[7] Trzy akty Phila Jacksona

Rick Fox opisał podejście Phila Jacksona do trenowania w trzech aktach.

Akt I. Przez pierwsze 20-30 meczów Phil siedzi cicho na ławce, pozwalając zawodnikom pokazać swój charakter. W czasie, gdy większość trenerów zaczyna sezon od narzucenia swoich własnych wizji drużyny, Phil zawsze zaczynał sezon z otwartym umysłem. Nigdy za bardzo nie przejmował się drużyną na tym etapie rozgrywek. Często nawet był zadowolony z zaciętych końcówek, w których mógł obserwować, jak radzą sobie poszczególni zawodnicy bez jego pomocy i wskazówek.

Akt II. To kolejne 20-30 meczów w środku sezonu, które trwało do kilku meczów po weekendzie gwiazd. Phil zaczynał spędzać więcej czasu indywidualnie z każdym zawodnikiem, bo wiedział, że jest to najnudniejszy i najcięższy moment w sezonie. To wtedy zaczynał rozdawać zawodnikom książki.

Akt III. Ostatnie 20-30 meczów przed playoffami, to zupełnie inny Phil. Sposób w jaki zaczynał chodzić, siedzieć, mówić, czy nawet patrzeć na zawodników wysyłał sygnał „to jest mój czas”. Ograniczał kontakt zawodników z mediami i sam zaczynał promować swój zespół przy dziennikarzach, co zwiększało pewność siebie zawodników i powodowało, że czuli się bardziej zżyci z zespołem.

Źródło: „Eleven Rings: The Soul of Success”

[6] Czy wiesz, że… piwo lało się jak woda?

Pod koniec lat 70 i na początku lat 80, drużyna gospodarzy musiała przygotować skrzynkę zimnego piwa dla ekipy przyjezdnej, tak aby po meczu mogli w szatni odpowiednio nadrobić braki minerałów. Zawodnicy pili tyle, na ile mieli ochoty, po czym zostawiali resztę butelek/puszek na miejscu.

Inaczej sprawa wyglądała, jak w gości jechali Celtowie. Bird i Robey zawsze przed udaniem się na mecz, zabierali z hotelu poszewki na poduszki, po czym wpychali w nie wszystkie piwa, jakie nie zostały dopite…

Osobą, która przyczyniła się do zakończenia tego przyjemnego rytuału był podobno Stern, jeszcze zanim został komisarzem w 1984.

źródło: When the Game Was Ours – Larry Bird , Earvin Magic Johnson

[5] Czy wiesz, że… (Chamberlain, Nater)

Bill Walton zarażał nie tylko pozytywną energią, ale też nastawieniem do treningów. Kochał koszykówkę i jednocześnie łamał wszelkie reguły dotyczące treningów panujące w swoich czasach. Ogólna zasada była taka, że wysocy gracze mogą przychodzić na treningi kiedy tylko chcą. Tą regułę można wytłumaczyć przede wszystkim na przykładzie Wilta Chamberlaina.

Kiedy Bill Sharman został trenerem Lakersów, w drużynie grali tacy zawodnicy jak Jerry West, Gail Goodrich i właśnie Wilt. Pierwszego dnia pracy trener wezwał do swojego biura Westa i Goodricha, żeby wytłumaczyć im, na czym będzie głównie polegać jego system gry.

W dni, kiedy nie mamy meczu” – zaczął Bill – „o godzinie 10 rano zaczynamy godzinny trening.”

Super!” – odpowiedział West. „A co potem?”

„Wracamy do motelu i budzimy Wilta.” – wtrącił się Goodrich.

Skoro już jesteśmy przy Chamberlainie, to przytoczę jeszcze jedną ciekawostkę.

Wilt zawsze zbudzał wielkie zainteresowanie przechodniów za sprawą swojego wzrostu. A ludzie na ulicy, nie wiedzieć czemu, mieli w zwyczaju dziwnie się zachowywać w towarzystwie niecodziennych ludzi. Kiedyś, nieco zdenerwowanego Wilta zaczepił przechodzień i zapytał się, jak jest pogoda tam na górze.

