Giannis: mój bastard, który idzie na króla.

Po słabym pierwszym meczu z Celtami, Bucks wyciągnęli wnioski i przejęli kontrolę nad serią wygrywając dwa kolejne spotkania. Oprócz wyniku i prowadzenia 2-1, niesamowicie cieszy mnie emocjonalna ewolucja Giannisa, który z niedojrzałego, pryszczatego licealisty wyrasta na naszych oczach na stoickiego profesora.

Dzieciaki tak szybko dorastają. Mój młody #MikeThePierworodny skończył niedawno siedem lat, we wrześniu wybiera się do szkoły i coraz bardziej zaczyna mnie zaskakiwać swoimi kreatywnymi sposobami na wyprowadzanie ojca z równowagi.

Moja druga pociecha, #EmiliaDracarys, co prawda zgodnie z planem ma się pojawić na świecie dopiero w najbliższy wtorek, ale już zapowiada się, że szybko przejmie kontrolę nad domowym królestwem i owinie nas wszystkich wokół palca szybciej, niż Thanos zdezintegrował połowę życia we wszechświecie.

Moje trzecie dziecko, do którego oficjalnie się jeszcze nie przyznałem bo jest efektem suto zakrapianej imprezy w jednym z greckich barów, robi na mnie jak do tej pory największe wrażenie. #TheGreakBastard, którego karierę w lidze śledzę od początku, najpierw był w moich oczach chudym i niedożywionym prospektem z potencjałem na bust roku, a potem, krok po kroku, zamieniał się w fizyczny wybryk natury, jakim jest dzisiaj.

Czytaj dalej Giannis: mój bastard, który idzie na króla.

Podsumowanie sezonu zasadniczego Bucks

Niedługo minie 18 lat odkąd podjąłem świadomą decyzję o nieoglądaniu wszystkich drużyn w NBA, a śledzeniu tylko jednej ekipy: Milwaukee Bucks. Rok 2002 uważam za przełomowy w mojej przygodzie z koszykówką, bo nic mnie nie nauczyło radzenia sobie z porażkami, jak te wszystkie lata z przeciętnymi/fatalnymi Kozłami. Wszystko sprawdza się jednak do tego momentu – Bucks są najlepszą drużyną po sezonie zasadniczym i po raz pierwszy odkąd pamiętam, zaczynają playoffy z pozycji faworyta nie tylko w pierwszej rundzie, ale również mają duże szanse na awans do finałów. A mimo wszystko, z wrodzonej przekory, nadal uważam, że nie mogli wybrać gorszego czasu na wygrywanie.

Zanim zaczniemy, krótka podróż w czasie. W czerwcu 2012 roku pisałem o Bucks, jako najprzeciętniejszej drużynie w NBA:

Nie chcę siać za bardzo fatalizmu, czy narzekać na swój biedny, kibicowski los, ale cholera jasna, czy jest w tej chwili drużyna, która stałaby bardziej w miejscu niż Kozły? Jedne drużyny zaliczają wzloty i upadki i przynajmniej odnosi się wrażenie, że coś się tam dzieje. Przeczytałem na jednym z blogów o Kozłach taneczną analogię, że Kozły w tej chwili robią jeden krok do przodu, potem jeden do tyłu. Dwa do przodu i dwa do tyłu. I tak w kółko.

Fajnie jest być fanem najbardziej przeciętnej i jednej z najnudniejszych drużyn w NBA, bo kiedy w końcu coś się uda, będzie się jedną z niewielu osób, które szczerze będą mogły powiedzieć: „W KOŃCU, k***a!” Minusem jest niewątpliwie ciągła świadomość tego, że raczej niemożliwym jest ściągnięcie superstara oferując mu nawet maksymalny kontrakt. Boli wieczne przeświadczenie, że jak tylko klub przestanie być rentowny, to nie będzie ani jednego argumentu pozwalającego nie przenosić go do innego miasta. I po trzecie, bycie w sytuacji, w jakiej są teraz Bucks, jest trochę jak granie w Eurobiznes, posiadanie jednego hotelu, czternastu zastawionych nieruchomości i żadnej gotówki. Wiesz, że się odbijesz od dna pod warunkiem, że będziesz miał na tyle szczęścia i ktoś stanie akurat na tym jednym jedynym polu na planszy. Tym polem dla Bucks wydaje się być draft.

Czytaj dalej Podsumowanie sezonu zasadniczego Bucks

Jon Horst czeka na nagrodę GMa roku.

Kiedy Bucks zwolnili Hammonda w 2017, skończyła się pewna era w Milwaukee. Zatrudnienie niedoświadczonego, młodego i sprawiającego wrażenie wiecznie speszonego Jona Horsta jako głównodowodzącego „pociągacza” za transferowe sznurki było bardzo ryzykownym posunięciem, które niejako zwiastowało już następne ruchy Kozłów. Od samego początku jak pojawiał się na konferencjach prasowych obok zawodników, czy podczas ubiegłorocznego przedstawienia Budenholzera, wyglądał jak stażysta, który tylko czekał na hasło, żeby donieść butelkę wody czy wyczyścić buty. Jednak obecność na wszystkich publicznych wydarzeniach zwiększała regularnie jego znaczenie w klubie i wcale nie było po nim widać, że chociażby nowy trener będzie zarabiał ze czternaście razy więcej od niego. (zainteresowanych dokładniejszym przedstawieniem jego przeszłości przerzucę do świetnego artykułu z DetroitNews.)

Jon powoli staje się dla Bucks symbolem spokojnej i przemyślanej ewolucji, wymagającej długofalowej strategii i mistrzowskiego przewidywania kolejnych ruchów przeciwników. Postawione przed nim zadanie zbudowania zespołu idealnie pasującego do stylu gry Giannisa nie było co prawda tylko i wyłącznie jego zadaniem, bo trener Bud dostał wolną rękę do poszukiwania zawodników.

Jednak w 2018 to Horst ściągnął do Bucks wolnych agentów: Connaughtona, Ersana i Brooka, którzy dzisiaj grają ważną rolę w zespole, a Lopez jest dla mnie do tej pory niekwestionowanym stealem ubiegłorocznej wolnej agentury.

Do tego Horst dokonał wydawało się rzeczy niemożliwej i pozbył się tragicznych kontraktów Delly’ego i Hensona (którego kiedyś nawet oficjalnie musiałem przepraszać) w zamian za spadający kontrakt Hilla. Po drugie, wymienił Thona Makera (dalej z Michałem za nim płaczemy) i Jasona Smitha za Niko Miroticia. Co też, obok przejścia Harrisa do 76ers, można określić największym stealem trade deadline’u.

A po ostatnich wymianach, Jon nie osiadł na laurach. Niedawno uszczęśliwił Bledsoe nową, czteroletnią umową i za grosze dodał mistrza wszystkich koszykarskich mistrzów Pau Gasola.

Spodziewałbyś się, że człowiek, który patrzy na Ciebie w taki sposób, jakby zawsze obmyślał sprytny plan uduszenia cię we śnie, będzie w stanie w tak krótkim czasie dokonać tak wielkich zmian w funkcjonowaniu klubu z Wisconsin? Jon nie boi się podejmowania ryzykownych decyzji i wygląda na to, że przez kolejne lata będzie jednym z cichych bohaterów w Milwaukee.

