widziałeś meczu, to łap skrót.

Jeszcze na deser, pomeczowa wypowiedź Giannisa:

 

 

Dzięki za uwagę – słyszymy się na następnym meczu z Cavs: 21.10 o 1:00

#FearTheDeer!

Zapowiedź: jedziemy do Bostonu!

Przed nami pierwsze w tym sezonie nastawienie budzika na 1:30. Pełen energii zerwiesz się z łóżka, odpalisz komputer, podłączysz HDMI pod telewizor, nalejesz szklankę lodowatej wody mineralnej, weźmiesz w ręce swój ulubiony notes meczowy i odpłyniesz. Bucks jadą do Bostonu, z którymi być może spotkają się w półfinałach konferencji. Nie wybiegając jednak aż tak daleko w przyszłość, przygotujmy się na dzisiejsze spotkanie.

Co Bucks muszą zrobić, żeby wygrać?

  1. Bronimy obwodu i trójek. Rok temu obrona daleko od kosza była naszą największą bolączką – pozwalaliśmy przeciwnikom na oddawanie aż 28 trójek na mecz. Tegoroczny Boston to jednak nie ta sama drużyna, która mogłaby postraszyć nas z obwodu. Dodatkowo w przypadku odpadnięcia z gry Haywarda, stracili nieszczęśliwie kolejne ogniwo. Naszą największą bolączką jest obrona trójek z narożników i trzeba będzie wyjątkowo mocno skupić się na tym elemencie.

Co Celtowie muszą zrobić, żeby wygrać?

  1. Ograniczyć Giannisa? Zatrzymać Giannisa? Spowolnić Giannisa? Nie wiem za bardzo, na co można liczyć, bo w tej chwili nie widzę żadnego zawodnika w barwach C’s, którzy mogliby ograniczyć Antka. Celtowie powinni starać się zacieśniać środek pola i spychać Giannisa jak najbardziej na obwód. Boston pewnie dopasuje się do smallballu Bucks i dużo czasu dostaną: Horford, Irving, Brown, Tatum plus wchodzący z ławki Baynes, którzy przy dobrze zorganizowanej obronie są w stanie złamać naszą ofensywę.

Na kogo zwracamy uwagę?

Pojedynek Irvinga z Brogdonem. Ciekawi mnie, na ile (i czy w ogóle) Malcolm będzie w stanie ograniczyć indywidualne popisy strzeleckie Kyriego.

Wynik?

Straszna szkoda, że Celtowie stracili Haywarda i nie wyjdą w pełnym składzie. Bucks na pewno będą bardziej wypoczęci, ale z racji na to, że jest to pierwszy mecz, na pewno też bardziej zardzewiali po wakacjach. Oczekiwania wobec Kozłów są w tym sezonie ogromne (po cichu liczymy nawet na finały konferencji) i nie ma innego wyjścia jak rozpocząć sezon od wyjazdowej statement wygranej.

+5 dla Bucks.

Jedziemy!

5-na-4: Podsumowanie rankingu Bucks.pl

Przed nami długo wyczekiwane rozpoczęcie sezonu, który dla Kozłów ma być szczególny. Strasznie boję się tego napompowanego balonu oczekiwań, bo wiem, że im większe oczekiwania, tym bardziej bolesne będzie rozczarowanie na koniec sezonu. Dlatego, żeby jeszcze na moment nacieszyć się ciszą i spokojem jaki niesie ze sobą preseason, wróćmy na moment do podsumowania naszego rankingu bucks.pl

#1 Giannis Antetokounmpo
#2 Khris Middleton
#3 Malcolm Brogdon
#4 Thon Maker
#5 Tony Snell
#6 Greg Monroe
#7 Jabari Parker
#8 DJ Wilson
#9 Jason Terry
#10 Sterling Brown
#11 Matthew Dellavedova
#12 Mirza Teletovic
#13 Rashad Vaughn
#14 Gary Payton II
#15 John Henson

Krótka wymiana myśli na twitterze z Maćkiem, Adamem, Michałem i Piotrem:

1. Twoja pierwsza reakcja po przeczytaniu rankingu?

Maciej Kwiatkowki (szostygracz.pl): Jeżeli jest to ranking tego jak dobrzy będą zawodnicy, to debiutanci są klasycznie przecenieni – ale to „klasyczne”. Chce się, żeby DJ Wilson (zwłaszcza on) i Brown byli od razu dobrzy, ale Delly to dobry gracz, Teletović solidny. Jeżeli Wilson i Brown osiągną ten poziom, Bucks wygrają 50 meczów. Czy ktoś jeszcze lubi Hensona?!

Adam Szczepański (szostygracz.pl): Jeśli 40-letni Jason Terry jest na 9. miejscu z głębią Bucks musi być źle.

Michał Górny (mvpmagazyn.pl) : Brak Thona Makera w pierwszej trójce, heh. A tak poważnie to może trochę boleć ostatnia, piętnasta pozycja Johna Hensona. No ale to już zasługa samego zainteresowanego, który miał szybciej się rozwijać niż ma to miejsce. Poza sezonem 2013/14 Henson niczym specjalnym się nie wyróżnił. A szkoda!