„Pada” – odpowiedział WIlt i splunął na przechodnia.

O tym, że na koszykarzy patrzono kiedyś nieco jak na wybryki natury świadczy jeszcze jedna historia, która z kolei przytrafiła się Swenowi Naterowi, kiedy jego San Diego Clippers wylądowali na lodnisku w Indianapolis. Pani w średnim wieku zapytałą się go, czy są koszykarzami, na co mierzący 6’11” Nater odpowiedział najuprzejmiej jak potrafił:

„Nie proszę pani, nie jesteśmy koszykarzami, jesteśmy gejami i uprawiamy łyżwiarstwo figurowe.”

W tym momencie stojący koło niego Sidney Wicks, wskazał na Natera i dodał:

„Dokładnie tak. A mój wielki chłopak wyczerpuje mnie fizycznie.”

Przestraszona kobieta uciekła bez słowa.

Źródło: „The Breaks of the Game”, D. Halberstam

[4] Czy wiesz, że … (Lloyd Neal / Jack Nicholson)

Lloyd Neal był naprawdę świetnym facetem i gdyby nie kontuzje, można by powiedzieć, że był również świetnym koszykarzem. W 1978, kiedy był na szczycie kariery, zderzył się pod koszem z Mauricem Lucasem i złamał nogę w kolanie, co było trzecią (i decydującą) kontuzją tej części ciała. Co prawda latem próbował jeszcze wrócić do treningów, ale po rozegraniu czterech meczów zdecydował się na zakończenie kariery.

Piszę jednak o nim w tym dziale, ponieważ jego odwaga i wola walki były legendarne w Portland. Koledzy dali mu przezwisku „Lód”, ponieważ po każdym meczu owijał sobie kolana workami pełnymi lodu. Nikt też nie poddawał się rehabilitacji z takim zaangażowaniem jak on. Kiedy lekarz kazał mu robić 60 powtórzeń, on robił 600. Wszyscy go lubili, bo zdawał się nie przejmować bólem. Lubili go też, ponieważ był czarny, żył w małym miasteczku i, delikatnie mówiąc, nie był zbyt rozgarnięty. Przynajmniej tak uważali. Kiedyś, podczas bolesnej i długiej rehabilitacji powiedział do lekarza: „Może zamiast tego, powinienem zdecydować się na szachy” – a po chwili namysłu dodał: „chociaż wtedy, znając szczęście, na okrągło bolałby mnie mózg.”

Dodatkowo można powiedzieć, że Neal był bardzo szczerym i otwartym człowiekiem, który nie potrafił odmawiać pomocy innym. Jego koledzy z drużyny wprost uwielbiali po treningach słuchać jego rozmów telefonicznych z żoną:

„Nie, Marcia, nie… nie zrobię zakupów… Marcia, cholera jasna, nie… Jestem zawodowym sportowcem, przez dwie ostatnie godziny wypruwałem sobie flaki biegając po parkiecie i teraz nie mogę się nawet ruszać…. Nie, Marcia, protestuję… ok, dwa litry mleka, ćwierć masła, trzy opakowania pieluszek, dwadzieścia deko schabu… W porządku, Marcia…”

Jednak najbardziej znana anegdota związana z Lloydem dotyczy Jacka Nichsolsona, który już w tamtych czasach nieustannie przesiadywał koło ławki rezerwowych Lakers. W sezonie, kiedy Portland zdobyli mistrzostwo i grali w Los Angeles, Nicholson siedział kilka centymetrów od ostatniego zawodnika z ławki rezerwowych Blazers, którym akurat okazał się być Neal. Wszystko, co mówił Nicholson, każde narzekanie czy chwalenie Kareema i każde umniejszanie umiejętnościom Waltona, odbijało się jak echo w uszach Lloyda. W przerwie, kiedy gracze Portland schodzili już do szatni, koledzy Ice’a zapytali, czy zdawał sobie sprawę z tego, że siedzi koło wielkiej gwiazdy filmowej.

