Zapowiedź: zatrzymać backcourt Blazers

Bucks zaczynają sezon w dziwny sposób – nocnym meczem z Cavs rozpoczęliśmy serię czterech meczów u siebie z rzędu, dzisiaj o 2:30 w nocy podejmiemy Blazers, następnie spotkamy się z Hornets i ponownie z Celtami. Najważniejsze jest to, żeby przed najbliższym meczem szybko zapomnieć o porażce z Cavs i skupić się na tym, w jaki sposób zatrzymać szalejącą ofensywę Blazers.

Po dwóch meczach, PTB mogą pochwalić się nie tylko świetnym atakiem (średnio 119ppg), ale przede wszystkim wyśmienitą obroną (dają sobie rzucać średnio tylko 86 punktów na 31% skuteczności). Mecz z Cavs pokazał po raz kolejny, jak wielkie problemy mają Kozły z drużynami, które mądrze rozrzucają obronę. Blazers będą kolejnym testem, który pokaże nam na jakim jesteśmy etapie w defensywie jeśli chodzi o zatrzymywanie trafiającego za trzy backcourtu. Kluczem będzie maksymalne spowolnienie duetu Lillard-McCollum oraz znalezienie sposobu na Aminu, który po cichu odwala masę czarnej roboty – od zbiórek i obrony zaczynając, na trójkach z narożników kończąc. Tak, znienawidzonych przez nas trójkach z narożników.

Żeby Bucks mogli myśleć o wygranej, do gry musi stawić się ktoś inny niż tylko Giannis. Brogdon nie będzie miał łatwego zadania z Lillardem, dlatego wyjątkowo dużo zależy od dyspozycji Middletona, który w ostatnim spotkaniu z Blazers w marcu (wygranym przez Bucks 93-90, miał 26 punktów). Przydałoby się też trochę więcej akcji, w których nie gramy Giannis kontra pięć par butów – bo póki Antek gra na takim poziomie, że nikt nie jest w stanie go zatrzymać.

Bucks wygrali wszystkie mecze z Blazers w zeszłym sezonie, dodatkowo drużyna z Portland nie wygrała w Milwaukee od listopada 2013 roku. Nie zmienia to faktu, że przed Kozłami kolejne trudne spotkanie. Pamiętajcie też, że dla obu drużyn będzie to back-to-back.

Dla podkręcenia atmosfery, pamiętasz jeszcze ten game-winning blok Hensona?

Słyszymy się zaraz po meczu!

#FearTheDeer

Recap Cavs @ Bucks 116-97. Jeszcze nie ten poziom.

Bucks nie dali rady wytrzymać dłużej niż trzy kwarty w meczu z Cavs. Nie mogę nawet powiedzieć, że zaczęliśmy dobrze, a potem opadliśmy z sił, bo mimo grania u siebie, ani razu nie mieliśmy komfortu psychicznego. Ostatnie prowadzenie 7-2 straciliśmy już po pierwszych minutach, a potem było bolesne trzymanie wyniku w granicach +3 dla Cavs. Zabawa skończyła się w połowie trzeciej kwarty, gdy na nasze trzy z rzędu nieudane akcje w ataku, trzema trójkami odpowiedział Korver. Z -2 zrobiło się -11, które bardzo szybko urosło nawet do -15. Sam Giannis nie wystarczył do pokonania głównych faworytów wschodu i mimo olbrzymiego apetytu na sukces, mecz otwarcia skończył się blowoutem 97-116.

Nie można jednak oczekiwać wygranej, kiedy dwóch zawodników zdobywa połowę punktów i nie ma żadnego wsparcia ze strony pozostałych graczy. Giannis (34/8/8) i Brogdon (16) zdobyli 50 punktów (21/34 z gry, 62%), w czasie gdy reszta Kozłów ledwo uzbierała 47 pkt (17/48 z gry, 35%). Giannis zdominował drugie spotkanie z rzędu (chociaż w czwartej kwarcie dostał fantastyczną lekcję pokory od LeBrona, który najpierw zablokował go o deskę w akcji 1-na-1, a potem z czystej pozycji, po koźle trafił trójkę), ale szkoda, że był jednym z dwóch zawodników, którzy pojawili się na meczu w pełni gotowości.

W przerwie meczu, w szatni Bucks, na wielkiej, białej tablicy przywitał ich napis: „Czy gramy wystarczająco twardo? NIE!!!”. I to była jedna z głównych przyczyn. Takiej drużynie jak Cavs nie można zostawiać tak dużo wolnego miejsca i pozwalać na rzuty z czystych pozycji. Mimo tego, że nasz atak opierał się głównie na Giannisie i Malcolmie, byliśmy tylko o 4 pkt na 100 posiadań gorsi, niż w wygranym meczu z Celtami. Za to defensywa, DefRtg 124,6 dzisiaj vs 100,6 w Bostonie, była jednym wielkim nieporozumieniem. Nie sprawdzałem jeszcze w oficjalnych statystykach, ale wg moich notatek Cavs trafili 28 z 39 rzutów z pomalowanego. 72% skuteczności. Gryzło w oczy jak trzy razy Middleton, kryjący Love’a na obwodzie, dał się minąć na pierwszym kroku, co skończyło się łatwymi punktami spod kosza.

Z dobrych rzeczy, naprawdę pracujemy nad obroną trójek z narożników, które rok temu były naszą największą bolączką (dzisiaj Cavs tylko 1/6 z rogów). Żeby jednak nie było tak słodko, sami znowu wróciliśmy do grania trójkami (11/35 – 31%), co nie wyglądało dobrze.Sam Giannis nie wystarczy do tego, żeby mieć wyniki – Middleton będzie musiał wrócić do rzucania 15-20 punktów na mecz, Moose nie może schodzić z 12/7, a rezerwowi muszą robić coś więcej niż tylko uśmiechać się na ławce. Śmiałem się przez łzy patrząc na głębię Bucks w porównaniu do Cavs.

Po meczu Giannis powiedział: „LeBron James jest najlepszym zawodnikiem. Nie jestem jeszcze na tym poziomie.” Jeszcze…

Garść statystyk:

  • Giannis miałby 6 asyst więcej, gdyby jego koledzy lepiej trafiali za trzy.
  • Cavs oddali 27 rzutów spod kosza – wszystkie były kontestowane. Mimo to, trafili 22 z nich (81%)
  • Giannis trafił 92% kontestowanych rzutów (13 na 14) i tylko 2 na 8 z rzutów z czystej pozycji (25%).
  • Cavs trafiali z pomalowanego z 72% skutecznością (28/39).

Przed Bucks teraz szybkie podsumowanie meczu i błyskawiczne wyciąganie wniosków, bo już kolejnej nocy gramy z Blazers, którzy zniszczą nas trójkami jak będziemy bronić tak, jak z Cavs.  Dzięki za uwagę – wracam do spania.

Rozmowa przed meczem: „Tylko cud pomoże Milwaukee”

Przed naszym dzisiejszym meczem z Cavs udało mi się wymienić parę zdań z Konradem Jaśkiewiczem – redaktorem cavs.pl.  Zapraszam do lektury.

Mam wrażenie, że podczas tegorocznego offseason w Cavs, ktoś odpalił NBA 2k18, włączył losowe wybieranie graczy i kliknął „szukaj”. Czy uważasz, że z obecną grupą wspierającą LeBrona, Cavs będą w stanie zdominować wschód i spokojnie awansować do finału?

Konrad Jaśkiewicz: Był taki żart, że LeBron wybierze losowe 14 osób i doprowadzi je do Finału NBA i ciężko znaleźć argument przeciwko temu. Wschód będzie konferencją LeBrona jeszcze przez kilka lat, o ile nie przeniesie się do drugiej części NBA. Mam nadzieję oczywiście, że do tego nie dojdzie. Cavs są murowanym kandydatem na finalistę, a odpływ talentu m.in. Paul George czy Melo Anthony tylko może nas w tym przekonaniu utwierdzić.

2. Z podstawowej piątki w poprzednim sezonie zostali tylko James i Love. Czego oczekujesz od nowych twarzy w Cavs: Crowdera, Rose’a, Wade’a no i od nowego roku – Thomasa?

U każdego chciałbym zobaczyć coś innego. Crowder to specjalista od obrony, jeden z najlepszych obrońców LeBrona i liczę, że poprowadzi tę formację do lepszej gry. Wade i Rose to przede wszystkim doświadczenie i wybitne indywidualności w przeszłości. Chciałbym, żeby Derrick miał momenty, w których nawiąże do swojej świetnej formy z czasów, gdy został MVP ligi. Na koniec Thomas. Wiadomo, każdy by życzył sobie tego, co robił w ubiegłym roku w Bostonie gdy był All-Starem. Nie wiadomo jednak jak będzie wyglądała jego gra po kontuzji, więc póki co z oceną się wstrzymam.

3. Rok temu podczas waszej wizyty w Milwaukee, ktoś z Bucks powiedział, że na mecze z Cavs przygotowują się specjalnie. LeBron skomentował to następująco: „ …powinni być profesjonalistami i przygotowywać się do meczu z każdym przeciwnikiem w taki sam sposób.” Od tego momentu, spinka w Bucks jest jeszcze większa. Myślisz, że dla dopiero próbujących coś znaczyć w NBA Kozłów, mecze z drużynami kalibru Cavs powinny być traktowane z dodatkową motywacją?

Na każdy mecz powinni być skoncentrowani w 100%. Jednak gdy przyjeżdżają Cavs, Warriors czy Rockets, to wiadomo, że wtedy trzeba wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności i dać z siebie jeszcze więcej. Mecze z takimi drużynami dają bezcenne doświadczenie, które zaprocentuje później, podczas drogi na szczyt.

4. Pojedynek LeBrona z Giannisem jest już rozdmuchiwany w mediach i przyznam się szczerze, że sam nie mogę się już doczekać ich pierwszego starcia. Na jaki inny pojedynek będziesz jednak zwracał szczególną uwagę dzisiaj w nocy?

Ciekaw jestem co pokaże Wasz drugoroczniak, zwycięzca nagrody dla najlepszego debiutanta w poprzednim sezonie, Malcolm Brogdon. Jego głównym rywalem będzie zapewne Derrick Rose, ale także Dwayne Wade czy Jose Calderon. Zobaczymy jak „żółtodziób” poradzi sobie ze starymi wyjadaczami.

5. LeBron po zakończeniu kariery będzie pewnie tuż za albo minimalnie przed Jordanem w głosach na GOATa. Durant niedawno powiedział, że Giannis ma szansę stać się jednym z lepszych zawodników w historii. Jaki wróżysz sezon Antkowi?

Jeśli tylko kolana, o których głośno było podczas offseason nie będą mu dokuczać, to z całą pewności będzie to kolejny bardzo dobry sezon Giannisa. Udowodni ogromny potencjał jaki tkwi w tym wciąż bardzo młodym, bo 22-letnim graczu. Jeśli mam się bawić we wróżkę, to stawiam na kolejny sezon, w którym potwierdzi swoje miejsce wśród, moim zdaniem, już top-10 zawodników NBA.


6. To wciąż konferencja LeBrona i dopóki gra w Cavs, zawsze będziecie faworytem do nr 1 na wschodzie. Czy uważasz, że odejście Irvinga do Celtów jest jednocześnie świetnym alibi dla Jamesa do opuszczenia Cleveland po tym sezonie?

Jeśli mamy mówić o jakimś alibi dla LeBrona, to wywalczył on je już w 2016 roku, gdy spełnił obietnice daną Cleveland. Odejście Irvinga powinno jedynie zmotywować LeBrona do dalszej pracy. O ile w ogóle da się go jeszcze bardziej nakręcić.