A za co, to udało mu się zrobić w tym sezonie, moim zdaniem należy mu się nagroda w postaci Executive of the Year.

PS.

Ale żeby nie było tak słodko, to nie zapominajmy, że najcięższy test dopiero przez Horstem. Middleton, Mirotic, Brogdon i Lopez – wszyscy będą po tym sezonie RFA i mimo, że teoretycznie mamy prawo do podejmowania decyzji o przyszłości każdego z nich, to jednak wybór nie będzie łatwy. Pytań jest dużo.

Czy Middleton to gracz na maksa? (nie).

Czy Brogdon wytrzyma kolejne granie obok Bledsoe, a jeśli tak, to czy zażąda podobnej kasy? (czy jest wart? nie).

Czy Mirotic będzie zadowolony z roli pierwszego rezerwowego i czy spuści z tonu jeśli chodzi o kasę? Może tak i nie. Czy jest wart więcej niż 15 baniek na rok? Nie.

Czy Lopez nie krzyknie nagle wynagrodzenia w okolicach 10 baniek za sezon? Przecież jest idealnym stretch centrem do orbitowania wokół eurostepującego Giannisa. Czy jest wart tej kasy? Kurwa, nie!

Niesamowicie interesująca końcówka tego sezonu będzie tylko preludium prawdziwie elektryzujących wakacji. Wiele będzie znaczyło, z jakiej pozycji do negocjacji podejdą Bucks. Rozmowy będą na pewno zgoła inne, gdy Horst będzie negocjował z zawodnikami z perspektywy udziały w finałach, czy po kolejnej klęsce w pierwszej rundzie. Jakby nie było, dalej jestem zdania, że Bucks nie mogli wybrać gorszego czasu na wygrywanie.

O tym jak Mirotic ściągnął Gasola do Bucks.

Pau Gasol znalazł się w sytuacji, w której nie czuł się komfortowo. Jako zawodnik San Antonio Spurs, 38-letni center nie otrzymywał wielu okazji do wniesienia swojego wkładu na parkiecie i na tym etapie swojej kariery, pragnął szansy na zmianę.

Z biegiem czasu zaczął wierzyć, że na horyzoncie tliła się szansa na wynegocjowanie umowy wykupu ze Spurs i wejście na rynek wolnych agentów. Milwaukee Bucks byli jedną z drużyn, które uznał za ciekawe, więc podniósł słuchawkę i wysłał tekst do Nikoli Miroticia, byłego kolegi z drużyny zarówno w Chicago Bulls, jak i hiszpańskiej drużyny narodowej.

„Niko, muszę z tobą porozmawiać”, napisał Gasol, natychmiast ostrzegając Miroticia, że ​​temat jest ważny. Przyznasz, że to nie jest tekst, po którym większość ludzi nawiązuje swobodną rozmowę.

Gasol powiedział Miroticiowi, w jakiej był aktualnie sytuacji. Zbierał informacje i potrzebował się dowiedzieć od kogoś zaufanego, jak Bucks wyglądali od wewnątrz. Mirotic był z zespołem dopiero od 7 lutego, jednak Gasol nadal był zainteresowany jego pierwszymi wrażeniami.

Mirotic opisał przybycie do Milwaukee jako wygraną na loterii. Co przy okazji dzisiejszego wywiadu po meczu z Suns powtórzył również Pau.

„Jak na razie czuję się wspaniale – świetni koledzy z drużyny, świetna organizacja, świetna chemia” – wspomina Mirotic podczas poniedziałkowej sesji zdjęciowej na Arizona State University. „To wszystko, co mu powiedziałem. Dodałem: „Posłuchaj, stary, naprawdę czuję, że ten zespół jest wyjątkowy i jeśli chcesz wziąć udział w czymś specjalnym, powinieneś do nas dołączyć”.

Gasol był pod wrażeniem tego, co powiedział Mirotic, ale w tym momencie było jeszcze za wcześnie, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję. Nadal musiał załatwić wykup ze Spurs.

Ale dla Miroticia klamka już zapadła. Codziennie wysyłał wiadomości do Gasola, mając nadzieję na dobre nowiny. W piątek, ostatniego dnia kiedy gracze mogli zostać wykupieni i mogli dołączyć do nowego zespołu, częstotliwość tekstowa Miroticia wzrosła.

„Pisał do mnie prawie co godzinę w stylu” Coś nowego? Masz jakieś wiadomości? „Gasol wspomina z uśmiechem.

Ale na godzinę przed 16.00 dostał kontrakt. Według raportu The Athletic, Gasol oddał 2,5 mln $ Spurs jako część umowy, co uczyniło go wolnym agentem i otworzyło drogę do podpisania umowy z Bucks do końca sezonu.

„Muszę być wdzięczny Spurs za to, co dla mnie zrobili ale także za umożliwienie mi wykupienia się z wystarczającą ilością czasu, aby móc podpisać z Bucks”, powiedział Gasol. „Gdybyśmy czekali kolejne 20, 30 minut, już by mnie w Kozłach nie było. „

Oczywiście Gasol musiał odczekać dwa dni zanim mógł oficjalnie podpisać z Bucks. To nie powstrzymało zawrotnego Miroticia, który natychmiast zaczął pisać na Twitterze o Gasolu – tuż po tym, jak zaczęły pojawiać się wiadomości o jego zamiarze przyłączenia się do Milwaukee.

– Nie mógł się powstrzymać – powiedział Gasol.

Gasol podpisał z Bucks w niedzielę i spotkał się z nimi w Phoenix. Brał udział w poniedziałkowym treningu rzutowym i pozostał do późna, aby zagrać mecz z grupą graczy, trenerów i personelu zespołu, w tym Donte DiVincenzo, DJ Wilsona, Christiana Wooda, Bonzie Colsona i Trevona Duvala. George Hill i Sterling Brown siedzieli z boku i oglądali z zainteresowaniem.

Grali w trzy, czterominutowe gry, które były zacięte, ale niezbyt intensywne. Pozwoliły jednak na zbudowanie pierwszej nici porozumienia z nowymi kolegami z drużyny.

„Bucks to świetny zespół który właśnie rozkwita”, powiedział Gasol, kiedy zapytano go, dlaczego zdecydował się dołączyć do Bucks. „Po prostu chcę być częścią tego co właśnie tworzą i podzielić się swoim doświadzeniem, szczególnie w okresie przedsezonowym. „

Rola Gasola w drużynie dopiero zostanie ustalona. Hiszpański center będzie dzielił czas na parkiecie z Giannisem, Miroticiem, Ersanem, Wilsonem i Brookiem Lopezem. Z tej grupy, wszyscy oprócz Wilsona grali regularnie od weekendu gwiazd.