Piotr Zarychta  (zkrainynba.com): Trochę zaskoczenie. Nie spodziewałem się aż tak niskiej oceny Johna Hensona. Dziwi mnie aż tak niska pozycja Jabariego Parkera i Matthew Dellavedovy. Osobiście nieco wyżej bym ich poustawiał, ale w sumie ranking nie jest taki zły. W przypadku Delly’ego, gdyby się dowiedział, to pewnie podziałałoby na niego mobilizująco.

2. Kto został niedoceniony? Kto zdecydowanie za wysoko?

Maciej Kwiatkowki (szostygracz.pl): Rozumiem, że Jabari Parker spadł z #3 na #7 bo nie zagra do lutego. Jak pisałem wyżej – Delly i „Telly” są niedocenieni. W żadnym wypadku Jason Terry nie powinien być przed nimi. Myślę, że Monroe jest lepszym graczem, niż Snell nawet w tej NBA obecnie. Zobaczymy co Snell pokaże po otrzymaniu kontraktu.

Adam Szczepański (szostygracz.pl): Delly powinien się obrazić, że znalazł się za Terrym.

Michał Górny (mvpmagazyn.pl) : Można się kłócić o pozycję Parkera, który ze względów zdrowotnych zbyt wiele nie pokazał. Lub też inaczej mówiąc, nie miał szansy pokazać zbyt wiele. Poza tym bez większych zaskoczeń.

Piotr Zarychta  (zkrainynba.com): Zdecydowanie za nisko jest Delly. Dla mnie taki dobry duch drużyny To czym zawsze się wyróżniał to zaangażowanie i tym nadrabiał i do dzisiaj nadrabia swoje braki fizyczne. Parker to dla mnie gracz numer 2 w Bucks. Oczywiście problemem w jego przypadku jest zdrowie. Ale bez niego to jest drużyna na maks drugą rundę. Z nim zdrowym potencjał jest na walkę z Cleveland Cavaliers.

3. Kto w przyszłym sezonie zrobi największy skok?

Maciej Kwiatkowki (szostygracz.pl): Thon Maker. Mam wątpliwości, ale coraz mniejsze. Broni obręczy, rzuca za trzy i ma ten wewnętrzny „drive” – nie potrzeba nic więcej. Jego „upside” może nie być na poziomie All-Star, ale jeżeli sięgnie poziomu Middletona i Parkera, Bucks będą w znakomitej sytuacji na przyszłość.

Adam Szczepański (szostygracz.pl): To musi być Thon Maker. Powinien wyjść z tej roli startera na kilka minut i stać się zawodnikiem, który rzeczywiście zacznie regularnie robił różnicę na parkiecie.

Michał Górny (mvpmagazyn.pl) : Nie chcę być monotematyczny, ale stawiałbym tutaj na Antka. W przypadku tego typu zawodników progres z sezonu na sezon przychodzi coraz trudniej, bo wyżej jest postawiona poprzeczka.

Piotr Zarychta  (zkrainynba.com): Bardzo bym chciał, żeby to był Thon Maker, ale obawiam się, że tak nie będzie. Jego skok przewiduję na sezon 2018/19. Teraz mam wrażenie, że sporo może podskoczyć Gary Payton II. Trochę w tym sentymentu zarówno pod kątem jego ojca, jak i defensywnego stylu gry. Ale mam wrażenie, że już teraz może zniwelować rolę Jasona Terry’ego do maskotki na ławce.

4. Giannis MVP, Bucks 50 wygranych i półfinał wschodu. Zgadzasz się?

Maciej Kwiatkowki (szostygracz.pl): Nie, nie, tak. Myślę, że Bucks zrobią półfinał Wschodu, bo pokazali w serii z Toronto jak defensywnie niewygodnym rywalem mogą być. Bucks nadchodzą. Muszą się najpierw tylko w okolicach lutego zebrać do kupy. Do tego czasu problem Kidda, startującego centra, niejasności z pozycjami PF/C mogą być tematem.

Adam Szczepański (szostygracz.pl): Bardzo stawiam na świetny sezon Giannisa, na to, że będzie w top-3 wyścigu po MVP i że pociągnie Bucks, ale nie aż na 50 zwycięstw. Druga runda playoffów jak najbardziej wydaje się w ich zasięgu.

Michał Górny (mvpmagazyn.pl) : Chciałbym. Jednak nie wierzę w spełnienie wszystkich punktów. Giannis będzie brany pod uwagę w dyskusji o tytuł najbardziej wartościowego gracza w NBA, Bucks wygrają 40-45 spotkań. Natomiast półfinał Wschodu? To chyba najbardziej realny cel dla „Kozłów” i kto wie, czy gdzieś tam w play-offs będziemy mówić „Ej oni są w stanie wygrać tę serię”.