„Nie, kto to był?” – zapytał.

„Jack Nicholson” – ktoś odpowiedział – „niski facet, nie za wiele włosów.”

„Tak? Kto to jest?”

„Znany aktor. Grał w „Locie nad kukułczym gniazdem.”

„A, tak” – odpowiedział Lloyd – „słyszałem kiedyś o tym filmie. Wiem, kto to jest”

Koledzy z drużyny nie byli jednak do końca przekonani, czy Neal wiedział, kto to jest. Kiedy zaczęła się druga połowa, Nicholson dalej kibicował w znany nie tylko sobie sposób, co powoli zaczęło irytować Lloyda. W kluczowym momencie gry, kiedy Lakersi złapali wiatr w żagle a Kareem trafiał co się tylko dało, Walton wyskoczył w górę do bloku tak wysoko, że zbił hak Jabbara daleko w trybuny. Cała ławka Portland wstała z krzeseł. Podniósł się też Neal. Swój wielki, gruby, masywny czarny palec wskazujący skierował w kierunku malutkiego teraz Jacka Nicholsona. Dla wszystkich czas zatrzymał się nagle w miejscu, jakby starali się zapamiętać ten symboliczny moment, który mógł oznaczać nawet niezniszczalność całej drużyny Blazers. Nie pokona ich ani Kareem, ani Lakersi, ani tym bardziej mały aktorzyna Jack Nicholson. I wtedy Ice krzyknął z całej siły:

„I co teraz powiesz, pierdolona kukułko!!!!”

Ten moment stał się częścią historii Blazers. Symbolem triumfu. Od tego momentu, Jack Nicholson stał się po prostu „Człowiekiem Kukułką”.

[3] Czy wiesz, że…

Kilka dni przed rozpoczęciem sezonu zawodnicy San Diego pojechali autobusem na mecz towarzyski do Los Angeles. Walton co prawda pojechał z drużyną, ale nie zagrał w meczu. Po spotkaniu dorwał się do statystyk, zmrużył złowrogo brwi i odwrócił się do Boba Carringtona, który desperacko próbował dostać się do drużyny i na domiar złego, nie mógł zaliczyć poprzedniego meczu do udanych.

„Carrington” – krzyknął Walton patrząc na statystyki – „miałeś tylko 3 / 12 z gry!”

Carrington pokornie skinął tylko głową.

„Carrington, czy czasem nie miałeś dwóch wsadów?” – zapytał ponownie Bill.

Znów tylko kiwnięcie Carringtona.

„Carrington, to znaczy że trafiłeś tylko jeden rzut z dziesięciu z odległości większej niż 5 centymetrów od kosza!”

To był jeden z tych potwornych momentów w wykonaniu Waltona, kiedy znęcał się nad biednym zawodnikiem, który i tak zdawał sobie sprawę z tego, że niedługo pożegna się z drużyną. Cała ta sytuacja potwierdzała tylko tezę, że Walton był nie do wytrzymania kiedy był kontuzjowany i nie mógł robić tego, co kochał najbardziej. Grać w koszykówkę.

Źródło: „The Breaks of the Game”, D. Halberstam

[2] Czy wiesz, że…

Dzisieszym bohaterem jest Swen Nater, który mnie urzekł aż dwoma fragmentami z książki. Dla tych, którzy nie znają Swena, powiem tylko, że w 1973 roku został wybrany w drafcie przez Milwaukee Bucks, ale jeszcze w sierpniu tego samego roku zdecydował się przenieść do Virginia Squires w ABA. Parę miesięcy później, bo w listopadzie, trafił do San Antonio Spurs. Po trzech sezonach w ABA wrócił do NBA, po raz kolejny w barwach Bucks. Ogólnie z całej kariery miał dwa ważne momenty – pierwszy był w sezonie 1979-80, kiedy stał się pierwszym i jedynym zawodnikiem w historii, który był liderem zbiórek zarówno w ABA jak i w NBA. Drugi moment miał miejsce przed sezonem 1983-84, kiedy razem z Byronem Scottem trafił z Clippers do Lakers w zamian m.in. za pick w drugiej rundzie draftu 1986 roku, który potem został oddany do Phoenix i który w końcu zamienił się w Jeffa Hornacka. Więcej informacji na temat Natera możecie znaleźć na jego oficjalnej stronie. Ja natomiast skupię się na dwóch krótkich sytuacjach.