Gasol na pewno da Kozłom ogrom doświadczenia, jednak to jak go odpowiednio wykorzystać, będzie ciężkim zadaniem dla trenera Mike’a Budenholzera. W końcu Pau opuścił San Antonio, ponieważ chciał grać więcej – do tej pory w Spurs mógł liczyć na 12,2 minuty w 27 meczach w tym sezonie, w tym 26 spotkań w listopadzie i grudniu. Jak czytamy z tekstu, Gasol nie otrzymał żadnych obietnic dotyczących czasu gry z Bucks.

Zamiast tego Budenholzer poprosił Gasola, by mu zaufał.

Jestem inteligentnym zawodnikiem, coś wymyślę „– powiedział Gasol. 

„Nie ma pilnej potrzeby. … Wystarczy, że poznasz drużynę i stopniowo zaczniesz dodawać od siebie to i owo. To wszystko, czego od Ciebie oczekuję.” – zakończył coach Bud.

szybkie tłumaczenie Bucks.pl za JSOnline.
autor: Matt Velazquez

Bucks nie mogli wybrać gorszego czasu na wygrywanie.

Od 22 lat śledzę regularnie NBA, w tym od 17 nałogowo żyję sportowymi wydarzeniami z Milwaukee. Jestem z Bucks od transferu Desmonda Masona. Przeżyłem połamane kolana Michaela Redda. 36 milionów Drew Goodena. Wybranie Monty Ellisa zamiast Curry’ego. Ballhogging Corey’a Spaghetti. Nagłe załamanie nerwowe Larry’ego Sandersa. Płakałem jak Bogut spadł z obręczy na łokieć. Skręcałem się z bólu, jak TJ Ford jebnął na parkiet i złamał kręgosłup. Ryczałem, jak Jabari dwukrotnie stracił nogę. Płakałem też za każdym razem, jak Jennings wchodził na parkiet. Z Bucks łączy mnie wiele, nie tylko na poziomie czysto sportowym, ale również głęboko emocjonalnym. Dlatego teraz śmieję się nieco przez łzy, że nasze dobre wyniki i pęd po pierwszy od 18 lat awans do drugiej rundy playoffów przypada akurat na moment, kiedy NBA jest, moim zdaniem, w swoim największym koszykarskim dołku od lat.

Nie interesują mnie statystyki i wykresy pokazujące, że oglądalność rośnie, wpływy z reklam i biletów są na kosmicznym poziomie, fani hucznie zapełniają hale, a zawodnicy mają się tak dobrze, jak nigdy. Co z tego, że za sprawą Giannisa zrobił się tak potężny hype na Bucks, że sam nawet zaczynam tego nie ogarniać, sporo Kozły poszły z duchem dzisiejszej koszykówki, zbudowali skład pełen rzucających za trzy niezbierających podkoszowych i otoczyli Antka czterema strzelbami, które co mecz mają zielone światło na odpalanie tylu trójek, ile tylko im się podoba.

Czy na zakończenie tego sezonu, nawet jak Bucks wejdą do finałów konferencji/finałów ligi/ będę pamiętał fantastyczne osiągnięcie zespołu, czy może raczej przy spotkaniach towarzyskich rozmowy i tak będą kierowane na wiecznie marudzących zawodników, którzy traktują kluby jak chwilowe przystanki w drodze do mistrzostwa/sławy/pieniędzy? Teraz tematem numer jeden jest Davis, który nagle z jednego z najbardziej kozackich zabijaków tej ligi zmienił się w zawodnika, przez którego będę pluł na monitor za każdym razem, jak tylko pojawi się jego twarz. Drugi w kolejce jest już Kyrie Irving, który coraz bardziej zaczyna kręcić nosem na grę w Bostonie i dam sobie rękę uciąć, że na kilka godzin po otwarciu okienka transferowego, podpisze kontrakt z nowym klubem. O LeBronie wymieniających zawodników jak w CMie nawet nie wspomnę.

Jaki jest sens regularnego śledzenia basketa, który z twardego, męskiego sportu, sukcesywnie zmienia się w ligę rzucających za trzy, mających wyjebane na wszystko egoistów, dla których własne statsy i pogoń za kontraktami/fejmem znaczą więcej, niż poświęcenie i zdobycie mistrzostwa?

Nie mogę patrzeć na Rockets, którzy odpadają prawie 45 trójek na mecz i mają w składzie gości, którzy wchodzą parkiet tylko po to, żeby rzucać z dalekiego dystansu. Ale co mam powiedzieć na Bucks, którzy w tej chwilą są drugą najczęściej rzucającą za trzy drużyną w NBA ze średnią prawie 38 bomb na mecz? Czapki z głów dla tych, którzy przebrnęli przez cały All-Star game, z chujowego-meczu-bez-obrony zmienił się magicznie w chujowy-mecz-bez-obrony-ale-jebie-to-i-pierdolne-se-za-trzy-z-połowy.

Bucks w tej całej układance pełnej rozsypanych puzzli próbują złożyć w całość puchar Larry’ego O’Briena niebezpiecznie jednak balansując na krawędzi stania się potworkiem, którym się brzydzę. I dlaczego nie jestem w stanie przymknąć na to oka i nie skupiać się na pozytywach.

Mamy przecież w tej chwili drugi najlepszy atak w lidze (117ppg), przy drugiej najlepszej skuteczności z gry (47,9 FG%). Jesteśmy najlepiej zbierającą drużyną (48.9 RPG) i wygrywamy mecze największą różnicą punktów (+/- 9.7).

Może dlatego, że jako fan urlepowskiej defensywy i pokracznego ataku pozycyjnego, kocham nad życie finały Spurs-Pistons z ’05, w których tylko raz przekroczono granicę 100 punktów. Kurwa RAZ na siedem meczów, w tym jeden zakończył się po dogrywce. Uwierzcie mi, nie potrafię się cieszyć jak Bucks wygrywają z Wizards 148-129 albo z Wolves 140-128. To nie jest koszykówka, o którą nigdy kurwa nie walczyłem!

Co z tego, że Giannis wyrasta błyskawicznie na najjaśniej świecącą gwiazdę w lidze, skoro sama liga przestaje świecić takim blaskiem jak kiedyś. Co z tego, że wygram konkurs trójek, skoro od lat tak uprościliśmy zabawę, dodaliśmy cały jeden rządek money balli, żeby tylko wyniki były wyższe, a plebs głośniej klaskał. Jak bardzo będzie liczyły mistrzostwo zdobyte w 2019 – w lidze, w której nie możesz konkretnie sfaulować biegnącego sam na sam z koszem zawodnika, bo od razu odgwiżdżą ci flagrant one. Że o dyskusjach z sędziami albo kopnięciu piłki w nerwach i innych niuansach za którymi już ewidentnie nie nadążam nie wspomnę (kurwa ten gather step dzięki któremu Giannis robi kroki przy każdym eurostepie, albo stepback Hardena to jakieś potwory nie z tej ziemi!)

Uwierz mi, nie ma dla mnie w tej chwili znaku równości między mistrzostwem zdobytym w dzisiejszej NBA, a tym sprzed nawet jeszcze dekady. Dzisiejsze zdobycze powinny zostać oddzielone od poprzednich lat grubą linią i nie liczone do oficjalnych statystyk, tak, jak ma to miejsce przy nieszczęsnym konkursie za trzy w czasie weekendu gwiazd. Zdobyć teraz mistrzostwo, to trochę jak być Peterem Steelem i chwalić się dwucyfrową liczbą cipek zjedzonych na kolacje.

