Czy jeden ze współwłaścicieli Bucks wyjdzie ze spółki?

Jamie Dinan, którego fortuna wyceniana jest na około 2 miliardy zielonych, kupił udziały Bucks warte 100 milionów $ w 2014 roku. Od tego czasu siedzi raczej w drugiej ławce, nie wychyla się przed Lasry’ego i Edensa, po cichu odrabia lekcje i liczy na niezły zysk za parę lat.

W zeszłym tygodniu Wall Street Journal opublikował dane funduszu zarządzanego przez Dinana – York Capital Management – i okazało się, że w rok stracił ponad 35% aktywów. W przeciągu 12 miesięcy jego klienci wycofali 9 miliardów dolarów (spadem z 26 na 17mld$). Założony w 1991 roku fundusz Dinana zazwyczaj przynosił zyski w wysokości 20-30% rocznie, co jest rzadko spotykanym wynikiem na rynkach finansowych.

Jakie to ma znaczenia dla Bucks? Przypomnijmy, że Lasry jest właścicielem Avenue Capital Management, Edens: Fortress Investment Group – wszyscy zatem siedzą w tym samym korycie – fundusze hedginowe i private equity – finansowanie firm, które nie są jeszcze na giełdzie. Więcej o Edensie i Larsym możesz przeczytać w moim tekście z 2014: „Kim są Wes Edens i Marc Lasry i dlaczego ma cię to obchodzić?”.

Powoli zaczynają się pojawiać plotki, mówiące o tym, że Dinan będzie chciał pozbyć się udziałów Bucks w najbliższym roku, zważywszy na to, że akcje Kozłów idą teraz ostro do góry. Są zapewnienie prezydenta Milwaukee, że drużyna na pewno nie zostanie przeniesiona do innego miasta, jednak gdyby wartość klubu wzrosła do około 2 miliardów dolarów (mniej więcej tyle, ile rok temu byli warci Bulls) wszyscy trzej inwestorzy mogliby szybko spieniężyć swoją inwestycję i wycofać się z koszykówki z niezłym zyskiem.

Czy jest to prawdopodobna sytuacja? Raczej nie, bo:

a) Bucks są dopiero na początku fali wznoszącej i ich wartość w przeciągu 2-4 lat jeszcze na pewno pójdzie do góry,

b) nowa hala dopiero się buduje i bezsensowne byłoby przenoszenie klubu do innego miasta.

Ale, ciągle w głowie słyszę głosy z Seattle, szepcące złowieszczo i kuszące do grzechu. W Seattle nie ma hali i nawet gdyby ktoś byłby w stanie wyłożyć 2 miliardy na zakup drużyny, musiałby jeszcze dołożyć z 800 tysięcy na budowę nowego obiektu. Bezsensu.

Sprawa robi się nieco poważniejsza, jeśli weźmiemy pod uwagę akcje Dinana. Jest tylko mniejszościowym udziałowcem (100mln w porównaniu do 275mln na łebka Edensa i Larsy’ego), jednak pojawiają się głosy, że pozostali właściciele mogą nie być zainteresowani wykupem jego akcji w przypadku, gdyby Dinan chciał (musiał) upłynnić nieco środków. Wtedy do gry musiałoby wejść miasto, ale tu i tak prezydent wygrał ciężką walkę z mieszkańcami o wyrażenie zgody na budowę hali z pieniędzy podatników.

Póki co, sytuacja jest stabilna i nic nie zapowiada nagłego kryzysu, ale znając i interesując się rynkami finansowymi wiem, że sytuacja potrafi się drastycznie zmienić z dnia na dzień. A fakt, że na forach pojawiają się pierwsze informacje o „drobnych” problemach finansowych jednego z właścicieli Bucks może oznaczać albo nadciągającą burzę, albo po prostu chwilowy przestój w dobrze naoliwionej i sprawnie zarządzanej finansowo maszynie.

Jakie jest pochodzenie takich słów jak „sneakers” czy „March Madness”?

Tydzień temu mogliście się zapoznać z pochodzeniem takich słów jak dunk, rebound, czy dribble. Dzisiaj zapraszam na ciąg dalszy, gdzie przybliżę ci etymologię kolejnych koszykarskich zwrotów.

dime – dlaczego na asystę mówi się czasem kolokwialnie dime? Najprawdopodobniej pochodzi to od wyrażenia utartego w latach sześćdziesiątych „to drop a dime”, które oznaczało przekazanie informacji, głównie na policję. Osoba „podrzucająca” informacje asystowała organom władzy w złapaniu przestępcy. Stąd dime to asystowanie w zdobyciu punktów.

sneakers – angielskie słowo określające trampki wszystko zawdzięcza gumowym podeszwom. W znaczeniu konkretnie określającym ten rodzaj obuwia, po raz pierwszy użyto tego słowa w 1917 roku, jednak już w 1887 roku Boston Journal użył sneakers do określenia „chłopców chodzących w butach do tenisa”. Ponownie, wszystko sprowadza się do gumowych podeszw, które były ciche na podłożu i pozwalały się „zakradać” (to sneak), w przeciwieństwie do skórzanych butów z twardą, drewnianą podeszwą. Co ciekawe, polska nazwa trampki pochodzi z lat trzydziestych i wzięła się od słowa „tramp” – wędrowiec, tułacz, włóczęga, ponieważ trampki zakładano często na piesze wędrówki.

Boom Shakalaka – znasz to doskonale z serii NBA JAM, a jeśli nie, to nie wiem, co tu jeszcze robisz. Niestety, nie zostało to wymyślone przez twórców najbardziej miodnej arkadowej koszykówki wszech czasów. Zrobił to w latach 60 funkowy zespół Sly and the Family Stone, w których piosence najpierw pojawia się Boom!, po którym słyszymy Shakalaka. Posłuchaj sam:

March Madness – marcowe szaleństwo w NCAA pojawiło się pierwszy raz w artykule NY Times w 1939 roku w kontekście: „„[a] little March madness may complement and contribute to sanity and help keep society on an even keel.” Mimo, że wtedy po raz pierwszy ten zwrot wypłynął na powierzchnię, nie był oficjalnie łączony z turniejem NCAA aż do 1985 roku, gdy ten rozrósł się do 64 drużyn. A potem lawina była nie do zatrzymania i do dziś jest to jeden z najpopularniejszych zwrotów związanych z koszykówką w USA.

Posterize – nie wiedziałem o tym, ale „robimy sobie z kimś plakat” dopiero od 1993 roku, oczywiście za sprawą Jordana. Zwrot ten pojawił się w Washington Times na określenie specjalnych umiejętności wykańczania akcji przez MJa.

From downtown – słyszałeś tysiące razy, jak odpalana z daleka trójka określana była from downtown. Wszystko przez Brenta Musburgera, który w latach 80 komentował finały dla CBS. „From way downtown!” – krzyczał do mikrofonu. Samo „going downtown” ma wiele definicji, jednak wszystkie z nich sprowadzają się do jednego – w downtown zawsze dzieje się akcja. Downtown to miejsce wśród wieżowców, gdzie miasto nigdy nie idzie spać, albo analogicznie, miejsce w trumnie pod samymi koszami, gdzie zdobywa się punkty. Trzymając się słownikowych definicji, nie rzucamy ” z downtown” ale wchodzimy „do downtown”, co miał opanowane do perfekcji Iverson. Penetrujesz tam, gdzie jest największy ruch. Wchodzisz między 215cm wieżowce, odbijasz się od zasłony i mimo wszystko oddajesz rzut w stronę kosza. Tu jest prawdziwy, koszykarski downtown. Dlaczego więc Musburger używał tego w przeciwnym znaczeniu? Domyślam się, że chodziło o skrót myślowy, jak na przykład w zdaniu:  „The shop is about a 30-minute drive from downtown” –  ” Sklep jest oddalony od centrum o około 30 minut jazdy samochodem”. Rzut za trzy z bardzo daleka jest również oddalony od centrum akcji o około, załóżmy, 10 metrów.

Czekam na więcej propozycji.

Jakie jest pochodzenie takich słów jak „rebound”, czy „dunk”?

Musisz znać i czytać „Mały słownik pojęć przydatnych”, bo bez tego nie będziesz w stanie zrozumieć połowy wpisów Maćka, u którego anglicyzmy są nieuniknione jak bank shoty Duncana, catch and shoot Allena, czy choke Nicka Andersona z Houston w 1995. Z resztą nie tylko u niego zapożyczenia są na porządku dziennym – nie da się uniknąć od wtrącania typowo koszykarskiego słownictwa w oryginale, z racji na wciąż biedny zasób polskich odpowiedników, o czym pisałem pięć lat temu. Ale czy zastanawiałeś się kiedyś, jakie jest pochodzenie takich słów jak „rebound”, czy „dunk”?

high – five: słynna „piątka” oczywiście odnosi się do pięciu palców na dłoni. Co ciekawe, jego pierwsze regularne użycie w koszykówce zostało odnotowane na rok 1980 (jako rzeczownik), a rok później jako czasownik.  Znaczenie „high-five” jako powitania pojawiło się po raz pierwszy w 1968 roku przez Dicka Shawna w filmie Mela Brooksa The Producers.

rebound: pochodzi ze starofrancuskiego rebondir, gdzie przedrostek re- oznacza „ponowny”, a bondir znaczy „skakać”. Słowo zostało pierwszy raz użyte w 15 wieku. Pierwszym sportem, który zaczął go regularnie używać był, co ciekawe, tenis. W koszykówce pojawił się w 1914 lub 1920 (znalazłem wiele różnych źrodeł, jednak z tych dwóch dat, ta pierwsza jest częściej podawana).

pick: znany u nas jako „zasłona” pojawił się w koszykówce już w 1951 roku. Samo słowo pick pochodzi z połączenia staroangielskiego pician (nakłuwać) ze staronordyckim pikka (kłóć) i pojawiło się w języku angielskim około roku 1300.

layup (albo lay-up): pojawiło się w 1927 roku w znaczeniu „tymczasowo bez pracy”. W koszykówce zaczęto go używać od 1948 roku, bazując na podstawowym znaczeniu staroangielskiego słowa lecgan (kłaść na jakiejś powierzchni), które z kolei pochodzi z protogermańskiego lagjan. Nie zapominaj, że samo słowo lay w znaczeniu „uprawiać z kimś sex” działa w Stanach już od 1934 roku (niestety, nie doszukałem się informacji, jaką rolę w popularyzacji tego słowa miał Wilt Chamberlain).

laker: jako „Jeziorowiec” jest ogólnie znany, jednak dla tych, którzy zapomnieli, krótkie przypomnienie. Minneapolis Lakers zostali założeni w 1947 i dopóki nie zostali przeniesieni do Los Angeles na początku lat sześćdziesiątych, nazwa „Jeziorowcy” miała sens. Po przenosinach na zachodnie wybrzeże podjęto decyzję, żeby nie zmieniać nazwy i trzymać się historycznych korzeni drużyny.

dribble: w sporcie pojawiło się po raz pierwszy oczywiście w piłce nożnej, już w 1863 roku. Do koszykówki dotarło już w 1892 roku. Dribble pochodzi od słowa drip (upuścić coś), które zaczęto używać od połowy 15 wieku, a w slangowym znaczeniu „ogłupić kogoć”  od 1932 roku. Pochodzi z protogermańskiego drup.

tip-off: zagościł w koszykówce od 1924 roku. Pochodzi prawdopodobnie z germańskiego tippen (lekko dotknąć, szturchnąć). W sportach pojawił się najpierw w krykiecie już w 1816.

dunk: czyli mój ukochany „smecz”, albo podziwiana „wsadka”: NC+ – czekam na więcej!… pochodzi również z niemieckiego dunke (co znaczy „zanurzać”). W angielskim pojawił się w 1919 roku, a w koszykówce 1937 roku jako czasownik. Musieliśmy czekać ponad 30 lat, aż do 1971, żeby dunk był używany również jako rzeczownik (wcześniej figurował jako dunk shot).

press: pochodzi z mniej więcej 1300 roku ze starofrancuskiego presse (naciskać, otaczać, albo tłum). W koszykówce jako full-court press pojawiło się w 1959 roku.

shot: jako „rzut, strzał” pochodzi ze staroangielskiego scot, jednak wcześniej pojawiło się już w protogermańskim skutan. Użycie w różnych sportach mniej więcej się na siebie nałożyło i jako początkową datę podaje się rok 1868. Ciekawoska – shot jako na przykład shot wódki działa w USA od 1928 roku.

CIąg dalszy być może nigdy nie nastąpi…

Jeśli plotki się potwierdzą, Pistons przebiją wszystkich.

knicks080414_1_560

It’s just in.

Pistons przegrali cztery mecze pod rząd, są trzy mecze poza playoffami, Jennings w ostatnich pięciu spotkaniach trafił 12/47 z gry( 25%). Nawet Dawid zrezygnował nagle z zabawy w managera i przeniósł swoje talenty do innej redakcji. Szkoda, bo na pewno ma wiele do powiedzenia w tym temacie.

Dosyć ma też Tom Gores, który najprawdopodobniej nie przedłuży wygasającego w tym roku kontraktu Dumarsa. Wszystko super/ czas najwyższy. Doskonała decyzja, przez wielu przyjęta na pewno z wielką aprobatą.

Moje ulubione „źródła” donoszą, że Gores planuje ściągnięcie wielkiego nazwiska, które wiele znaczy w Detroit. Wiele na to wskazuje, że od następnego sezonu głównym GMem drużyny będzie Isiah Thomas.

Moją opinię, w skrócie, mogliście przeczytać na twitterze. Teraz może tylko na szybko przypomnimy sobie (z wielką satysfakcją) największe sukcesy Thomasa w czasach rządzenia Knicks. Jesteście ze mną? Kiedy w 2003 przejął kontrolę nad rozpadającymi się Knicks, którzy w olbrzymim tempie zbliżali się ku przepaści, Isiah, zamiast zmienić kierunek, zdecydował się jeszcze mocno popchnąć klub w kierunku upadku.

1. Oddał kilka ciekawych picków w drafcie (które później zostały zamienione na Noaha i Aldridge’a) w zamian za Eddy’ego Curry’ego, z którym później związał się na dłużej dając mu kontrakt wart 60 milionów. Przypominam, że Curry wtedy był takiej postury, że nieraz pozazdrościł Sebastianowi Mili jedynie 25% tkanki tłuszczowej.

2. Zaoferował beznadziejny kontrakt Jeromowi Jamesowi, wyłącznie za to, że miał jedną dobrą serię w playoffach. Ten w NYK zdobywa mniej więcej 8ppg i 4rpg.

3. W pewnym momencie backcourt Knicks wyglądał następująco: Marbury, Steve Francis (w wielu emerytalnym), Jamal Crawford, Jalen Rose i Nate Robinson. Rozgrywający z ujemnymi umiejętnościami podań pomogli wygrać 23 spotkania w sezonie 2005/06. Isiah wydał na Marburego ponad 80 milionów, mając świadomość tego, że Steph w całej swojej karierze nigdy nie wygrał ani jednej serii w playoffach i z byciem liderem miał tyle wspólnego, co ten blog z wielką poczytnością.

4. Za czasów Thomasa, Knicks przegrali ponad 60% swoich spotkań. Byli najbardziej przepłaconą drużyną w lidze (więcej niż 160 milionów dolarów na kontrakty).

5. W ostatnim sezonie rządów Thomasa mieli najmniej drużynowych bloków w historii NBA.

6. W jednym meczu przegrali z Bostonem 104-59. Po tym meczu jeden z fanów ściągnął koszulkę Knicks i z wielkim zrezygnowaniem rzucił ją po meczu na parkiet.

7. Wiele osób anonimowo wypowiadało się, że problemem był Isiah, który jak zawsze był zapatrzony w siebie, uważał się za geniusza i nie słuchał rad innych.

8. Użył mid-level exception żeby ściągnąć ważącego dwa-olivery-millery (czyli koło 3 ton) Vina Bakera, który odpłacił się rzucając 1,4 punktów. Po 24 meczach został oddany za Maurice’a Taylora, który był jeszcze gorszy i miał jeszcze większy kontrakt.

9. Ściągnął Jarreda Jeffriesa, który przez cały sezon nie mógł znaleźć dla siebie miejsca w koszykówce Larry’ego Browna. Po rozczarowującym sezonie przedłużył z nim kontrakt na kolejne trzy…

10. Oddał jedynego zbierającego i podkoszowego obrońcę Kurta Thomasa za Quentina Richardsona i Nate’a Robinsona.

11. Po tym jak rozczarował się Donem Chaney’em zatrudnił na miejsce pierwszego trenera Lenny’ego Wilkinsa, który wcześniej legitymował się bilansem 28-54 z Hawks i 24-58 z Raptors. W Knicks poszło mu trochę lepiej. Został zwolniony po wygraniu 17 meczów i przegraniu 22.

12. Zabił na śmierć salary w klubie, ściągając Marbury’ego, z którym do Knicks trafili też Penny Hardaway i C-Tryb. W zamian oddał m.in. picki (protected!) w draftach 2007, 2008 i 2009 (wszystko pierwsza runda, maksymalnie TOP24) oraz jeden unprotected z 2010!

13. Połamał sobie penisa Strzelił sobie w kolano próbując seksualnie napastować v-ce prezeskę ds marketingu niejaką Anuchę Sanders. Czyli nie dość, że był tragicznym GMem, to jeszcze okazało się, jest potwornym człowiekiem.

O Thomasie jest milion fantastycznych anegdot w Book of Basketball Simmonsa, ale nie mam jak się teraz do nich dokopać, bo czytałem dziecku przed snem i nie mam jak teraz iść do sypialni. Nie wiem, czy w Detroit nie mają dostępu do źródeł, z których ja korzystałem (basketball-reference.com, knicksonline.com, nydaylinews.com, i yahoo), ale chyba nie, skoro rozważają zatrudnienie człowieka, którego jedyna kariera zawodowa związana z koszykówką nie powinna przekraczać roli mopmana (dalej o tym marzę, btw).

Czasami pojawiają się newsy, o których nie wiem co sądzić. To jest jeden z nich. Utwierdza mnie jednak w przekonaniu, że mimo całej mizernoty, jaką prezentują Bucks, nie jest u nas jeszcze tak źle, jak było w Knicks, czy będzie w Pistons – jeśli powyższa plotka nie zostanie błyskawicznie zdementowana.

Cała prawda o Caronie Butlerze.

Drzwi zatrzasnęły się z co głośnym hukiem, a przeciąg zrzucił niedbale poukładane dokumenty ze stołu. Popatrzył na klamkę, która spoglądają w podłogę, jakby zawstydzona tym że musnęła jego dłoń swoim stalowym, zimnym palcem. Instynktownie uniósł ręce do góry i dotknął twarzy. Napięte policzki nie zdradzały jego wieku i jedynie po kilku zmarszczkach można było się domyśleć, że jego kariera zbliża się ku końcowi. Spocone dłonie ślizgały się po mokrych od łez policzkach. Nie był emocjonalnym facetem. Momenty, kiedy płakał mógł policzyć na palcach jednej ręki.