7. Najmocniejsze i najsłabsze strony Cavs przed dzisiejszy pojedynkiem to… ?

Najsłabsze strony Cavs to z całą pewnością obrona na obwodzie. Ani Rose ani Wade za czasów swojej świetności nie byli dobrymi defensorami, tym bardziej teraz się to nie zmieniło. Za podsumowanie tego niech posłuży fakt, że to JR Smith jest najlepszym obwodowym obrońcą w drużynie… Kolejnym mankamentem jest brak zgrania. Jak zauważyłeś wcześniej, skład Cavs został mocno zmieniony przed obecnym sezonem i chłopaki muszą się jeszcze „dotrzeć”. Nie muszą się śpieszyć, mają na to czas do czerwca.
Co do zalet, czy może być ważniejsza, niż najlepszy zawodnik NBA w składzie?


8. Co Cavs muszą zrobić, żeby wywieźć z Milwaukee wygraną?

Zmieniłbym to pytanie na „co powinni zrobić Bucks, aby zatrzymać zwycięstwo w Wisconsin”. To Cavaliers są faworytem i jeśli zagrają na swoim poziomie to tylko cud, czyli chyba genialny występ Giannisa, może pomóc Milwaukee.

Dzięki za rozmowę i miłego oglądania w nocy!

Zapowiedź Cavs @ Bucks. To nie będzie zwykły mecz.

Rok 1992

Hej hej, tu NBA. Pamiętam jak przez mgłę oglądanie razem z ojcem pojedynków Jordana z Birdem. Nie potrafiłem jeszcze wtedy usiedzieć na tyłku w jednym miejscu i patrzeć z zainteresowaniem w telewizor, ale już wtedy kopiowałem zagrania zauważone w TV w meczach z samym sobą, rozgrywanymi jak byłem sam na chacie i nikt nie zwracał mi uwagi, że rzucam rykoszetami o lampę do mini kosza zawieszonego na ścianie koło gorącego pieca kaflowego. A potem mogłem się chwalić nowymi sztuczkami, kiedy po powrocie z kościoła po komunii, zanim zasiedliśmy do stołu, porwałem tatę i chrzestnego, przebraliśmy się i poszliśmy na kosza pod domem.

Rok 1997

Moment, w którym świadomie zacząłem oglądać wyniki NBA na telegazecie i śledzić to, co się dało na chyba jeszcze na TVNie i DSFie (nawet sobie sprawiłem tuner TV do komputera, żeby można było łapać TVN od siebie z pokoju – to były czasy). Ale kojarzę 1997 głównie ze względu na pojedynki Bryanta z Jordanem, które rozgrzewały mnie do czerwoności. Będąca na szczycie gwiazda, kontra pracowity i niesamowicie utalentowany młodzieniec, który miał go zastąpić. Meczów w TV może nie było za wiele, ale czekało się z utęsknieniem na chociaż 15 sekundowe akcje w wiadomościach lub na śnieżącą powtórkę na niemieckich stacjach. I tak, kolejna zmiana pokoleniowa powoli stawała się faktem.

Rok 2003

Kolejne sezony zlewały się jak zawsze w jeden, do momentu klasy 2003, z LeBronem na czele. Nie minęło wiele czasu, aż zacząłem czekać na kolejny duel, który był wydarzeniem samym w sobie. Każdy mecz James kontra Bryant był świętem i pojedynkiem, który czasem oglądałem kilkukrotnie. W czasach, gdy Bucks ledwo wchodzili do playoffów i odpadali w pierwszej rundzie, pojedynki Kobego z LeBronem pozwalałby mi utrzymać wiarę w NBA (na samym oglądaniu Bucks w tamtych czasach długo bym pewnie nie pociągnął). Takie ustabilizowanie trwało długo, bo nie jakoś nie potrafiłem osobiście podchodzić do kolejnych debiutantów, którzy mieli zmienić ligę w następnym dziesięcioleciu. Indywidualnie, liczyli się tylko Kobe i LeBron.

Teraz

Teraz, mimo tego, że to LeBron wciąż jest królem i nic nie zapowiada jego szybkiego zejścia z tronu, pojawia się Giannis, który elektryzuje całą swoją osobą do tego stopnia, że dzisiejszy mecz o 1:00 będzie szczególny. Będziesz widział pojedynek dwóch wybryków natury, którzy za każdym razem jak są w posiadaniu piłki mają potencjał na zrobienie czegoś legendarnego. Duel Giannisa, który jeszcze nie jest u szczytu swojej formy, z LeBronem, który mimo fantastycznej formy najlepsze lata ma już za sobą, jest dla fana Bucks wydarzeniem szczególnym. Od 15 lat jak kibicuję ten drużynie, nie było nigdy sytuacji, w której jeden zawodnik znaczyłby tak wiele nie tylko dla drużyny z Milwaukee, ale i był w pierwszej piątce (świat jeszcze nie jest na to gotowy) dziesiątce najlepszych zawodników w lidze.

Dlatego dla mnie mecz z Cavs, walka LeBrona z Antkiem, jest jak pierwszy pick-up game na boisku, gdy woła cię do siebie, jako pierwszy wybór, o 7 lat starszy dzielnicowy wymiatacz. Czekasz na ten moment latami, a gdy nagle przychodzi, okazuje się, że kur*a faktycznie warto było tyle czekać.

Jest to jeden z tych meczów, przy których już na początku sezonu, drukując sobie terminarz i wieszając go na rodzinnym kalendarzu w kuchni, zaznaczasz na czerwono wielką gwiazdkę (która u mnie w domu oznacza mniej więcej tyle, co „tak, zawiozę małego rano do przedszkola, ale po pracy, ni chu*a, będzie godzinna drzemka”).

Czekaj na ten mecz, a potem chłoń go wszystkimi zmysłami.

Więcej i już bardziej rzeczowo, a mniej osobiście, napiszę o meczu za parę godzin.

Póki co, udanego popołudnia.

Recap: Dominacja Giannisa w czwartej kwarcie. Boston zdobyty 108-100. (1-0)

Jeśli chociaż przez moment zastanawiałeś się, jak silny będzie w tym sezonie Giannis, to mam nadzieję, że pierwszy mecz rozwiał twoje wątpliwości. Nie dość, że zdobywając 37 punktów (w ty aż 24 z pomalowanego) zrównał się na drugim miejscu z Michaelem Reddem pod względem największej liczny punktów zdobytych w meczu otwarcie Bucks (rekord: 41 pkt należy do Kareema. Do przyszłego roku), to jeszcze w trzeciej kwarcie zmusił Arona Baynesa do zakończenia kariery i otwarcia własnego zakładu fryzjerskiego.

Totalna dominacja Giannisa w czwartej kwarcie: 16 punktów (5/7 z gry), 3 zbiórki, 2 asysty i 2 przechwyty. Celtowie – 20 punktów (8/25 z gry).  Usg% Antka w tym meczu: 39,6% – najwyżej w karierze. Komentarz Brada Stevensa po meczu, który powiedział, że patrzyliśmy dzisiaj na prawdziwego kandydata do nagrody MVP wystarcza za wszystkie moje moje słowa.

Bałem się po pierwszej połowie, mimo że schodziliśmy do szatni prowadząc 58-53, bo 40 z tych punktów zdobyło trio: Giannis, Malcolm i Khris. Middleton wyglądał zdrowo i zagrał typowy dla siebie mecz: spokojnie i bez polotu uciułał nie wiadomo kiedy 19 punktów (eFG: 54,7%), miał najwyższy w drużynie Ast% – 22,2% i lekko flirtował z triple-double z 6 asystami i 9 zbiórkami. Byłem bardzo ciekawy pojedynku Brogdona z Irvingiem i nie zawiodłem się. Malcolm pokazał, że jest w stanie grać przeciwko najlepszym w tej lidze, zakończył mecz z 19 punktami (TS% prawie 81%!), ale co najważniejsze ograniczył Irvinga do 32% eFG (17 punktów na 9/25 z gry) i tylko 3 asysty w 39 minut.

Bucks mieli też dwóch cichych bohaterów. Pierwszym z nich był Delly, który w 26 minut dał naprawdę dobra zmianę (8 punktów, 50% za trzy) i do tego pod koniec meczu trafił ważną trójkę dającą nam siedmiopunktowe prowadzenie na kilkanaście sekund przed końcem. Drugim z mini herosów był Henson:  nabił 4 bloki, ale też kontestował (sorry za WMichałowizm) 11 rzutów, miał najlepszy w drużynie DefRtg 89,6 i mimo jedynie 17 minut spędzonych na parkiecie – trzecie PIE w Bucks: 15,6 (Giannis 26,3, Monroe 17,6).

Cieszy mnie też to, że zobaczyliśmy dzisiaj Bucksm, którzy wchodzą pod kosz, a nie rzucają trójki jak szaleni (średnio 30 na mecz w zeszłym sezonie – tylko 21 prób w tym meczu). W drugiej strony jednak, naszą dużą bolączką w obronie są trójki z rogów – Celtowie dzisiaj oddali ich aż 8 z 28 wszystkich prób – trafili na szczęście tylko 3.

Jeśli jeszcze nie widziałeś meczu, to łap skrót.

Jeszcze na deser, pomeczowa wypowiedź Giannisa:

 

 

Dzięki za uwagę – słyszymy się na następnym meczu z Cavs: 21.10 o 1:00

#FearTheDeer!

Zapowiedź: jedziemy do Bostonu!

Przed nami pierwsze w tym sezonie nastawienie budzika na 1:30. Pełen energii zerwiesz się z łóżka, odpalisz komputer, podłączysz HDMI pod telewizor, nalejesz szklankę lodowatej wody mineralnej, weźmiesz w ręce swój ulubiony notes meczowy i odpłyniesz. Bucks jadą do Bostonu, z którymi być może spotkają się w półfinałach konferencji. Nie wybiegając jednak aż tak daleko w przyszłość, przygotujmy się na dzisiejsze spotkanie.

Co Bucks muszą zrobić, żeby wygrać?

  1. Bronimy obwodu i trójek. Rok temu obrona daleko od kosza była naszą największą bolączką – pozwalaliśmy przeciwnikom na oddawanie aż 28 trójek na mecz. Tegoroczny Boston to jednak nie ta sama drużyna, która mogłaby postraszyć nas z obwodu. Dodatkowo w przypadku odpadnięcia z gry Haywarda, stracili nieszczęśliwie kolejne ogniwo. Naszą największą bolączką jest obrona trójek z narożników i trzeba będzie wyjątkowo mocno skupić się na tym elemencie.

Co Celtowie muszą zrobić, żeby wygrać?

  1. Ograniczyć Giannisa? Zatrzymać Giannisa? Spowolnić Giannisa? Nie wiem za bardzo, na co można liczyć, bo w tej chwili nie widzę żadnego zawodnika w barwach C’s, którzy mogliby ograniczyć Antka. Celtowie powinni starać się zacieśniać środek pola i spychać Giannisa jak najbardziej na obwód. Boston pewnie dopasuje się do smallballu Bucks i dużo czasu dostaną: Horford, Irving, Brown, Tatum plus wchodzący z ławki Baynes, którzy przy dobrze zorganizowanej obronie są w stanie złamać naszą ofensywę.

Na kogo zwracamy uwagę?

Pojedynek Irvinga z Brogdonem. Ciekawi mnie, na ile (i czy w ogóle) Malcolm będzie w stanie ograniczyć indywidualne popisy strzeleckie Kyriego.

Wynik?

Straszna szkoda, że Celtowie stracili Haywarda i nie wyjdą w pełnym składzie. Bucks na pewno będą bardziej wypoczęci, ale z racji na to, że jest to pierwszy mecz, na pewno też bardziej zardzewiali po wakacjach. Oczekiwania wobec Kozłów są w tym sezonie ogromne (po cichu liczymy nawet na finały konferencji) i nie ma innego wyjścia jak rozpocząć sezon od wyjazdowej statement wygranej.