Dlatego tak bardzo boli mnie to, że Bucks są na fali wznoszącej akurat w takich, a nie innych koszykarskich czasach. Cieszę się, oczywiście że się cieszę, ale jednocześnie nie mogę pozbyć się z głowy głosu, który deprecjonuje każde indywidualne i drużynowe osiągnięcia z tego sezonu. Też masz takiego swojego miniaturowego malkontenta, który marudzi ci non stop do ucha, nie mów, że nie!

Oby Giannis zdobył MVP.

Oby Budenholzer zdobył COTY.

Oby Jon Horst zdobył GMa roku.

Oby Bucks zdobyli mistrzostwo lub chociaż otarli się o finały. Mogą być nawet konferencji. Biorę w ciemno.

Niech ta trwająca od zeszłego sezonu koszykarska erekcja w Milwaukee skończy się w końcu jakiś happy endem, żebym mógł usiąść swobodnie w fotelu, wziąć telefon, podzwonić do kumpli i ponarzekać na to, jak to Bucks są czołowym zespołem w chujowej lidze.

Malkontenci koszykarskiego świata – wasze zdrowie!

Od listopada pokochasz Bucks.

Zakładasz koszulkę Antetokounmpo wychodzisz z domu.

Głowa zadarta do góry.

Plecy wyprostowane.

Sprężysty krok zwycięzcy.

Spojrzenie czempiona.

Przebijasz się przez tłum kibiców, którzy czekają w długiej kolejce na bilety. Kolejki nie są dla ciebie.

Mistrzowie nie czekają.

Przebijasz się koło ludzi i czujesz ich spojrzenia na sobie.

„Lose Yourself” w słuchawkach po raz tysięczny powoduje gigantyczne dreszcze na cały ciele. Wchodzisz do holu i znikasz we mgle dymu tanich papierosów.

Walisz sektory B, C i D. VIPy idą na A.

Miejsce na parkiecie, tuż przy trybunach.

Przebijasz szacun-żółwia z ochroniarzem = +10 do respektu na dzielni.

Wysyłasz suck-me-at-halftime-oko do dziewczyn pod koszem = kolejna nieprzespana noc po meczu.

Stajesz przy parkiecie, rozglądasz się wokół i widzisz pełną halę. Widzisz rodziny z dziećmi w koszulkach Middletona, Giannisa i Brogdona. Widzisz homoseksualne pary w koszulkach Gay’a i Collinsa.

Słyszysz pisk butów na parkiecie.

Szelest siatki po kolejnym rzucie z dystansu.

Debila z trąbką i kretyna z wuwuzelą. Czujesz, że żyjesz.

Przeskakujesz przez reklamy i dostajesz owację na stojąco. Jak gladiator zabijający dla tłumów widzów w Koloseum, ty zaliczasz coast-to-coast w trzech krokach i kończysz akcję między dwoma obrońcami. Oczami wyobraźni wybiegasz w przyszłość i głosujesz na swoją akcję na youtubie.

Dostajesz podanie. Wielkie dłonie przytulają piłkę. Zamykasz oczy i zapach skóry daje ci pierwszy tego wieczora mini orgazm. Wodzisz palcami po gładkich rowkach i robisz pierwszy kozioł. Kur*a, ten dźwięk!

Raz.

Drugi.

Prawa noga.

Lewa noga.

Wybicie.

Lot.

Wsad.

Obręcz drapie nadgarstek.

Siatka głaszcze po włosach.

Lądujesz i biegniesz w stronę środka boiska.

Uśmiechasz się o ucha do ucha. Kochasz ten sport. I wiesz, że w tym sezonie, zakochasz się w nim jeszcze bardziej.

Od listopada pokochasz Bucks.

BUCKS BASKETBALL IS BACK!*



*Znowu, bo uaktualniam ten tekst co rok i zawsze się rozczarowuję.

Czy cieszę się po zwolnieniu Kidda?

Pisałem w lipcu 2014:

Zawsze tak jest – im mniej pracy, tym więcej wolnego czasu, a co za tym idzie, komputer idzie w odstawkę. Siedzenie po 10 godzin dziennie na dworze, z dala od ESPN, twittera i NBATV jest potwornie rewitalizujące i pozwala chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich zawirowaniach wokół Melo, Jamesa, Wade i Jasona Kidda. Z drugiej strony mam świadomość tego, że najlepsza część sezonu ucieka mi bardzo szybko między palcami, a ja łapię się na tym, że zamiast na bloga, swoje żale związane z zatrudnieniem Kidda wylewam na niczego nieświadomego syna.

Kidd w Bucks nic a nic mi się nie podoba. Wszystko chyba przez to, w jaki sposób został zatrudniony. Lasry moim zdaniem zachował się bardzo nieprofesjonalnie odbierając telefon od agenta Kidda i dając się przekonać, że Jason będzie lepszą opcją niż Larry Drew. Nie zapominajmy, że w czasie jak Lasry myślami był już przy szczegółach kontraktu Kidda, Drew miał ważny kontrakt i słowne zapewnienie od nowych właścicieli, że utrzyma pracę. Parę dni potem – JEB! – jak samolot ze spadochroniarzami spada na niego z nieba informacja o tym, że jednak może sobie zrobić dłuższe wakacje i owszem, byłeś fantastycznym trenerem Drew, cenię cię jako osobę, jesteś świetnym fachowcem, to nie twoja wina, to ja, muszę trochę popracować nad sobą i mieć więcej przestrzeni dla siebie, tak wiec, sam wiesz co teraz będzie, życzę ci powodzenia na nowej drodze życia. And shit.

Potem Kidd pojawia się na długo oczekiwanej konferencji i przez mniej niż 15 minut robi nam odtworzenie konferencji prasowej Tuska, tylko że zamiast przed taśmami, ucieka przed tematem Blooklynu i Nets. Pytań pada masa, odpowiedzi są zawsze te same: „Jak patrzę na siebie, to widzę trenera”. Obok Kidda siedzi Hammond, człowiek, który teoretycznie powinien pociągać za kadrowe sznurki w Bucks i tylko świeci oczami, nie wypowiadając imienia nowego trenera ani razu. Dlaczego? Bo o jego zatrudnieniu dowiedział się podobno w ostatniej chwili, kto wie, czy nawet sam Drew go o tym nie poinformował, jak stracił pracę. To wszystko jednak nie przeszkodziło Hammondowi w powiedzeniu, że „ostatnie cztery dni były wyśmienite dla Bucks”. Owszem, były bardzo dobre – głównie jednak dlatego, że po raz pierwszy od kilku sezonów trendujemy gdzie tylko się da i w końcu robi się o nas nieco głośniej niż do tej pory.