Na przykład kiedy wylądował w więzieniu w wieku 12 lat.

Kiedy zdał sobie sprawę z tego, dokąd zmierza jego mizerne życie nastolatka z kryminalną przeszłością w mieście bez przyszłości.

Kiedy został wybrany w drafcie.

Kiedy zadebiutował w NBA.

Kiedy zdobył pierwsze double-double.

Kiedy pierwszy raz zmienił drużynę.

Kiedy wybił sobie kciuka przy próbie przechwytu.

Kiedy zobaczył się płaczącego na powtórce meczu na NBATV.

Kiedy wrócił do Milwaukee.

I w końcu teraz, kiedy podjął decyzję na ponowną ucieczkę ze swojego rodzinnego miasta w poszukiwaniu jeszcze kilku dreszczy emocji związanych z walką o finały.

Zdawał sobie sprawę z tego, że wiele osób nie zrozumie jego decyzji. Wiedział, że narobi sobie wrogów. Nie myślał jednak o tym, kiedy wychodził z budynku klubu i wsiadał do swojego samochodu. Wolność smakowała lepiej, kiedy była udekorowana łzami rozpaczy. Rozmazany obraz mienił się przed spoconymi od łez oczami. Miał wrażenie, że również w głowie myśli biegną dwa razy szybciej niż zawsze. Przypomniało mu się, jak cztery razy został debiutantem miesiąca. Jak dwa razy zagrał w meczu gwiazd. Wiedział, że wracając do Miami zakończy karierę w drużynie, która z 10 numerem wybrała go w drafcie 2002 roku. Nie miał już im za złe, że dwa lata później był częścią wymiany, po której do Heat trafił Shaq. Kochał tę drużynę i życzył jej jak najlepiej. Teraz nie mógł się doczekać powrotu. Te piątki przebijane z Lebronem. Żółwiki z Wadem. Co tam, może nawet da się namówić Birdmanowi na jakiś nowy tatuaż. Wizja niedalekiej przyszłości namalowała lekki uśmiech na jego twarzy. Nie bał się już. Czekał na lepsze jutro. Włożył elektroniczną kartę i nacisnął przycisk włączający silnik. Basy z głośników odbijały się głośnym echem w jego głowie. Czy zaczął nawet trochę tańczyć na krześle? Czyżby był aż tak szczęśliwy? „Opuszczam tę dziurę i jadę w stronę lepszego jutra. Tak, to będzie dobre. Florydo, nadchodzę.” Wyjeżdżając z parkingu nie zauważył rozpędzonej ciężarówki pędzącej wprost na niego. „I’m goin to Miami….” gdyby wiedział, że będzie to ostatnia piosenka, jaką nuci w życiu, na pewno wybrałby coś innego.

Jak tankują Sixers?

Dzisiejszy mecz na szczycie zmusił mnie do dokładniejszego przyjrzenia się sytuacji w 76ers. W Milwaukee trzymamy kciuki za to, żeby już niedługo dobić do tak głębokiego dna, że nie wypadniemy poza TOP4 w najbliższym drafcie. W Philly marzą dokładnie o tym samym. Z jedną różnicą. Sixers mają w cholerę i jeszcze trochę picków w drugiej rundzie. Gdyby draft był dzisiaj, oprócz (załóżmy) swojego drugiego numeru mieliby jeszcze:

– 11 (od Pelikans)
– 32
– 39 (Cavs)
– 45 (Nets)
– 50 (Grizzlies)
– 55 (Rockets)

Czyli gdyby nie decydowali się na handel tą jakże cenną walutą, mogliby wybrać w sumie 7 potencjalnych Ellisów, Ginobilich, Gasolów (Marców), Deandre Jordanów Parsonsów czy innych Boozerów. Brzmi ładnie, prawda?

Haberstoh pisze w dzisiejszym artykule na ESPN, że aż 32% zawodników wybranych w drugiej rundzie nie gra ani minuty w NBA. 32% to tylko trochę mniej niż wynosi średnia z osobistych Howarda w karierze. Żeby wskazać, jak bezwartościowe (w większości) są picki w drugiej rundzie, podaje kolejną statystykę – z 603 zawodników wybranych w latach 1989-2009, tylko 246 z nich grało przez minimum 3 lata. 

Biorąc pod uwagę draft 2010, tylko 4 z 30 zawodników z RND2 gra do dzisiaj. Stephenson się trafił, bo jest kandydatem na All-Stara. W Utah gra jeszcze Evans, w Toronto jest Fields i Varnado, który aktualnie dostał 10 dniowy kontrakt w Chicago.

Ciekawa jest również statystyka pokazująca, że ostatnie pięć picków w pierwszej rundzie (numery 26-30) grają znacznie lepiej niż pierwsze pięć picków w drugiej rundzie (31-35). Dlaczego więc 76ers chcą bazować swoją odbudowę na tak dużej liczbie teoretycznie bezwartościowych wyborów w drafcie?

Wszystko przez najnowsze zmiany w CBA. Mimo, że zawodnicy z końca pierwszej rundy dostają mniej więcej tyle samo pieniędzy co ci z drugiej, to jednak wszyscy z pierwszej rundy wliczają się w salary cap, a z drugiej nie. Każdy wybrany w drugiej rundzie jest zatem świetną możliwością na zaoszczędzenie kilku dolarów, jeśli nie chce się wejść w dodatkowy podatek (albo wejść na poziom wyżej). Dlatego też drużyny bardzo często ryzykują i wymieniają ostatnie picki w pierwszej rundzie, za pierwsze w drugiej. Można się zatem spodziewać, że takie drużyny jak NYK, Brooklyn, Portland czy GSW też będą chętnie przyjmowały dodatkowe wybory właśnie w RND2.

Innymi słowy, warto pamiętać o tym, że każdy wybór w drugiej rundzie to wielkie ryzyko. Na każdego Ginobiliego czy Redda przypada 50 innych bezwartościowych zgniłych kartofli. Ciężko powiedzieć, o czym myśli Hinkie. Jedno jest pewne – w dniu draftu będziemy mogli się spodziewać nie jednej wymiany z udziałem 76ers.

O czym kibic Bucks musi pamiętać w 2014 roku?

jennings apartment 21. Bucks są obecnie na etapie budowania wsparcia zarówno finansowego jak i politycznego koniecznego do postawienia nowoczesnej hali w Milwaukee. Niestety, obecny rząd nie ma zamiaru dawać ani dolara z publicznych pieniędzy na drużynę, która od lat nie ma żadnych sukcesów. Trochę statystyk, żeby to potwierdzić znajdziecie poniżej.

2. Licząc od roku 1991, Bucks mają siódmy najgorszy odsetek zwycięstw w sezonie zasadniczym.

3. Jeszcze inne statystyki pokazują, że licząc od roku 1991 jesteśmy w końcowej piątce jeśli chodzi najgorsze kluby NBA. Od 1991 mieliśmy tylko jeden sezon z ponad 50 wygranymi (2001) i tylko jeden, w którym awansowaliśmy poza pierwszą rundę playoffów (2001). Auć.

4. Kiepawi Bucks mieli tylko jednego all-stara w ostatniej dekadzie (Michael Redd w 2004). W pozostałych weekendach gwiazd nie mamy żadnego uczestnika, nawet w meczach debiutantów/drugoroczniaków, czy w konkursie trójek. Tylko Desmond Mason w konkursie wsadów uratował nieco honor.

5. Brak sukcesów, związany z brakiem porywających zawodników  spowodował drastyczny spadek liczby kibiców BMO Bradley Center. Kiedy w sezonie 2001/02 doszliśmy do finałów konferencji, średnio na mecze przychodziło 18178 osób. W ostatnich sezonach zajmujemy ostatnie miejsca w lidze ze średnią widzów oscylującą w granicach 15000. Nawet mecze z udziałem Kobego czy Lebrona nie gwarantują kompletu publiczności.

6. Obecna fatalna pozycja Bucks wcale nie zależy od tego, że Milwaukee to wieś i small market, ale od kiepskiego zarządu (o czym niedługo nieco więcej). Podobnie w Milwaukee wyglądała sytuacja z Packers i Brewers, którzy przez okres około 20 lat nic nie znaczyli w MLB i NFL, a po zmianie zarządu stali się jednymi z mocniejszych drużyn w swoich ligach.

7. Przez ostatnie dziesięć, może nawet dwadzieścia lat, w Bucks zatrudniany jest bardzo mało kreatywny zarząd, który podejmuje strasznie krótkoterminowe i chaotyczne decyzje kadrowe. Chorą sytuacją jest to, że decyzje o zatrudnieniu zawodników podejmuje GM i jego ludzie, trener z asystentem, potem ich decyzje są wetowane lub zatwierdzane przez właściciela Kohla, któremu zależy na tym, żeby drużyna zawsze walczyła o playoffy (nawet w tym sezonie takie są jego oficjalne oświadczenia).

8. Bucks istnieją tylko i wyłącznie na łasce Kohla, który w niedalekiej przyszłości będzie musiał (jeśli nie chce upadku Kozłów w Milwaukee) poświęcić bagatela 200-250 milionów ewentualnego zysku ze sprzedaży klubu na budowę nowej hali. Jeśli tego nie zrobi, trzeba będzie liczyć na wsparcie lokalnego rządu i mieszkańców, na budowę hali z budżetu miasta.

9. Z drugiej strony, ani mieszkańcy, ani tym bardziej politycy, nie zgodzą się na wydanie lekką ręką publicznej kasy, jeśli nie będzie nadziei na poprawę sytuacji w klubie i lepsze wyniki. Z tym będzie cholernie ciężko, bo Bucks niechętnie się przebudowują. Jest nadzieja, że po tym sezonie uda nam się wylosować TOP5 pick w drafcie zamiast ściągania na kolejne lata przepłaconych weteranów, którzy nie mają nic wspólnego z budowaniem wieloletnich sukcesów.

10. W czasie, gdy odnosiliśmy największe sukcesy, bazowaliśmy głównie na zawodnikach wybranych w pierwszej piątce draftu. Kareem Abdul-Jabbar, Marques Johnson, Sidney Moncrief, Glenn Robinson, Ray Allen czy Andrew Bogut. Bucks NIGDY nie mieli +50 sezonu albo wygranej serii w playoffach bez zawodnika wybranego w czołówce draftu. .

11. W poprzednich dwudziestu latach ponad 70% zawodników, którzy zagrali co najmniej dwa razy w meczu gwiazd zostali wybrani w pierwszej piątce draftu. To tak na marginesie. Przed draftem 2014 jest szansa na wylosowanie którejś z potencjalnych gwiazd, jak Wiggins, Parker czy Randle (tak, Randle, zapraszamy).

12. Jeśli Bucks zdecydują się oficjalnie na przebudowę, mają kilku weteranów do oddania, którzy mogą być ciekawi dla zespołów walczących w playoffach. Ersan Ilyasova, Zaza Pachulia, Caron Butler, Gary Neal czy Luke Ridnour nie będą stanowili o najbliższej przyszłości Bucks i spokojnie można ich oddać za jakieś picki w przyszłym drafcie i spadające kontrakty.

13. Nie mówmy, że oddawanie weteranów to tankowanie. To po prostu dawanie więcej minut dla młodych i utalentowanych Kozłów jak John Henson, Larry Sanders, Giannis Antetokounmpo, Brandon Knight, Nate Wolters i Kris Middleton. Dodatkowym plusem takiej strategii może być ewentualnie wyższy pick w przyszłorocznym drafcie.

Kohl szuka inwestorów. Szykuje się na przekazanie Bucks w inne ręce.

herb-kohl_grittyW nocy odbyła się konferencja prasowa z udziałem senatora Kohla, który od 29 lat jest właścicielem Bucks. 78-letni miliarder stwierdził, że nadszedł czas na znalezienie mniejszych inwestorów, którzy chcieliby włożyć nieco gotówki na rozwój klubu, co na dłuższą metę ma zapewnić bezpieczną przyszłość Kozłów na wypadek jego śmierci. Dobrą wiadomością jest to, że kategorycznie odrzucił możliwość sprzedania klubu w ręce osób, które nie są zainteresowane zostawieniem drużyny w Milwaukee. Złą wiadomością jest to, że znalezienie inwestora, który wyłoży około 15-20 milionów za pakiet mniejszościowy bez możliwości podejmowania jakichkolwiek decyzji w klubie jest niezbyt wielka. Przynajmniej na razie.

Co to naprawdę znaczy dla Bucks? Czytałem wiele wypowiedzi osób bezpośrednio związanych klubem i wszyscy są póki co nieco sceptyczni, ale da się doszukać również radosnych reakcji. Jest to na pewno krok na przód w rozumowaniu Kohla, który, jeśli wszystko wypadli, pozwoli w niedalekiej przyszłości przekazać klub w inne ręce. Najciekawszą informację przeczytałem na forumGM, której autorem jest oczywiście „anonimowe źródło”, nazwijmy je Jennings. Twierdzi on, że znalezienie mniejszościowego inwestora nie powinno być problem, ponieważ w umowie ma się znaleźć dodatkowy zapis o możliwości całkowitego przejęcia kontroli nad klubem w przypadku śmierci obecnego właściciela. Nowe osoby (lub jedna) będą również mogli wziąć na swoje barki obowiązek postawienia nowoczesnej hali w miejsce przestarzałej Bradley Center. Kohlowi najbardziej zależy na tym, żeby drużyna została w Milwaukee i żeby przyszły właściciel kontynuował jego dzieło.

Podoba mi się również to, że Kohl w swojej wypowiedzi nie mówił jedynie o sprzedaży pakietu związanego z Bucks, ale również o przyciąganiu inwestorów na cały rynek rozrywek w Milwaukee. Przytoczył możliwość budowy centrum rozrywki, które nie będzie domem jedynie dla Kozłów, ale dla „1,5 miliona gości, którzy odwiedzają tu [w Milwaukee] prawie 200 różnych eventów rocznie”. Te dane, w połączeniu z faktem, że sprzedaje aktualnie najgorszą drużynę w NBA, może zadziałać na przyszłych inwestorów jak marchewka, która dodatkowo skusi do zostawienia swoich pieniędzy w Milwaukee. Bucks tankują nie z własnych chęci, ale z przymusu przez kontuzje (uwielbiam to tłumaczenie). Im więcej drużyn podejmie takie decyzje jak Toronto – czyli o walkę o 8 miejsce – tym większe mamy szansę na pick TOP3 w przyszłym drafcie. A to dodatkowo może działać na wyobraźnie dla wszystkich, którzy chcieliby przejąć kontrolę nad klubem. Dlatego wypowiedź Kohla jest dla mnie tylko miłym potwierdzeniem tego, że jednak w tym sezonie opuszczamy głowy, nie walczymy na chama o playoffy, tylko myślimy o lepszej przyszłości. W końcu!

Pamiętajmy, że Kohl kupił drużynę za niespełna 18 milionów. Bucks mogą teraz pójść nawet za 300 milionów (gdyby sprzedał ich w tym sezonie) oraz jakieś 450-500 milionów w latach 2016/17 (licząc, że Jabbari Parker jednak zrobi różnicę). Kohl gwarantuje przyszłym inwestorom, że Bucks nadal są dochodowi dzięki nowemu CBA. Co jest fantastyczną wiadomością, biorąc pod uwagę to, że Bradley Center rzadko kiedy jest wypełnione w całości. Co więcej? Kohl nie ma 100-150 milionów do wydania na nową halę, dlatego pieniądze na tę inwestycję muszą się wziąć ze sprzedaży drużyny. Wcześniej były plany wybudowania hali z pieniędzy podatników, ale lokalny rząd nie wyraził na to (póki co) zgody.

Dlatego senator może zabić dwa gołębie jednym kamieniem. Sprzedając drużynę za pół miliarda będzie musiał zapłacić gigantyczny podatek. Wcześniej jednak pewnie uda mu się ponownie wpłynąć na władze, żeby część z tych pieniędzy przeznaczyć na budowę nowej hali. Jeśli mu się to uda, tj. jeśli sprzeda drużynę w ręce lokalnego biznesmena, który będzie kontynuował przygodę Bucks w Milwaukee oraz jeśli przy okazji znajdzie środki na budowę nowej hali, w mig stanie się lokalnym bohaterem.

Nie pozostaje na nic innego jak tylko czekać na rozwój sytuacji. Niekoniecznie musi to być już w tym sezonie, ważne, że coś zaczyna się dziać. O sprzedaży Bucks pisałem już w 2011 i jak dotąd nic się nie zmieniło. Tym razem jednak zaufam swojemu instyktowi biznesmena i poważnie zastanowię się  nad wydaniem oszczędzonego miliona dolarów na zakup 0,5% Bucks. Taki drobny prezent na święta dla syna.

Poniżej macie pełną wypowiedź Kohla:

Redd kończy karierę

redd2

W środę, w przerwie między pierwszą a drugą kwartą, Michael Redd po raz ostatni dostanie owację na stojąco od kibiców w Bradley Center. Nękany przez kontuzje kolana, delikatniejszego niż muśnięcie policzka przez poranną bryzę, Mike zostawi po sobie na pewno mieszane uczucia.

Z jednej strony wzorowy obywatel, wierzący i praktykujący katolik, doskonały strzelec z dystansu (kto wie, czy nie TOP3 najlepszych leworęcznych strzelców w historii – 1. Mullin, 2. Harden, 3. Redd, 4. Manu, 5. Bosh??? ) oraz bezapelacyjnie jeden z lepszych zawodników wybranych w drugiej rundzie draftu.

Z drugiej strony nigdy nie był typem zwycięzcy, nie potrafił wziąć na siebie odpowiedzialności za wynik i zaraz po przyjściu do Bucks musiał wejść w buty Allena. Przeciętny obrońca, który w defensywie zawsze tracił to, co wyrobił w ataku. Do tego będzie wiecznie zapamiętany jako ten, który wziął maksa i się połamał, ale to oczywiście nie jego wina, że przyjął pieniądze od szefa. Winić można tylko i wyłącznie władze klubu, że zaoferowały tak dużą kasę zawodnikowi, który nigdy na nią nie zasługiwał.

Redd był dla mnie inspiracją na treningach, kiedy dla jak próbowałem rzucać jego ultra szybką techniką zza głowy (ok, teraz na poważnie. Najszybszy release w lidze – Ray Allen. Drugi – Curry, Trzeci – Michael Redd?)