Piotr Zarychta  (zkrainynba.com): Jest na to potencjał. Giannis przy braku Parkera może wykręcać cyferki zbliżone do triple-double. Jeśli chodzi o zwycięstwa, to Bucks mogą dojechać do 50 wygranych, chociaż z mojego punktu widzenia nieważne ile meczów wygrasz, a jak daleko dojedziesz w playoffs. I właśnie tu kluczowe będzie na kogo trafią Bucks. Muszą mieć jak najwyższe miejsce, żeby trafić na jak najłatwiejszego rywala. Miejsce poniżej czwartego może oznaczać granie z Celtics, Wizards, Cavs albo Raptors. A tu wcale nie muszą być faworytami.

Dzięki za czas i odpowiedzi, chłopaki! W między czasie ranking nam się trochę zdezaktualizował. Z Bucks pożegnał się już GPII przez co zostaliśmy teraz z 14 zawodnikami w składzie (kontraktu nie dostali też testowani Green, Anthony i Rush). Henson się cieszy, awansował o jedno oczko do góry – na jego obronę, w meczach preseason pokazał trzykrotnie świetne zagranie, które mogłoby mu uratować tyłek – wyjście po za słonie na wysokość osobistych, dostaje piłkę i odgrywa automatycznie na skrzydło do czającego się Snella/Middletona. Nic więcej. Ale nawet taka drobna rzecz jak szybkie rozrzucenie akcji byłoby wystarczające, żeby stał się choć trochę wartościowym zawodnikiem Kozłów.

Preseason: Bucks @ Bulls 101 – 114 (0-3)

Przegapiłem mecz z Indianą, ale miałem wtedy akurat apogeum spotkań i pożegnalnych imprez z gośćmi na targach. Za to w piątek i w sobotę był czas wielkiego odsypiania straconego tygodnia i trzech z rzędu nocy z dwoma godzinami snu. Dobrze wrócić na chatę.

Wczoraj wieczorem, już na spokojnie i bez żadnego pośpiechu, siedząc na wygodnym krześle i popijając bezalkoholowego Bitburgera (<– cudowny), obejrzałem debiut Giannisa w tym sezonie, w meczu z trafiającymi wszystko Bulls (do przerwy 13/21 za trzy, w meczu 17/34). Po pierwszej kwarcie, zakończonej buzzerem za trzy Giannisa (14pkt w 8 minut) przegrywaliśmy jeszcze tylko 24-27, ale już na koniec trzeciej Bulls odskoczyli na 77-89. Ostatnią odsłonę zaczęliśmy bardzo eksperymentalną piątką Marshall-Vaughn-Brown-Wilson-Anthony, które niestety nie była w stanie odrobić strat. W rezultacie mecz zakończyliśmy trzecią z rzędu porażką w preseason, tym razem 101-114

Najważniejsze rzeczy, które rzuciły się w oczy:

  1. Powrót Giannisa wystarczył, żeby ten nieciekawy mecz był warty twojego czasu. Agresywny jakby to był siódmy mecz finałów, walczący o każdą piłkę, lawirujący między obrońcami, robiący te swoje pokraczne/cudowne eurostepy i dominujący w każdej sytuacji. Ta pullup trójka z pełnego biegu w ostatniej sekundzie pierwszej kwarcie dała mi więcej radości niż wsad oburącz z mini pompką między dwoma obrońcami. Po strasznej tragedii jaka go ostatnio spotkała, można powiedzieć jedno – Giannis wrócił.
  2. Obrona Bucks była przerażająca, ale oddaję to temu, że mamy dopiero październik i może motywacja była nie taka jak trzeba. Ale nie wiem, jak wytłumaczyć to, że połowa wszystkich rzutów Byków to były trójki, które daliśmy im trafić z 50% skutecznością. Pobili nas prostymi, szybkimi podaniami na obwodzie, potrafili bez problemu minąć obrońcę i przy kontestowanych rzutach odrzucali do wolnego strzelca na trójce. Plejada zawodników, którzy nie do końca znają jeszcze nas system przekazań w obronie była głównym powodem tego, że gubiliśmy się na zasłonach i nie mieliśmy odpowiedniej komunikacji. Trzeba jednak oddać Bykom to, że Hoiberg wykonał kawał dobrej roboty w nauczeniu swoich chłopaków spacingu.
  3. Kidd bawił się rotacjami jak Durant zmienianiem kont na twitterze. Nie przyniosło do dobrego rezultatu nawet z mizernymi Bulls, ale oprócz zobaczenia (być może po raz pierwszy i ostatni w tym sezonie) piątki Marshall-Vaughn-Brown-Wilson-Anthony, mogłem na moment podziwiać defensywę w wykonaniu Hensona-Giannisa-Middletona-Brogdona i Snella. Powiem wam, że petarda.
  4. Długie skarpetki, opaska na głowie. The Jet is back. Wszedł na kilka sekund, dostał piłkę, podał kozłem do ścinającego Monroe, ten znalazł w rogu Snella – buuum, trójka.
  5. W drugiej kwarcie poszukaj jeszcze raz akcji w której Giannis zbiera się do ataku przeciw Denzelowi Valentinowi. Popatrz na pełne strachu spojrzenie Jeriana Granta, który nie wiedział, czy ma pomagać koledze w obronie, czy zostawić go na w nie-do-wygrania sytuacji 1-na-1. Wybrał pierwszą opcję, zapomniał o Brogdonie w rogu, w rezultacie Giannis zaliczył asystę a nasz Prezydent – łatwą trójkę z czystej pozycji. Giannis All-Star.
  6. Trochę czasu dostał Marshall, ale co z tego, że trafił trójkę, skoro kompletnie nie radził sobie w obronie z objeżdżającym go Krisem Dunnem.
  7. Sterling Brown chyba w końcu przestaje się stresować przed meczami, bo dzisiaj oprócz walenia cegieł za trzy (jedną trafił!) pozwolił sobie na spektakularny wjazd pod kosz i wsad w tłoku.
  8. Joel Anthony wygrał akcję meczu. Czwarta kwarta. Kończy się czas na naszą akcję. Spojrzenie na zegar – „mam czas”. Post-up na Portisie. Bump. Bump. Wygrywamy trochę parkietu. Zwód w jedną stronę. Piłka w lewej ręcej. Hak nad obrońcą, z pomalowanego. „Pięknie leci” – myślisz.
    „A chuj tam, będzie airball.” – odpowiadają koszykarscy bogowie, którzy zatrzymują piłkę w połowie lotu.
    Buzzer-beating-airball spod kosza. Kocham zawsze i wszędzie!
  9. Naprawdę fantastycznie się ogląda Middletona, który dynamicznie mija na pierwszym kroku i kończy akcję z góry. Obu tylko kolano wytrzymało do końca sezonu i będzie dobrze.