Czy Kidd będzie dla Bucks dobrym trenerem? Ciężko teraz jednoznacznie stwierdzić, jak trener z tak małym doświadczeniem poradzi sobie z grupą zawodników z równie małym stażem w lidze. Nie ukrywam, że mimo niesmaku, jaki zbudził we mnie sam sposób zatrudnienia Kidda, jestem podekscytowany świadomością tego, że czeka nas znowu coś całkowicie nowego. Kidd ma parę asów w rękawie, które będzie mógł dowolnie testować w Milwaukee, ale nie okłamujmy się, zdaję sobie sprawę z tego, że Milwaukee jest tylko krótkim przystankiem w karierze Kidda. Przystankiem, który Jason będzie pewnie chciał wykorzystać jako sposób na wypromowanie swojej osoby i pokazania, że jest w stanie zapanować zarówno nad drużynami naszpikowanymi przestarzałymi i przepłaconymi gwiazdami, jak i nad drużyną, która jest świeżo po najgorszym sezonie w historii. Dodatkowo nieco martwi mnie to, jak w nowym systemie Kidda poradzi sobie Parker.

(…)

O wiele bardziej podoba mi się druga plotka, w której czytamy, że po raz kolejny staramy się o ściągnięcie Bledsoe’a i jego wartego 6,5 milionów kontraktu do Milwaukee. W razie fiaska, będzie to drugi offseason z rzędu, gdzie dstaniemy policzka od samego zawodnika i jego agenta i pewnie już definitywnie będzie można o nim zapomnieć. Zdrowy Bledsoe byłby jednak świetnym wzmocnieniem naszego backcourtu i olbrzymią szansą na pogonienie w cholerę Knighta. Bledsoe + Wolters to para, która bardzo, bardzo by mi odpowiadała.

Boli mnie trochę to, że początkowy entuzjazm związany z Lasrym i Edensem na czele Bucks, który potem cudownie przerodził się w jeszcze bardziej i zupełnie inaczej pobudzający draft z udziałem Mallory Edens, powoli zaczyna się zamieniać w starą, niezbyt dobrą karuzelę. Raz jestem na szczycie podniecenia, bo udaje nam się wylosować Parkera, potem znowu zbiera mi się na wymioty, jak czytam plotki związane z Linem i Vasquezem. W między czasie czuje w buzi kapcia po tym, jak zaliczam mini vomita przy okazji zatrudnienia Kidda. Tak sobie myślę, że to jest chyba fenomen bycia kibicem Bucks. A prawdziwa zabawa dopiero przed nami.


Pisałem w sierpniu 2014:

Wysiadłem z auta i sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki. Kartka papieru z „X” i „O” ciągle była na miejscu, tak samo jak nadgryziony przy gumce ołówek i bezlitośnie szybko kończąca się półlitrowa butelka Jim Beama. Wziąłem szybkie dwa łyki, żeby zabić stalowy smak krwi, który po uderzeniu w kierownicę rozgościł się na dobre w moich ustach. Od wypadku w 2012 miałem już nie wsiadać w auto po alkoholu i poniekąd nadal się tego trzymam. Teraz jednak, zacząłem się oszukiwać i podjąłem decyzję, że bardzo przyjemnie otwiera się butelkę przy 90km/h i bierze pierwszego łyka przy 120.

Wycierając krew z ust, zdaję sobie sprawę z tego, jak czuła się Joumana, kiedy trzymałem ją za rozpuszczone włosy i z wielką satysfakcją uderzałem jej głową w deskę rozdzielczą. Niby minęło już trzynaście lat od tamtego ekscesu, dalej nazywam to w ten sposób, a ja dalej mam napady złości. A alkohol, jak dobra dziwka, jest tylko tymczasowym dostarczycielem przyjemności.

Migająca złowrogo lampa budowała nastrój jak z horroru, a ja powoli zaczynałem czuć się jak jeden z głównych bohaterów. Wgniecenie na przedniej masce wyraźnie krzyczało „MORDERCA!”, a zbita szyba dodawała szeptem: „DUI!” W podejmowaniu decyzji nie pomagał dodatkowo przeszywający głowę ból, ani widok tego, co znajdowało się na przodzie mojego nowiutkiego SUVa.

A zaczęło się pięknie. To Marshall będzie naszą jedynką. Knight dostanie szansę albo na dwójce, albo jako pierwszy z ławki, jeszcze zobaczę. Na trójce zaryzykuję, a ch$%#@j, Antek tylko po to, żeby stretch czwórką mianować mojego głównego bohatera w tym sezonie – Parkera. Center – Sanders z Hensonem, jeśli ten pierwszy znowu nie zacznie odp(*&^%ć jakich głupot.

Jabari to jest gość, fyi. Widziałem już zawodników z takim wyjściem do rzutu i z taką gotowością do gry w NBA tuż po drafcie, ale jeszcze nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że sam będę mógł go trenować. Wielka szansa dla wielkiego zawodnika, żeby uczynić trenera pijaka trenerem roku. Taki wysłałem mu sms, jak tylko dowiedziałem się, że Cavs wzięli Wigginsa z jedynką. Odpowiedział: „kk”.

Ominąłem kałużę i wyjąłem telefon. Jasny blask wyświetlacza dodał dużo czerwonego zabarwienia zazwyczaj czarnym od błota kałużom. Trzy nieodebrane połączenia, cztery smsy i jeden trup na aucie – taki był w skrócie mój bilans dzisiejszego powrotu z treningu, jeśli mnie zapytasz. No i pół litra bourbonu obalonego za kółkiem, ale o tym już nikt nie musi wiedzieć.

Słup latarni wygięty, trawa wokół chodnika zaorana niczym Tera Patrick starająca się o wolny pokój gościnny u Charliego Harpera. Obok czapki z daszkiem widzę plamę oleju, tuż przy nienaturalnie wygiętym ciele leży niedawno zmieniany flitr paliwa Boscha za prawie $60. Pieprzone wyrzucanie kasy w błoto. If you pardon the pun.

Załuję, że nie mam szluga, bo trzęsące się ręce powoli zaczynają utrudniać sprzątanie.

Szkoda też, że skończyła się gorzała, bo trzeźwiejący umysł powoli zaczyna łączyć fakty.

Patrzę na czapkę z daszkiem i w głowie słyszę: „Nie mogę się doczekać.”

Patrzę na zmiażdżone ciało na samochodzie: „To będzie dla Ciebie fantastyczny sezon, trenerze.

Widzę bezwładnie leżącą rękę i wiem, że już nigdy nie rzuci buzzera.

Widzę oczy, patrzące ślepo przed siebie i wiem, że nie zobaczą nigdy jak czysty rzut idealnie wpada do kosza, pieszcząc siatkę całym swoim obwodem.

Widzę zakrwawioną koszulkę Bucks z #12 i wiem, że jak tylko prawda wyjdzie na jaw, Milwaukee nie będzie moim nowym domem.

Ale ty nikomu nie powiesz, prawda?


Tak, cieszę się, że Kidda już nie ma w Milwaukee.
Tak, jaram się na samą myśl, że możemy jeszcze uratować ten sezon.
Dzięki za wszystkie dzisiejsze podniecone SMSy z rana i telefony po południu. Fajnie, że jesteśmy razem z Kozłami.

Sayonara Jason!

List do P.: Kapitan Hak Henson – przepraszam, wiesz za co.