+5 dla Bucks.

Jedziemy!

Preseason: Bucks @ Bulls 101 – 114 (0-3)

Przegapiłem mecz z Indianą, ale miałem wtedy akurat apogeum spotkań i pożegnalnych imprez z gośćmi na targach. Za to w piątek i w sobotę był czas wielkiego odsypiania straconego tygodnia i trzech z rzędu nocy z dwoma godzinami snu. Dobrze wrócić na chatę.

Wczoraj wieczorem, już na spokojnie i bez żadnego pośpiechu, siedząc na wygodnym krześle i popijając bezalkoholowego Bitburgera (<– cudowny), obejrzałem debiut Giannisa w tym sezonie, w meczu z trafiającymi wszystko Bulls (do przerwy 13/21 za trzy, w meczu 17/34). Po pierwszej kwarcie, zakończonej buzzerem za trzy Giannisa (14pkt w 8 minut) przegrywaliśmy jeszcze tylko 24-27, ale już na koniec trzeciej Bulls odskoczyli na 77-89. Ostatnią odsłonę zaczęliśmy bardzo eksperymentalną piątką Marshall-Vaughn-Brown-Wilson-Anthony, które niestety nie była w stanie odrobić strat. W rezultacie mecz zakończyliśmy trzecią z rzędu porażką w preseason, tym razem 101-114

Najważniejsze rzeczy, które rzuciły się w oczy:

  1. Powrót Giannisa wystarczył, żeby ten nieciekawy mecz był warty twojego czasu. Agresywny jakby to był siódmy mecz finałów, walczący o każdą piłkę, lawirujący między obrońcami, robiący te swoje pokraczne/cudowne eurostepy i dominujący w każdej sytuacji. Ta pullup trójka z pełnego biegu w ostatniej sekundzie pierwszej kwarcie dała mi więcej radości niż wsad oburącz z mini pompką między dwoma obrońcami. Po strasznej tragedii jaka go ostatnio spotkała, można powiedzieć jedno – Giannis wrócił.
  2. Obrona Bucks była przerażająca, ale oddaję to temu, że mamy dopiero październik i może motywacja była nie taka jak trzeba. Ale nie wiem, jak wytłumaczyć to, że połowa wszystkich rzutów Byków to były trójki, które daliśmy im trafić z 50% skutecznością. Pobili nas prostymi, szybkimi podaniami na obwodzie, potrafili bez problemu minąć obrońcę i przy kontestowanych rzutach odrzucali do wolnego strzelca na trójce. Plejada zawodników, którzy nie do końca znają jeszcze nas system przekazań w obronie była głównym powodem tego, że gubiliśmy się na zasłonach i nie mieliśmy odpowiedniej komunikacji. Trzeba jednak oddać Bykom to, że Hoiberg wykonał kawał dobrej roboty w nauczeniu swoich chłopaków spacingu.
  3. Kidd bawił się rotacjami jak Durant zmienianiem kont na twitterze. Nie przyniosło do dobrego rezultatu nawet z mizernymi Bulls, ale oprócz zobaczenia (być może po raz pierwszy i ostatni w tym sezonie) piątki Marshall-Vaughn-Brown-Wilson-Anthony, mogłem na moment podziwiać defensywę w wykonaniu Hensona-Giannisa-Middletona-Brogdona i Snella. Powiem wam, że petarda.
  4. Długie skarpetki, opaska na głowie. The Jet is back. Wszedł na kilka sekund, dostał piłkę, podał kozłem do ścinającego Monroe, ten znalazł w rogu Snella – buuum, trójka.
  5. W drugiej kwarcie poszukaj jeszcze raz akcji w której Giannis zbiera się do ataku przeciw Denzelowi Valentinowi. Popatrz na pełne strachu spojrzenie Jeriana Granta, który nie wiedział, czy ma pomagać koledze w obronie, czy zostawić go na w nie-do-wygrania sytuacji 1-na-1. Wybrał pierwszą opcję, zapomniał o Brogdonie w rogu, w rezultacie Giannis zaliczył asystę a nasz Prezydent – łatwą trójkę z czystej pozycji. Giannis All-Star.
  6. Trochę czasu dostał Marshall, ale co z tego, że trafił trójkę, skoro kompletnie nie radził sobie w obronie z objeżdżającym go Krisem Dunnem.
  7. Sterling Brown chyba w końcu przestaje się stresować przed meczami, bo dzisiaj oprócz walenia cegieł za trzy (jedną trafił!) pozwolił sobie na spektakularny wjazd pod kosz i wsad w tłoku.
  8. Joel Anthony wygrał akcję meczu. Czwarta kwarta. Kończy się czas na naszą akcję. Spojrzenie na zegar – „mam czas”. Post-up na Portisie. Bump. Bump. Wygrywamy trochę parkietu. Zwód w jedną stronę. Piłka w lewej ręcej. Hak nad obrońcą, z pomalowanego. „Pięknie leci” – myślisz.
    „A chuj tam, będzie airball.” – odpowiadają koszykarscy bogowie, którzy zatrzymują piłkę w połowie lotu.
    Buzzer-beating-airball spod kosza. Kocham zawsze i wszędzie!
  9. Naprawdę fantastycznie się ogląda Middletona, który dynamicznie mija na pierwszym kroku i kończy akcję z góry. Obu tylko kolano wytrzymało do końca sezonu i będzie dobrze.

Kolejny mecz dopiero w piątek (13.10) o 2:30, w Detroit.

Ranking bucks.pl: #1 Giannis Antetokounmpo

Nie mogło być inaczej. 22-letni Giannis, twarz Milwaukee, główna postać z hasła „Own the Future” jest naszym numerem jeden. Nie mogło być inaczej, Antek był rok temu liderem Bucks w punktach, zbiórkach, asystach, blokach i przechwytach i patrząc na to, jaki postęp zrobić w ciągu roku, aż strach sobie wyobrazić co będzie, jak osiągnie swój szczyt.

Wstyd i samostrzał w pysk za to, co napisałem o Giannisie zaraz po tym, jak został wybrany w drafcie. Był ciepły, czerwcowy poranek roku pańskiego 2013, a ja byłem wtedy najwyraźniej mocno pijany:

Nie chcę pisać złych słów na temat zawodnika, który spędził większość swojej kariery w 2 lidze Greckiej. Mam nadzieję, że okaże się wybrykiem natury i za kilka lat jego talent eksploduje. Obawiam się jednak, że będzie kolejnym prospektem wziętym z nieznanych zakątków Europy, na którego będziemy narzekać. Póki co, to wszystko to wróżenie z fusów wielkich jak jego dłoń. (…) Pozostaje nam tylko śledzić jego rozwój i trzymać kciuki, żeby rozwinął się na kogoś pokroju Batuma, czy Sefoloshy.

Nie przejmuj się, pisz bluzgi. Zasłużyłem na nie. Żeby dolać jeszcze trochę oliwy do ognia, dwa tygodnie później pojechałem nad morze i opalając tyłek na gorących piaskach w Międzyzdrojach, jednym okiem oglądałem EURO-20 z udziałek Antka. Też musiałem być nawalony, bo tekst zamknąłem akapitem:

Ogólnie po tych pięciu meczach mogę powiedzieć, że dalej jest cholernie surowy i nie widzę go w NBA szybciej niż za 2-3 lata (minimum), ale powoli zaczynam widzieć jakiś zalążek tego, co widzi w nim Hammond. Dzisiaj kolejny mecz Greków. Jakbyście nie mieli co robić, zachęcam do obejrzenia chociaż jednej kwarty z udziałem Bo. Warto mieć na niego oko.

Wniosek z tego jeden – skautem NBA nigdy nie będę. Nie mniej już w październiku, tego samego roku 2013, pojawił się tekst Jima Owczarskiego, w którym pisał m.in.:

Hammond pamięta doskonale trzy dni jakie spędził na hali, mogącej pomieścić góra 500 osób. Na jednej tablicy nie było obręczy, a tablice nie miały sprężyn. Okna były popękane. Drewniane deski od kaloryferów robiły za półki na siłowni.

Rodzinie Giannisa (który jest jednym z sześciorga dzieci) nie było łatwo. Uciekli do Grecji w poszukiwaniu lepszego życia, ale nawet tam było ciężko. 20 lat żyli nielegalnie, bez żadnych dokumentów. Masz dzieci i codziennie musisz żyć ze świadomością, że chodzisz do pracy na czarno. W każdej chwili policja może cię zatrzymać i wysłać z powrotem do domu (rodzice Giannisa uciekli z Nigerii). Rodzina Antetokoumbpo otrzymała obywatelstwo dopiero 9 maja tego roku.

Dla mnie (Giannisa) moi rodzice są moimi bohaterami.

Gdyby Giannis był Einsteinem, albo naukowcem, dalej nie otrzymałby obywatelstwa, bo w Grecji jest 100000 dzieci z tym samym problemem. Ale ponieważ koszykówka jest tu sportem narodowym, łatwiej było mu przejść przez formalne trudności. Niestety, dla pozostałych 100000 dzieciaków, problem obywatelstwa dalej pozostaje nierozwiązany.

Grecy bezustannie winili kolorowych imigrantów jako główną przyczynę problemów ekonomicznych w kraju. Do tego stopnia, że nawet jak Giannis otrzymał obywatelstwo i mógł reprezentować kraj w meczach międzynarodowych, niektórzy ludzie bali się go dotykać. W meczach nie mogli go twardo kryć, bo NIE MOGLI go dotykać!

Giannis, który skończy 19 lat 16 grudnia, gra w koszykówkę dopiero od 5 lat.

Larry Sanders przyznaje, że Giannis ma olbrzymi potencjał, którego nie da się nauczyć – rozmiar, zasięg i szybkość. Ma wszystko, czego potrzebuje zawodnik, żeby stać się wielkim. I co najważniejsze, chłonie wszystko jak gąbka.

Jego dziadek, ojciec oraz starszy brat byli zawodowymi piłkarzami i Giannis chciał iść w ich ślady. „Zawsze chciałem być najlepszy w tym, co robię. Skupiałem się tylko na tej jednej rzeczy. Chcę grać w piłkę. Będę wielką gwiazdą piłkarską. OK, nie udało się. W takim razie koszykówka. Będę wielką gwiazdą koszykówki. Od pierwszego dnia był to mój główny cel. Muszę być najlepszy w tym, co robię. Każdego dnia.

Moje podejście do życia nigdy się nie zmieni. Ostatnio poszedłem oglądać mieszkanie i było za drogie. Ponieważ spędziłeś całe swoje życie w biedzie, liczysz się z każdym groszem. Teraz, nawet jak mam pieniądze, nie chcę wydawać zbyt dużo kiedy coś jest za drogie.