Kolejny mecz dopiero w piątek (13.10) o 2:30, w Detroit.

Ranking bucks.pl: #1 Giannis Antetokounmpo

Nie mogło być inaczej. 22-letni Giannis, twarz Milwaukee, główna postać z hasła „Own the Future” jest naszym numerem jeden. Nie mogło być inaczej, Antek był rok temu liderem Bucks w punktach, zbiórkach, asystach, blokach i przechwytach i patrząc na to, jaki postęp zrobić w ciągu roku, aż strach sobie wyobrazić co będzie, jak osiągnie swój szczyt.

Wstyd i samostrzał w pysk za to, co napisałem o Giannisie zaraz po tym, jak został wybrany w drafcie. Był ciepły, czerwcowy poranek roku pańskiego 2013, a ja byłem wtedy najwyraźniej mocno pijany:

Nie chcę pisać złych słów na temat zawodnika, który spędził większość swojej kariery w 2 lidze Greckiej. Mam nadzieję, że okaże się wybrykiem natury i za kilka lat jego talent eksploduje. Obawiam się jednak, że będzie kolejnym prospektem wziętym z nieznanych zakątków Europy, na którego będziemy narzekać. Póki co, to wszystko to wróżenie z fusów wielkich jak jego dłoń. (…) Pozostaje nam tylko śledzić jego rozwój i trzymać kciuki, żeby rozwinął się na kogoś pokroju Batuma, czy Sefoloshy.

Nie przejmuj się, pisz bluzgi. Zasłużyłem na nie. Żeby dolać jeszcze trochę oliwy do ognia, dwa tygodnie później pojechałem nad morze i opalając tyłek na gorących piaskach w Międzyzdrojach, jednym okiem oglądałem EURO-20 z udziałek Antka. Też musiałem być nawalony, bo tekst zamknąłem akapitem:

Ogólnie po tych pięciu meczach mogę powiedzieć, że dalej jest cholernie surowy i nie widzę go w NBA szybciej niż za 2-3 lata (minimum), ale powoli zaczynam widzieć jakiś zalążek tego, co widzi w nim Hammond. Dzisiaj kolejny mecz Greków. Jakbyście nie mieli co robić, zachęcam do obejrzenia chociaż jednej kwarty z udziałem Bo. Warto mieć na niego oko.

Wniosek z tego jeden – skautem NBA nigdy nie będę. Nie mniej już w październiku, tego samego roku 2013, pojawił się tekst Jima Owczarskiego, w którym pisał m.in.:

Hammond pamięta doskonale trzy dni jakie spędził na hali, mogącej pomieścić góra 500 osób. Na jednej tablicy nie było obręczy, a tablice nie miały sprężyn. Okna były popękane. Drewniane deski od kaloryferów robiły za półki na siłowni.

Rodzinie Giannisa (który jest jednym z sześciorga dzieci) nie było łatwo. Uciekli do Grecji w poszukiwaniu lepszego życia, ale nawet tam było ciężko. 20 lat żyli nielegalnie, bez żadnych dokumentów. Masz dzieci i codziennie musisz żyć ze świadomością, że chodzisz do pracy na czarno. W każdej chwili policja może cię zatrzymać i wysłać z powrotem do domu (rodzice Giannisa uciekli z Nigerii). Rodzina Antetokoumbpo otrzymała obywatelstwo dopiero 9 maja tego roku.