Wiem, że za nami dopiero miesiąc gry, 14 meczów, ale uważam, że jestem Ci winien przeprosiny. Nie widziałem dla Ciebie miejsca w drużynie i chciałem, żebyś jak najszybciej odszedł. Patrzyłem jak cierpisz walcząc pod koszami i sam krwawiłem z oczodołów. Czułem na sobie każdy łokieć, który wypychał Cię spod kosza. Każde kolano wepchane między Twoje nogi, wybijające Cię z równowagi (przysięgam, że to właśnie to, a nie kolejne piwa, powodowały moje spadki utrzymywaniu pionu). Żeby nie było – nadal modlę się do koszykarskich bogów, żeby docenili Twój mocny start i zesłani na nas mesjasza, który wykupi Twój gargantuiczny kontrakt i odda kogoś ze spadającą umową. Żeby nie było (po raz drugi, celowy zabieg stylistyczny mający na celu podkreślenie kontr argumentu do tego postawionego w głównej tezie, ok?), piszę ten list, bo wiem, że po transferze Moose’a do Phoenix, jesteśmy zdani na siebie na dłuższy czas (chyba, że bogowie zrobią to, o co ich proszę, biczując się do krwi za każdym razem, jak Twój hak zawiesza się w powietrzu i nie dolatuje do kosza).

Trzeba oczyścić atmosferę, bo mam wrażenie, że nasze wczorajsze wyjście na piwo nie do końca nam wyszło. Byłeś głośniejszy niż zawsze. Żartowałeś, jak nigdy. Mówiłem Ci, jak wkurwia mnie Twoja bezjajeczność, a teraz, jak widzę te żarzące się iskierki, które zostawiasz na parkiecie, zaczynam czuć to charakterystyczne mrowienie między nogami. Nic z gejowych spraw. Ale jara mnie kilka rzeczy, które robisz od początku sezonu. Posłuchaj.

  1. Stary, jak Ty to robisz, że po tak dziadowskim sezonie, nagle jesteś w stanie trafiać z gry z 57% skutecznością? Nie wiem, czy śledzisz swoje statsy, ale walisz średnio 2,9 celnych rzutów na 5,1 oddanych. Szacun. Podwójny szacun za to, że praktycznie przestałeś rzucać z dalekiego dystansu i zacząłeś bardziej wchodzić pod kosz. Midrange jumpery i te Twoje charakterystyczne ćwierć haki to jest coś, na co mogę patrzeć godzinami. Serio! Po warunkiem, że dolatują do kosza. W przeciwnym wypadku, wracam do biczowania.
  2. Rzuty to tylko dodatek do Twojej gry. Imponujesz mi potwornie asystami. Wiesz, te akcje, w których stoisz na wysokości osobistych, wołasz o podanie, dostajesz piłkę i po wykonanym w swoim tempie pivocie odgrywasz do narożnika do niepilnowanego Snella czy Middletona. Zajebista sprawa – wiesz o tym, że PER36 notujesz rekordowe w karierze 2,9 asysty?
  3. Kolego, czy przestałeś się bać walki na deskach? Na atakowanej zbierasz prawie dwie piłki na mecz – ostatni raz byłeś tak aktywny w sezonie 2014/15. Pamiętasz ten sezon? Jasne, kurwa, że tak. Ile miałeś ofensywnych zbiórek we wczorajszym meczu? W razie, gdybyś nie pamiętał… Pięć!!! Stary, wiesz, jak to ważny element w naszym skrupulatnie budowanym planem!? Będę słodził Ci dalej, bo na bronionej desce też idziesz fantastycznie – 4,9 na mecz! W sumie to daje – po 14 meczach, przypominam Ci tylko, żebyś został ze mną i nie odpłynął w świat samozadowolenia – 6,7 zbiórek na mecz! WOW! Zią! Twój rekord kariery to 7,1 zbiórek na mecz w 2013/14. graj tak dalej, a zaliczysz rekordowy sezon!
  4. Kochany, pamiętasz sezony 2014/15 i 15/16? Blokowałeś wtedy jak szalony (odpowiednio 2 i 1,9 bloków na mecz). A co się dzieje teraz? 1,6 na mecz! Timing masz dalej dobry, instynkt pozostał, ale jest jedna rzecz, której u Ciebie nie znałem i która zmotywowała mnie do napisania tego biję-się-w-pierś listu. Grasz kurwa z pasją. Z wkurwem w oczach. Nie boisz się popełniać błędów, bo znasz swoją wartość na parkiecie. Nakręcasz do gry nie tylko siebie, ale innych. Twoja mowa ciała mówi: może jestem chudą cipą, ale i tak ci wpierdolę. Przynajmniej ja to tak odbieram. Podkreśliłem to, żebyś wiedział, jak ważny to dla mnie aspekt Twojej gry. Możesz to sobie wydrukować i powiesić w szatni. W meczu z Cavs, jak usiadłeś na ławce po faulu, którego Twoim zdaniem nie było, pełen wkurwienia i nabuzowania, myślałem, że nie wyrobisz. Czekałem, aż wstaniesz, ciśniesz krzesłem w sędziego, połamiesz obręcze i z wystawionym fuckiem dla całego świata pójdziesz prosto do szatni. Kocham to i nie przestawaj tego robić!

Nadal uważam, że masz wiele do zrobienia, żeby grać na poziomie swojej wypłaty. Ale najważniejsze, że widzimy postępy. Nie wiem, czy katalizatorem tej zmiany był transfer Monroe, czy też częste treningi z Garnettem, który zdaje się mieć magiczny wpływ na całą naszą drużynę. Nie przestanę mieć na Ciebie oka, wiesz o tym doskonale. Chciałem tylko, żebyś miał świadomość tego, że Twoja dotychczasowa ciężka praca nie została przeze mnie pominięta. Niech ten list będzie dla Ciebie wirtualnym klepnięciem w plecy, zachęcającym do dalszej pracy. Idziesz w dobrym kierunku. Trzymam kciuki, żebyś do końca sezonu nie zboczył z trasy.

Twój oddany krytyk numer jeden.

Dawid.

Gdy jesteś na dnie… szybka refleksja.

Udało się!

Po tylu latach ciągłego życia pod presją, codziennej walki z krytyką, nieustannych perturbacji związanych z oczekiwaniami, których nie miałem jak spełnić, w końcu się udało!

Siedzę na tarasie, technorattan relaksuje zmęczone po treningu mięśnie, lodowate piwo uzupełnia wypocone płyny. Stukam kciukiem prawie już pustą puszkę i łapię się na tym, że strasznie podoba mi się dźwięk, jaki wtedy wydaje. Palcem wskazującym ścieram kropelki wody, biorę dwa głębokie jak Cassidy Banks łyki i władczym ruchem zaciskam pięść, zgniatając puszkę. Rzucona niedbale na stół, ulewa z siebie resztkę płynów. Moje jednoosobowe piwne bukkake w to zajebiste piątkowe popołudnie.

Udało mi się!