Strasznie szkoda jego trzech ostatnich sezonów w Bucks (w których zagrał kolejno 33, 18 i 10 spotkań). Kiedy na moment postawiono go na nogi w Phoenix (w sumie 51 meczów w swoim ostatnim jak się okazuje sezonie w NBA) miałem nadzieję, że pogra jeszcze ze dwa, góra trzy lata. Niestety, kończy karierę ze świetnymi statystykami 45% z gry, 38% za trzy, 84% z wolnych. W 629 rozegranych meczach miał TS% na poziomie 56% oraz eFG% 50%. W sezonie 2003/04 zagrał 15 minut w meczu gwiazd, w którym zdobył 13 punktów (5/12 z gry, 3/6 za trzy).

Kończy karierę zawodnik, którego śledziłem przez całą karierę. Pamiętam jego trójkę po podaniu bodajże Forda na OT z 76ers, krzyczenie na cały głos „AND1” po każdym wejściu pod kosz, 57 punktów  z Jazz, szybsze od dźwięku fade cuty, czy niezliczone daggery z dalekieeego dystansu. Mam masę meczów Bucks z tamtych lat wypalonych na CD, które kurzą się dumnie na półce i czekają na moment taki jak ten. Środa będzie na pewno emocjonalnym dniem dla każdego fana koszykówki, który śledzi Bucks nieprzerwanie od ponad 11 lat.

Jeździłem po nim często, krytykowałem za fatalną obronę, nigdy nie widziałem w nim lidera i kandydata na maxa. Nie chciałbym go z powrotem w Bucks, nawet jakby był w szczytowej formie, ale cholera, będą za nim tęsknił. (Uwielbiam takie podejście. Trochę jak słuchanie Lou Reeda, czy czytanie Clancy’ego po ich śmierci. Wszyscy oglądamy Redda! W końcu już nigdy nie zagra! <napiszę, że to ironia, tak na wszelki wypadek>)

Dzieci, oglądajcie:

Udanego sezonu, Bucksoholicy. To będzie NASZ rok!

Brewhoop_Logo1Jaram się, że za mniej niż dwie godziny początek sezonu. Jak co roku obiecuję sobie dać sobie z tym spokój i skupić się na ważniejszych sprawach i jak zawsze przegrywam z samym sobą. Nie da się zrobić przerwy od koszykówki.

Odpocząć od codziennego sprawdzania boxscore’ów codziennie rano.

Zapomnieć o nastawianiu budzika na 4:30, żeby załapać się na jakiś mecz na zachodzie przed poranną pracą.

Mało jest osób, które to rozumieją. Większość patrzy na mnie z politowaniem, kiedy mówię, że o 13 znowu położyłem się na godzinną drzemkę z dzieckiem pod pachą bo zarwałem kolejną nockę.

Jeszcze mniej jest osób, które od lat robią to w kółko to samo dla nic nie znaczących Bucks.

Muszę wam powiedzieć, że kibicowanie Kozłom to coś więcej niż tylko śledzenie wyników i krytykowanie Jenningsa i Ellisa. Momentami jest to ekipa zapewniająca cały wachlarz emocji w ciągu jednego meczu. Od 0-17 z Celtami do spektakularnej wygranej w zeszłym sezonie. Od +14 na dwie minuty przed końcem i przegrana jednym punktem w  końcówce (co zdarzyło się zbyt wiele razy).

Kozły dają to, co potrafi zapewnić tylko wyrachowana kochanka, która wie, że nigdy nie będzie w centrum uwagi, ale wie jak dostarczyć emocji, które starczą do następnego, pełnego pożądania i ekscytacji spotkania. Nie mówię, że Kozły są teraz kochanką idealną. Mają jednak jędrne, młode ciało, które domaga się pieszczot (Sanders, Henson, Antek) i wystarczająco oleju w głowie (Drew), dzięki któremu wiesz, że długie i ochoczo rozkładające się nogi (Mayo, Knight) nie będą zapraszały do penetracji pierwszego lepszego rozgrywającego z byle jakim crossoverem.

Nastawcie się, że Bucks będą jednocześnie tankować i walczyć o playoffy. To jest właśnie kwintesencja tej drużyny.

Przewidywalność, której nie sposób przepowiedzieć.

Brzydota rzucanych na upartego trójek, która urzeka swoim pięknem, kiedy trafiamy z ponad 40% skutecznością.

To błyskawicznie wyprowadzane kontry, które spowalniają uciekający przez palce czas.

Bucks to największa antyteza koszykówki od czasu Latrella Sprewella i oszczędzania pieniędzy, czy Patricka Ewinga i mistrzostwa NBA.

Bucks to czarna dziura NBA, która w jednym momencie wsysa cię przed monitor tylko po to, aby jednym błyskawicznym i wulgarnym skurczem obrzygać cię 21 stratami i potencjalnym game-winnerem Jenningsa zakończonym spektakularnym airballem.

Nigdy nie wiesz, czego się spodziewać i jednocześnie dałbyś sobie uciąć rękę, że i tak skończą na miejscach 7-10.

Tej spodziewanej nieprzewidywalności życzę każdemu kibicowi Bucks w nadchodzącym sezonie.

I’m drunk. I’m out.

Giannis Αντετοκούνμπο – znowu zmarnowałeś mi wieczór!

antekJim Owczarski postanowił popsuć mi wieczór (i jutrzejsze wstawanie o 4:55 na siłownię) i nie dał mi iść spać o standardowej 22:30. Jego artykuł o Giannisie (który w całości możecie przeczytać tutaj) jest po prostu zbyt dobry, nie tylko żeby go nie przeczytać, ale również, żeby czegoś o nim nie napisać.

Twitterowy #AntekBandwagon dopiero się rozkręca, a sezon dopiero przed nami. Za każdym razem, kiedy zastanawiam się, skąd w ogóle tyle zafascynowania grą Antka w głowie mam jego highlightsy z ostatnich meczów. Łatwość wymuszania fauli. Kroki dłuższe od kariery Nasha i Stocktona razem wziętych. Stepback jumper, który wykonuje na takim luzie, jakby to nie była inna czynność od porannego mycia zębów, czy mycia rąk przed jedzeniem. Ta niewiarygodna lekkość bytu na parkiecie mimo tego, że niedługo skończy dopiero 19 lat. Giannis jest jednak przykładem zawodnika, u którego młody wiek wcale nie idzie w parze z brakiem doświadczenia.

Żeby nie tłumaczyć całości, załączam kilka najciekawszych faktów z obszernego artykułu. Wszystkich – WSZYSTKICH – zachęcam do lektury całego tekstu.

Hammond pamięta doskonale trzy dni jakie spędził na hali, mogącej pomieścić góra 500 osób. Na jednej tablicy nie było obręczy, a tablice nie miały sprężyn. Okna były popękane. Drewniane deski od kaloryferów robiły za półki na siłowni.

Rodzinie Giannisa (który jest jednym z sześciorga dzieci) nie było łatwo. Uciekli do Grecji w poszukiwaniu lepszego życia, ale nawet tam było ciężko. 20 lat żyli nielegalnie, bez żadnych dokumentów. Masz dzieci i codziennie musisz żyć ze świadomością, że chodzisz do pracy na czarno. W każdej chwili policja może cię zatrzymać i wysłać z powrotem do domu (rodzice Giannisa uciekli z Nigerii). Rodzina Antetokoumbpo otrzymała obywatelstwo dopiero 9 maja tego roku.

Dla mnie (Giannisa) moi rodzice są moimi bohaterami.

Gdyby Giannis był Einsteinem, albo naukowcem, dalej nie otrzymałby obywatelstwa, bo w Grecji jest 100000 dzieci z tym samym problemem. Ale ponieważ koszykówka jest tu sportem narodowym, łatwiej było mu przejść przez formalne trudności. Niestety, dla pozostałych 100000 dzieciaków, problem obywatelstwa dalej pozostaje nierozwiązany.

Grecy bezustannie winili kolorowych imigrantów jako główną przyczynę problemów ekonomicznych w kraju. Do tego stopnia, że nawet jak Giannis otrzymał obywatelstwo i mógł reprezentować kraj w meczach międzynarodowych, niektórzy ludzie bali się go dotykać. W meczach nie mogli go twardo kryć, bo NIE MOGLI go dotykać!

Giannis, który skończy 19 lat 16 grudnia, gra w koszykówkę dopiero od 5 lat.

Larry Sanders przyznaje, że Giannis ma olbrzymi potencjał, którego nie da się nauczyć – rozmiar, zasięg i szybkość. Ma wszystko, czego potrzebuje zawodnik, żeby stać się wielkim. I co najważniejsze, chłonie wszystko jak gąbka.

Jego dziadek, ojciec oraz starszy brat byli zawodowymi piłkarzami i Giannis chciał iść w ich ślady. „Zawsze chciałem być najlepszy w tym, co robię. Skupiałem się tylko na tej jednej rzeczy. Chcę grać w piłkę. Będę wielką gwiazdą piłkarską. OK, nie udało się. W takim razie koszykówka. Będę wielką gwiazdą koszykówki. Od pierwszego dnia był to mój główny cel. Muszę być najlepszy w tym, co robię. Każdego dnia.

Moje podejście do życia nigdy się nie zmieni. Ostatnio poszedłem oglądać mieszkanie i było za drogie. Ponieważ spędziłeś całe swoje życie w biedzie, liczysz się z każdym groszem. Teraz, nawet jak mam pieniądze, nie chcę wydawać zbyt dużo kiedy coś jest za drogie.

Chętnie bym to skomentował. Napisał z perspektywy starego, doświadczonego 30 latka z duszą 50-letniego profesora językoznawstwa stosowanego, jak bardzo świat potrzebuje takich skromnych ludzi, dla których wartościami przewodnimi nie są dziwki i narkotyki, ale rodzina. Czytałem artykuł trzy razy w ciągu ostatnich kilkunastu minut i za każdym razem zatrzymywałem się na momencie, kiedy wspominał o szacunku dla rodziców. Może to dlatego, że jest jeszcze młody, czuje się z nimi bardzo związany. A może faktycznie teraz dopiero zacznie im się odwdzięczać za to, że przez tak długi okres narażali swoje życie tylko po to, aby ich dzieciom żyło się lepiej niż im.

Strasznie sentymentalne się zrobiło. Caron Butler pewnie popłakał się czytając ten artykuł.

List otwarty do Grega Odena.

Drogi Grzegorzu,

Grześku,

Pamiętasz jak w 1982 spotkałeś się z moim dziadkiem w Clive’s Coffee przy Taylor Street w Portland, czternaście lat po tym, jak zostałeś wybrany w drafcie i nie zdobyłeś jeszcze żadnego mistrzostwa? Rozmawialiście wtedy o Doktorze J, który był w podobnej sytuacji jak ty. W podobnej, ale innej (takie duże, a patrzcie jakie małe). On był gwiazdą i niezaprzeczalnym autorytetem w lidze, tymczasem Ty byłeś wiecznie kontuzjowanym talentem, który dziś, nieco ponad 21 później, zdecydował się przenieść swoje kontuzje na Florydę. On w rok po tym spotkaniu w końcu zdobył swój tytuł. Wygląda na to, że i Tobie się poszczęści…

Greg_Oden_ESPN_MagSącząc cappuccino z podwójnym espresso rozmawialiście z dziadkiem o szacunku. Chciałeś zawsze być postrzegany jako ten, który zapracował ciężko na te 21 milionów dolarów, które wpłynęły na twoje konto mimo eksplodujących kolan. Pamiętasz jak poruszyliście temat Elgina Baylora? Mówiłeś, że jest ci szkoda zawodników, którzy 8 razy pojawiali się w finałach i nigdy nie zdobyli mistrzostwa, mimo, że ewidentnie na to zasłużyli. Wspomniałeś, że byś się załamał, gdyby tak jak w jego przypadku, twoja drużyna zdobyła tytuł rok po twojej decyzji o zakończeniu kariery. Patrząc z perspektywy czasu, do wielkich graczy, którzy nigdy nie zdobyli mistrzostwa dodałbym jeszcze Mailmana (do którego, z tego co pamiętam nasze spotkanie na knyszy w Maine straciłeś szacunek po sezonie 2003/04 kiedy zdecydował się podpisać minimalny kontrakt z LA, żeby spróbować ostatnimi kroplami Metandienonu wywalczyć pierścień) i Stocktona, Icemana, Ewinga, Wilkinsa, Maravicha, Reggiego i twojego wielkiego kumpla i przyjaciela T-Maca. Kiedy rozmawialiśmy zaraz po tym, jak przeczytałem informację na ESPN o Twoim przejściu do Heat broniłeś się, że jesteś inny od nich. Oczywiście, że tak. Oni na zasłużyli na mistrzostwo i go nie wygrali. Ty jeszcze masz szansę je wygrać, mimo, że nie zasłużyłeś.

Jesteś dobrym człowiekiem. Masz dobre serce. Apeluję do Twojego zdrowego rozsądku i sugeruję, abyś potknął się na długopisie i skręcił kostkę podczas podpisywania kontraktu. Mamy rok 2013, nie grałeś w koszykówkę od czasów trzęsienia ziemi w Indonezji w 2009, a Twoje kolana są pewnie w takim samym stanie, jak wybrzeże Sumatry po prawie 8 stopniowych wstrząsach. Wyglądasz teraz jak 60 letni weteran, który podejmuje ostatnią, desperacką próbę powrotu do contendera po to, aby móc dołączyć do mojej ulubionej i wyjątkowej listy (przepraszam) ścierw, którzy zdobyli pierścień. Czy naprawdę chcesz dołączyć do panteonu takich gwiazd jak: Sun Yue, Gabe Pruitt, Chris Jent, Mark Madsen, Darko MIlicić, Eddy Curry, Jack Haley, Scot Pollard, Brian Cardinal, Mengke Bateer, czy Will Perdue?

Nie. Bzdury piszę i robię sobie jaja, znasz mnie. Skreśl powyższy akapit. Życzę Ci jak najlepiej. Nie miałeś łatwej kariery i wiem, że wieczne kontuzje pokrzyżowały Ci plany podbicia NBA. Chciałbym, żebyś zagrał cały sezon i udowodnił mi, że jestem w błędzie. Chcę, żebyś zdobywał 10/6 i był ważną częścią mistrzowskiego zespołu, który będzie pewnie zmierzał po trzeci z rzędu tytuł. Nie życzę Ci tego, co jest w mojej głowie najbardziej prawdopodobne – kontuzji w 8 meczu i przesiedzenie na ławce do końca sezonu. Wierzę, że jeśli połączysz swoje zakola z zakolami LeBrona, stworzycie wyjątkowy duet, chociaż na chwilę. Bądź silny, mimo, że mój dziadek, z którym się tak chętnie spotykałeś, po nawet po amputacji obu nóg miał lepsze kolana od Ciebie.

Wiesz, że zawsze Cię szanowałem za umiejętność zarabiania pieniędzy mimo kontuzji. Jest to najwyższa umiejętność, którą może posiąść sportowiec. Teraz, mimo kilku groszy, które dołożysz do swojej wiecznej rehabilitacji, dostajesz prawo i przywilej grania z Jamesem w drużynie, która jest na drodze do stworzenia wyjątkowej dynastii. Jeszcze raz życzę Ci zdrowia i powodzenia w nadchodzącym sezonie. Oby nie był tym ostatnim.

A kiedy zdobędziesz mistrzostwo, obiecaj mi, że zrobisz jedną rzecz. Publicznie przyznasz się do tego, że faktycznie jesteś ojcem Lebrona Jamesa.

Łączę serdeczny uścisk dłoni oraz należące Ci się wyrazy szacunku,

Twój szczerze oddany przyjaciel,

daveknot

Sanders: „Chcę, żeby ludzie mówili o Bucks i myśleli o nas jak o zwycięzcach”

 

Im więcej czytam ostatnio artykułów o Sandersie, tym jeszcze więcej nabieram do niego sympatii, mimo, że już od roku czasu twarzą mojego bloga. Ostatnio pisałem, że Larry doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że będzie liderem Bucks. Teraz te słowa znalazły potwierdzenie nie tylko w głowie samego zawodnika, ale i w głowach innych ludzi, którzy mieli okazję pracować z nim w czasie campu USA.

Larry podzielił się swoimi wrażeniami z przebudowy zespołu dla chłopaków z realGM, gdzie po raz pierwszy przyznał się, że:

Mogę tu spędzić całą swoją karierę. Bucks adoptowali mnie prosto z draftu, przyjęli mnie z miłością i wspierali, nie zależnie od tego, czy grałem czy nie. Wspaniałe uczucie móc teraz coś im oddać. Dać im coś do oglądania i zabawy.

Nauczony przez setki noży połamanych przez właścicieli klubów na plecach zawodników (i odwrotnie) wiem, że zawsze należy czytać takie rewelacje z odpowiednim filtrem. Owszem, Larry jest teraz zadowolony. Jasne, że fantastycznie na pewno mu się czyta i słucha informacje o tym, że jest drugim Dwightem Howardem NBA, tyle, że nie potwornie przepłaconym. I na pewno mógłby tu spędzić całą karierę, pod warunkiem, że od przyszłego roku będzie podobnie przepłacony jak Superman. A jak nie, to z łatwością znajdzie sobie inne miasto, które równie szybko i równie mocno polubi.

Czytaj dalej Sanders: „Chcę, żeby ludzie mówili o Bucks i myśleli o nas jak o zwycięzcach”

(TOP10 Bucks EVER) #9 – Terry Cummings

Po urlopie, na którym trzeba było wstawać koło godziny 7 (co dla mnie jest potwornie późną porą) w końcu udało mi się przestawić na normalny i stały tryb operowania i wstawania przed resztą rodziny o 5 rano. Fascynujące jest to, jak człowiek, który desperacko potrzebuje trochę czasu dla siebie, będzie robił wszystko, aby rodzina, praca i inne codziennie obowiązki chociaż przez kilkadziesiąt minut nie stanowiły przeszkody w robieniu tego, co sprawia wielką frajdę. Siedzenie o 5:20 na tarasie, kiedy wszyscy sąsiedzi jeszcze śpią i tylko nieliczni sennie maszerują do pracy, z kawą i  pierwszym śniadaniem jest wręcz doskonałą scenerią do pisania o liście najlepszych zawodników w historii Milwaukee Bucks. Dzisiaj mam dla was szalenie interesującego gracza. Enjoy!

#9 – Terry Cummings

Czytaj dalej (TOP10 Bucks EVER) #9 – Terry Cummings

(TOP10 Bucks EVER) #10 – Jon McGlocklin

Ponieważ ostatnimi czasy kilku czytelników zwróciło mi uwagę na straszny negatywizm, przesiąknięcie sarkazmem oraz opodobania do bólu, postanowiłem popatrzeć na Bucks nieco bardziej przychylnym okiem. Nie jest to łatwe (a wręcz niemożliwe), żeby dokonać tego bez cofania się w przeszłość. Jak zwykle nie oczekujcie za bardzo regularności pisania, ale przez wakacje chciałbym wam przedstawić sylwetki 10 najlepszych zawodników w historii Bucks oraz 10 niezapomnianych akcji/momentów, do których zawsze warto wracać. Większość z was pewnie to wie, ale dla wszystkich moich młodszych czytelników nowością będzie informacja o tym, że Bucks kiedyś byli naprawdę fun-to-watch zespołem, który nie był na stałe zespawany z ósmym miejscem na wschodzie.