Dla mnie (Giannisa) moi rodzice są moimi bohaterami.

Gdyby Giannis był Einsteinem, albo naukowcem, dalej nie otrzymałby obywatelstwa, bo w Grecji jest 100000 dzieci z tym samym problemem. Ale ponieważ koszykówka jest tu sportem narodowym, łatwiej było mu przejść przez formalne trudności. Niestety, dla pozostałych 100000 dzieciaków, problem obywatelstwa dalej pozostaje nierozwiązany.

Grecy bezustannie winili kolorowych imigrantów jako główną przyczynę problemów ekonomicznych w kraju. Do tego stopnia, że nawet jak Giannis otrzymał obywatelstwo i mógł reprezentować kraj w meczach międzynarodowych, niektórzy ludzie bali się go dotykać. W meczach nie mogli go twardo kryć, bo NIE MOGLI go dotykać!

Giannis, który skończy 19 lat 16 grudnia, gra w koszykówkę dopiero od 5 lat.

Larry Sanders przyznaje, że Giannis ma olbrzymi potencjał, którego nie da się nauczyć – rozmiar, zasięg i szybkość. Ma wszystko, czego potrzebuje zawodnik, żeby stać się wielkim. I co najważniejsze, chłonie wszystko jak gąbka.

Jego dziadek, ojciec oraz starszy brat byli zawodowymi piłkarzami i Giannis chciał iść w ich ślady. „Zawsze chciałem być najlepszy w tym, co robię. Skupiałem się tylko na tej jednej rzeczy. Chcę grać w piłkę. Będę wielką gwiazdą piłkarską. OK, nie udało się. W takim razie koszykówka. Będę wielką gwiazdą koszykówki. Od pierwszego dnia był to mój główny cel. Muszę być najlepszy w tym, co robię. Każdego dnia.

Moje podejście do życia nigdy się nie zmieni. Ostatnio poszedłem oglądać mieszkanie i było za drogie. Ponieważ spędziłeś całe swoje życie w biedzie, liczysz się z każdym groszem. Teraz, nawet jak mam pieniądze, nie chcę wydawać zbyt dużo kiedy coś jest za drogie.

Rok później, Antek zaczął się powoli przyzwyczajać do realiów panujących w prawdziwym świecie, ubrany jedynie w cienką wiatrówkę i krótkie spodenki biegał na trening bo nie było go stać na taksówkę, po tym, jak zablokował sobie kartę kredytową przez pomyłkę przelewając rodzicom wszystkie swoje pieniądze. Do tego, robił jeszcze masę innych uroczych rzeczy:

Gdy tylko zobaczył, że 50% jego wynagrodzenia idzie na podatki zapytał się mnie, czy znam jakiś sposób, żeby ich nie płacić. – Zaza Pachulia

Giannis po każdym wspólnym posiłku z drużyną zabierał do swojego domu sześć, czasem i więcej opanowań z resztkami. Starał się oszczędzać pieniądze na wszystkim – ciastkach, napojach, ciepłych posiłkach. – Brandon Knight

Kiedyś popełniłem wielki błąd i przy Giannisie wyrzuciłem do kosza parę butów. Ostro zainterweniował mówiąc: „Co robisz? To dobre buty!” Po czym wyjął je ze śmietnika i zabrał do domu. – Caron Butler

Zagadka, jaką był Giannis, szybko się rozwiązała i po kilku miesiącach bandwagon Antka urósł do globalnych rozmiarów. W marcu 2016, kiedy Giannis zaliczył jeden z pierwszych spektakularnych miesiąców w swojej karierze, zaczęto go już porównywać do Oscara i Jordana:

W marcu Giannis grał w 9 meczach. Średnio po 37 minut na mecz. W tym czasie rzuca średnio 21,1 punktów, rozdaje 8,8 asyst i zbiera 8,1 zbiórek. Przeczytaj to jeszcze raz. A potem dodaj do tego ledwie 2,8 strat. Gdyby do końca sezonu utrzymał mu się taki stosunek strat do asyst (3,14) mógłby liczyć na miejsce w pierwszej dziesiątce. Wiem, że to tylko jeden wyjątkowy miesiąc, ale żeby pokazać, na jaki poziom może nagle wskoczyć Antek trzeba uświadomić sobie jedno – w ciągu ostatnich 50 lat ŻADEN zawodnik nie miał w całym sezonie średnich na poziomie 21,1/8,8/8. Oscar Robertson zaliczył średnie triple-double w sezonie w roku 1962. Gdybyśmy zmniejszyli wymagania do 21pkt/8zb/8as średnio w sezonie, tylko Chamberlain (1968), Magic (1981) i Jordan (1989) znaleźliby się na liście. Z tego grona, tylko Magic dokonał tego w wieku 21 lat i tylko jemu udało się wykręcać takie numery grając krócej niż 40 minut.