Rok później, Antek zaczął się powoli przyzwyczajać do realiów panujących w prawdziwym świecie, ubrany jedynie w cienką wiatrówkę i krótkie spodenki biegał na trening bo nie było go stać na taksówkę, po tym, jak zablokował sobie kartę kredytową przez pomyłkę przelewając rodzicom wszystkie swoje pieniądze. Do tego, robił jeszcze masę innych uroczych rzeczy:

Gdy tylko zobaczył, że 50% jego wynagrodzenia idzie na podatki zapytał się mnie, czy znam jakiś sposób, żeby ich nie płacić. – Zaza Pachulia

Giannis po każdym wspólnym posiłku z drużyną zabierał do swojego domu sześć, czasem i więcej opanowań z resztkami. Starał się oszczędzać pieniądze na wszystkim – ciastkach, napojach, ciepłych posiłkach. – Brandon Knight

Kiedyś popełniłem wielki błąd i przy Giannisie wyrzuciłem do kosza parę butów. Ostro zainterweniował mówiąc: „Co robisz? To dobre buty!” Po czym wyjął je ze śmietnika i zabrał do domu. – Caron Butler

Zagadka, jaką był Giannis, szybko się rozwiązała i po kilku miesiącach bandwagon Antka urósł do globalnych rozmiarów. W marcu 2016, kiedy Giannis zaliczył jeden z pierwszych spektakularnych miesiąców w swojej karierze, zaczęto go już porównywać do Oscara i Jordana:

W marcu Giannis grał w 9 meczach. Średnio po 37 minut na mecz. W tym czasie rzuca średnio 21,1 punktów, rozdaje 8,8 asyst i zbiera 8,1 zbiórek. Przeczytaj to jeszcze raz. A potem dodaj do tego ledwie 2,8 strat. Gdyby do końca sezonu utrzymał mu się taki stosunek strat do asyst (3,14) mógłby liczyć na miejsce w pierwszej dziesiątce. Wiem, że to tylko jeden wyjątkowy miesiąc, ale żeby pokazać, na jaki poziom może nagle wskoczyć Antek trzeba uświadomić sobie jedno – w ciągu ostatnich 50 lat ŻADEN zawodnik nie miał w całym sezonie średnich na poziomie 21,1/8,8/8. Oscar Robertson zaliczył średnie triple-double w sezonie w roku 1962. Gdybyśmy zmniejszyli wymagania do 21pkt/8zb/8as średnio w sezonie, tylko Chamberlain (1968), Magic (1981) i Jordan (1989) znaleźliby się na liście. Z tego grona, tylko Magic dokonał tego w wieku 21 lat i tylko jemu udało się wykręcać takie numery grając krócej niż 40 minut.

Reszta, jest już historią, która tworzy się na naszych oczach. Giannis, będąc liderem swojej drużyny we wszystkich pięciu najważniejszych statystykach, dołączył do grona jedynie 5 zawodników w historii NBA, którym się to udało: Dave Cowens (Galeria Sław 1991), Scottie Pippen (GS ’10), Kevin Garnett (niedługo w GS) i LeBron James (niedługo GS). Do tego, w poprzednim sezonie został pierwszym zawodnikiem w historii ligi, który zmieścił się w TOP20 zdobytych punktów, zbiórek, asyst, bloków i przechwytów.

Co musi zrobić, żeby zdobyć w nadchodzącym sezonie MVP?

  1. Bucks muszą przeskoczyć w tabeli albo Wizards, albo Celtow i zakończyć regular season w TOP3.
  2. Musi poprawić swoja 27% skuteczność w trójkach, co zmusi obrońców do poważniejszego traktowania go na obwodzie. Im mniejszy będzie dystans między nim a obrońcą, tym łatwiej będzie mu mijać na pierwszym kroku i wbijać pod kosz.

W związku z tym, czego oczekiwać po Antku w tym sezonie? Tego, aby w końcu wybrany z numerem 15 w drafcie nieznany gość z Grecji, który wkrótce stał się superstarem i popisał maksa, poprowadził zawsze średnią i przeciętną drużynę Kozłów do finałów konferencji, zdobywając przy tym nagrodę MVP sezonu zasadniczego.

Grubo? Grubo. Ale czas na to, aby hasło „Own the Future” zamienić w „The Future is Now”.

 

Błyskawiczny recap: przegrywamy z Mavs 104-106

Być na targach narzędziowych w Sosnowcu (gdybyś był w okolicy i chciał pomachać, to śmiało) i ogarniać mecze ma swoje plusy – jak mecz zaczyna się o 2:30, a impreza dopiero się zaczyna, odpada cały problem ze wstawaniem w środku nocy. Gorzej, że nagle wychodzisz z pokoju i mówisz dobranoc, bo Bucks zaczynają preseason. Niestety, mecz zaczęliśmy od porażki 104-106 pomimo szaleńczego pościgu w czwartej kwarcie, w której odrobiliśmy dwucyfrową stratę i o mały włos nie zakończyliśmy tego meczu w pełni niezasłużonym zwycięstwem.

Tak bardzo błyskawicznie dzisiaj:

  1. Henson brał przed meczem coś, co bardzo by mi się dzisiaj przydało. Podręcznikowy dzień konia: 13 minut, 11 punktów, 4 zbiórki i 2 asysty. Ale nie podniecajmy się – to dalej tylko John Henson. To samo tyczy się Vaughana, który rzucił 20 punktów z ławki i wyrósłby na bohatera, gdyby tylko trafił game winnera.
  2. W meczu nie zagrał Giannis, który jeszcze nie wrócił do siebie po śmierci ojca i spędza czas z rodziną.
  3. Nie zobaczyliśmy też Makera, który skręcił kostkę i nie będzie grał przez co najmniej tydzień.
  4. Pod nieobecność Antka i Thona, w pierwszej piątce wyszli DJ Wilson i Sterling Brown.
  5. Mecz jak to preseason – dzielenie czasu na wszystkich zawodników, trzy osoby na trybunach.

Warto było wychodzić z imprezowego pokoju, żeby zaliczyć pierwszy mecz w sezonie?

WARTO!

Ranking bucks.pl: #2 Khris Middleton

Przez moment zastanawiałem się, czy nie zrobić dwóch pierwszych miejsc i dać Giannisa jako 1A, a Khrisa 1B. To będzie pierwszy od kontuzji sezon, w których Khris zacznie grać w pełni formy, a to znaczy, że spodziewam się występów na poziomie All-Star. Przede wszystkim jednak liczę na to, że w końcu zobaczymy Middletona, który nie tylko skupia się na post-upowaniu mniejszych obrońców, ale zacznie rzucać trójki na poziomie, do jakiego mnie przyzwyczaił przed kontuzją. Rok temu oddawał tylko 4.2 trójki na mecz, które trafiał ze słabą, 31% skutecznością (przedostatni wynik w 40% karierze).

Dużo pracy w głowie Kidda – to od niego w dużej mierze będzie zależało, w jaki sposób uda nam się wykorzystywać wszystkie możliwości Khrisa, tak aby jednocześnie nie blokować miejsca Giannisowi. Khris ma za zadanie pozostać zdrowym i w pełni wykorzystywać swoją wszechstronność w obronie i ataku. Oprócz tego, że będzie w stanie bronić wszystkich od pozycji 2-4, do jeszcze będzie mógł wspierać Kozły jako rozgrywający. Uwielbiam poza boiskową chemię między Antkiem a Khrisem: grają ze sobą przez 4 lata, doskonale się rozumieją i będą się świetnie uzupełniać na parkiecie.

Pamiętaj tylko, żeby nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań wobec Middletona – bo jak to bywa w przypadku Bucks, kiedy coś idzie zbyt dobrze, szybko musi się spierdolić. I to z olbrzymim hukiem. Żeby nie szukać zbyt daleko przykładów, pamiętasz tę podjarkę przed meczem, w którym miał wrócić Khris? Jaka była radość, gdy dostał zielone światło od sztabu medycznego. Jaka była ekscytacja, jak normalnie biegał na rozgrzewce. I jakie później były łzy, gdy spod kosza nie podnosił się Parker. Jebać tamten mecz. Przed nami nowy sezon.

Ranking bucks.pl: #3 Malcolm Brogdon

Moi drodzy obywatele,

stoję tutaj w pokorze przed zadaniem, które nas czeka. Wdzięczny za zaufanie, którym mnie obdarzyliście, mając w pamięci poświęcenie naszych przodków. Dziękuję prezydentowi Trumpowi za jego posługę na rzecz naszego narodu oraz hojność i chęć współpracy, które okazał w trakcie przekazywania władzy.

Przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych, steal tegorocznego draftu. Wybrany z 36 numerem w drugiej rundzie przez Milwaukee Bucks, Malcolm Brogdon nie jest typem zawodnika, który jest w tej chwili rozchwytywany przez media. Przed pójściem do NBA skończył studia magisterskie na wydziale historii. Nie miał innego wyjścia, bo pomimo tego, że ma już 24 lata, rodzice nie wpuściliby go do domu, gdyby dowiedzieli się, że nie ma wyższego wykształcenia. Takie rodziny, jak państwo Brogdon, są w NBA rzadkością: matka jest profesorem psychologii i dziekanem na wydziale fizyki i matematyki na uniwersytecie Morehouse. Jego tata oraz dwaj bracia, Gino i John, są prawnikami. Nie miałem jeszcze przyjemności przeprowadzić z nim wideokonferencji na Skypie, ale jego agentka Danielle Cantor niejednokrotnie odbierała już telefony od dziennikarzy, którzy po wywiadzie z Malcolmem mówili: „To był mój najlepszy wywiad życiu. On kiedyś zostanie prezydentem!” [1]

Jego przygoda z NBA o mało nie skończyła się jeszcze przed draftem. W sezonie 2011-12 zdecydował się na operację stopy, co spowodowało, że wiele zespołów nie chciało ryzykować i brać go w pierwszej rundzie. I teraz pewnie żałują, patrząc na to, co prezentuje na boisku Malcolm. W NBA pewnie nigdy nie będzie all-starem, ale studiując w Virginii zapracował sobie na najwyższe honory. 20 lutego dostał zaproszenie do John Paul Johes Arena na zastrzeżenie numeru #15. Stanie się tym samym siódmym zawodnikiem w historii tej uczelni, którego koszulka zawiśnie pod sufitem. Swoją uniwersytecką karierę zakończył zdobywając 1809 punktów, ma najlepszą w historii skuteczność z osobistych (88%) oraz szóstą jeśli chodzi o skuteczność za trzy (36%). Dodatkowo, jako jedyny zawodnik, w jednym sezonie zdobył nagrody zarówno dla najlepszego obrońcy jak i najlepszego zawodnika Atlantic Coast Conference. W 2016 został również wybrany do pierwszego składu All-American.

Czterdziestu czterech Amerykanów złożyło już tę przysięgę. Słowa te były wypowiadane w czasach rosnących fal dobrobytu i spokojnych wodach pokoju. Jednak zdarza się, że przysięga ta jest składana w czasach gromadzących się chmur i szalejących sztormów. W takich czasach Ameryka sobie radzi nie z powodu umiejętności czy wizji tych, którzy rządzą, lecz dlatego, że my pozostajemy wierni ideałom poprzedników i założycielskich dokumentów.

Kiedy patrzę na jego grę odnoszę wrażenie, że jest weteranem z 10-letnim stażem, a nie debiutantem, który dopiero pod nieobecność Dellavedovy zaczął wychodzić w pierwszym składzie Bucks. Niby jest wolny i flegmatyczny, ale popatrz jak na pierwszym kroku mija Rose’a, Uncle Drew i innych rozgrywających. Jego łatwość do penetracji, doskonała wizja oraz umiejętność podejmowania dobrych decyzji na boisku czynią z niego doskonałe uzupełnienie szalonej i nieokrzesanej ofensywy Kozłów. Kidd wiele razy komentował grę Malcolma prostymi słowami: „Umie grać w koszykówkę i nie panikuje.” Pod wieloma względami przypomina mi innego byłego debiutanta Bucks, który też miał fantastyczny stosunek asyst do strat – Nate’a Woltersa. Trzeba jednak pamiętać, że to praktycznie jedyne podobieństwo, jakie można im przypisać. Malcolm potrafi punktować, jest twardy i nieustępliwy w obronie. Poluje na zbiórki. Walczy o przechwyty. Niedawno został pierwszym debiutantem w tym sezonie, który zaliczył triple-double (mecz z Bulls: 15/12/11),  a w rozegranym parę dni temu meczu z Knicks miał 12 punktów, 8 asyst, 6 zbiórek i ani jednej straty – szkoda, że po wygranym 105-104 spotkaniu w Nowym Jorku mowa była głównie o game winnerze Giannisa.