#10 Jon McGlocklin

Czytaj dalej (TOP10 Bucks EVER) #10 – Jon McGlocklin

Ish Smith? Kto to w ogóle jest?

Oddanie Tobiasa Harrisa do Orlando było tragicznym błędem Hammonda. Książkowym przykładem na to, jak jedna decyzja może się ciągnąć za osobą do końca jego kariery jako managera. Oddać młodego, wszechstronnego i perspektywicznego zawodnika za 28 bezpłciowych meczów Redicka (teraz wymienione już za pick w drugiej rundzie przyszłorocznego draftu, który może się okazać jeszcze bardziej bezpłciowy) plus kilka buraków to szczyt bezmyślności. Jednym z buraków, którzy przyszli do Bucks dzięki tej niesławnej wymianie jest młody Ish Smith. Zawodnik, który mimo krótkiej, trzyletniej kariery w NBA, zdążył już zwiedzić pięć klubów (wybrany jako wolny agent przez Houston, w drafcie pominięty absolutnie przez wszystkich). Typowy wyrównywacz salary. Zapychacz najgłębszych dziur w składzie. Dobry kumpel na ławce, który zawsze poda ci czysty ręcznik i zimną wodę, bo i tak nie zmęczy się za bardzo w mniej niż 10 minut na parkiecie.

Czytaj dalej Ish Smith? Kto to w ogóle jest?

Efekt Dwighta – kto tak naprawdę dominuje pod koszami?

W czasie marcowej konferencji Sports Analytics Conference w Bostonie pracownicy Harvardu Kirk Goldberry i Eric Weiss przyjrzeli się dokładnie wszystkim podkoszowym zawodnikom grającym obecnie w NBA oraz jasno dali do zrozumienia, kto z nich ma największy wpływ na defensywę pod własną obręczą. Ich spojrzenie na tę kwestię jest dla mnie ciekawe nie tylko dlatego, że w bardzo czytelny sposób obrazuje temat, który dla wielu jest bardzo dyskusyjny, ale również dlatego, że przedstawia Larry’ego Sandersa w bardzo korzystnym świetle. Dzięki uprzejmości autorów, którzy z dużym entuzjazmem odnieśli się do perspektywy pierwszego w historii przekładu ich pracy na język polski, możemy na spokojnie przeczytać ich analizę, która mam nadzieję, zapoczątkuje poważną dyskusję.

Wstęp

Koszykówka jest bardzo prostym sportem, sprowadzonym w zasadzie jedynie do dwóch rzeczy. Zawodnicy walczą ze sobą po dwóch stronach parkietu, a wszyscy najwięksi stratedzy skupiają się na tym, aby po pierwsze zdobywać punkty, a po drugie – aby ich nie tracić. To, że wygrywa drużyna, która zdobędzie więcej punktów jest tak oczywiste, że nie trzeba o tym pisać, jednak zasada ta nie ma zbyt dużego odzwierciedlenia w statystykach. Nawet szybkie przeglądanie „zaawansowanych” statystyk sugeruje, że sukces w koszykówce zależy bardziej od ofensywnych czynników niż od defensywnych. Zaledwie kilka stron internetowych zajmuje się wyłącznie defensywnymi aspektami koszykówki. Ponieważ większość statystyk odnosi się do kryteriów, które łatwo przypisać danemu zawodnikowi, umiejętności gry w obronie schodzą na dalszy plan.

Współczesna analiza koszykówki jest mocno ograniczona przez nieumiejętność odpowiedniego ocenienia zagrań w obronie. Większość badaczy gry defensywnej skupia się głównie na łatwych do zmierzenia czynnikach, jak bloki, zbiórki czy przechwyty, co niestety nie zawsze w 100% oddaje istotę oraz skuteczność gry w obronie. Na czym zatem polega efektywna obrona? Na tym, aby przez szereg złożonych czynników  i zachowań osiągnąć jeden cel – przeszkodzić przeciwnikowi w zdobyciu punktów. Mając to na uwagę, NBA wkracza powoli w erę „poważnej analizy”, przez co jak grzyby po deszczu rosną nowe strony, które przedstawiają nam coraz to bardziej zaawansowane dane.

W niniejszej pracy przedstawiamy nową metodę badawczą, która ma na celu zmierzyć i określić podkoszową efektywność centrów i silnych skrzydłowych. Głównymi założeniami pracy są:

  1. rozszerzyć zasięg informacji dostępnych w internecie na temat wpływu centrów na defensywę pod koszem oraz
  2. przedstawić kluczowe wyzwania z jakimi trzeba się zmierzyć, gdy pojawiają się nowe formy przedstawiania analizy graczy.

Ponieważ wiele zaawansowanych analiz dostarcza nam jedynie danych, ale nie skupia się na tym jaki wpływ mają one na grę zespołu, wszystkie zebrane przez nas informacje zostaną nie tylko przedstawione graficznie, ale również uzupełnione odpowiednim komentarzem.

Tło

background

Zawodnicy NBA trafiają około 39% wszystkich swoich rzutów oddanych z poza pomalowanego. Jedyne rzuty, które wpadają do kosza z ponad 50% skutecznością to te spod samej obręczy. Pomimo błyskawicznie rosnącej popularności na rzuty za trzy, dobry rzut to taki, który zostaje oddany z najbliższej odległości. Nie tylko dlatego, że zapewniają największą skuteczność, ale również dlatego, że w razie pudła jest większa szansa na ponowienie akcji w ataku. Ponad 70% rzutów oddawanych spod kosza kończy się punktami, faulem na rzucającym zawodniku, albo zbiórką w ataku. Jest to głównym powodem, dla którego zawodnicy oddają 1/3 rzutów z tego małego pola pod samym koszem, a obrońcy angażują dodatkową porcję energii na uniemożliwieniu oddania dobrego rzutu z tego obszaru. Dziwić może to, że tak mało jest analiz, które dogłębnie skupiają się na podaniu zaawansowanych danych na temat tego, jak pod koszem radzą sobie wysocy zawodnicy. Powód jest jednak prostszy niż nam się może wydawać. Obrona podkoszowa jest kluczowa do osiągnięcia sukcesu w koszykówce, ale póki co nie wynaleziono odpowiedniej liczby narzędzi, którymi moglibyśmy mierzyć umiejętności defensywne zawodników. Weźmy pod uwagę dwa pytania:

  1. Kto jest obecnie najlepszym podkoszowym obrońcą w NBA?
  2. Jakich statystyk byście użyli, żeby odpowiedzieć na to pytanie?

Drugie pytanie jest podchwytliwe, ponieważ nawet najbardziej zaawansowane statystyki potrafią być mylące. W zeszłym sezonie najlepiej blokujących graczem w NBA był Sarge Ibaka, który notował średnio 6,46 bloków na 48 minut. Ale czy to oznacza, że możemy do dołączyć do elity obrońców NBA, albo nawet opisać jako najlepszego blokującego jaki biega obecnie po parkietach? Bloki są relatywnie rzadkim wydarzeniem w czasie meczu i niestety, mają też dwuznaczny wpływ na defensywę. W wielu przypadkach, zawodnik oddający rzut nie wie, że zostanie zablokowany. Innymi słowy, obrońca pojawia się znikąd i z pomocy blokuje rzut. W momencie oddawania rzutu, zawodnik nie wie, że zaraz zza pleców jego obrońcy wyłoni się kolejny.

Dlaczego o tym wspominamy? Dwight Howard, przez wielu uważany za najbardziej dominującego obrońcę pod koszem, notował ledwie 2,69 bloków na 48 minut – prawie 4 bloki mniej niż Ibaka. Wychodzimy jednak z założenia, że sama obecność Howarda pod koszem „blokuje” zawodników, zanim ci pomyślą o oddaniu rzutu. O ile łatwo jest zmierzyć i zsumować takie statystyki jak bloki, zbiórki i przechwyty, o tyle ciężko jest póki co przytoczyć namacalne efekty wpływu, jaki ma Dwight Howard na obronę pod koszem. I tu pojawia się nasz „Efekt Dwighta” – czyli to w jaki sposób sama obecność centra pod koszem wpływa na zachowania gracza z piłką.

Być może najrozsądniejszą metodą do zbadania „Efektu Dwighta” byłoby kierowanie się schematami rozmieszczenia zawodników na parkiecie i skuteczności zespołów, gdy grają przeciwko danym centrom. Dzięki takim stronom jak SportVU coraz łatwiej jest spojrzeć na defensywę z innego punktu. W przypadku obrony podkoszowej możemy ocenić w jaki sposób gracze ofensywni zmieniają swoje zachowania w zależności od tego, przeciwko jakiemu centrowi grają. Co więcej, możemy także ocenić jak zachowuje się zawodnik z piłką, kiedy ktoś tylko „stoi pod koszem”, a jak, kiedy obrońca aktywnie próbuje przeszkodzić w rzucie.

Metodologia, dane i studium przypadku

Przygotowaliśmy dwie różne analizy przypadku obrony podkoszowej w NBA. Używając danych śledzenia zawodników (dzięki uprzejmości STATS SportVU), byliśmy w stanie ocenić pozycję graczy, ich tendencje rzutowe i rezultaty ponad 75000 oddanych rzutów w latach 2011-12 oraz 2012-2013. Oceniliśmy spacing graczy i skuteczność rzutów w obecności 52 graczy podkoszowych, którzy mieli możliwość obrony co najmniej 500 rzutów. Każdy przypadek monitoruje inny aspekt skuteczności w defensywie i wprowadza nowe dane do późniejszej analizy.

Wprowadzamy również pojęcie „spacial splits”, jako głównego środka przekazywania wyników. Ponieważ skuteczność rzutów jest w głównej mierze zależna od ustawienia zawodników, staramy się odwrócić ten mechanizm i użyć go do zrozumienia, zdefiniowania i przedstawienia skuteczności w obronie.

splits

„Spacial splits” zostały przez nas podzielone na dwie części: podział na częstotliwość i podział na skuteczność. Oba z nich przedstawiają procentowe wartości w następującej kolejności: dystans spod kosza / półdystans / rzuty za trzy. Podział na częstotliwość skupia się na tym, jak często dany zawodnik rzucał z odpowiedniego miejsca na parkiecie, natomiast podział na skuteczność określa z jakim FG% zawodnicy trafiają z określonego miejsca. Oczywiście liczby z trzech kolumn powinny po zsumowaniu dawać 100%. Dla przykładu podajemy statystyki Kevina Duranta i Josha Smitha:

Średnia ligowa: Częstotliwość – 35/41/24, skuteczność – 53/39/36

Kevin Durant: Częstotliwość – 27/46/27. Skuteczność – 65/44/37

Josh Smith: Częstotliwość – 45/43/12. Skuteczność – 61/37/30

Powyższe przykłady ilustrują, jak szybko i łatwo „spacial splits” są w stanie przedstawić nam kluczowe różnice w naweykach rzutowych zawodników. Możemy z nich wywnioskować, że Durant 27% swoich rzutów oddał spod kosza, 46% z pół dystansu oraz 27% za trzy. Jeśli zaś chodzi o skuteczność, aż 65% rzutów podkoszowych znajdywało drogę do kosza, 44% z półdystansu i 37% za trzy. Zauważcie, że wszystkie wyniki są powyżej średniej ligowej. Patrząc na powyższe, łatwo wyciągnąć wnioski z danych Josha Smitha.

„Spacial splits” są doskonałym narzędziem do badania preferowanych ofensywnych stylów gry przez danych graczy, jednak nie możemy zapominać o tym, że w naszej pracy skupiamy się głównie na defensywie. Wchodząc w szczegóły, chodzi nam o to, aby określić wpływ defensywy na rezultaty wspomnianych wyżej „spacial splits”. Po pierwsze – w jaki sposób gracze podkoszowi mogą zmniejszać skuteczność rzutów spod obręczy. Po drugie – i naszym zdaniem najważniejsze – w jaki sposób obecność centrów wpływa na zmniejszenie CZĘSTOTLIWOŚCI oddawanych rzutów spod kosza i przeniesienie ich na rzuty z półdystansu i dystansu. Reasumując, zmniejszona skuteczność spod kosza oraz mniejsza liczba rzutów oddawanych z najbliższej odległości = mniej punktów, mniej zbiórek w ataku i mniej szans na ponowień akcji.

Przypadek 1 – center stoi bliżej kosza

To badanie ma celu sprawdzenie, jak bardzo zawodnicy podkoszowi są w stanie „bronić dostępu do kosza”. Bierzemy tutaj pod uwagę rzuty, w czasie których obrońca znajdował się 1,5m od kosza. Badać będziemy twa różne aspekty zapobiegania zdobywania punktów: (1) zapobieganie oddawania rzutów oraz (2) zmniejszanie skuteczności rzutów spod kosza.

Przypadek 2 – center stoi bliżej zawodnika oddającego rzut

Drugie badania ma na celu sprawdzenie, w jaki sposób obrońcy utrudniają zdobycie punktów, znajdując się w bezpośrednim sąsiedztwie gracza rzucającego. W tym przypadku również badamy dwie rzeczy: (1) jak często obrońca znajduje się tuż przy rzucającym  (2) jak obecność obrońcy tuż przy graczu rzucającym wpływa na jego skuteczność.

W obu przypadkach, każdy czynnik jest oceniany przez dwie nowe statystyki:

1. Obronione rzuty: częstotliwość, z jaką obrońca znajduje się 30cm, 60cm i 90cm od gracza rzucającego,

2. FG% w zależności od obecności obrońcy (proximal FG%): skuteczność rzutów w zależności od tego jak blisko znajduje się obrońca.

Wyniki

Przypadek 1 – center stoi bliżej kosza

case1

Ogólnie aż 1/3 rzutów z analizowanych 76000 miała miejsce, kiedy obrońca znajdował się ok. 150 cm od kosza. Możemy zatem zaryzykować stwierdzenie, że „dominująca” obrona pod koszem może mieć dwojaki efekt: zmniejszanie skuteczności rzutów oraz zmniejszanie częstotliwości oddawania rzutów. Jeśli chodzi o zmniejszanie skuteczności rzutów, najbardziej efektywnymi zawodnikami byli Roy Hibbert i Larry Sanders. Zmierzyliśmy to, obserwując FG% spod kosza w momencie, kiedy obrońca znajdował się 150 cm od kosza. Ogólnie zawodnicy NBA trafiają 49,7% swoich rzutów spod kosza, jeśli obrońca jest 150cm od kosza.  Przy Hibbercie i Sandersie, średnia ta spada aż do 38%. Na przeciwnym biegunie są Scola i David Lee, przy których gracze atakujący trafiali w identycznych sytuacjach w 63% przypadków. Poniżej znajduje się tabela z kompletem wyników:

appx1

Jesteśmy również zdania, że naprawdę dobry defensor nie dopuści w ogóle do tego, aby rzut został oddany. Wielu zawodników NBA niechętnie przeszkadza w każdym rzucie, a bardzo często dochodzi do sytuacji, że gracz podkoszowy zadowoli się, kiedy jego bezpośredni przeciwnik odda rzut z półdystansu zamiast wchodzić pod kosz. Zanalizowaliśmy ten czynnik patrząc jaki jest odsetek rzutów oddanych spod samego kosza, jeśli obrońca znajduje się ok. 150 cm od obręczy. Nasze badania pokazały, że najbardziej dominującym zawodnikiem w tym aspekcie jest Dwight Howard. Ogólnie, kiedy obrońca jest 150 cm od kosza, przeciętny zawodnik NBA odda rzut spod kosza w 57,2% przypadkach. Jednak kiedy na przeciw siebie ma Dwighta, częstotliwość rzutów spada już do 48%. Poniżej przedstawiamy pełne wyniki:

appx2

I właśnie ten czynnik zdecydowaliśmy się nazwać „Efektem Dwighta” – najskuteczniejszym sposobem obrony rzutów spod kosza, jest po zrobienie wszystkiego, aby taki rzut nie został nawet oddany. Pomimo tego, że Dwight nie jest liderem ligi w blokach, jest zdecydowanie na pierwszym miejscu w kategorii „niewidzialnych” bloków, które jak się okazuje, są jeszcze bardziej efektywne. Kiedy Howard jest pod koszem, przeciwnicy oddają zdecydowanie mniej rzutów z bliskich odległości i zadowalają się rzutami z półdystansu i dystansu, które są najmniej skutecznymi rzutami. Co więcej, ze wszystkich centrów, którzy zablokowali co najmniej 100 rzutów w badanej odległości, Serge Ibaka zajął ostatnie miejsce. Kiedy stoi pod koszem, przeciwnicy aż w 74% decydowali się na rzut z bliska. Oznacza to, że Ibaka często znajduje się pod koszem i stanowi potencjalne zagrożenie blokiem. Świadczy to też o tym, że jest liderem bloków po części dlatego, że o ma wiele więcej „potencjalnych” bloków niż ktokolwiek inny w NBA.

Przypadek 2 – center stoi bliżej zawodnika oddającego rzut. 

Średnio 27,8% wszystkich rzutów NBA jest oddawanych, kiedy obrońca jest ok. 150 cm od gracza rzucającego. Przebadaliśmy dokładnie 21042 rzutów, które spełniały nasze kryteria i przeanalizowaliśmy dwa osobne aspekty: (a) obronione rzuty, (b) skuteczność tych rzutów.

(A) – obronione rzuty. Wzięliśmy pod uwagę rzuty, które były oddawanie kiedy obrońca stał 30 (1ft) , 90 (3ft)  i 150cm (5ft) od gracza atakującego. 93 obrońców spełniło wszystkie nasze kryteria i zmierzyło się z co najmniej 200 rzutami. Najrzadziej przy graczu rzucającym był Tyler Hansbrough – jedynie w 20,7% przypadków znalazł się mniej niż 150 cm od swojego przeciwnika. Jedynie trzech zawodników znajdowało się mniej niż 150 cm od gracza rzucającego częściej niż 35% – to Josh Harrellson, Kosta Koufos i Jordan Hill. Na czwartym miejscu był Serge Ibaka z 34,5%. Pełna lista znajduje się poniżej:

appx3
appx3a
appx3b

(B) Skuteczność rzutów, kiedy obrońca stoi blisko rzucającego. Zaczniemy znowu od średniej ligowej: kiedy obrońca stoi w odległości 150 cm od gracza rzucającego, rzuty wpadają z 45,6% skutecznością. Jak za chwilę będzie można zobaczyć, wartość ta zmienia się w zależności od tego, jaki center kryje danego zawodnika. Najskuteczniejszym zawodnikiem w tym kryterium był Larry Sanders – przeciwnicy rzucali jedynie z 34,9% skutecznością, kiedy on był w pobliżu ok. 150 cm. Na drugim biegunie znalazł się Anderson Varejao, przy którym zazwyczaj trafia się z 54,2% skutecznością. Poniżej całościowe zestawienie danych:

prox

Dyskusja i ograniczenia metody.