Reszta, jest już historią, która tworzy się na naszych oczach. Giannis, będąc liderem swojej drużyny we wszystkich pięciu najważniejszych statystykach, dołączył do grona jedynie 5 zawodników w historii NBA, którym się to udało: Dave Cowens (Galeria Sław 1991), Scottie Pippen (GS ’10), Kevin Garnett (niedługo w GS) i LeBron James (niedługo GS). Do tego, w poprzednim sezonie został pierwszym zawodnikiem w historii ligi, który zmieścił się w TOP20 zdobytych punktów, zbiórek, asyst, bloków i przechwytów.

Co musi zrobić, żeby zdobyć w nadchodzącym sezonie MVP?

  1. Bucks muszą przeskoczyć w tabeli albo Wizards, albo Celtow i zakończyć regular season w TOP3.
  2. Musi poprawić swoja 27% skuteczność w trójkach, co zmusi obrońców do poważniejszego traktowania go na obwodzie. Im mniejszy będzie dystans między nim a obrońcą, tym łatwiej będzie mu mijać na pierwszym kroku i wbijać pod kosz.

W związku z tym, czego oczekiwać po Antku w tym sezonie? Tego, aby w końcu wybrany z numerem 15 w drafcie nieznany gość z Grecji, który wkrótce stał się superstarem i popisał maksa, poprowadził zawsze średnią i przeciętną drużynę Kozłów do finałów konferencji, zdobywając przy tym nagrodę MVP sezonu zasadniczego.

Grubo? Grubo. Ale czas na to, aby hasło „Own the Future” zamienić w „The Future is Now”.

 

Błyskawiczny recap: przegrywamy z Mavs 104-106

Być na targach narzędziowych w Sosnowcu (gdybyś był w okolicy i chciał pomachać, to śmiało) i ogarniać mecze ma swoje plusy – jak mecz zaczyna się o 2:30, a impreza dopiero się zaczyna, odpada cały problem ze wstawaniem w środku nocy. Gorzej, że nagle wychodzisz z pokoju i mówisz dobranoc, bo Bucks zaczynają preseason. Niestety, mecz zaczęliśmy od porażki 104-106 pomimo szaleńczego pościgu w czwartej kwarcie, w której odrobiliśmy dwucyfrową stratę i o mały włos nie zakończyliśmy tego meczu w pełni niezasłużonym zwycięstwem.

Tak bardzo błyskawicznie dzisiaj:

  1. Henson brał przed meczem coś, co bardzo by mi się dzisiaj przydało. Podręcznikowy dzień konia: 13 minut, 11 punktów, 4 zbiórki i 2 asysty. Ale nie podniecajmy się – to dalej tylko John Henson. To samo tyczy się Vaughana, który rzucił 20 punktów z ławki i wyrósłby na bohatera, gdyby tylko trafił game winnera.
  2. W meczu nie zagrał Giannis, który jeszcze nie wrócił do siebie po śmierci ojca i spędza czas z rodziną.
  3. Nie zobaczyliśmy też Makera, który skręcił kostkę i nie będzie grał przez co najmniej tydzień.
  4. Pod nieobecność Antka i Thona, w pierwszej piątce wyszli DJ Wilson i Sterling Brown.
  5. Mecz jak to preseason – dzielenie czasu na wszystkich zawodników, trzy osoby na trybunach.

Warto było wychodzić z imprezowego pokoju, żeby zaliczyć pierwszy mecz w sezonie?

WARTO!

Ranking bucks.pl: #2 Khris Middleton

Przez moment zastanawiałem się, czy nie zrobić dwóch pierwszych miejsc i dać Giannisa jako 1A, a Khrisa 1B. To będzie pierwszy od kontuzji sezon, w których Khris zacznie grać w pełni formy, a to znaczy, że spodziewam się występów na poziomie All-Star. Przede wszystkim jednak liczę na to, że w końcu zobaczymy Middletona, który nie tylko skupia się na post-upowaniu mniejszych obrońców, ale zacznie rzucać trójki na poziomie, do jakiego mnie przyzwyczaił przed kontuzją. Rok temu oddawał tylko 4.2 trójki na mecz, które trafiał ze słabą, 31% skutecznością (przedostatni wynik w 40% karierze).

Dużo pracy w głowie Kidda – to od niego w dużej mierze będzie zależało, w jaki sposób uda nam się wykorzystywać wszystkie możliwości Khrisa, tak aby jednocześnie nie blokować miejsca Giannisowi. Khris ma za zadanie pozostać zdrowym i w pełni wykorzystywać swoją wszechstronność w obronie i ataku. Oprócz tego, że będzie w stanie bronić wszystkich od pozycji 2-4, do jeszcze będzie mógł wspierać Kozły jako rozgrywający. Uwielbiam poza boiskową chemię między Antkiem a Khrisem: grają ze sobą przez 4 lata, doskonale się rozumieją i będą się świetnie uzupełniać na parkiecie.