Odłóż wszystko na chwilę. Usiądź koło mnie. Potrzebuję rozmowy. Mam jeszcze w chuj solonego słonecznika, tylko rozłupuj go proszę najpierw zębami, potem rozchylaj zgrabnie palcami jego słone wargi i wyskrob czekającą w środku nagrodę. Plucie po całym tarasie to poroniony pomysł.

Gryź.

Skub.

Łykaj.

Słuchaj.

Jakie to uczucie, być jednocześnie tak absurdalnie przewartościowanym i niechcianym? Chodzić do pracy, w której jesteś jednym z najlepiej wynagradzanych pracowników, ale równocześnie zdając sobie sprawę z tego, że twój jedyny wkład w sukces całego zespołu to genialnie zaparzona kawa z ekspresu i niezapchanie kibla po potrójnej dawce kofeiny z samego rana? Czy wiesz jak to jest być nikim, ale móc jednocześnie zaparkować swojego nowego Mercedesa między dwoma Matizami tych nierobów z księgowości? Pewnie nie masz zielonego pojęcia o czym mówię. Większość z was mnie nie rozumie.

Dlatego dopiero teraz zobaczyłeś pistolet leżący niedbale na fotelu obok mnie.  Jego oko wpatruje się we mnie leniwie, pełne niecierpliwości i narastającego z każdą sekundą podniecenia. „Weź mnie do ręki” – błaga. „Chwyć mocno. O taak. Właśnie tu. Oprzyj palec. Pociągnij. Wystarczy raz i będzie…” – bang bang – spust prosto w twarz.

Nie bój się. Nie zrobię tego.

Ale wyobraź sobie coś.

Zamknij oczy na chwilę.

Nie bój się.

Poczuj wzrok tych wszystkich osób. Usłysz słowa krytyki, które ja słyszę od lat. Oni wszyscy patrzą na mnie, jak na kogoś innego, kogoś, kim nigdy nie będę. Wyzywają mnie na ulicy. Zastraszają. Odbierają fundamentalną chęć do robienia tego, do czego pan Bóg, ojciec mój wszechmogący i cierpliwy mnie stworzył. Tyle, że podczas codziennych modlitw nawet on mnie opierdala. A skoro i jemu skończyła się cierpliwość, to jak ja mam dalej to wszystko tu ciągnąć?

Dasz mi jakąś radę, czy tylko będziesz słuchał i kiwał głową?

Co mówisz?

Dobra, sobie też przyniosę, ty leniwa pało.

Nie powinienem pić, ale dzisiaj zasłużyłem na te dwa piwa, co nie? Stary, kurwa, udało się! Między nami mówiąc, będzie mi brakowało tego miejsca. Ulic, które początkowo same kierowały mnie bez ograniczeń prędkości w stronę nieuchronnie zbliżającego się sukcesu. Ludzi, którzy podnosili głowy, patrzyli na mnie i przysięgam kurwa, w czterech na pięć przypadków nie tyle wiedzieli kim jestem, ale cieszyli się, że jestem tam dla nich. Czułem, że sama moje obecność wypełnia ich jestestwo tak, jak mój wujek wypełniał mnie na każde urodziny przed komunią.

Wszystko było jak sen, który pojawił się w moim życiu nagle, jak tęcza po ulewnym deszczu. Patrz, kurwa, minął rok i tęcza wypięła się na mnie odwróconym jeźdźcem, pochyliła do przodu, rozszerzyła czerwono-fioletowymi paluchami swój wesolutki odbyt i wypuściła na mnie zjaranego Leprechauna, który zsunął swoje pedalskie, zielone spodnie, chwycił się za krocze i krzyknął: „Szukałeś skarbu, suko? Tu masz swój skarb!”

Ale wiesz, nie zadzwoniłbym po ciebie, gdybym miał się tylko użalać nad sobą. Chciałem się pochwalić tym, że wszystko się zmieni. Na lepsze. Nie, nic jeszcze nie jest przesądzone, ale za to w końcu coś się dzieje! Najgorsza jest bezsilność. Jak wtedy, gdy twoje dziecko wymiotuje po całym mieszkaniu, zrzuca małe co nieco na laptopa, obsmarowuje tableta, obryzguje ściany, a jedyne co ty możesz robić to zagryzać wargi żeby śmiech nie zespół zajebistego filmiku, który kręcisz. Nie mam dzieci, nie wiem jak to jest. Ale musi być strasznie ciężko. Ważysz-120kg-i-masz-zespół-Seckela-ale-wygrałaś-MamMarzenie-NieChceUmrzećDziewicą-które-zaraz-spełnię-bo-podniosłem-rękę-nie-słysząc-pytania ciężko.

No więc słuchaj, co się stało. Otworzyłem sejf. Krótka kombinacja cyfr otwiera wrota do krainy szybkiej i prawie niebolesnej śmierci. Pod warunkiem, że wiesz co robisz i wiesz w co celować. Bo inaczej może być słabo. Jak słabo? Patrz końcówka akapitu wyżej. Wyciągam Walthera, obracam go w dłoni. Sprawdzam magazynek. Po drodze przechodzę przez kuchnię i wyciągam pierwszego dzisiaj browara. Będzie mi łatwiej jak się znieczulę. Na uszach słuchawki zagłuszają moje samobójcze myśli. Nagle muzyka milknie i słyszę znajomy głos (jebane autoodbieranie):

„Brandon Jennings, mój ulubiony klient – jesteś tam?” – basy odbijają się w środku moich uszu i po raz pierwszy przeklinam moment, w którym zdecydowałem się na zakup najlepszego modelu Sennheiserów do telefonu.

„Jestem, co jest?” – odpowiadam niedbale, licząc, że rozmowa nie potrwa długo.

„Pakuj walizki. Wyjeżdżasz z Milwakee.”

Udało się!

Idzie draft – są smęty i nudne wywody.

Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że minęło pół roku od ostatniego wpisu. Pół roku, w czasie którego dziesiątki innych obowiązków spychało na dalszy plan tak lubiane przeze mnie ciche wieczory na tarasie, z laptopem na stole i piwem szumiącym w głowie. W pół roku zdążyliśmy przeżyć m.in. jedne z nudniejszych play-offów jakie pamiętam (a oglądam regularnie od 1997 i mniej regularnie na telegazecie od 1993).

Pełen nostalgii i nawet lekkiej niechęci patrzę na to, jak z roku na rok zmienia się sport, który tak bardzo kocham. Jak sukcesywnie, krok po kroku, odchodzi od wszystkich wartości, które w nim tak ceniłem i zamienia się w coraz szybszą, efekciarską i nie-porywającą-dupy-z-siedzenia wersją najlepszego basketa na świecie. Coś jak oglądanie Dwóch i pół bez Charliego Sheena albo zamawianie do domu prostytutki, która zamiast loda zrobi ci zaległe prasowanie. Oglądasz finały, ale potem nawet nie chce ci się zadzwonić do najlepszego kumpla bo wiesz, że oboje nie będziecie mieli nic ciekawego do powiedzenia.