W lidze, która z jednej strony dopiero co zaznajamia się z najnowszymi sposobami zaawansowanych statystyk, a z drugiej desperacko poszukuje jeszcze ambitniejszych badań, uważamy, że przedstawiana przez nas metoda stanowi nowy szlak w analizowaniu statystyk. Co więcej, naszym zdaniem w koszykówce nie ma innego aspektu, który byłby zarówno tak istotny jak i zaniedbywany statystycznie, jak gra w obronie. Nasza analiza została przeprowadzona, aby pokazać w jaki sposób nowe sposoby patrzenia na koszykówkę mogą wpłynąć na szczegółowe opisywanie defensywy.

Ocena defensywy w NBA jest rzeczą niesłychanie trudną. Pomimo nowych możliwości do analizy, które otrzymaliśmy wraz z pojawieniem się śledzenia zawodników (Tracking Data), obecnie nie ma odpowiednio rozwiniętych metod pozwalających dogłębnie przyjrzeć się obronie. Mamy nadzieję, że poprzez nasze badania nad obroną pod samym koszem, będą katalizatorem innego tego typu analiz, które pozwolą nam osiągnąć całościową, zaawansowaną statystykę defensywy. Być może największym ograniczeniem jakie w tej chwili posiadamy, to bariera występowania sytemu SportVu – jedynie 15 hal NBA jest w danym momencie wyposażona w ten nowoczesny system obserwacji zachowań zawodników. Niestety, jesteśmy świadomi tego, że powyższy czynnik może mieć ostateczne odzwierciedlenie w wynikach. Naszym celem nie było jednak stworzenie definitywnie finalnych i niezaprzeczalnych wyników. Zamiast tego chcieliśmy przedstawić nowatorską analizę gry w defensywie i tym samym uświadomić wielu fanatyków koszykówki, jak wielkie możliwości niesie za sobą technologia SportVu.

Kolejną wadą naszego badania jest brak zarysowania kontekstu, albo innymi słowy, nie mamy konkretnych informacji, w jakiej sytuacji dany rzut został oddany. Śledzenie zawodników na parkiecie otwiera okno na tysiące nowe możliwości analizy, jednak sprowadza całą zaawansowaną grę w koszykówkę w dwa wymiary, w których marginalizowane jest to, czy zawodnik oddawał rzut z podwojenia, w ostatnich sekundach akcji, czy na wagę zwycięstwa. Jest to kolejny czynnik, który ostatecznie może generować pewien margines błędu. Zdajemy sobie sprawę z tego, że śledzenie zawodników daje wiele możliwości, jednocześnie przyznajemy, że w celu wykonania bezbłędnych analiz, pod uwagę należałoby wziąć o wiele więcej czynników, które w tej chwili są niestety nie do zmierzenia.

Tłumaczenie (ze zgodą autorów do wykorzystania również materiałów graficznych):

Dawid Księżarczyk
http://www.daveknot.wordpress.com
http://www.twitter.com/daveknot

org. art. http://www.sloansportsconference.com/wp-content/uploads/2013/The%20Dwight%20Effect%20A%20New%20Ensemble%20of%20Interior%20Defense%20Analytics%20for%20the%20NBA.pdf

Maurice Stokes – najlepszy zawodnik o którym nie słyszeliście!

Red Auerbach powiedział o nim, że był Magiciem Johnsonem przed narodzinami Magica.

Oscar Robertson powiedział, że jak na gracza który miał 204cm wzrostu i ważył 109kg był lepszym strzelcem i zbierającym niż Elgin Baylor.

Bob Cousy nazwał go Karlem Malone, tyle, że grającym z finezją i przyznał, że to on był pierwszym prawdziwym atletycznym silnym skrzydłowym.

Bobby Wanzer, członek Galerii Sław powiedział, że „był marzeniem każdego trenera. Gdyby jego życie potoczyło się inaczej, mógłby być jednym z 10 najlepszych zawodników w historii.”

Gene Shue opisał go jako uwielbiającego rywalizację, twardego i nieustępliwego.

Mowa o prawdopodobnie najlepszym zawodniku, o którym nigdy nie słyszeliście…

[czytaj dalej]

Początki TV w NBA

Kiedy General Motors wycofał się ze sponsorowania NBA w 1979, wszystkie transmisje meczów stanęły pod wielkim znakiem zapytania. GM posiadał większościowy pakiet, w skład którego wchodziła reklama piwa, pianek do golenia, ubezpieczeń na życie, no i przede wszystkim – samochodów. Spece od reklamy zdawali sobie sprawę z tego, że większość towarów, które były reklamowane w najlepszym czasie antenowym, kierowanych było do kobiet. Ze sportami było inaczej. Koszykówka była prawdziwym męskim bastionem, miejscem, gdzie towar kierowany był tylko do niego; a to przecież mężczyźni w większości przypadków decydują jakie ubezpieczenie wybrać dla rodziny, albo jaki samochód kupić.

Właśnie dlatego, każdy pakiet reklamowy musiał mieć w sobie chociaż jeden samochód. Za kulisami zaczęto mówić o tym, że General Motors poważnie zastanawiał się nad sponsorowaniem akademickiej koszykówki – sport, który był wtedy o wiele bardziej zacięty, grany był przed większą, młodszą, bardziej wpływową i, co też było ważne, białą publicznością. Niestety dla GM, Ford wysłał ofertę pierwszy i to on został głównym sponsorem NCAA, a GM niechętnie i z wielką rezygnacją zgodził się na ofertę z NBA. GM wtedy sprzedawał samochód, który był zdecydowanie za drogi na swój standard, ale z drugiej strony był jednym z niewielu, prawdziwie „męskim” autem. W świecie reklamy panuje niepisana zasada, że czasem lepiej podpisać niechcianą umowę tylko po to, aby konkurent jej nie przejął. Dlatego w momencie, kiedy GM zdecydował się zakończyć wykładanie dolarów dla NBA, nie tylko rezygnował z pieniędzy (niezbyt wielkich), ale przede wszystkim zostawiał po sobie dziurę, która aż się prosiła o szybkie wypełnienie.

Kiedy Chevy zrezygnował, w sieci CBS Sports zaczęło się robić nerwowo. Po wielu nieudanych negocjacjach, sieć zmuszona była ciągle obniżać cenę pakietów reklamowych. W końcu, udało się podpisać umowę za śmiesznie niskie pieniądze z Subaru. Japończycy byli zachwyceni, że mogli sprzedawać swoje samochody Amerykanom, ale w CBS się nie cieszyli, bo dostawali jedynie 18,000 dolarów za 30 sekundowy spot (w tamtych czasach była to 1/3 – ¼ tego, co dostawały stacje telewizyjne za reklamy w przerwach meczu footballu). Na szczęście jednak udało się skompletować pakiet reklamowy – było piwo i był samochód. Było dobrze.

Piwem był Miller Lite, którego przedstawiciele bardzo wahali się, czy w ogóle warto inwestować pieniądze w męską koszykówkę. Nie podobało im się wiele rzeczy w NBA, przede wszystkim jednak przeszkadzała im stacja CBS, która upierała się nad tym, żeby w reklamach występowali głównie byli zawodnicy. Walczący jednak o większość rynku, Miller nie mógł sobie pozwolić na całkowite zrezygnowanie z reklam, szczególnie, że nisko kaloryczne piwa były wtedy nowością i nie miały żadnej historii. Żaden Amerykanin nie zabierał wcześniej swojego syna do pubu i nie zamawiał dla niego piwa „Lite” na osiemnaste urodziny. Dlatego Miller walczył ze wszystkich sił, żeby ich reklamy tworzyły nową historię. Każda z nich była prawdziwym majstersztykiem – starano się, żeby ci sami zawodnicy występowali w kilku reklamach, po to, żeby kibice mogli się identyfikować z tymi samymi osobami. Co ważniejsze jednak, mimo że NBA przeżywała kryzys, wciąż była doskonałym nośnikiem dotarcia do młodzieży. A CBS, która przecież też płaciła niemałe pieniądze za prawa do transmisji meczów, mogła odetchnąć z ulgą, że udało się skompletować pakiet reklam mimo znacznego spadku oglądalności.

Kolejnym ważnym wydarzeniem była plotka, jakoby CBS miało się wycofać z pokazywania ligi w 1982, co znacznie zmniejszyłoby wypłacalność i prestiż ligi. Mówi się, że aż 40% klubów nie przynosiło strat tylko i wyłącznie ze względu na te 800,000 dolarów, które dostawały za prawa telewizyjne od CBS. Pozostałe kluby były w tak fatalnej kondycji finansowej, że jak tylko czek z CBS spóźniał się o jeden dzień, szefowie wydzwaniali do biur i pytali, kiedy przyjdą pieniądze.

CBS było w złej sytuacji nawet po dojściu Millera. Nie wszystkie miejsca reklamowe w czasie transmisji meczów były sprzedane. Czasem, przed niedzielnymi meczami odbywały się tzw. „fire sales”. Polegało to na tym, że w piątek CBS zaczynało sprzedawać reklamy na niedzielne mecze z wielkimi zniżkami, a jak to nie pomogło, to oddawało prawa do reklam praktycznie za darmo. Co sprytniejsi reklamodawcy byli więc zachwyceni możliwością kupienia 30 sekundowego spotu za niewiele ponad 5,000 dolarów. Brak wizji dobrej sprzedaży prawe do reklam odbijał się też w tym, że CBS co raz bardziej wtrącało się do grafiku NBA. Właściciele drużyn byli strasznie zdenerwowani faktem, że w lidze obowiązywały wtedy dwa rozkłady meczów – jeden proponowany przez NBA, który zaczynał obowiązywać od października i drugi, układany przez przedstawicieli CBS, który startował w połowie stycznia.

Co było do przewidzenia, pierwszym meczem pokazywanym przez CBS był pojedynek Lakers z Celtics, który miał był wielkim hitem ze względu nie tyle na rywalizację drużyn, co na starcie dwóch świetnych debiutantów – Birda i Magica. Zgodnie z oczekiwaniami, mecz przyniósł niezły wynik 8,5 (co oznaczało, że mecz leciał w 8,5% rodzin, które miały telewizor), znacznie powyżej fatalnego 5,6 z poprzedniego sezonu. Niestety, nie w każdym meczu mógł grać Magic i Bird. W lidze były jeszcze 22 drużyny, z których tylko część była warta oglądania. Planem CBS było podwyższenie rankingu oglądalności do 6 po całym sezonie, a żeby to osiągnąć, musieli przyciągać kibiców przed ekrany telewizorów. W rezultacie, pokazywane były w kółko te same drużyny, a 2/3 zespołów było ignorowanych.

Kilkanaście lat wcześniej, w czasie kiedy CBS walczyło ze swoimi problemami, Roone Arledge myślał o tym, co zrobić aby transmisje meczów były ciekawsze. Arledge był człowiekiem, który uchodził za jednego z bardziej utalentowanych ludzi w telewizji – na potwierdzenie tych słów, został wybrany nowym szefem ABC News. Nie podobało mu się to jednak. Wolał iść dalej, mieć więcej i pracować z czymś, co ma większy zasięg. Jego planem było pokonanie CBS w tym, w czym byli najlepsi – weekendowych wieczornych wiadomościach. Uważał, że ma wielką szansę, bo człowiek, który stał od lat za sterami CBS, Walter Cronkite, odchodził na emeryturę. Bez niego, CBS traciła ponad połowę swojej wartości. Kiedy udało mu się tego dokonać, zdecydował się oddać całkowicie transmisjom sportowym. Telewizja dawała życie koszykówce, a Alredge ożywiał telewizję. Był pionierem, jeśli chodzi o relacjonowanie spotkań. Pisał własne reguły, które potem świadomie łamał, żeby tylko mecze oglądało się przyjemniej. Dzięki niemu, koszykówka stała się nie tylko sportem dla tych, którzy chcą wydać kilka dolarów na bilet. W zamian stała się dyscypliną, dla której ludzie wykładali grube miliony, tylko po to, żeby się zareklamować w odpowiednim miejscu.

Wszystko to stało się zaledwie w ciągu jednej dekady. Daniel Schorr, komentator sportowy, nazwał to zjawisko „efektem cieplarnianym”: w telewizji wszystkie rzeczy wydawały się większe, szybsze, zdrowsze. W latach sześćdziesiątych, koszykówka była skromnym sportem, granym w sześciu miastach dla garstki prawdziwych fanów. W większości drużyn panował strach, czy znajdą się pieniądze na kolejne wypłaty. Z pomocą przyszła stacja NBC, z którą podpisano kontrakt w ostatniej chwili, jednak wyniki oglądalności były tak niskie, że nie zdecydowano się podać ich do publicznej wiadomości. Zgodnie z oczekiwaniami, w 1965 roku NBC nie przedłużyła umowy z NBA i na jej miejscu pojawiła się stacja ABC. ABC była wtedy najsłabszą i najmniejszą z trzech stacji, dlatego otrzymanie praw do transmisji NBA było największym wydarzeniem w historii. Podpisano pięcioletni kontrakt na 600,000 dolarów, który co roku miał rosnąć o 100,000 aż osiągnie okrągły milion dolarów w ostatnim roku umowy. W pierwszym roku umowy, w lidze grało tylko 9 drużyn, a kilka z nich było na skraju bankructwa. ABC sprytnie zawarło w kontrakcie klauzulę, że bez żadnych konsekwencji może zerwać umowę, jeśli tylko jedna z drużyn upadnie. Patrząc wstecz można odnieść wrażenie, że władze ABC mogły zawrzeć klauzulę nie o drużynach odchodzących z ligi, ale dołączających do niej.

Arledge od początku był uważany za człowieka, który który potrafi zrewolucjonizować sport w telewizji. Był młody, nie miał żadnych złych nawyków i rozumiał w jaki sposób operować kamerą, żeby obraz przyciągał reklamodawców. Inni producenci wysyłali zazwyczaj 4 albo 5 kamer na mecz – Arledge miał zawsze co najmniej 11. Rozumiał to, że koszykówka jest sportem akcji, gdzie dzieje się tak dużo, że trzeba umieć to wszystko odpowiednio uchwycić. Dlatego jego kamery jako pierwsze nagrywały nie tylko zawodników, ale i cheerleaderki, zespoły, kibiców na trybunach, a także graczy rezerwowych. Dla Arledge’a kluczowe było to, żeby przynieść kibiców do gry, a nie grę do kibiców. Kiedy w latach siedemdziesiątych piłka nożna dotarła do Ameryki i pokazało mecz Arledge’owi, ten powiedział tylko: „Nie podoba mi się. Jest za wolna. Za dużo ludzi. Za dużo biegania. Nic się nie dzieje. Poza tym, nie rozumiem zasad – a skoro ja ich nie rozumiem, to reszta kraju też się w tym nie połapie. Nie jestem na to gotowy i nasz kraj też nie.”

Najciekawsze jest to, że Arledge nie był też od początku fanem koszykówki. Dopiero po jakimś czasie przekonał się do jej piękna, gracji i siły zawodników. Musiał więc zrobić wszystko, żeby ABC pokazywała mecze w takim sposób, aby wszyscy kibice byli w stanie zobaczyć to, co on widział. W końcu był artystą i jedyne co musiał zrobić, to odpowiednio ustawić kamery. Bez końca używał powtórek efektownych akcji z różnych ujęć, wychwytywał każdy siłowy pojedynek między zawodnikami, czy to DeBusschere’a z Gusem Johnsonem, Chamberlaina z Russellem, Bradley’a z Havlickiem, czy Jerry’ego Westa z Earlem Monroe. Do tego Arledge zawsze zdawał sobie sprawę z ograniczeń, jakie miała przed sobą koszykówka. Baseball był amerykańskim sportem z tradycjami. World Series nigdy nie musiał być reklamowany, bo sprzedawał się sam. Football charakteryzował się niesamowitą fizycznością, która trafiała w gusta większości amerykańskiego społeczeństwa. Koszykówka, jako sport narodowy, była jeszcze młoda i musiało minąć wiele lat, zanim dorosłaby do swoich konkurentów. Basket miał jednak wielką przewagę nad innymi sportami – mecze rozgrywane były w salach, tak więc cała intensywność była zamknięta w czterech ścianach. Plan Arledge’a polegał na tym, aby jeszcze zwiększyć tą rywalizację poprzez odpowiednie reklamowanie starych rywalizacji innych niż Boston-Lakers, Boston-Philly czy Nowy Jork – Baltimore. Nie można zapominać, że w tamtych latach zawodnicy byli głównie motywowani nie pieniędzmi, a dumą. Arledge zrobił wszystko, żeby uchwycić tą dumę na kamerze.

W czasie, gdy za panowania NBC nie prowadzono zapisów wyników oglądalności, tak za czasów Arledge’a, oglądalność szła powoli do góry. Nic jednak nie przyszło łatwo, bo jak Arledge się sam przekonał, właściciele drużyn byli bardziej zapatrzeni w siebie niż to sobie wyobrażał. Nie mniej jednak, najpierw liga miała ranking 6, potem 7,4, następnie 7,6, 8,1, aż w końcu w ostatnim roku trwania umowy osiągnęła rekordowe 8,9. To właśnie po sezonie 1968-69, Arledge, podobnie jak ówczesny komisarz ligi Walter Kennedy, zaczął się martwić szybko rosnącą ilością drużyn. Arledge jednak nie miał pomysłu, ile liga powinna optymalnie liczyć zespołów. Wspominał jednak, że dobrze byłoby mieć 12 drużyn w 1970 roku, a w 1990 – szesnaście. Bał się tego, że właściciele, którzy bardzo różnili się od tych z innych dyscyplin, będą mieli zbyt duży wpływ na rozwój ligi. Najgorsze było to, że właściciele ciągle wtrącali się w to, jakie mecze powinny być rozgrywane w niedziele. Jego największym wrogiem był Jack Kent Cooke, właściciel Lakers, który zawzięcie nie rezygnował z sadzania kibiców w rzędzie tuż przed kamerami, przez co, co chwila widać było czyjąś głowę na ekranie. „Krzaki!”– krzyczał zdenerwowany Arleadge oglądając transmisję – „same pieprzone krzaki! Czy te wieśniaki nie potrafią niczego zrobić dobrze? Do jasnej cholery, przecież to ich mecz!”