Krótka przerwa na póki co chyba największy highlight reel z tego sezonu. Po meczu zapytany jak się czuł po tym wsadzie, Malcolm odpowiedział: „Czułem się świetnie. Nie patrzyłem dookoła, po prostu atakowałem na kosz. Szczerze? Gdybym zauważył, że kryje mnie LeBron, pewnie nawet bym nie wyszedł w górę tylko wycofał akcję.”

Brogdon jest nietypowym zawodnikiem również pod tym względem, że trafił do NBA jako gracz kompletny, dojrzały, znający swoje słabe i mocne strony. Nie szukający swojej boiskowej osobowości, ale starający się rozwijać wszystkie te umiejętności, w których jest najmocniejszy. Jego boiskowe IQ jest tak wysokie, jak sufit Giannisa. Czasami oglądając go na parkiecie odnoszę wrażenie, że patrzę na młodego, nieco zmodyfikowanego Jasona Kidda – perfekcyjnie kierującego grą, dyrygującego ofensywą jak Charles Dutoit Filharmonią Narodową.  Genialnie uwalnia się na zasłonach, świetnie biega bez piłki. Nawiązał kontakt z Moosem i jak nikt inny w drużynie potrafi obsługiwać asystami centra Bucks.

Póki co w sezonie zdobywa 8.5 punktów, zbiera 2.7 piłek i rozdaje 3.8 asyst na mecz. Ale już w trzech meczach styczniowych jego średnie skoczyły do 11.3 punktów, 4.7 zbiórek i 6.0 asyst. Stosunek asyst do strat – 6.0 w styczniu (2.71 w grudniu). Jednym z elementów, nad którymi musi na pewno popracować, to skuteczność: TS% w styczniu 44% (gigantyczny spadek, w porównaniu do 16 meczów z grudnia kiedy miał 62%). Wszystko jednak sprowadza się do skutecznej egzekucji w tłoku, spod samego kosza, bo aż 65% jego punktów w styczniu zdobywał z pomalowanego (ze skutecznością 56%). Najgorzej wypada jeśli chodzi rzuty z półdystansu (10/41 w tym sezonie, 25%) i klasyczne jump shoty (50/147, 34%). Najskuteczniej wykonuje lay’upy po minięciu obrońcy (21/29, 72%).

Niech dzieci naszych dzieci powiedzą, że gdy przyszła chwila próby nie pogodziliśmy się z końcem tej podróży, że nie odwróciliśmy się ani nie zawahaliśmy i z oczami spoglądającymi przed siebie i boską łaskawością spływającą na nas, nieśliśmy dalej ten wspaniały dar wolności i dostarczyliśmy go bezpiecznie przyszłym pokoleniom.

W tej chwili raczej ciężko powiedzieć, czy Malcolm będzie w stanie podnieść swoją grę do takiego poziomu, aby realnie zagrozić Embiidowi w zdobyciu nagrody dla debiutanta sezonu. Ale w tej chwili pewne jest to, że Kozłom znowu udało się wylosować perełkę, która w perspektywie czasu może okazać się idealnym uzupełnieniem Giannisa i Parkera. Bucks mają już dwie gwiazdy, które świecą mocnym światłem – potrzeba jeszcze zawodników, którzy będą ich idealnie uzupełniali na boisku. Jestem przekonany, że Brogdon jest właśnie takim zawodnikiem.

Jeśli jeszcze nie widziałeś, to obejrzyj skrót z pierwszego triple-double w karierze Malcolma – w dopiero drugim w karierze wyjściu w pierwszej piątce. Ostatnia akcja. Kidd rozrysowuje akcje specjalnie pod asystę Brogdona. Pick’n’roll. Lay’up Monroe. Łatwe punkty. I patrz na tą dziecięcą radość nie tylko MB, ale i całej ławki. Tomasz Hajto byłby dumny z „timspirytu” tej drużyny. Ale to temat na osobny tekst.


Najlepszy debiutant poprzedniego sezonu zasługuje na to, żeby być w pierwszej trójce rankingu bucks. Do wszystkich zalet, o których dopiero przeczytaliście, albo widzieliście w zeszłym sezonie, dołóżcie jeszcze fantastyczny kontrakt oraz to, że potrafi bronić zarówno „jedynkę” jak i „dwójkę”. Brogdon jest tak wysoko w moim rankingu pomimo tego, że raczej nigdy nie będzie zawodnikiem, który będzie się czymś szczególnym wyróżniał na parkiecie. Jest wysoko, ponieważ mam pewność, że prawie rzadko nas zawiedzie. Czy będzie jeszcze lepszy niż rok temu? Trudno powiedzieć, bo równie dobrze, mógł właśnie osiągnąć swój szczyt. Ale nawet ta pesymistyczna myśl robi z niego rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, których niestety coraz mniej w dzisiejszej koszykówce.

Zmarł Charles Antetokounmpo – ojciec Giannisa.

Śmierć w rodzinie zawsze jest traumatycznym przeżyciem – nieważne, czy mówimy o zwykłych śmiertelnikach, czy będących w świetle fleszów celebrytami.

Właśnie dostałem wiadomość na telefon, że w wieku 54 lat na zwał serca zmarł ojciec Giannisa, Charles. Podczas dzisiejszej wizyty w Milwaukee zaczął się skarżyć na bóle w klatce piersiowej i od razu został przewieziony do szpitala, ale niestety nie udało się go uratować.

Oficjalne oświadczenie Bucks wisi już na stronie:

„The Bucks family is heartbroken about the sudden death of Giannis’ father, Charles,” general manager Jon Horst said in a statement. „The entire organization, his teammates and coaches are here to support Giannis and his family during this incredibly difficult time. Charles was a big part of the Bucks and will be terribly missed by us all. On behalf of ownership, we express our utmost condolences and offer our prayers to Giannis and his family.”

W takich sytuacjach zawsze ciężko cokolwiek więcej napisać. Na moment wchodzimy w głowę Giannisa i wyobrażamy sobie, przez co teraz przechodzi. Przed nim szczyt kariery, maksymalny kontrakt i nagle taki obuch prosto w łeb. Współczuję i łączę się w bólu na ile mogę. Mimo, że dawno nie piłem, dzisiaj w końcu otworzę Aberloura A’bunadha, który już mnie woła do siebie od ponad miesiąca.

Giannis, trzymaj się!

Ranking bucks.pl: #4 Thon Maker

Nie ma bata, jesteśmy już w pierwszej czwórce naszego rankingu, a na dobrą sprawę wiemy bardzo mało o zawodniku, który mnie tak bardzo ekscytuje i jara. Thon Maker to zawodnik, którego Michał zaczął śledzić jak jeszcze był w Afryce. Maker. Nie Michał. Udało mi się też przez chwilę zamienić z nim parę zdań (Michałem, nie Thonem) na temat Makera i na wierzch wypłynął najistotniejszy problem:

(…)Po drugie – największym brakiem Thona to po prostu masa ciała. Wystarczy popatrzeć na Kevina Duranta czy Kevina Garnetta z pierwszych lat jego gry w NBA, żeby stwierdzić że nie trzeba być mieć bicepsów Davida Robinsona by dawać sobie radę w lidze. Jednak Thon potrzebuje paru kilogramów mięśni by jeszcze lepiej wykorzystywać swoją grę w post-up. Zarówno w obronie jak i ataku. Dodatkowo pomoże mu to nie odnosić kontuzji, a patrząc na jego nogi można łatwo wysnuć wniosek, iż w ciągu kilku kolejnych lat jego budowa się nie zmieni to jego nogi mogą połamać się jak zapałki. Także nic tylko jeść, ćwiczyć, jeść, ćwiczyć  (cała rozmowa tutaj)

W tej chwili Thon jest na diecie i wciąga 6 posiłków dziennie. Ale nie: śniadanie, banan + jogurt, zupka, schabowy z pyrami i dwie kromki chleba na kolację. 6 pełnych posiłków! Prawie 5 tysięcy kalorii na dobę. Wszystko po to, żeby te łamiące się jak zapałki nogi wytrzymały kolejne próby bloków z pomocy i próby przepychania się (śmiechłem, bo ma 11% Reb Rate) pod koszem z innymi centrami. Thon będzie nadal naszym pierwszym centrem i owszem, nie będzie zapewniał obrony pomalowanego jak Dwight w swoich najlepszych latach, ale będzie fantastycznym uzupełnieniem atletycznej, piątki Bucks.

Co Maker da Kozłom, że jest tak wysoko? Po pierwsze, mówimy o potencjale, który jest jeszcze nie do końca określony. Już w tej chwili widać w jakim tempie te patykowate nogi zapieprzają nawet za szybkimi skrzydłowymi. W jaką naturalną łatwością korzysta z pick’n’popów z Giannisem i rozciąga grę trójkami. Trójki, etyka pracy, zespołowość, to wszystko powoduje, że mimo oczywistych braków w wyszkoleniu, Thon jest zawodnikiem, który doskonale w tej chwili pasuje do układanki Kozłów. Nie musi być pierwszym strzelcem, ani go-to-guy’em. Jego rolą ma być rozciąganie gry i trafianie trójek z czystych pozycji, a w obronie ograniczenie głupich fauli i poprawienie gry na desce. I myślę, że postęp tylko w tych aspektach jego gry, pozwoli mu  w kolejnym sezonie wskoczyć nawet o dwie pozycje wyżej w naszym rankingu.

Ranking bucks.pl: #5 Tony Snell

Kiedy Tony Snell przyszedł do Bucks za Cartera-Williamsa, wiedziałem, że możemy się spodziewać dobrego strzelca za trzy i wszechstronnego obrońcy. Ale po tych dwóch latach jakie gra w Bucks, okazało się, że stał się jednym z najbardziej wartościowych zawodników w naszym składzie.

Przez pierwsze trzy lata grania w Bulls, Tony nie zrobił zbyt dużego postępu. Odrodził się dopiero w młodym składzie Bucks, gdzie znalazł swoją pewność siebie, przypomniał sobie jak trafiać z dystansu i – przede wszystkim – stał się naszym pierwszym lockdown defensorem, będącym w stanie bronić każdą pozycję od 1 do 3.  Porównując jego średnie z sezonu 2015/16, Snell podwoił (!) liczbę celnych trójek na mecz i poprawił skuteczność zza łuku o 4.5 punktów procentowych (do 40,6%). Co więcej, w czasach gry w Bulls jego OffRtg wynosił ledwie 93 – po przyjściu do Bucks skoczył aż do 114.  Snell może być nudnym i mało wygadanym człowiekiem (koniecznie obejrzyj najlepszą parę z Media Day w historii poniżej) ale jest jednym z pięciu zawodników, którzy rok temu tworzyli najskuteczniejszą piątkę pod względen eFG% w Bucks: Giannis, Brogdon, Middleton, Thon i Snell. Liczę na dużo minut tego ustawienia w przyszłym sezonie, bo będzie jedną z bardziej fun to watch w Milwaukee od kilku dobrych sezonów.

Kozły zrobiły dobrą rzecz, oferując Snellowi kontrakt nieco wyższy niż jego rynkowa wartość, zanim ktokolwiek zdążył się do niego odezwać. Jasne, można mówić, że trochę przepłaciliśmy, ale z drugiej strony, ciężko byłoby teraz znaleźć zawodnika o podobnych zaletach zarówno w obronie jak i w ataku, który dodatkowo pasuje do DNA Kozłów.

Ranking bucks.pl: #6 Greg Monroe

Greg Monroe na boisku sprawia wrażenie pogodnego olbrzyma z kamienną twarzą. Gość, który na pierwszy rzut oka byłby idealnym znudzonym bileterem w Disneylandzie albo rozdawaczem okularów 3D w kinie. Przed Media Day rozmawiał z nim Eric Nehm i padło pytanie, gdzie Greg spędzał wakacje. „Krótki wypad na spotkanie Jordan Brand.” I teraz sparafrazuję, ale niby, że zacytuję: „były bankiety, imprezy, nawet karaoke. Tak, śpiewałem i tańczyłem, ale i tak nie ja ukradłem show. Nie. Nie powiem kto, ale mam wszystko w telefonie. Nagrywałem. Nie wrzucam rzeczy online, co nagrywam, zostaje dla mnie. Może wrzucę kiedyś na instagrama. Poczekajcie.”