Pamiętaj tylko, żeby nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań wobec Middletona – bo jak to bywa w przypadku Bucks, kiedy coś idzie zbyt dobrze, szybko musi się spierdolić. I to z olbrzymim hukiem. Żeby nie szukać zbyt daleko przykładów, pamiętasz tę podjarkę przed meczem, w którym miał wrócić Khris? Jaka była radość, gdy dostał zielone światło od sztabu medycznego. Jaka była ekscytacja, jak normalnie biegał na rozgrzewce. I jakie później były łzy, gdy spod kosza nie podnosił się Parker. Jebać tamten mecz. Przed nami nowy sezon.

Ranking bucks.pl: #3 Malcolm Brogdon

Moi drodzy obywatele,

stoję tutaj w pokorze przed zadaniem, które nas czeka. Wdzięczny za zaufanie, którym mnie obdarzyliście, mając w pamięci poświęcenie naszych przodków. Dziękuję prezydentowi Trumpowi za jego posługę na rzecz naszego narodu oraz hojność i chęć współpracy, które okazał w trakcie przekazywania władzy.

Przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych, steal tegorocznego draftu. Wybrany z 36 numerem w drugiej rundzie przez Milwaukee Bucks, Malcolm Brogdon nie jest typem zawodnika, który jest w tej chwili rozchwytywany przez media. Przed pójściem do NBA skończył studia magisterskie na wydziale historii. Nie miał innego wyjścia, bo pomimo tego, że ma już 24 lata, rodzice nie wpuściliby go do domu, gdyby dowiedzieli się, że nie ma wyższego wykształcenia. Takie rodziny, jak państwo Brogdon, są w NBA rzadkością: matka jest profesorem psychologii i dziekanem na wydziale fizyki i matematyki na uniwersytecie Morehouse. Jego tata oraz dwaj bracia, Gino i John, są prawnikami. Nie miałem jeszcze przyjemności przeprowadzić z nim wideokonferencji na Skypie, ale jego agentka Danielle Cantor niejednokrotnie odbierała już telefony od dziennikarzy, którzy po wywiadzie z Malcolmem mówili: „To był mój najlepszy wywiad życiu. On kiedyś zostanie prezydentem!” [1]

Jego przygoda z NBA o mało nie skończyła się jeszcze przed draftem. W sezonie 2011-12 zdecydował się na operację stopy, co spowodowało, że wiele zespołów nie chciało ryzykować i brać go w pierwszej rundzie. I teraz pewnie żałują, patrząc na to, co prezentuje na boisku Malcolm. W NBA pewnie nigdy nie będzie all-starem, ale studiując w Virginii zapracował sobie na najwyższe honory. 20 lutego dostał zaproszenie do John Paul Johes Arena na zastrzeżenie numeru #15. Stanie się tym samym siódmym zawodnikiem w historii tej uczelni, którego koszulka zawiśnie pod sufitem. Swoją uniwersytecką karierę zakończył zdobywając 1809 punktów, ma najlepszą w historii skuteczność z osobistych (88%) oraz szóstą jeśli chodzi o skuteczność za trzy (36%). Dodatkowo, jako jedyny zawodnik, w jednym sezonie zdobył nagrody zarówno dla najlepszego obrońcy jak i najlepszego zawodnika Atlantic Coast Conference. W 2016 został również wybrany do pierwszego składu All-American.

Czterdziestu czterech Amerykanów złożyło już tę przysięgę. Słowa te były wypowiadane w czasach rosnących fal dobrobytu i spokojnych wodach pokoju. Jednak zdarza się, że przysięga ta jest składana w czasach gromadzących się chmur i szalejących sztormów. W takich czasach Ameryka sobie radzi nie z powodu umiejętności czy wizji tych, którzy rządzą, lecz dlatego, że my pozostajemy wierni ideałom poprzedników i założycielskich dokumentów.

Kiedy patrzę na jego grę odnoszę wrażenie, że jest weteranem z 10-letnim stażem, a nie debiutantem, który dopiero pod nieobecność Dellavedovy zaczął wychodzić w pierwszym składzie Bucks. Niby jest wolny i flegmatyczny, ale popatrz jak na pierwszym kroku mija Rose’a, Uncle Drew i innych rozgrywających. Jego łatwość do penetracji, doskonała wizja oraz umiejętność podejmowania dobrych decyzji na boisku czynią z niego doskonałe uzupełnienie szalonej i nieokrzesanej ofensywy Kozłów. Kidd wiele razy komentował grę Malcolma prostymi słowami: „Umie grać w koszykówkę i nie panikuje.” Pod wieloma względami przypomina mi innego byłego debiutanta Bucks, który też miał fantastyczny stosunek asyst do strat – Nate’a Woltersa. Trzeba jednak pamiętać, że to praktycznie jedyne podobieństwo, jakie można im przypisać. Malcolm potrafi punktować, jest twardy i nieustępliwy w obronie. Poluje na zbiórki. Walczy o przechwyty. Niedawno został pierwszym debiutantem w tym sezonie, który zaliczył triple-double (mecz z Bulls: 15/12/11),  a w rozegranym parę dni temu meczu z Knicks miał 12 punktów, 8 asyst, 6 zbiórek i ani jednej straty – szkoda, że po wygranym 105-104 spotkaniu w Nowym Jorku mowa była głównie o game winnerze Giannisa.