Kiedy kontrakt ABC wygasł w 1969 roku, stacja zdecydowała się na podpisanie kolejnej na cztery lata. Pieniądze dalej były niskie, szczególnie w porównaniu z footballem, gdzie roczny kontrakt opiewał na 6 milionów dolarów. W trakcie tych czterech lat, rankingi oglądalności ani razu nie spadły poniżej 9, a w ostatnim roku sięgnęły nawet 10. Na nieszczęście, koszykówka rozwijała się za szybko na tamte czasy. Kiedy ABC podpisało pierwszą umowę, w NBA było 9 drużyn. Teraz nagle pojawiło się ich 17. Na domiar złego, właściciele drużyn zamiast cieszyć się z tego, że ABC przedłużoną umowę, znowu zaczęli domagać się więcej i więcej. Część z nich była zupełnie nowa w tym sporcie i nie pamiętali tego, że niecałe 10 lat temu jeszcze nikt nie chciał oglądać meczów.

W 1973 nadszedł czas na podpisanie kolejnej umowy. ABC porozumiało się z Walterem Kennedym, ale do podpisania umowy nie doszło. Jak się okazało, kilku właścicieli, z Jackiem Kentem Cookiem na czele, domagało się zmiany stacji na CBS. Ostatecznie NBA nie podpisało kontraktu z ABC, bo Cook zaczął zadawać jedno pytanie wszystkim ważnym osobom, jakie znał: „Co jeszcze możemy zrobić, żeby dopieprzyć ABC?” Osobą, która najlepiej odpowiedziała na to pytanie był Barry Frank, były współpracownik Arledge’a, później agent w NBA. Frank doskonale znał ABC i Arledge’a i wiedział, że najlepszym wyjściem będzie wymuszenie na NBA zgody na podpisanie umowy zarówno z ABC jak i CBS. Mecze miałyby być głównie pokazywane między 13:00 a 14:00 w soboty. Był to strzał prosto w głowę Arledge’a, bo sobotnie popołudnia były zarezerwowane na mecze ligi uniwersyteckiej footballu i nie widział on opcji zastąpienia tych spotkań meczami NBA. W rezultacie, NBA podpisało nową umowę z CBS, a nie z ABC. Arledge wyczuł podstęp, podał sprawę do sądu, ale ostatecznie przegrał.

Tylko jedna osoba w NBA głośno sprzeciwiała się tej zmianie – był nią Red Auerbach. Nie tylko dlatego, że podobało mu się to, co Arledge robił dla NBA, ale również ponieważ znał Arledge’a i obawiał się, co się stanie, jak stanie on po drugiej stronie sporu. Pytał retorycznie:„Nie sądzicie chyba, że ktoś taki jak Roone Arledge po prostu o tym zapomni, prawda?” Nikt go jednak nie słuchał.

Arledge był oczywiście potwornie wkurzony. Stracił prawa do pokazywania sportu, który w zasadzie wypromował. Czuł się zdradzony, nie tyle przez CBS, co przez NBA. Pierwsze co zrobił, to całkowicie ściągnął z anteny ABC profesjonalną koszykówkę w soboty. Tak, jak promował koszykówkę uniwersytecką tamtej jesieni, nie robił tego nigdy. Wiedział, że NBA też przeniesie swoje główne mecze na soboty, jednak CBS zwęszyła postęp i przeniosła się z powrotem na niedzielę. To nie wystarczyło. Arledge pragnął zemsty i poprzenosił kilka programów, aby móc też puszczać NCAA w niedziele. Dodatkowo, zdecydował się wypuścić przeciw CBS wszystkie swoje bronie. Zmienił nieco swoje credo i zaczął testować prawdziwą potęgę telewizji. Telewizji tak bogatej, że nie potrzebowała rzeczywistości. Kreowała własną. Tym samym stał się twórcą nowego gatunku telewizyjnego, nazwanego przez Billa Leggetta ze Sports Illustrated TrashSports.

Program nazywał się Superstars. Pomysł krążył już w głowach producentów wcześniej, ale nikt nie odważył się na jego realizację. Polegało to na tym, że gwiazdy wszystkich sportów rywalizowały ze sobą w różnych dyscyplinach. Oczywiście każdy mówił, że ten pomysł nie wypali, ale Arledge był innego zdania: „Gdybym był fanem, chciałbym zobaczyć swoich ulubionych zawodników rywalizujących ze sobą w innych dyscyplinach.”.

I tak się zaczęło. Arledge wybierał zawodników, którzy mieli zarówno status gwiazdy, jak i byli odpowiednio elokwentni. Miał absolutną władzę – jak ktoś przynudzał, po prostu go wycinał. A że ryzykował? Im większe ryzyko, tym większa nagroda. Dodatkowo, postanowił dodać drugi odcinek do swojego sobotniego show Wide World of Sports i puszczać go w niedziele. Dzięki temu niedzielne popołudnia stały się prawdziwym przebojem i osiągały stale ranking 12. Co więcej, koszykówka uniwersytecka stawała się co raz bardziej popularna – a dzięki sugestiom stacji telewizyjnych, zmieniono nieco zasady pozwolono grać pierwszoroczniakom. Mecze NCAA zaczęły przyciągać większą uwagę niż NBA. Przez co ranking CBS i NBA spadł z 10 do 8,1. A potem jeszcze niżej. Wszyscy wiedzieli, że to był efekt zemsty Roone’a.

Pojawienie się TrashSports było tylko jednym problemem NBA. Drugim było to, że przez nagły wzrost liczby zespołów, praktycznie przestały istnieć jakiekolwiek rywalizacje. Do tego trzeba było dalej podróżować, zawodnicy grali mecze według źle ułożonego terminarza i co raz częściej oszczędzali się w trakcie sezonu zasadniczego. I do tego jeszcze stawali się co raz bardziej zachłanni – przez to, że liga ABA dobrze funkcjonowała, zarobki zawodników błyskawicznie wzrastały. W rezultacie, tak jak kiedyś kamera doskonale wyłapywała zaciętość na twarzach zawodników, tak teraz widać było tylko zobojętnienie i nudę. Dlatego co raz więcej kibiców przerzuciło się na mecze uniwersyteckie, bo tam zawodnicy dawali się z siebie wszystko.

Za czasów CBS wszystko wyglądało źle. Stacja, która zawsze była numerem jeden w kraju, była atakowana przez ABC na wszystkich frontach. W 1978 NBA i szefowie CBS usiedli do negocjacji nowego, 4 letniego kontraktu. Warto przypomnieć, że w tych czasach NBA było bardzo kłopotliwym towarem, który w każdej chwili mógł przestać przynosić jakiekolwiek zyski. W ostatnim roku trwania umowy, CBS płaciło zespołom 13 milionów dolarów. W nowym kontrakcie, właściciele domagali się 80 milionów dolarów przez 4 lata. Ówczesny komisarz ligi Larry O’Brian doprowadził w końcu negocjacje do końca, a stawka wyniosła 74 miliony w cztery lata. Wszyscy w świecie mediów uważali, że jest to śmieszna cena – płacić tak wielkie pieniądze za marginalny sport. Szczególnie, że nikt inny się po niego nie zgłaszał (większość ekspertów uważała, że jedyną rozsądną kwotą w tym czasie były by 50-52 miliony). Władze CBS też zdawały sobie sprawę z tego, że przepłacili i ich układy z O’Brianem co chwila się pogarszały. W połowie sezonu 1979-80, właściciele z jednej strony nienawidzili CBS, ale z drugiej bali się, że nie przedłużą umowy. Niektórzy z nich, po cichu zatęsknili za Roonem Arledgem.

Arledge zdawał się jednak nie przejmować tą sytuacją. Koszykówka NBA stała mu się obca. Rzadko oglądał mecze i prawie całkowicie zapomniał o fascynacji, jaką przeżywał jeszcze 7 lat temu. Marzył tylko o tym, żeby stacja ABC była wyżej niż CBS w każdym z możliwych rankingów. Wiedział też, że prawdopodobnie Dan Rather będzie następcą Cronkite’a, zaoferował mu pracę w ABC. CBS musiało skontrować ofertę i tym samym zapłacić mu znacznie więcej pieniędzy, niżby chcieli. W czasie, kiedy rozpoczął się nowy sezon NBA, Arledge był zainteresowany wyłącznie konfliktem w Iranie. Relacjonowanie sytuacji kryzysowych na polu walki przyniosło mu największą oglądalność w historii. Arledge ostatecznie stworzył kolejny nowy gatunek programu: TrashNews i był tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy.

Autor: Dawid Księżarczyk
na podstawie książki: "The Breaks of the Game" - David Halberstam

Kermit Washington – prawdziwa historia

Czasami udaje mi się trafić na zawodników, których historie nie są czymś szablonowym. Nieczęsto zdarza się bowiem, żebym leżąc w łóżku i czytając książkę przed snem trafił na tak inspirujący kawałek biografii zawodnika, że mam ochotę od razu zasiąść przed komputerem i zacząć pisać. Wczoraj w końcu się doczekałem. Na szybko, podniecony jak nigdy, opowiedziałem najważniejsze części historii żonie, która mój ponad 10 minutowy monolog skwitowała z uśmiechem: „On się nazywa Kermit Waszyngton”.  Wiedziałem od razu, że mam coś specjalnego, bo w końcu doszperałem się dodatkowych informacji na temat zawodnika, który jednym ciosem zrobił Tomjanovichowi dziurę w twarzy wielkości arbuza.

Część z Was na pewno widziała kilkuczęściowy film na youtubie poświęcony Kermitowi. Dla tych, którzy nie mieli okazji, poświęcam kolejne 4500 słów.

Jak ogromna część czarnoskórych koszykarzy, Kermit Washington wychowywał się w fatalnych warunkach. Jego matka ukończyła co prawda Howard University, na którym otrzymywała same dobre oceny, ale wysoka inteligencja nie poszła w parze z umiejętnościami do radzenia sobie w codziennym życiu. Zawsze powtarzała, że należy być uczciwym i ufać ludziom, jednak wszyscy i tak nagminnie ją wykorzystywali. Jego rodzice rozwiedli się, kiedy Kermit miał trzy latka. Doskonale pamięta scenę walki, której żadne dziecko nigdy nie powinno było widzieć. Po kilku latach od tego wydarzenia doszedł do wniosku, że jego ojciec przyszedł do matki po kilka kart kredytowych. Jego wizyta niefortunnie zgrała się w czasie z wizytą wujka Kermita. Rozpętała się rodzinna bitwa. W ruch poszło nawet żelazko, które w pewnym momencie znalazło się na twarzy wujka Washingtona. Zaczęły krzyki. Potworne krzyki. Kermit nie powinien był tego widzieć. Ani walki, ani krwi, ani żelazka, które z ogromną siłą wbiło się w głowę jego wujka. Przykre to, ale to był ostatni raz, kiedy widział swoich rodziców razem. Był przerażony, że ludzie, których tak kochał, tak bardzo się nienawidzili.

Po rozwodzie, sąd przyznał opiekę nad dziećmi ojcu. Pewnego dnia, podczas normalnej wizyty, jego matka porwała Kermita oraz jego starszego brata. Cała akcja była bezcelowa i fatalnie zaplanowana. Kermit pamięta, że przez całą podróż nie mieli nic do jedzenia, nawet jak zatrzymali się na krótki odpoczynek w Armii Zbawienia. Kermit do dziś nie wie, czy to mu się tylko przyśniło, czy wydarzyło się naprawdę, ale podobno razem z bratem nie jedli nic przez trzy dni z rzędu.  Kiedy potem dostał kanapkę z szynką i z serem, zjadł ją tak szybko, że nawet nie gryzł chleba. W końcu jakimś cudem udało im się wezwać pomoc i z odsieczą przyjechał ich ojciec. Od tego momentu zaczął się kolejny pamiętny okres przekazywania z ręki do ręki. Zupełnie, jakby Kermit i jego brat byli niechcianymi szmatami, które ktoś z grzeczności przyjął do domu, ale po pewnym czasie zaczynały śmierdzieć i trzeba się było ich pozbyć. Kermit zmieniał wtedy dom w zawrotnym tempie – raz mieszkał u dziadków, potem z ciotką i wujkiem, następnie z rodziną ze strony ojca, potem u rodziny ze strony matki i tak dalej. Cały czas miał świadomość tego, że jego obecność nie jest mile widziana w każdym z tych domów. Dlatego zamknął się w sobie, przestał mówić i zrobił się jeszcze bardziej wstydliwy niż kiedykolwiek wcześniej. Bał się, że jak coś powie, to zostanie skrytykowany i jeszcze tylko pogorszy swoją sytuację.

Ni  z tego, ni z owego, jego sytuacja nieco się poprawiła, kiedy zamieszkał u swojej prababci ze strony ojca. Prababcia była bardzo surową kobietą, ale przynajmniej miała czas, żeby kochać oby chłopców. Do tego nie potrafiła czytać ani pisać. Jak tylko Kermit wraz z bratem Erykiem przynosili do domu oceny ze szkoły (oczywiście bardzo słabe) dawali je prababci do podpisania i tym samym unikali kolejnej chłosty. To był niewątpliwie szczęśliwy okres w dzieciństwie Kermita, który skończył się, jak tylko jego ojciec ponownie wziął ślub. Okazało się, że w cudowny sposób udało mu się zataić fakt posiadania dwójki dzieci przed swoją przyszłą żoną, która była co najmniej zaskoczona, gdy się o tym dowiedziała. Przez to wszystko, nowy dom rodzinny wcale nie okazał się lepszy od pierwotnego. Kermit dalej nie miał nikogo oprócz swojego starszego brata, i jak sam wspomina, nie pamięta, aby chociaż raz ktoś go przytulił.

Należy też dodać, że dzielnica w której wychowywał się Kermit była tylko o krok od nazwania jej gettem. Dla oczu białego człowieka na pewno było to getto, jednak wytrawne czarne oko potrafiło zobaczyć różnice między naprawdę złymi dzielnicami. Kermit miał prawo do tego, żeby mówić o swoim wychowaniu na ulicy, ale potwornie bał się wychodzić z domu. Na każdym rogu czaiły się gangi, a on nie należał do żadnego z nich. Czasami pojawiały się oferty, żeby dołączył do jakiejś grupy, ale zawsze odmawiał, jakby zdawał sobie sprawę, że tylko pogorszy tym swoją sytuację. Było w tym trochę prawdy – widział jak część młodych Murzynów ginęło na ulicy, widział, jak zabiera ich policja. Jednak największym problemem życia w takiej dzielnicy było to, że nikt nie wierzył w lepsze życie. Śmierć, brud, zastraszanie i gangi to była jedyna realna rzecz. Nikt nie stanowił pozytywnego wzorca do naśladowania. Jedyną rzeczą, jaką dało się naśladować, była porażka. Nawet jak szedł do kina na film wojenny i widział jakiegoś czarnoskórego bohatera, to nie myślał o nim jako o tym, któremu się powiodło. Widział, że będzie to jedna z pierwszych postaci, która pożegna się z życiem na wojnie. I nierzadko się mylił. Dla Kermita istatniły dwa światy –  jeden, z którego brali się ludzie, którzy odnieśli sukces. I drugi, z którego brali się Murzyni. Kermit zdawał sobie doskonale sprawę z tego, z którego świata pochodził. Przez to bał się życia w rodzinie, bał się bycia w gangu a także tego, że nie był w żadnym gangu. Jego pewność siebie była tak niska, że jak tylko przebywał w czyimś towarzystwie, to zgadzał się ze wszystkim, co ta druga osoba mówiła.

W szkole nie było i wiele lepiej. Okoliczne placówki oświatowe były odzwierciedleniem ulic. Nauczyciele w niczym nie pomagali, nie dlatego, że byli złymi ludźmi, ale dlatego, że sami nie wierzyli, że czarnoskóre dziecko może cokolwiek w życiu osiągnąć. Kermit pamięta, że w czasach szkolnych był chudym i dziwnym dzieciakiem, bez żadnych przyjaciół oprócz swojego brata. Uważał się za słabego ucznia, który nic nie potrafił robił i niczego nie umiał. Kiedy tylko słyszał dzwonek na przerwę w końcu przestawał się stresować, że nauczyciel go zapyta (co doskonale rozumiem, bo przerabiałem dokładnie to samo na każdej lekcji chemii czy fizyki. Że o niektórych wykładach z językoznawstwa nie wspomnę). Na domiar złego, Kermit nie był dobrym sportowcem. Był wysoki, ale chudy. Tak chudy, że nawet latem nosił długie spodnie i koszule z długim rękawem, żeby nikt się z niego nie śmiał.W drugiej klasie liceum miał 195cm wzrostu i ważył zaledwie 68kg. Z drugiej strony, w tym okresie dorobił się pierwszego przezwiska – The Blade (Ostrze).

Pierwszy drobny przełom w jego pewności siebie nastąpił na lekcji biologii, kiedy robili sekcję żaby. Podeszła do niego wtedy nauczycielka i powiedziała, że robi świetną robotę. Był to pierwszy raz, kiedy usłyszał jakąkolwiek pochwałę i aprobatę tego, co robił. Strasznie się zawstydził, bo myślał, że to tylko żart. Okazało się jednak, że Kermit doskonale potrafi rodzic sobie nie tylko z biologią, ale i z innymi przedmiotami. Wystarczyło nieco więcej pewności siebie. Pewnego dnia, jego wychowawczyni, pani Thomas powiedziała: „Kermit, jesteś bardzo inteligentny i mógłbyś mieć jeszcze lepsze oceny z innych przedmiotów”. Co z tego, pomyślał Kermit, skoro i tak nie uda mi się iść na studia. Kermit nie był przecież ani wybitnym sportowcem, ani wybitnym uczniem. Co gorsza, sportowcem był miernym. W drugiej klasie liceum grał co prawda w drużynie, ale zawsze dostawał czas w ostatnich minutach rozstrzygniętego meczu, a i tak zdobywał średnio poniżej 4 punktów na mecz. Kluczowym momentem w jego życiu była decyzja macochy, która powiedziała, że jak tylko skończy lideum musi oddać jej klucze od mieszkania znaleźć sobie własne lokum. To przesądziło. Musiał iść na studia i jedyną drogą był sport. Nie było go stać na opłacanie czesnego, nie miał co liczyć na stypendium sportowe z footballu jak jego brat, ale ponieważ był wysoki, zdecydował, że zostanie koszykarzem.