Zanim zaczniemy zastanawiać się nad słusznością wyboru Monroe na 6 miejscu, apel o pisanie prywatnych wiadomości do Moose’a z prośbą o zwiększenie aktywności w mediach społecznościowych. Okazuje się, że powyższy przykład to tylko jedna z wielu imprez, którą Greg zachował dla siebie. A, jak się okazuje, prowadzi życie ciekawsze niż bileter/rozdawacz okularów.

Greg jest naszym pierwszym wchodzącym z ławki, często jedyną pewną częścią ataku w momencie, gdy grają rezerwowi. Pomimo tego, że rok temu spędzał na parkiecie aż 7 minut mniej w porównaniu z sezonem 2015/16, jego średnie praktycznie nie drgnęły. Na szczęście to, że Maker wychodzi w pierwszej piątce jest póki co tylko symboliczne, bo w większości meczów na styku, końcówki i tak gramy z Moosem na centrze. Wielkim rozczarowaniem skończył się wybór najlepszego rezerwowego minionego sezonu, gdzie Greg nie dostał żadnego wyróżnienia, mimo pewnej i systematycznej gry na tym samym poziomie: średnio 22 minuty, prawie 12 punktów, 6.6 zbiórek, 2.3 asyst i 1.3 przechwytów na mecz.

Nadchodzący sezon będzie kluczowy w karierze Grega. Po pierwsze, przed sezonem zdecydował się na opcję opt-in i podpisał roczne przedłużenie kontraktu z Bucks. Wiedząc, że przed nim ważna decyzja i najprawdopodobniej ostatnie duże pieniądze w karierze, będzie mu zależało na jak najlepszej grze z ławki. Problem jest taki, że w świetle ciągłego rozwoju Thona i wielo-pozycyjności Wilsona, wcale nie jest powiedziane, że będzie miał zagwarantowany ten sam czas na parkiecie, co rok temu. Nie zapominajmy też, że przed Bucks rok ważnych decyzji – czy podpisać nowe umowy z Parkerem i Monroe. Chciałbym, żeby Moose został na kolejne lata w Milwaukee, mimo felernej obrony jest – mogę to chyba śmiało powiedzieć – naszym najważniejszym ogniwem z ławki. Ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie dawania mu extension na 3 lata za 15-20 baniek za rok.

Ranking bucks.pl: #7 Jabari Parker

Pogięło cię? Parker na siódmym miejscu?!

Nie mam sumienia dać go wyżej. Uwielbiam Jabariego, płakałem jak dziecko gdy zerwał więzadło:

Cały dzień chodziłem do tyłu. Żona się ze mnie śmieje, że przejmuję się pierdołami, które mnie bezpośrednio nie dotyczą. Dzwonią do mnie znajomi z kondolencjami i wyrazami współczucia, jakby zmarł mi ktoś z bliskiej rodziny. Przy okazji odnowiłem trzy kontakty, które się urwały (jak ACL Parkera!!!) co najmniej 12 lat temu. Przez pół dnia fani Bucks liczyli na najlepsze, spodziewając się najgorszego.

Grudzień 2014 – przerwa około 12 miesięcy. Lewe kolano. ACL.
Luty 2017 – przerwa około 12 miesięcy. Lewe kolano. ACL.

W obozie Milwaukee cisza i załamanie. (czytaj więcej…)

, trzymam kciuki z całej siły, żeby wrócił do gry jak najszybciej i grał na wyższym poziomie niż David Bertans (który jest w tej chwili jedynym aktywnym zawodnikiem w NBA po dwóch zerwaniach ACL). Rok temu w październiku pisałem o nim m.in:

Myślę, że na sezon Jabbariego będziemy musieli poczekać do momentu, aż nauczy się dwóch rzeczy – bronić i rzucać z dystansu. Większość punktów jakie zdobywał w zeszłym roku zdobywał po kontrze, spot-upie, izolacjach i post-upie. Putbacki 78%. Kontra 74%. Post-upy 87%. Uwielbiam jego step-back to cross-overze z półdystansu, kocham patrzeć jak zamyka oczy i jak miniaturowa wersja Lebrona pędzi pod sam kosz w kontrze. Rok temu Parker nie był naszym go-to-guy’em z prostego powodu – 28% skuteczności z akcji po izolacji. Idę dalej – 37% skuteczności przy rzutach po p’n’r (dla porównania Giannis 47%). (czytaj więcej…)

Teraz sytuacja jest inna. Parker jest jedną wielką niewiadomą – nawet jak wróci, nie wiemy, jakim będzie zawodnikiem. Niestety, pewne jest to, że mimo mojej olbrzymiej sympatii do tego przesympatycznego, młodego człowieka (wciągam powietrze, wzdycham głośno i z niedowierzaniem kręcę głową) nie widzę już dla niego miejsca w Milwaukee. Powiedziałem to. Już tego nie cofnę. Co więcej, przez jego aktualny stan zdrowia, nie jesteśmy nawet w stanie określić jego wartości rynkowej. Przy okazji ucieczki Irvinga z Cavs pojawiły się pytania i plotki, czy Bucks byliby w stanie oddać za niego Parkera – chętnie.

Parker jest niesamowicie old-scholowym graczem, który w większości swoich akcji przypominał mi o wspaniałych i złotych latach 90 w NBA. Gdyby do jego polotu i łatwości mijania obrońcy dodać jeszcze poprawę skuteczności za trzy (co prawda rok temu rzucał z nadal na 22% skuteczności, ale to i tak olbrzymi krok w porównaniu do 6% w debiutanckim sezonie), można by naprawdę rozpatrywać go w kryteriach TOP3 zawodników Bucks. Pod dwoma warunkami: (1) zdrowie i (2) poprawa obrony. Kidd słusznie próbował ratować naszą defensywę wystawiając Parkera głównie na przeciw najsłabszym ofensywnie zawodnikom przeciwników, jednak często i to nie przynosiło wymiernego skutku: często wymagał switchów, wołał o pomoc, gubił się na przekazaniach czy zostawiał swoich gości niekrytych na półdystansie. Z nim na Parkiecie Bucks tracili rok temu 109 punktów – z nim na ławce wynik ten poprawiał się do 104.

Aby jeszcze dodatkowo utrudnić mu życie w Bucks, jego agent rzucił na konferencji prasowej sugestią, że jego klient powinien za rok podpisać maksa. Moim zdaniem zaszkodziło to znacznie jego lokalnemu PR, bo jak się okazało, wielu fanów z Milwaukee ma podobne zdanie do mojego – nawet w pełni zdrowy Jabari nie jest już wart więcej niż 10 milionów za sezon. Nie ma myślę klubu w NBA (może poza NYK), który byłby w stanie zaryzykować i dać mu znacznie większe pieniądze i dłuższy kontrakt, znając jego historię z kontuzjami.

Niestety, jestem obecnie na etapie, gdzie nie widzę przyszłości dla Parkera w Milwaukee, jeśli nie zgodzi się na średniej wartości kontrakt. Życzę mu, aby jak najszybciej wrócił do drużyny, ale też nie wyobrażam sobie tego, że dajmy na to, Bucks świetnie sobie radzą do połowy maja bez niego, a potem nagle muszą zmienić aktualną rotację, żeby zapewnić miejsce dla wracającego po rehabilitacji Jabariego. Mieliśmy już w Milwaukee problem z kolanami Redda i obawiam się, że Parker byłby nieprzyjemną powtórką z rozrywki.

Zgadzasz się?

 

Ranking bucks.pl: #8 D-kropka J-kropka Wilson

Nasz 17 numer w zeszłorocznym drafcie rozpoczyna tę część rankingu, w której widzimy już zawodników mających istotny wpływ na wyniki drużyny. Oglądałem dwa mecze Bucks w Lidze Letniej i kilka rzeczy w grze DJa rzuciło się od razu w oczy:

  1. Nie jest to póki co gracz, który będzie wchodził po kosz i finezyjnie kończył akcję po up-and-under, albo wymuszał łatwe punkty po osobistych (w Ann Arbor trafiał co prawda wolne z 87%, ale oddał tylko 60 rzutów). Pod względem wagi i masy mięśniowej, jest na tym samym poziomie co Thon Maker (który, na marginesie, wpiernicza teraz każdego dnia 5-6 posiłków. Pełnych, jednodaniowych posiłków, a nie naszego krajowego, nisko kalorycznego śniadania, banana, obiadu, deseru, kolacji i 3 piw przed snem) i dopóki nie nabierze więcej ciała, to będzie miał ten sam problem pod koszem co John Henson.
  2. Jego siłą na pewno będzie rzut z dystansu (mimo jedynie 38% za trzy podczas Ligi Letniej), rozciąganie ofensywy i to, w czym Kozły czują się najlepiej – w grze z kontry. Jest to też kolejny zawodnik, któremu nie można przypisać jednej pozycji na parkiecie. Ta uniwersalność i możliwość zmienienia z ławki praktycznie każdej pozycji od SG po PF to wielki plus.

W przyszłości widzę Wilsona jako solidnego skrzydłowego, który pewnie podpisze z Bucks swój pierwszy-po-rookie kontrakt, ale będzie głównie 20-25 minutowym rezerwowym. Taka myśl na rano: mieć taką karierę jak np. Caron Butler – plus czy minus? Dla mnie olbrzymi pozytyw i gdyby za 15 lat okazało się, że Wilson skończył podobnie, byłoby to naprawdę duże osiągnięcie. Oby tylko nie skończył tak, jak nasz ostatni 17 wybór w drafcie – Rashad Vaughn

BTW, słuchałeś już nowy album Setha Macfarlane’a ‚In Full Swing’ ? Fantastyczna sprawa. Polecam!

Ranking bucks.pl: #9 Jason Terry

O Terrym pisałem zaraz po tym, jak podpisał kontrakt na kolejny rok:

Jaram się i to mocno. Możesz się śmiać, albo nie do końca w to wierzyć, ale Jet był na pierwszy miejscu na mojej prywatnej liście muszą-do-nas-wrócić-po-wakacjach. Nawet jeśli nie jako zawodnik, to koniecznie jako asystent trenera. Albo chociaż gość od ręczników. Cokolwiek. Byle jeszcze nie odchodził. Ku mojej uciesze, parę dni temu pojawiły się pierwsze plotki mówiące o możliwym powrocie Jasona na kolejny rok, teraz w końcu doczekaliśmy się oficjalnego potwierdzenia.

40-letni Terry postanowił jeszcze przez jeden sezon dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodymi Kozłami. Jego znaczenie dla drużyny nie jest już wymierzane statystykami (rok temu 74 mecze, średnio 18 minut na mecz, 4 punkty, 1,3 asyst i 1,4 zbiórek, 43% za trzy – drugi wynik w drużynie), ale charyzmą, energią i historiami z ostatnich 18 lat kariery, opowiadanymi w szatni przed, w trakcie i po meczach. Terry jest  naturalnym przedłużeniem Kidda na parkiecie, gościem, który, trafia do głów niedoświadczonych Bucks z taką samą łatwością, z jaką Giannis kończy z górę kontrę 1-na-1. Terry jest kopalnią wiedzy. Wciąż biegającą i trafiającą trójki encyklopedią basketa. Jest ojcem, którego nigdy nie miałeś; bratem, którego zawsze chciałeś i kolegą z drużyny, który zawsze stanie po twojej stronie, nawet jeśli będzie musiał podskoczyć gościom dwa razy większym od niego. Terry jest mentorem, który zadba o odpowiedni rozwój mentalny całej szatni. Terry jest rozsądkiem, który będzie tonował łatwo podpalające się głowy naszych młodziaków.