1. Swen Nater kiedyś grywał na dworze m.in. z Kermitem Washingtonem, który zasłynął przede wszystkim knockoutem Tomjanovicia. Swen, oprócz tego, że był gigantyczny i grał bardzo fizycznie, zawsze przynosił ze sobą piłkę, którą następnie rozgrywane były mecze. Ponieważ Holender był olbrzymi, nie dało się go zatrzymać w inny sposób niż faulem. Wkurzali go tym strasznie, ale nie przerywali meczu. Po kolejnym faulu Swen ostrzegł wszystkich po raz pierwszy, żeby przestali. Bez zmian. Potem ostrzegł po raz drugi. Następnie po raz trzeci. Po kilku razach, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nikt go nie słucha, bez słowa zabrał piłkę i poszedł do domu, zostawiając kolegów samych na boisku. Podobno zdarzało się to częściej. Mi od razu skojarzyło się to z innym sławnym koszykarzem:

2. Mało kto wie, że Swen Nater był też bardzo religijnym człowiekiem. Z tego powodu zawsze nosił przy sobie Biblię, z której korzystał przy ważnych życiowych decyzjach. Tak więc kiedy kupował na przykład samochód, dom, albo podpisywał nowy kontrakt, otwierał Biblię na losowej stronie i doszukiwał się duchowego wsparcia w wylosowanym fragmencie. Gdy przeczytany akapit rodził w nim wątpliwości, rezygnował z danego zakupu, bo uważał, że nie dostał pełnego wsparcia od Boga i nie może ryzykować.

Źródło: „The Breaks of the Game”, D. Halberstam

[1] Czy wiesz, że…

Na przełomie lat 70 i 80, już po tym jak odszedł z Portland do San Diego Clippers, Bill Walton został ubrany w garnitur i zaproszony do udziału w Hollywood Squares. Peter Marshall, główny prowadzący show, był zachwycony możliwością spotkania się z Waltonem. Z drugiej strony, Walton, słabo zaznajomiony z telewizyjnymi teleturniejami był zdecydowanie mniej zachwycony tym spotkaniem („Kim jest ten facet?” – pytał). Na szczęście, występ Waltona można było zaliczyć do udanych. Ich początkowa rozmowa wyglądała w ten sposób:

Marshall: Czy Louis Leakey – wspaniały antropolog – miał rację mówiąc, że jednym z powodów dla których ludzkość przetrwała w starożytnych czasach było to, że człowiek śmierdział tak mocno, że żadne dzikie zwierze nie chciało do niego podejść?

Walton (po chwili ciszy): Sam śmierdzisz.

Warto dodać, że Walton był wegetarianinem i słynął z tego, że na początku kariery w Portland nieustannie narzekał w szatni na to, że jego koledzy potwornie śmierdzą. Przezywał ich nawet „mięsożercami”.

Źródło: „The Breaks of the Game”, D. Halberstam

—–

Tym optymistycznym akcentem chciałem zapoczątkować nową drobną rzecz na blogu. Ponieważ dużo ostatnio czytam, mam też całkiem sporo pozakreślanych linijek w książkach. Czemu więc się nimi nie dzielić? Będą to głównie krótkie teksty opowiadające o życiu zawodników, głównie ciekawostki, nawyki, czy absurdalne zachowania (o czym w następnym odcinku). Póki co jesteście skazani na końcówkę lat 70 i początek 80. Jak przerobię Halberstama, przeniosę się na bardziej współczesne lata.