I tak, praktycznie z dnia na dzień Kermit zaczął trenować po trzy godziny dziennie, mimo, że sezon był już skończony. Kiedy usłyszał o lokalnym meczu, na którym mieli być obecni scouci z uczelni, zdecydował się wziąć w nim udział, mimo, że zdawał sobie sprawę z tego, że będą tam sami najlepsi gracze z okolicy. Bał się, że zrobi z siebie kompletnego idiotę; nie umiał kompletnie rzucać, ani kozłować. Hala była praktycznie pusta, na trybunach siedziało miże kilku białych mężczyzn w garniturach, którzy szukali talentów do swoich drużyn uniwersyteckich. Wśród nich był Tom Young, trener przeciętnej drużyny American University. Ze wszystkich graczy na parkiecie wpadł mu w oko jeden niezbyt dobry (a w zasadzie słaby) zawodnik, który był niebywale chudy oraz strasznie niepewny każdego swojego kroku. Był za to szybki, wysoki i chętny do gry. Tak desperacko chętny, że rzucał się po każdą piłkę, która była poza jego zasięgiem. Im dłużej mu się przyglądał, tym bardziej widział jeszcze jedną cechę – ludzie, którzy prowadzili mecze, traktowali go bardzo źle, jednak chłopak ani razu nie narzekał. Jak się domyślacie, skończyło się na tym, że Young zaoferował Kermitowi stypendium na American University. „40 dzieciaków na treningu, a ja wybrałem najgorszego” – myślał wtedy Tom.

Kermit był szczęśliwy, że udało mu się dostać na uniwersytet, a Tom Young był szczęśliwy, ponieważ Kermit urósł 10 cm przez wakacje. Jako debiutant był zatem bardzo wysoki, dalej szybki, ale chudy jak nigdy. Zdesperowany zaczął ćwiczyć – codziennie chodził na siłownię przed treningami, a wieczorami brał odważniki i wbiegał do góry po 7 stopniach swojego akademika, kilkanaście razy pod rząd. Jego trener sugerował mu, zeby chodził na siłownię tylko trzy razy w tygodniu, jednak Kermit wiedział, że aby grać w koszykówkę, musiał nabrać wagi.

Studia dodały mu odwagi. Był to świetny okres w jego życiu – na tyle dobry, że zaczął dzielić swoje życie na czas przez studiami i na czas studiów. W tym okresie poznał też swoją przyszłą żonę Pat, która na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie najmądrzejszej osoby, jaką kiedykolwiek poznał. Pat zaczęła się nim interesować już w jego debiutanckim roku. Kiedyś przyszła na mecz drużyny i bardzo spodobał jej się chłopak, który zdobył 4 punkty z rzędu dla przeciwnej drużyny. Najpierw przypadkowo dobił piłkę do swojego kosza, a potem, po zmianie stron, pobiegł do kontry nie w tą stronę co trzeba. Kermit dalej jednak był na tyle nieśmiały, że jakikolwiek kontakt z nim był niemożliwy. Pat w końcu podeszła do niego i, chcąc powiedzieć miły komplement, wypaliła: „Chłopie, ale tyle jesteś potwornie chudy!” Kermit oczywiście zamknął się w sobie jeszcze bardziej. Pat w końcu zdecydowała się umawiać z kolegą z drużyny Kermita, żeby chociaż być blisko zawodników. Bez rezultatu. Potem zmusiła swoją współlokatorkę do tego, żeby umawiała się ze współlokatorem Kermita, po to, żeby sama mogła chodzić do jego pokoju. Ale nawet wtedy nie rozmawiali ze sobą – Kermit po prostu siedział na łóżku, czytał książkę i całkowicie ją ignorował. Żeby zagaić, Pat również brała książkę, co jak się okazało, dodatkowo onieśmielało Kermita. Dziwaczne love story trwało dalej. Pat próbowała rozpocząć rozmowę biorąc piłkę do kosza i mówiąc, że też potrafi grać. Nic. Niesamowite zaparcie Pat w końcu jednak się opłaciło i zaczęli się umawiać. Ale dalej nie było łatwo. Czasami, kiedy rozmawiali przez telefon, on nagle przestawał mówić i całkowicie się blokował. Pat widziała, jak bardzo się od siebie różnią – ona była z bogatej średniej klasy, jej oboje rodzice pracowali i kochali swoje dzieci. Pociągało ją jednak to, że Kermit mimo swojej niepewności, był niesamowicie ciekawy świata i strasznie ambitny. Wieczorami chodzili razem na boisko, gdzie Kermit ćwiczył rzuty a Pat podawała mu piłkę. Kiedy dozorca gasił światła, szli razem do pokoju uczyć się do egzaminów. Spracerowali też czasem po ładnych osiedlach zamożnych białych biznesmenów i Kermit cały czas wspominał o tym, że będzie ciężko pracować na to, żeby kiedyś też tak mieszkali.

Kermit stopniowo stawał się lepszym koszykarzem, wykorzystując każdą wolną chwilę na trening. Często jeździł na mecze lokalnych lig podwórkowych, które były bardzo specyficzne. Na trybunach nie było ani jednego białego kibica. Na boisku ani jednego białego koszykarza. Dla zawodników nie liczył się wynik meczu. Liczyła się sama gra. W szczególności jednak liczyły się trzy rzeczy. Pierwszą były wsady, a dokładniej mówiąc super wsady. Musiał być młynek, 360, przełożenie pod nogą. Koniecznie, bo to należało do czarnych, żaden biały zawodnik nie potrafił tego zrobić. Drugą rzeczą były bloki. Majestatyczne zatrzymanie się dwóch zawodników w powietrzu, kiedy jakby w zwolnionym tempie jeden z nich nagle zbija piłkę daleko w trybuny i z okrzykiem triumfu ląduje na ziemi. A trzecią rzeczą były zbiórki. Agresywne zbiórki. Wszystkie te trzy elementy tłumaczyły, dlaczego obręczne były powyginane a tablice połamane. Było to też wytłumaczeniem stylu gry czarnoskórych graczy na uniwersytecie. Część z nich cieszyła się nawet po przegranym meczu, ponieważ udało im się zrobić kilka super-zagrać w trakcie spotkania. Jak nie skręcili innym kostek, nie kozłowali między nogami i nie podawali za plecami, to nawet po wygranych zachowywali się nieco przytłumieni.

Pat pomagała Kermitowi na zajęciach, nauczyła go nawet pisać wypracowania. Wcześniej, Kermit nie potrafił sklecić nawet kilku zdań, ale dzięki swojej dziewczynie, bardzo szybko uczył się nowych rzeczy. Któregoś lata pojechał odwiedzić swoje rodzinne strony i spotkał starego kolegę ze szkoły, który powiedział mu, że zaczyna mówić jak biały człowiek. Wiedział, że się zmienia i wiedział, że są to zmiany na lepsze. Kermit poznał też osobę, które pomogła mu na siłowni. Był to Tray Coleman, niski chłopak, który wyglądał jak chodząca reklama suplementów. Razem chodzili na ćwiczenia, wspólnie wylewali litry potu, aż w końcu stali się dobrymi przyjaciółmi. Coleman zaczął też dodatkowo motywować Kermita, mówiąc mu, że nie jest zbyt agresywny na meczach.

„Ale Tray” – odpowiadał Kermit – „ja nie jestem agresywną osobą. To po prostu nie w moim stylu.”

„ Kermit, słuchaj. Jesteś czarny. Nawet bardzo. Spójrz w lusto, jak mi nie wierzysz. To wystarczający powód do tego, żebyś był agresywny. Nie musisz szukać kolejnych swoich wad. Masz największą z możliwych. Jak zaczniesz grać agresywnie, w końcu zaczniesz się z tym dobrze czuć.”

A potem ciągnął dalej:

„Nie musisz udawać, że jesteś głodny. Bądź głodny. Masz nie być wyluzowany, bo nie jesteś wystarczająco dobry. Wielu Murzynów ponosi klęskę, ponieważ chcą być cool. Nie bądź jednym z nich. Nie stać cię na to. I uwierz mi, nie ma nic złego w byciu głodnym sukcesu. Biali ludzie robią to na okrągło.”

Kermit posłuchał przyjaciela i zaczął grać bardziej agresywnie, co zgodnie przepowiednią Colemena, powoli stało się jego wizytówką. Pozwoliło mu to stać się nie kolejnym przeciętnym graczem, ale kimś, kto się wyróżnia. Walczył o każdą piłkę, latał nad obręczami, zbierał co się dało. Pod koniec drugiego roku dostał propozycję gry dla New Jersey Nets w ABA. Oferowali mu 5 letni, gwarantowany kontrakt opiewający na sumę 100,000 dolarów za rok. Pół miliona dolarów! Były to pieniądze, których nie potrafił sobie nawet wyobrazić!  Uniwersytet American uratował mu jednak życie i nie mógł go tak nagle opuścić. Odrzucił ofertę, a trener Young, po prostu go przytulił. Kermit Washington nigdy nie czuł się lepiej.

Pod koniec trzeciego roku Kermit był jednym z lepszych zawodników w kraju. Czytał artykuły w Washington Post o tym, jak to trenerzy przeciwnych drużyn planowali zatrzymać Kermita Washingtona. Kermit Washington. To przecież on. W ostatnim meczu sezonu stanął przed szansą zostania 7 zawodnikiem w historii, który przez całą karierę uniwersytecką zdobywał średnio 20 punktów i 20 zbiórek na mecz. Aby tego dokonać, musiał rzucić 39 punktów. Był tak zestresowany, że nie spał przez całą noc, w dni meczu nic nie jadł, a kiedy speaker wymówił jego nazwisko w czasie prezentacji, ledwo zmusił się do wejścia na parkiet. Tej nocy zdobył 40 punktów. Po zakończeniu studiów, został wybrany z 5 numerem draftu przez Los Angeles Lakers.

Lakersi byli wtedy strasznie mocni pod koszem, dlatego Kermit miał ogromne problemy z przebiciem się do pierwszego składu. Nagle pojawił się w świecie, gdzie nie dominował już na deskach, nie biegał tak szybko i nie skakał tak wysoko jak na studiach. Miał wrażenie, jakby musiał się uczyć wszystkiego od nowa. Najgorsze było to, że nie mogł grać na centrze, tylko jako silny skrzydłowy. Nie miał do tego ani odpowiednio dobrego rzutu, ani odpowiednio dobrego panowania nad piłką. Przeszkadzało też to, że nie było mowy o indywidualnych treningach w NBA – jak już się tam dostałeś, to wszyscy zakładali, że masz podstawy do tego, żeby tu grać.

W swoich pierwszych dwóch latach Kermit grał fatalnie. Dostawał nieco ponad 10 minut na mecz i powoli zaczynał wątpić w swoje umiejętności. W ogóle nie czuł gry do tego stopnia, że bał się rzucać. A jak już rzucał, to był na siebie zły za kolejne pudło nawet w momencie, kiedy piłka nie opuściła jego rąk. Tak ciężko pracował na to, żeby się tu dostać, a teraz w ogóle nie pasował do tego miejsca. Czarę goryczy przelał Rick Barry. W meczu z Golden State Kermit zderzył się z nim, a Rick mając małą tolerancję na głupotę odwrócił się do niego i powiedział: „Słuchaj, lepiej naucz się w końcu grać.” To zabolało Kermita tak bardzo, że przez kilka kolejnych wieczorów, słowa Barry’ego odbijały się w jego głowie jak echo. Słowa jednak nie bolały jednak tak bardzo, jak wyraz twarzy Ricka. Nie było tam złości, tylko pogarda.

Barry miał rację. Kermit musiał nauczyć się grać lepiej. Stawką nie były pieniądze, bo kontrakt miał gwarantowany. W grę wchodziło samopoczucie oraz szacunek do samego siebie. Zebrał się w sobie, poczekał do końca sezonu i praktycznie bez żadnej nadziei poszedł po pomoc do Pete’a Newella, kiedyś trenera uniwersyteckiego, a teraz peryferyjnego pracownika Lakers. Okazało się, że Newell był tak zaskoczony prośbą Kermita, że bez wahania zdecydował się wziąć go pod swoją pieczę. Zadał wcześniej tylko jedno pytanie:

„Dlaczego chcesz dodatkowo trenować?”

„Bo chcę grać jak Paul Silas.” – odpowiedział Kermit.

Treningi zaczynały się codziennie o 7 rano. Pierwsze tygodnie były dla Kermita straszne. Mimo, że Newell był prawdziwym, spokojnym i opanowanym gentlemanem, na treningach zamieniał się w najgorszego z możliwych sierżantów, którzy nie popuszczają ani jednego powtórzenia. Ćwiczenia zazwyczaj trwały około trzech godzin, po których Kermit był tak zmęczony, że czasem nie wiedział, co pierwsze się podda – jego ciało czy mózg. Po dwóch pierwszych tygodniach Newell po cichu zaczął myśleć, że Kermit może być nawet lepszym zawodnikiem od Paula Silasa, ale nigdy nie powiedział tego na głos. Najdziwniejsze w tych treningach było to, że powtarzali w kółko te same ćwiczenia, które Newell zazwyczaj trenował z 17 latkami. Obrona nisko na nogach, ręce w górze, dostawny. Kiedy Kermit był już tak zmęczony, że nie mógł się zgiąć, Newell krzyczał: „Nisko! Nisko! Nisko na nogach! Niżej! Niżej!” Newell dawał też Kermitowi dodatkowe zadania do domu – miał na okrągło oglądać mecze z udziałem Silasa i studiować jego grę. Ćwiczyli przez całe wakacje, później już tylko trzy razy w tygodniu. Kermit musiał jeszcze tylko zacząć w siebie wierzyć – nie mógł się bać rzucać, ani wyobrażać sobie jeszcze przed rzutem, że piłka nie wpadnie do kosza.

W 1976 roku Kermit Washington był innym graczem. Co z tego, skoro trenerem Lakersów został wtedy Jerry West, który od razu chciał się pozbyć naszego bohatera. Nie muszę dodawać, co to po raz kolejny zrobiło z jego słabą psychiką. Jak się jednak szybko okazało, Kareem był idealny pod koszem, był świetnym strzelcem i doskonałym zbierającym, ale nie grał fizycznie. Kermit uzupełniał go doskonale na „czwórce” – był dobrym zbierającym i nie bał się poświęcać ani kawałka swojego ciała. Po raz pierwszy w karierze zaczął grać z pewnością siebie i, co więcej, zbierał średnio prawie 10 piłek na mecz. To był sezon, w którym mistrzostwo zdobyło Portland, ale Lakersi wygrali z nimi trzykrotnie w czasie sezonu, za każdym razem z Kermitem w wyjściowym składzie. Nagle koszykówka zaczęła sprawiać mu przyjemność jak na studiach.

I uwaga, załamanie akcji. W 59 meczu sezonu, Kermit praktycznie stracił nogę. Oczywiście, od tygodni odczuwał bóle w kolanie, stosował okłady z lodu, brał aspiryny przed meczem, żeby nie czuć bólu, ale kolano w końcu całkowicie odmówiło posłuszeństwa. Kermit nie zachowywał się zbyt mądrze ignorując jasne sygnały od swojego organizmu: kolano bolało go tak bardzo, że nie mógł siedzieć w samochodzie dłużej niż parę minut, a jak schodził z górki, to musiał się mocno odchylać, żeby tylko nie zginać kolana. Już przed kontuzją bolało go potwornie, ale jak się okazało, ten ból był niczym w porównaniu z tym, co było przed nim. We wspomnianym wcześniej meczu z Denver, Kermit mijał od linii końcowej Silasa. Paul nawet go nie tknął, a mimo to Kermit usłyszał straszne stuknięcie i z potężną siłą upadł na parkiet. Ból był nie do opisania. Kermit stracił panowanie na sobą. Zaczął się wić na parkiecie. Krzyczał, jak małe dziecko. W końcu odważył się popatrzeć na nogę i prawie nie zemdlał. Zamiast kolana, miał tylko głębokie wgniecenie. Wiązadła w kolanie zerwały się tak nagle i tak dokładnie, jakby ktoś specjalnie przeciął je nożyczkami…

Sezon oczywiście był już stracony, zarówno dla niego, jak i dla Lakers. Operacja Kermita zaczęła się o 6 rano następnego dnia po feralnym meczu, a prognozy nie były dobre. W najlepszym warunku będzie musiał skończyć karierę. W najgorszym, nie będzie mógł chodzić. Zarówno w czasie operacji, jak i kilka dni po niej, ból był tak przeraźliwie intensywny, że Kermit zaczął się zastanawiać, czy w ogóle jest sens przechodzenia przez takie katusze. Bolało go całe ciało, a nie tylko kolano. Kolano jakby tylko wysyłało impuls do mózgu, że ten musi się dodatkowo wysilić i powodować jak największe cierpienie. Pewnego dnia Pat przyprowadziła ze sobą do szpitala ich córkę, Danę, która pierwsze co zrobiła, to wskoczyła na łóżko do taty, lądując na jego nogach. Była to pierwsza i ostatnia wizyta córki w szpitalu. Kiedy założono mu gips, od stopy po miednicę, lekarz potwierdził diagnozę, że jego kariera jest już zakończona. Kermit popadł w depresję. Kontuzję odniósł w lutym, a dopiero w lipcu mógł zacząć powoli truchtać.

Na miejscu na szczęście był niezawodny Newell, który po raz kolejny zaczął namawiać Kermita do ćwiczeń i przede wszystkim do tego, żeby się nie poddawał. Latem znowu zaczęli razem ćwiczyć, dzień w dzień te same bolące powtórzenia, które w sumie złożyły się na najgorsze wakacje w życiu Kermita. Każdego dnia chciał rezygnować z ćwiczeń. Ba, po każdym treningu szedł do trenera mówiąc, że to jego ostatni raz, a następnego ranka znowu pojawiał się na sali.

Na całe szczęście dla Kermita, lekarze byli zdumieni jego szybką rekonwalescencją i już pozwolili mu na powrót na parkiet. Czy zrobili źle, czy dobrze, sami ocenicie po tym akapicie. Prawda jest taka, że gdyby Kermit nie mógł grać, to nie wyszedłby na mecz z Houston 19 grudnia 1977 roku. Był to dopiero 24 mecz sezonu, ale zawodnicy walczyli jakby to było najwazniejsze spotkanie play-off. Kermit wyskoczył do zbiórki z Kevinem Kunnertem, który zebrał piłkę i, jak to mają w zwyczaju gracze podkoszowi, nie omieszkał sprzedać jeszcze łokcia. Albo nawet dwóch. Na zachętę do walki o kolejną zbiórkę. Kermin nie odebrał tego jednak w tak pozytywny sposób i odwdzięczył się uderzeniem, a następnie kolejnym, po którym Kunnert runął na ziemię. Intensywność meczu oraz zaciętość na twarzach zawodników nagle zamieniła się w przemoc. Kermit był tego świadomy. Kątem oka zobaczył sylwetkę jakiegoś zawodnika w stroju Rockets, biegnącą w jego kierunku. Odwrócił się i z całej siły uderzył w twarz, która jak się okazało, należała do Rudy’ego Tomjanovicha. Siła uderzenia została podwojona przez to, że Rudy biegł w jego kierunku w dosyć szybkim tempie. Cała scena była tragiczna. Kareem wspomina, że usłyszał dźwięk, jakby ktoś z całej siły rozbił arbuza na chodniku. Tomjanovich nie wyszedłby z tego incydentu żywy, gdyby nie lekarze, którzy weszli na absolutne szczyty swoich możliwości, aby odbudować twarz gracza Rockets. Jeden z lekarzy opisywał operację jak „sklejanie porozbijanych skorupek od jajek za pomocą taśmy klejącej”. Kolejny dodawał, że nigdy nie widział tak zniszczonej twarzy. To znaczy widział podobne uszkodzenia, ale nigdy nie zostały dokonale gołą pięścią, a jedynie kijem baseballowym albo metalowym prętem.