Krótka przerwa na póki co chyba największy highlight reel z tego sezonu. Po meczu zapytany jak się czuł po tym wsadzie, Malcolm odpowiedział: „Czułem się świetnie. Nie patrzyłem dookoła, po prostu atakowałem na kosz. Szczerze? Gdybym zauważył, że kryje mnie LeBron, pewnie nawet bym nie wyszedł w górę tylko wycofał akcję.”

Brogdon jest nietypowym zawodnikiem również pod tym względem, że trafił do NBA jako gracz kompletny, dojrzały, znający swoje słabe i mocne strony. Nie szukający swojej boiskowej osobowości, ale starający się rozwijać wszystkie te umiejętności, w których jest najmocniejszy. Jego boiskowe IQ jest tak wysokie, jak sufit Giannisa. Czasami oglądając go na parkiecie odnoszę wrażenie, że patrzę na młodego, nieco zmodyfikowanego Jasona Kidda – perfekcyjnie kierującego grą, dyrygującego ofensywą jak Charles Dutoit Filharmonią Narodową.  Genialnie uwalnia się na zasłonach, świetnie biega bez piłki. Nawiązał kontakt z Moosem i jak nikt inny w drużynie potrafi obsługiwać asystami centra Bucks.

Póki co w sezonie zdobywa 8.5 punktów, zbiera 2.7 piłek i rozdaje 3.8 asyst na mecz. Ale już w trzech meczach styczniowych jego średnie skoczyły do 11.3 punktów, 4.7 zbiórek i 6.0 asyst. Stosunek asyst do strat – 6.0 w styczniu (2.71 w grudniu). Jednym z elementów, nad którymi musi na pewno popracować, to skuteczność: TS% w styczniu 44% (gigantyczny spadek, w porównaniu do 16 meczów z grudnia kiedy miał 62%). Wszystko jednak sprowadza się do skutecznej egzekucji w tłoku, spod samego kosza, bo aż 65% jego punktów w styczniu zdobywał z pomalowanego (ze skutecznością 56%). Najgorzej wypada jeśli chodzi rzuty z półdystansu (10/41 w tym sezonie, 25%) i klasyczne jump shoty (50/147, 34%). Najskuteczniej wykonuje lay’upy po minięciu obrońcy (21/29, 72%).

Niech dzieci naszych dzieci powiedzą, że gdy przyszła chwila próby nie pogodziliśmy się z końcem tej podróży, że nie odwróciliśmy się ani nie zawahaliśmy i z oczami spoglądającymi przed siebie i boską łaskawością spływającą na nas, nieśliśmy dalej ten wspaniały dar wolności i dostarczyliśmy go bezpiecznie przyszłym pokoleniom.

W tej chwili raczej ciężko powiedzieć, czy Malcolm będzie w stanie podnieść swoją grę do takiego poziomu, aby realnie zagrozić Embiidowi w zdobyciu nagrody dla debiutanta sezonu. Ale w tej chwili pewne jest to, że Kozłom znowu udało się wylosować perełkę, która w perspektywie czasu może okazać się idealnym uzupełnieniem Giannisa i Parkera. Bucks mają już dwie gwiazdy, które świecą mocnym światłem – potrzeba jeszcze zawodników, którzy będą ich idealnie uzupełniali na boisku. Jestem przekonany, że Brogdon jest właśnie takim zawodnikiem.

Jeśli jeszcze nie widziałeś, to obejrzyj skrót z pierwszego triple-double w karierze Malcolma – w dopiero drugim w karierze wyjściu w pierwszej piątce. Ostatnia akcja. Kidd rozrysowuje akcje specjalnie pod asystę Brogdona. Pick’n’roll. Lay’up Monroe. Łatwe punkty. I patrz na tą dziecięcą radość nie tylko MB, ale i całej ławki. Tomasz Hajto byłby dumny z „timspirytu” tej drużyny. Ale to temat na osobny tekst.


Najlepszy debiutant poprzedniego sezonu zasługuje na to, żeby być w pierwszej trójce rankingu bucks. Do wszystkich zalet, o których dopiero przeczytaliście, albo widzieliście w zeszłym sezonie, dołóżcie jeszcze fantastyczny kontrakt oraz to, że potrafi bronić zarówno „jedynkę” jak i „dwójkę”. Brogdon jest tak wysoko w moim rankingu pomimo tego, że raczej nigdy nie będzie zawodnikiem, który będzie się czymś szczególnym wyróżniał na parkiecie. Jest wysoko, ponieważ mam pewność, że prawie rzadko nas zawiedzie. Czy będzie jeszcze lepszy niż rok temu? Trudno powiedzieć, bo równie dobrze, mógł właśnie osiągnąć swój szczyt. Ale nawet ta pesymistyczna myśl robi z niego rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, których niestety coraz mniej w dzisiejszej koszykówce.