W swoim 19 sezonie w NBA, Terry będzie zarobi 2,3 miliona i muszę przyznać, że nie są to duże pieniądze, biorąc pod uwagę wszystkie wartości i umiejętności, które ma do sprzedania reszcie drużyny.

Nie widzę potrzeby, żeby dodawać coś więcej. Taki trochę paradoks, bo cieszę się z jego obecności w klubie, ale mam nadzieję, że nie będzie zbyt wiele grał kosztem minut, chociażby Browna. To jeden z tych zawodników, którzy są na takim etapie kariery, że dają drużynie znacznie więcej, im mniej są na parkiecie. Ale nie powiem, nie mogę się doczekać garbage time’u (że o zaciętych końcówkach nie wspomnę!) w których walnie dwie szybkie trójki, rozwinie skrzydła i przeleci przez cały parkiet, rozpalając do czerwoności wszystkich kibiców na trybunach.

Ah, Jason, dobrze, że jesteś!

Gerald Green uzupełnia nasz skład na training camp.

Geriatria party w Milwaukee trwa w najlepsze. Po podpisaniu krótkich kontraktów z Kendallem Marshallem, Jamesem Youngiem i Brandonem Rushem, do składu Bucks dołączy kolejny doświadczony skrzydłowy (który świetnie wspomina swoją grę z Kiddem)- Gerald Green. Duel pomiędzy Greenem a Rushem o 15 miejsce w składzie i 10-15 minut w meczu zapowiada się bardzo ciekawie, szczególnie że oboje potrafią wejść i postraszyć trójką (mimo, że Rush będzie stał w narożniku i czekał na podanie, a Green jeszcze od czasu do czasu spróbuje wejść pod kosz).

Green w zeszłym sezonie z Celtami trafiał 35% trójek w 11 minut i w bezpośrednim zestawieniu z Rushem, wypada od lepiej w pod względem ofensywy (ORPM -1,27 vs -3,13 Greena), ale znacznie gorzej, jeśli chodzi o obronę (DRPM -1,47 vs -0,73).  Pierwsze co przychodzi mi do głowy to kolejny Michael Beasley, który ofensywnie też potrafił wziąć grę na siebie, ale w obronie bardziej przeszkadzał niż pomagał.

Po wczorajszych doniesieniach o przenosinach Melo do OKC, wschód przypomina jeden wielki żart. Bucks powinni walczyć o TOP4 w konferencji, a na wypadek gdyby Snell z Middletonem potrzebowali chwili oddechu, a Brown jednak by się nie sprawdził, lepiej na tym 15 miejscu w rostrze mieć kogoś pokroju Greena/Rusha niż GPII. Bucks kilka razy pozbyli się już przydatnych weteranów (Stack, Dudley, Thomas) i cieszy mnie to, że ktoś teraz pamięta o tym, że budowanie DNA Bucks zaczyna się już w szatni. Stąd kilku zaufanych, doświadczonych prawie-emerytów, to dobry pomysł – pod warunkiem że nie będą zabierali wielu minut debiutantom.

Ranking bucks.pl: #10 Sterling Brown

Czy jest szansa na to, że w dwa lata z rzędu uda się Kozłom trafić w dziesiątkę z wyborem zawodnika w drugiej rundzie? Nie ukrywam, że bardzo liczę na to, że po Brogdonie, w tym roku to Brown będzie zawodnikiem, który najbardziej wszystkich zaskoczy.

Sterling to materiał na naprawdę solidnego i wszechstronnego 3-D skrzydłowego (wingspan 6-9), jednak póki co jego gra na najwyższym poziomie pozostaje zagadką. Nie wiem w jaki sposób 5 meczów w Lidze Letniej przełoży się na sezon zasadniczy, ale patrząc na to, że znajduje się prawie w każdych statystykach, odnoszę wrażenie, że szybko znajdzie na siebie miejsce w rotacji. Mimo tego, że w LL trafił ledwie 38% ze swoich 42 rzutów, to dodatkowo zbierał 4 piłki na mecz, rozdawał 1.6 asyst, miał prawie 2 przechwyty i 1 blok na mecz.

Przez to, że gra brata Shannona Browna jest póki co totalną zagadką, trzymam za niego mocno kciuki i wierzę, że 46 numer w drafcie okaże się dla nas szczęśliwy. Czuję z nim to samo lekkie pieczenie w kroku, jak po wyborze w drafcie Giannisa i Makera, ale jednocześnie mam świadomość tego, że drugim SG będzie Snell, a Brown będzie walczył o dodatkowe minuty z Vaughanem.

Ranking bucks.pl: #11 Matthew Dellavedova

Kiedy Delly dołączył do Bucks rok temu, prosto po zdobyciu mistrzostwa z Cavs, liczyłem na to, że będzie dużym wzmocnieniem naszego obwodu – poprawiając nieco zarówno naszą defensywę, jak i dodając nam trochę energii po drugiej stronie parkietu. No i w sumie, jako zawodnik wart 30 milionów za trzy lata gry, spełnia swoją rolę. Albo inaczej – gra tak, jak mnie do tego przyzwyczaił i nie daje żadnych powodów do dodatkowego entuzjazmu.

Delly za szybko i za łatwo przegrał rywalizację z Brogdonem i mimo tego, że wyszedł w pierwszej piątce w 54 meczach, na parkiecie spędzał nie więcej niż 26 minut – trochę za mało jak na 10 baniek rocznie. Jak wiesz, nie jestem zwolennikiem tego, żeby wpływ na grę całego zespołu oceniać na podstawie indywidualnych statystyk, ale nie mogę się powstrzymać: jego DefRtg spadł z roku na rok ze 108 na 113,7. Podobny spadek zaliczył w OffRtg: ze 109 na 101,4. Dodatkowo, niestety nie udało mu się utrzymać 41% skuteczności za trzy z sezonu 2015/16 i zeszły zakończył z kolejnym statystycznym spadkiem: na przeciętne 36%. W świetle rozwoju Brogdona, rola Delly’ego w Kozłach będzie z roku na rok spadała. A że ma przed sobą jeszcze trzy lata kontraktu, trzeba przełknąć dumę i pogodzić się z tym, że w naszym składzie będzie kolejny (po Hensonie) zawodnik zgarniający niezłą kasę za granie po 20-25 minut (albo nawet 15-20).

Delly przez całą swoją karierę musiał mierzyć się z wyzwaniami typu: jak być szybszym? Jak lepiej rzucać? Co zrobić, żeby dopasować się do tej drużyny? Ten głos w głowie, który na okrągło mówi ci o tym, że jesteś za słaby i że non stop musisz nad sobą pracować, z jednej strony buduje charakter i samodyscyplinę, ale z drugiej strony, potrafi być destruktywny. Szanuję Delly’ego za to, że osiągnął tyle w swojej karierze i że każdego dnia dba o siebie bardziej, niż niejeden profesjonalny atleta. Kiedy rok temu kupił dom w Milwaukee, nie cieszył się najbardziej z dużego telewizora czy sali kinowej z bilardem. Najbardziej jarał się własną siłownią w piwnicy i osobnym „pokojem na regenerację”. Pod tym względem jest trochę jak Jason Terry – może nie wnosić na boisko zbyt wiele polotu i finezji, ale jeśli chodzi i świecenie przykładem i budowaniem atmosfery w szatni, to jest odpowiednim człowiekiem w odpowiednim klubie.

Sportowo jednak oczekiwałbym od niego trójek na poziomie około 40% i solidnej obrony, na jaką na pewno go momentami stać (żebyśmy nie musieli znowu oglądać Snella kryjącego pg). Wtedy na spokojnie będę mógł powiedzieć, że mamy rezerwowego rozgrywającego, który potrafi wnieść do gry więcej niż parę asyst i skuteczne przekozłowanie piłki przez całe boisko.

Ranking bucks.pl: #12 Mirza Teletovic

Gdyby nie robić rankingów pod szyldem: „najlepszy” i „najgorszy”, tylko skupić się na wszystkich unikalnych „naj” w zespole, które odpowiednio dobrane i wzajemnie się uzupełniające tworzą zgrany kolektyw godny Stanisława Anioła, miałbym jeden problem z głowy. Bo Mirza jest zawodnikiem na swój sposób wyjątkowy – jest żywym przykładem na to, że statystyki w baskecie mają niewiele wspólnego z tym, co widzimy patrząc na danego gracza.

Słuchaj tego: z jednej strony Telly zarobi w przyszłym sezonie 10 milionów (na szczęście ostatni rok trwania kontraktu), a nie jest wart nawet 1/3 tej sumy. Z drugiej, zeszły sezon zakończył z trzecim najlepszym net rating w zespole (3.4) i piątym najlepszym +/- (+74: ciekawostka, Telly spędził 43% swojego czasu na parkiecie z Giannisem i miał przy nim +69. Najwięcej grał jednak z Brogdonem i to z przy nim zanotował rekordowe +107 w całym sezonie).

Telly jest dziwny, do tego stopnia, że jego rola w obronie ogranicza się do nie wyłamywania ze schematów i nie strugania bohatera. Za słaby, żeby kryć podkoszowych, za biały i za łamliwy, żeby kryć skrzydłowych. Z kolei w ataku jego mocną siłą były zawsze trójki, dlatego nie dziwi fakt, że w poprzednim sezonie oddał ich najwięcej w karierze. Szkoda tylko, że przy najniższej, 34% skuteczności. Uwielbiam go jednak za etykę pracy i miłość do koszykówki, którą podkreśla na każdym kroku. Przeszedł w życiu więcej niż jestem sobie w stanie wyobrazić, a to dodatkowo  dodaje my +7 do punktów sympatii.

Jakby nie patrzeć, Telly jest jednym z pierwszych zawodników, których pewnie uda się upchnąć, jak tylko będą się szykowały zimowe roszady w składzie. Wygasający kontrakt jest zawsze mile widzianym aktywem i wcale bym się nie zdziwił, gdyby Mirza nie dograł do końca sezonu w Milwaukee.

Kendall Marshall dołącza do Bucks. Póki co tylko na pre-season.

OK, karuzela transferowa Bucks pędzi w szalonym tempie i co chwila mamy doniesienia o kolejnym cichym i nic nie znaczącym transferze. Kolejnym wolnym agentem (po Jamesie Youngu i Brandonie Rushu), który dołączy do nas teoretycznie tylko na moment (póki co na czas campu i pre-season) jest Kendall Marshall.

Oh Kendall, pamiętam jak biegałeś do kontr z Brandonem Knightem. Jak szastałeś trójkami na prawo i lewo, niszczyłeś przeciwników, miażdżyłeś obrony. Jak przepychałeś się masywnym tyłkiem, lawirując między zahipnotyzowanymi defensorami. Szkoda, że spektakularny sezon 2014-15 skończyłeś zerwanym ACL i musiałeś uciekać z Milwaukee. Nie będę udawał, że wiem, co się z Tobą później stało, bo nie śledziłem Twojej dalszej kariery w NBA. Ach, no tak. Przecież po kontuzji zbyt długo nie pograłeś w NBA. Ale rok temu w Reno Bighorns dawałeś podobno radę i te 15 punktów, 9 asyst i prawie 4 zbiórki na mecz są imponujące. Nie obraź się, ale ciężko jest mi Cię teraz witać z otwartymi ramionami, kiedy pierwsze pytanie jakie przychodzi mi do głowy brzmi: „czy w ogóle jeszcze nadajesz się do gry w NBA?”