Był to moment zwrotny nie tyle w karierze Kermita, ale i w jego życiu. Miliony razy wracał w głowie do tego wydarzenia. Gdyby nie dał się sprowokować przez Kunnerta to nie straciłby nad sobą panowania… Gdyby nie walczył o zbiórkę tak zaciekle… Gdyby nie zareagował aż tak instynktownie… Nikt nigdy nie potrafił zrozumieć, że nie było to celowe zachowanie. Nie wiedział, że to Tomjanovich – widział tylko zarys sylwetki biegnącej w jego kierunku. (Po przeczytaniu tego zdania, obejrzyjcie jeszcze raz filmik i  znajdźcie co najmniej dwie różnice w wersjach). Larry O’Brian, ówczesny komisarz ligi, natychmiast zawiesił Kermita do końca sezonu i ukarał go grzywną w wysokości 10,000 dolarów. Kermit jednak się tym nie przejmował. Nosił brzemię tego, co zrobił, a co gorsza, na okrągło słyszał głosy w głowie mówiące, czego o mało nie zrobił. Kilkukrotnie chciał się skontaktować z Rudym, jednak bez rezultatu. Tomjanovich przechodził serię długich i bolesnych operacji, mających na celu odbudowę twarzy. Nie chciał mieć nic wspólnego z Kermitem: nie chciał ani jego przeprosin, ani jego przyjaźni.

Kermit został osądzony nie tylko przez media i komisarza, ale przede wszystkim przez fanów. Przez całe wakacje próbował wrócić do dobrej formy i wszystko poszło na marne. Bolesne było to, że nikt z drużyny Lakers nie stawił się w jego obronie, nikt też ani razu się z nim nie skontaktował. Dla Kermita, który przez całe dzieciństwo walczył z nienawiścią i odrzuceniem, zadziałało to jak powrót do dawnych, strasznych czasów. Jego żona była wtedy akurat w ostatnim miesiącu ciąży z ich drugim dzieckiem, ale na szczęście całe wydarzenie nie wpłynęło negatywnie na jej zdrowie. Kiedy jednak chodziła na zakupy, ludzie patrzyli na nią z nienawiścią, a czasem nawet pytali się „jak twój mąż mógł zrobić coś takiego”? Kermit otrzymał pewnego dnia telefon ze Związku Zawodników, dzwonił Larry Flesher. Powiedział, że Kermit ma prawo do odwołania się od decyzji ligi, ponieważ zgodnie z prawem nie mogli od razu i bez wyroku zawiesić zawodnika na cały sezon. Kermit jednak nie potrafiłby jeszcze raz przejść przez te wszystkie wydarzenia w sądzie i zdecydował się nie robić niczego w tej kwestii (kilka lat później jednak Tomjanovich zaskarżył drużynę Lakers za całe wydarzenie i wygrał, bagatela, 3 miliony dolarów odszkodowania).

Kermit nie miał innego wyjścia, jak odsunąć się w cień. Był naznaczony i znienawidzony. Codziennie chodził z dziećmi na krótkie spacery po wybrzeżu, albo do parku na huśtawki i cały czas myślał nad tym, czy kiedykolwiek jeszcze zagra w koszykówkę. Przez ten cały ciężki okres, Kermit miał kontakt jedynie z Newellem, który pewnego dnia otworzył drzwi i zobaczył wielki telewizor z naklejką: „Dla trenera Newella. Dziękuję, że zrobiłeś ze mnie lepszego koszykarza. Kermit Washington”.

Jak się okazało, wystarczyło, że minęło kilka tygodni i Kermit został oddany do Bostonu. Red Auerbach go uwielbiał, być może nawet tak mocno, jak Kermit kochał grę w Boston Garden. Czuł się tu jak w domu. Pod koniec sezonu właściciel Lakers Irv Levin zamienił drużyny z właścicielem San Diego Johnem Brownem, a Washigton trafił do San Diego. Nawet wtedy, kiedy już czuł wybaczenie od kibiców w dwóch miastach, czuł się naznaczony. Brał udział w strasznej walce. Wpłynęło to znacznie na jego grę – przestał grać siłowo i ponad wszystko nie dawał się sprowokować do bójek.

Kiedyś przyśnił mu się sen. Poszedł do toalety w restauracji, gdzie mężczyzna wyciągnął broń i zaczął w niego celować. Kermit uderzył go z całej siły i wybiegł na parking, gdzie został zatrzymany przez dwóch policjantów – jednego białego, drugiego czarnego. Ten czarny zaczął nim potrząsać, a biały założył mu kaptur na głowę. Sędzia skazał go na wiele lat więzienia za morderstwo. Washington rozumiał ten sen perfekcyjnie.

Na podstawie książki Davida Halberstama: „The Breaks of the Game”

Ron Artest – Pod kopułą

Jakie jest jedno z najcięższych zadań, kiedy rozmawia się o Ronie Artescie? Dostanie się do jego głowy i poznanie jego sposobu myślenia. Całkiem niedawno Ron Artest przeprowadził wywiad z Ronem Artestem (a spisał wszystko Sam Alpour z ESPN), dzięki czemu powstał ten ciekawy i jedyny w swoim rodzaju artykuł.

Czy jesteś szalony?
Co to znaczy szalony? Musisz się zdecydować. Czy czytając mnie na twitterze powiedziałbyś, że jestem szalony czy że mam po prostu dziwne poczucie humoru? Czy widząc mnie poza parkietem powiedziałbyś, że jestem szalony, czy może po prostu jestem odizolowany? A na parkiecie; jestem szalony czy po prostu gram ostro? Dla każdej osoby mogę być innym człowiekiem. Dlatego musisz się zdecydować. Oczywiście, zdarzały się momenty, że robiłem zwariowane rzeczy, ale nie uważam się za szalonego człowieka. Po prostu dorastałem w szalonym świecie.

A co mówili lekarze?

No cóż, w mojej rodzicie było dużo przypadków chorób na głowę. Moja ciocia jest teraz w szpitalu. Miała swoje wzloty i upadki, podobnie jak ja. W sumie, po raz pierwszy poszedłem na rozmowę z lekarzem, jak wpadłem w pierwsze tarapaty w wieku 13 lat. Czułem się wtedy tak, że jak tylko ktoś powiedział coś o mnie, od razu rozpoczynała się bijatyka. Czytaj dalej Ron Artest – Pod kopułą

Dlaczego całkowicie „wolny rynek” zrujnowałby NBA?

Zagraniczne blogi piszą o tym na okrągło, nasza lokalna strefa póki co nie robi z tego wielkiego problemu. O co chodzi? O Chrisa Paula, który od jakiegoś czasu publicznie domaga się wymiany i który otwarcie stwierdza, że ma dosyć grania w Nowym Orleanie. Jakkolwiek łatwo jest powiedzieć, że z niewolnika nie ma pracownika, zastanawiające jest to, kto tak na dobrą sprawę rządzi klubami. W lidze, gdzie pieniądze lecą do zawodników szybciej niż łososie do wodopoju, dochodzimy powoli do sytuacji, w której płaczące i zdesperowane gwiazdy (KG) będą miały dosyć, a wtedy klub zrobi wszystko, żeby tylko pozbyć się złej krwi – nawet kosztem całkowitego zniszczenia klubu (o Carterze już nie wspominam). To z kolei nasuwa kolejne pytanie  – czy obecny system panujący w lidze jest naprawdę dobry? Co z tego, że mamy prawa Birda, salary cap, luxury tax i inne, skoro zawodnicy i tak po cichu się ze sobą dogadują, a kluby szukają luk w prawie, żeby tylko zagwarantować im jak największe pieniądze. Bardzo fajną odpowiedź na to pytanie znalazłem na raptorsrepublic i już teraz zachęcam do przeczytania krótkiego artykułu.

Czytaj dalej Dlaczego całkowicie „wolny rynek” zrujnowałby NBA?

Prochorow: rosyjski Mark Cuban – przewodnik dla idiotów

O tym, żeby stać się zwolennikiem Michaiła Prochorowa zdecydowałem po obejrzeniu programu „60 Minut”, w którym rosyjski miliarder opowiadał, jak raz zapłacił firmie produkcyjnej kupę kasy, żeby nakręcili krótki filmik jego popisów na skuterze wodnym. Na początku nie mogłem w to uwierzyć, ale zmieniłem zdanie, kiedy pokazali krótki urywek, na którym mierzący prawie 205cm Rosjanin wykonuje salta i fikołki w rytm ostrej muzyki. Jak już napisałem powyżej, koszt produkcji był zaskakująco wysoki, stąd do głowy przyszło mi pierwsze pytanie: „Chwila, czy ten koleś właśnie nie zapłacił masy pieniędzy firmie, aby zrobiła mu krótki mixtape na skuterze? Czy można to porównać do sytuacji, w której Mark Cuban chciałby nagrać wideo reklamujące Stairmastera i zatrudniłby do tego JJ Abramsa?” A nawet gdyby, czy ktoś mógłby go za to winić? Podobno Prochorow jest wart między 13 a 18 milardów dolarów. Może właśnie takie rzeczy się robi jak się kicha kasą – funduje się niesamowicie drogie mixtape’y ze sobą na skuterze w roli głównej. Zaciekawiony całą sytuacją, poszperałem w internecie aż znalazłem to – cały wysokobudżetowy film o którym mowa powyżej. Całość trwa tylko 1 minutę i 52 sekundy, ale w tym czasie w nasze oczy wpada jacht Prochorowa, Solemar. Widzimy też, jak Michaił zakłada rękawice przed jazdą. Widzimy tez, jak dla zabawy ochlapuje innego kolesia, który jedzie koło niego. W sumie wykonuje 27 takich samych wyskoków z obrotem, a w tym jedno salto, po którym krzyczy uradowany „YEAH!” Cały film jest dziwnie hipnotyzujący. Obejrzałem go trzy razy i w końcu zdecydowałem – zacznę zwracać baczną uwagę na Michaiła Prochorowa.

Czytaj dalej Prochorow: rosyjski Mark Cuban – przewodnik dla idiotów

John Hammond: Wyboista i kręta droga do sukcesu

Niesamowita droga, jaką przebył John Hammond zanim stał się managerem Bucks, pełna była ostrych zakrętów i niebezpiecznych wzlotów i upadków, mimo, że na papierze pokonał jedynie dystans z Zionu (Illinois). A wszystko zaczęło się jednej pechowej nocy ponad 40 lat temu, w czasie której przydarzyło się coś, co nie tylko pozwoliło mu obrać właściwą drogę kariery, ale również stworzyło nową więź rodzinną, bez której być może nie przeżyłby następnych lat. Pewnego pogodnego wieczora 1971 roku, Hammond podrzucał na pożyczonym motorze swojego kolegę Billy’ego McKinney’a. Kiedy wysadził pasażera i odjechał kawałek drogi, został z dużą siłą uderzony przez nadjeżdżający samochód. Hammond szczęśliwie przeżył wypadek, ale miał poważnie złamaną nogę w kilku miejscach oraz masę innych mniejszych uszkodzeń ciała. Kontuzja okazała się jednak na tyle poważna, że musiał całkowicie zapomnieć o grze w ostatnim roku szkoły średniej, a tym samym pogrzebane zostały jego szanse na grę w Illinois czy Notre Dame.

Zamiast tego, Hammond udał się ze swoim najlepszym przyjacielem Scottem Burgessem na uniwersytet w Greenville. Pracowała tam macocha Scotta i bardzo polecała tą uczelnię swoim ulubionym chłopakom. Dodatkowo, Hammond bardzo lubił poczucie humoru Scotta oraz podziwiał jego hojność, dlatego strasznie ucieszył się na możliwość wspólnego studiowania. „Wszyscy ludzie, z którymi spotkałem się w swoim życiu nauczeni byli głównie dawania. Darzę wielkim szacunkiem osoby, które nie wiedzą kiedy przestać pomagać innym.” – mówił Hammond tuż przed draftem 2010.

Greenville, położone zaledwie 72 kilometry od St. Louis, zamieszkałe jest zaledwie przez około 1500 osób. I może ze względu na małą populację, uważa się tą mieścinę za fontannę altruizmu i pomocy innym. Szkoda tylko, że Hammond dowiedział się o tym w tak tragiczny sposób…

Czytaj dalej John Hammond: Wyboista i kręta droga do sukcesu

Wspomnienia: Sidney Moncrief

Przysłowie: „Aby wiedzieć, dokąd zmierzasz, musisz wiedzieć, gdzie byłeś” zawsze miało dla mnie specjalne znaczenie. Uważam, że jest bardzo wnikliwe i z chęcią podzieliłbym się piwem z osobą, która jest uznawana za jego autora. Zwrot ten nabył dodatkowego znaczenia po tym, jak zakończył się poprzedni sezon Bucks, kiedy to zacząłem się zastanawiać, gdzie tak naprawdę znajduje się mój klub na mapie NBA. Wyszło na to, że nie byłem w stanie poprawnie odpowiedzieć na to pytanie, bez wcześniejszego udania się na małą wycieczkę w przeszłość. Chciałem po prostu jeszcze raz przyjrzeć się zawodnikom i składom, które spowodowały, że stałem się wielkim fanem tej drużyny. Jednym z pierwszych momentów, które świadomie śledziłem, było wzięcie w drafcie 1993 roku Vina Bakera. Miałem wtedy nieco ponad 10 lat. Dlatego w ciągu wakacyjnej posuchy, będę opisywał zawodników, którzy mieli największy wpływ na moją lojalność wobec Bucks (a ja, będę je tłumaczył i wrzucał na stronę – daveknot). Zacznę od Sidney’a Moncriefa.

Czytaj dalej Wspomnienia: Sidney Moncrief

John Hammond – człowiek, któremu Milwaukee zawdzięcza najwięcej

Mam przyjaciela, który nie chodzi na co dzień na mecze Bucks, ale kiedy pojawił się w Bradley Center w czasie playoffowego szaleństwa dał się ponieść fali. Zauroczyła go atmosfera w hali, która jak w czasie playoffów w 2001 zamieniła się w „Fortecę na czwartej ulicy” – media uznały wtedy naszą halę najgłośniejszym budynkiem w NBA. No i ten mój przyjaciel dokonał bardzo ciekawej obserwacji: zobaczył człowieka w eleganckim garniturze, który podobno był pracownikiem klubu. Człowiek ten krzątał się po całej hali w trakcie meczu, a kiedy wynik był nie po jego myśli, znikał w różnych wyjściach i dopiero po chwili znowu się z nich wyłaniał. Po krótkim śledztwie okazało się, że tym tajemniczym mężczyzną jest nikt inny jak John Hammond – główny manager Bucks, wybrany Managerem Roku 2009/10.

Czytaj dalej John Hammond – człowiek, któremu Milwaukee zawdzięcza najwięcej

Analiza językowa komentarza sportowego

(Nie wiem czemu wcześniej nigdy tego tu nie zamieściłem. Dla hardcorowców, którzy mają masę wolnego czasu wklejam swoją pierwszą publikację na UWr, bazującą na mgrce i będącą skromnym wstępem do wiecznie piszącego się doktoratu. Enjoy.)

W niniejszym artykule, bazując na badaniach Charlesa Fergusona (1983) oraz Jeffery’a Reasera (2003), skupiamy się przede wszystkim na przedstawieniu zmian w języku komentarza meczów koszykarskich, jakie zaszły w ciągu ostatnich kilkunastu lat w Stanach Zjednoczonych. Praca ta stanowi również podejście do zakreślenia obszaru dyskursu sportowego, który nie został jeszcze zbadany oraz jednolicie zdefiniowany. Głównym założeniem tego artykułu jest szczegółowe omówienie podobieństw i różnic w komentarzu koszykarskim z lat 1979, 1992 oraz 2006. W celu poszerzenia korpusu badawczego, na materiał badawczy składały się mecze zarówno z profesjonalnej ligi NBA, jak i uniwersyteckiej ligi NCAA. W przypadku tych pierwszych, analizie poddana została jedna 12 minutowa kwarta spotkania. Jeśli zaś chodzi o mecze ligi uniwersyteckiej, skupiamy się jedynie na 10 minutach pierwszej połowy.

Czytaj dalej Analiza językowa komentarza sportowego

Tato? Kim był ten Desmond Mason?

Są ludzie, którzy wiedzą, że moja fascynacja Bucks zaczęła się od momentu transferu, dzięki któremu do Milwaukee przywędrował były Supersonic – Desmond Mason. Wystarczyło kilka meczów dziwnie wyglądającego rzutu z półdystansu, nijakich osobistych, fatalnej trójki i całkiem niezłej obrony, aby stał się moim zawodnikiem numer jeden w historii. Niektórzy wielbią Jordana (wiadomo), inni Stocktona (jasne), kolejni Ervinga (oczywiście), ale znalezienie takich, dla których absolutnymi ulubieńcami są zawodnicy z dalekich stron gazet to sprawa momentami strasznie trudna. Ma to swoje plusy, które jednak przesłanianie są przez minusy – kupienie koszulki Masona w barwach Bucks to była sprawa prosta, ale debiutancki strój z Seattle nie był już taki prosty do znalezienia; podobna sprawa z limitowanymi kartami: hobby przyjemne, ale też w przypadku takiego zawodnika jak Mason niezbyt proste do regularnego kultywowania.

Kolejnym problemem zawsze był też dostęp do materiałów o Desmondzie – prawie nikt o nim nie pisał, bo i po co. Pierwszym, który znalazł i przetłumaczył artykuł o Masonie był Kamil (któremu do dziś wiszę obiecane piwo), ale po tym ani SLAM nie wykazywał zainteresowania, ani nawet mniejsze lokalne gazety. Desmond nie ma też swojej strony, na której podałby maila, nie prowadzi zapisków swojego życia na facebooku, nie ćwierka na twitterze. Dlatego tak bardzo się cieszę, jak uda mi się dotrzeć do artykułu, który dla Was przetłumaczyłem, dodając kilka akapitów od siebie. Będzie trochę sentymentalnie i w czasie przeszłym, zakładając, że Desmond już definitywnie odszedł od zawodowej koszykówki. Mam jednak nadzieję, że poniższy tekst skusi chociaż kilka osób, nie tylko z młodszego pokolenia, aby sięgnęli pamięcią po kilka akcji niejakiego Desmonda Masona.

Czytaj dalej Tato? Kim był ten Desmond Mason?