Cieszyłbym się, gdybyś okazał się bardziej wartościowym ogniwem niż Payton II, zająłbyś jego 14 miejsce w składzie, podpisał dwustronny kontrakt i cielił się swoim doświadczeniem na treningach, nie odbierając jednak minut Brogdonowi, czy Brownowi.

Powodzenia.

Ściskam,
Dawid

Ranking bucks.pl: #13 Rashad Vaughn

Żeby sprawiedliwie ocenić Rashada, musisz najpierw odpalić NBA JAM.  Pobaw się przez kilka akcji, naciesz uszy głośnym „boom-shakalaka!” Potem na chwilę zaciśnij zęby i zagraj na poważnie. Wybroń trzy akcje z rzędu, po drugiej stronie boiska zalicz trzy słodko głaszczące siatkę swishe i patrz jak piłka zaczyna płonąć. Długi, czerwono-pomarańczowy welon, zajmuje w błyskawicznym tempie całą siatkę, po czym podąża za piłką. A teraz wyobraź sobie, że możesz na chwilę pożyczyć tę piłkę, jakimś cudem przemycić na mecz Kozłów i czekać, aż wpadnie w ręce Rashada (na moment możesz też zrezygnować z wizji z piłką i w jej miejsce wstawić gorącego kartofla prosto z ogniska – efekt będzie podobny).

Vauhgn jest typem zawodnika, który na parkiecie lubi być niewidoczny, unikać kontaktu z piłką i najlepiej skupiłby się tylko na bieganiu z obrony do ataku i z powrotem. Jak rok w rok oglądam Bucks od (mój boże!) 15 lat (!) , tak nie widziałem jeszcze podobnego gracza. Mam kilka teorii:
(1) ma wszystko w dupie i jego planem jest wyjść na mecze z rzędu bez spocenia się,
(2) minął się z powołaniem i paraliżuje go myśl, że tyle osób na raz na niego patrzy,
(3) minął się z powołaniem i myśli, że nikt go nie widzi jak chowa się w rogu boiska,
(4) rozkminia nad alternatywnym zakończeniem „Głupiego i Głupszego”, gdzie Lloyd i Harry wchodzą do autokaru i redefiniują pojęcia BangBusa.

Rashad miał być przede wszystkim strzelcem, a póki co głównie pudłuje (kariera: 30% z gry). Unika wejść pod kosz w takim samym stopniu jak poparzenia rąk drugiego stopnia od trzymania piłki przez dłużej niż sekundę. Straciłem do niego zaufanie w zeszłym sezonie i wydaje mi się, że jak teraz w końcu się nie przełamie, to może to być jego ostatni sezon w NBA. Jego przewagą nad Hensonem i Paytonem II jest przede wszystkim kontrakt i fakt, że mając dopiero 21 lat wciąż dałoby radę użyć go jako transferową zapchaj dziurę – typowy worek ziemniaków.

Nadzieja jest – w Lidze Letniej pokazał, że potrafi grać lepiej niż ja i ty.

Jason Terry oficjalnie w Bucks!

Jaram się i to mocno. Możesz się śmiać, albo nie do końca w to wierzyć, ale Jet był na pierwszy miejscu na mojej prywatnej liście muszą-do-nas-wrócić-po-wakacjach. Nawet jeśli nie jako zawodnik, to koniecznie jako asystent trenera. Albo chociaż gość od ręczników. Cokolwiek. Byle jeszcze nie odchodził. Ku mojej uciesze, parę dni temu pojawiły się pierwsze plotki mówiące o możliwym powrocie Jasona na kolejny rok, teraz w końcu doczekaliśmy się oficjalnego potwierdzenia.

40-letni Terry postanowił jeszcze przez jeden sezon dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodymi Kozłami. Jego znaczenie dla drużyny nie jest już wymierzane statystykami (rok temu 74 mecze, średnio 18 minut na mecz, 4 punkty, 1,3 asyst i 1,4 zbiórek, 43% za trzy – drugi wynik w drużynie), ale charyzmą, energią i historiami z ostatnich 18 lat kariery, opowiadanymi w szatni przed, w trakcie i po meczach. Terry jest  naturalnym przedłużeniem Kidda na parkiecie, gościem, który, trafia do głów niedoświadczonych Bucks z taką samą łatwością, z jaką Giannis kończy z górę kontrę 1-na-1. Terry jest kopalnią wiedzy. Wciąż biegającą i trafiającą trójki encyklopedią basketa. Jest ojcem, którego nigdy nie miałeś; bratem, którego zawsze chciałeś i kolegą z drużyny, który zawsze stanie po twojej stronie, nawet jeśli będzie musiał podskoczyć gościom dwa razy większym od niego. Terry jest mentorem, który zadba o odpowiedni rozwój mentalny całej szatni. Terry jest rozsądkiem, który będzie tonował łatwo podpalające się głowy naszych młodziaków. Mógłbym tak jeszcze długo, ale wtedy nie miałbym o czym pisać do rankingu bucks.pl.

W swoim 19 sezonie w NBA, Terry będzie zarobi 2,3 miliona i muszę przyznać, że nie są to duże pieniądze, biorąc pod uwagę wszystkie wartości i umiejętności, które ma do sprzedania reszcie drużyny.

Ranking bucks.pl: #14 Gary Payton II

Być przed Johnem Hensonem to zaszczyt. Ale być przed Johnem Hensonem i jednocześnie nic nie znaczyć dla swojej drużyny – to kolejny policzek w twarz od całej ekipy dla Hensona.

GPII dołączył do Bucks w zeszłym sezonie i z marszu stał się moim ulubieńcem po tym, jak zaczął się chwalić swoimi intensywnymi treningami w nowo wybudowanym centrum treningowym:

Mimo tego, że zawsze marzyłem o tym, żeby ktoś mi ścinał włosy podczas oglądania Family Guy’a (na marginesie, podobne marzenie ostatnio jednak się spełniło, po tym, jak moja dentystka zamontowała monitory przy każdym fotelu i pozwala oglądać mecze podczas kanałówki, yeeey!), mam wrażenie, że GPII ma dużo elementów, nad którymi należałoby popracować. Pierwszym na pewno są rzuty, bo nie widzę sezonu trzymania w składzie zawodnika, który gra na pozycji rozgrywającego i nie jest żadnym zagrożeniem z dystansu. JPII różni się od Hensona tym, że ma trzy zalety – odziedziczył grę w obronie po tacie, (2) ma niegwarantowany kontrakt i (3) nie ma pewności, że w ogóle będzie w składzie Bucks w nadchodzącym sezonie.

A tak fajnie zaczął karierę w NBA:

Ranking bucks.pl: #15 John Henson

Nie rozumiem, dlaczego większość rankingów trzeba zaczynać od ostatniego miejsca – szczególnie w momencie, gdy sam szczyt jest znany i nie jest żadną tajemnicą. W tym sezonie najwięcej ciekawostek jest na dnie składu Bucks, wśród zawodników, których tak przyjemnie się krytykuje. Zacznę od tego, który w moich oczach jest już na dnie. Panie i Panowie, przed wami moim zdaniem najmniej wartościowy zawodnik Bucks w nadchodzącym sezonie – John Henson.

Nie można się przyczepić do tego, że nie pracuje. Ale fakty są niezaprzeczalne – Henson przestał się rozwijać minutę po tym, jak podpisał nowy kontrakt: w tym roku za siedzenie na ławie dostanie 11 milionów, za rok 10, a w 2019/20: dziewięć milionów. Chyba, że w między czasie spełni się jedno z moich marzeń i znajdziemy frajera inwestora, który skorzysta z okazji i ściągnie fantastycznie blokującego podkoszowego w zamian za dwa picki w drafcie, ekwiwalent pieniężny i noc z Mallory Edens (to ostatnie to wynagrodzenie dla mnie).

Dlaczego tak bardzo nie lubię Hensona? Bo nie ma jaj. Bo gra bez ikry. Kiedy stoi pod koszem i widzę jak cierpi przepychając się z przeciwnikami, zbiera mi się na płacz. W zeszłym sezonie notował najmniej bloków per-36 od swojego drugiego (najlepszego) sezonu, dawał sobie rzucać sprzed twarzy w 51% sytuacji (w porównaniu do 42% w soph. year). Przed nim był nawet Spencer-jak-cudnie-że-już-mnie-tu-nie-ma-Hawes. I Jahil Okafor. Nie można tego zwalać na brak szans, bo tych dostawał na początku sezonu sporo. Samo to, że z rotacji wywaliły cię takie gwazdy jak Pachulia, Miles Plumlee czy wspomniany wyżej Hawes, zbyt dobrze o tobie nie świadczy.

Zasięg w obronie nic nie pomagał, a w ataku zdawał się jeszcze przeszkadzać. Jego efFG% 51,5% to najgorszy wynik w karierze. Oddał 41 rzutów z półdystansu, trafiając 24% z nich. Ponad połowa nie trafiła w obręcz* .  W ciągu całego sezonu oddawał 3,5 rzutu spod kosza, trafiając 59% z nich. Kompletnie nie był w stanie grać w bazującym na zasłonach ataku Kozłów, gdzie po raz kolejny, jego brak masy, agresji, atletyzmu i polotu sprawia, że jest kompletnie bezużyteczny w naszej rotacji.

Chyba nie tylko ja jeden życzyłbym Kozłom, żeby udało im się opchnąć Hensona gdziekolwiek, za cokolwiek. Jednak, podobnie jak większość z was, też uważam, że szanse na to są praktycznie zerowe. Co akurat odpowiada wartości Hensona.

Żeby nie było z samymi negatywami, Henson którego mógłbym oglądać w tym sezonie:

*(może właśnie zmyśliłem statystykę. A może naprawdę tak było?)

„Trzeci splash brother” w Bucks.

Już miałem nadzieję, że Bucks odchodzą od zatrudniania weteranów (nie liczę tu JETa, na którego oficjalne potwierdzenie transferu nadal czekam z niecierpliwością!) i skupiają się głównie na odmładzaniu zespołu. Dlatego zaskoczyłem się dzisiejszym tweetem Priority Sports, w którym gratulują Brandonowi Rushowi podpisania rocznego kontraktu z Kozłami. Nie wiadomo jednak na 100% czy zostanie z nami na cały sezon, czy opuści zespół po meczach przedsezonowych (wciąż nie są dostępne szczegóły umowy).

Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa do głowy – czy przyjście Rusha oznacza definitywne pożegnanie się z Paytonem II? Jeśli tak, to Brandon i tak nie będzie mógł liczyć na zbyt wiele czasu na parkiecie, szczególnie że rywalizowałby o minuty ze Sterlingiem Brownem. Rush, w ciągu swojej 9-letniej kariery tylko czterokrotnie zagrał więcej niż 65 meczów w jednym sezonie (po zerwanym ACL i MCL podczas próby dunku w 2007, ostatnio grał kolejno 47, 72, 33 i 38 meczów). Ostatni sezon spędził głównie w Minnesocie (potem chwilowo w GSW, jako „trzeci splash brother”).

W Kozłach mógłby nieco rozciągać grę na skrzydłach i może, przy odrobinie szczęścia, trafić kilka trójek (jest w końcu jednym z 11 zawodników w historii NBA którzy mogą się pochwalić średnią 40% celnych trójek w karierze na minimum 1000 prób). W ostatnich dwóch sezonach oddawał nieco ponad dwie trójki na mecz trafiając kolejno 38,6% i 41% z nich. Biorąc jednak pod uwagę pecha, jakiego z kontuzjami mają ostatnio nasi skrzydłowi, nigdy nie wiemy, kiedy może nam się przydać dodatkowy doświadczony skrzydłowy z mistrzowskim pierścieniem.

Do tematu Brandona w Bucks wrócimy jeszcze na moment lada dzień, jak tylko światło dzienne ujrzą szczegóły jego kontraktu. Stay tuned!