Nadchodzący draft jest dla mnie też wydarzeniem, które wywołuje we mnie totalnie mieszane uczucia. Co roku, z jednej strony czuję tę ekscytację, jak przed długo oczekiwanym koncertem, ale z drugiej budzi się we mnie trochę mój ojciec, który w każdej rozmowie musi nadmienić fakt, że „ten czas szybko leci”. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w noc draftu od 6 lat budzę się w środku nocy, bez budzika i wiem, że co by się nie działo, muszę się zwlec z łóżka i obejrzeć to nudne wydarzenie. Jak losowanie grup do Ligi Mistrzów. Na cholerę mi oglądać dwóch gości bawiących się kulkami? A jednak, jest w tym jakiś tajemniczy magnetyzm, którego nie potrafię wytłumaczyć i od którego nie potrafię się uwolnić.

Czytając od prospektach, śledząc mocki i jarając się perspektywą super młodego teamu w Philly widzę kolejne twarze, które już nie wrócą na parkiet.

Fultz robi kozioł na workoucie – Pierce powoli ściąga buty.

Ball z kamienną twarzą rozdaje kolejną asystę na treningu Lakers, a w tym czasie Duncan patrzy jak rzucony przez niego kamień znudzonymi skokami przemierza spokojną jak zawsze taflę jeziora…

68-letnia dusza 34-letniego, zdziadziałego lenia, domaga się młodej krwi, która wniesie do gry nie tyle powiew świeżości, ale powrót do przeszłości. Czekam na oldschoolowych grajków, którzy niczym jumper z półdystansu Parkera będzie mnie przenosił w czasy lat 90tych, gdzie obrona zatrzymująca przeciwników na 70 punktach nie była niczym dziwnym. Gdzie Pistons dwa razy dostawali się do finałów NBA zatrzymując przeciwników poniżej 100 punktów w 15 z 17 meczach w playoffach. I mimo tego, że w czwartek i piątek pół dnia spędzę na twitterze, oglądaniu NBA TV i słuchaniu wszystkich możliwych podcastów, powoli zaczynam mieć dość ciągłego zawirowania i nieustannego pościgu za oglądalnością, sprzedawalnością i wszystkimi innymi –ościami, które niby będąc efektami naturalnej ewolucji, odsuwają basketa coraz bardziej spod kosza na obwód. I spychając go, niby na pierwszy rzut oka niezauważalnie, na dalszy plan mojej ( i pewnie nie tylko mojej) codziennej hierarchii ważności.

Smętny i nostalgiczny tekst o niczym spowodowany zagorzałą dyskusją z synem na temat niedawno obejrzanego filmu Auta 3. Dyskusją, która po dwóch minutach zakończyła się słowami: „Tak tato, wiem, wszystko przemija… Taaak… Tato rozumiem… Tatusiu wiem….Tato, wiesz co? Ta rozmowa też już przeminęła…”

Ot, taka szybka refleksja.

Chciałbym, żeby ten i kolejne nabory do NBA były katalizatorami zmian, które pewnie znając życie, nigdy nie nadejdą. Szybka i atletyczna koszykówka, bazująca na indywidualnych, ponadprzeciętnych umiejętnościach gwiazd, skupiających swoje talenty w konstelacjach superteamów, nie imploduje nagle, zasysając z ogromną siłą wszystkie te elementy, które tak bardzo działają na moje nerwy.

Mam nieodparte wrażenie, że amerykańska koszykówka zmierza w kierunku dyktowanym przez te gówniane czasy, w jakich żyjemy. Wynik nie jest w dużej mierze determinowany twoim podejściem i ciężką pracą, ale klikalnością i medialnym zasięgiem. Ludziom nie chce się teraz czytać długich, rzeczowych artykułów, słuchać merytorycznych, prawie dwugodzinnych podcastów, ba, sam nawet łapię się na tym, że w sezonie zasadniczym większość meczów oglądam w skróconej, 15-minutowej wersji na League Passie. Jest też to, że zamiast poświęcić godzinę na napisanie tekstu o Bucks, wolę przez godzinę z padem w ręku używać mocy i niszczyć rebeliantów, jednocześnie oglądając film na tablecie i scrollować durne zdjęcia na kretyńskim instagramie.

Koszykówka, będąca od zawsze przedsięwzięciem czysto biznesowym pędzi za trendami wyznaczanymi przez przedsiębiorców i inwestorów, nakręcając z sezonu na sezon spiralę zmian, do których wszyscy musimy się dostosować. Nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z faktem, że czasy dominujących pod koszami big menów już minął. Teraz idąc na orlik i grając z 16-19 latkami dostaję opierdol, że gram brutalnie i nieczysto łokciami pod koszem. Że jak się zastawię, to tak, że prędzej obaj wylądujemy na tartanie, niż pozwolę ci się wyminąć. I że opierdalam z góry na dół gościa, który za każdym razem jak dostaje piłkę, to rzuca cegłę z 10 metra.

Patrzę na mocki nadchodzącego draftu i szukam centrów z PRAWDZIWEGO zdarzenia. Szukam i szukam…

Sorry za przynudzanie. Dzięki za poświęcony czas.

RETRO: O czym kibic Bucks musi pamiętać w 2014 roku?

Kolejny mecz dopiero dzisiaj w nocy (1:30 na wyjeździe z Nets), a mnie z rana wzięło na wspomnienia. Szukając na stronie czegoś kompletnie nie związanego z Bucks, trafiłem na wpis z 2013 roku, w którym zastanawiałem się, czego mniej więcej spodziewać się po Bucks w 2014 roku. Krótki tekst, dlatego polecam lekturę do porannej kawy w pracy.

1. Bucks są obecnie na etapie budowania wsparcia zarówno finansowego jak i politycznego koniecznego do postawienia nowoczesnej hali w Milwaukee. Niestety, obecny rząd nie ma zamiaru dawać ani dolara z publicznych pieniędzy na drużynę, która od lat nie ma żadnych sukcesów. Trochę statystyk, żeby to potwierdzić znajdziecie poniżej.

2. Licząc od roku 1991, Bucks mają siódmy najgorszy stosunek zwycięstw w sezonie zasadniczym.

3. Jeszcze inne statystyki pokazują, że licząc od roku 1991 jesteśmy w końcowej piątce jeśli chodzi najgorsze kluby NBA. Od 1991 mieliśmy tylko jeden sezon z ponad 50 wygranymi (2001) i tylko jeden, w którym awansowaliśmy poza pierwszą rundę playoffów (2001). Auć.

4. Kiepawi Bucks mieli tylko jednego all-stara w ostatniej dekadzie (Michael Redd w 2004). W pozostałych weekendach gwiazd nie mamy żadnego uczestnika, nawet w meczach debiutantów/drugoroczniaków, czy w konkursie trójek. Tylko Desmond Mason w konkursie wsadów uratował nieco honor.

5. Brak sukcesów, związany z brakiem porywających zawodników  spowodował drastyczny spadek liczby kibiców BMO Bradley Center. Kiedy w sezonie 2001/02 doszliśmy do finałów konferencji, średnio na mecze przychodziło 18178 osób. W ostatnich sezonach zajmujemy ostatnie miejsca w lidze ze średnią widzów oscylującą w granicach 15000. Nawet mecze z udziałem Kobego czy Lebrona nie gwarantują kompletu publiczności.

6. Obecna fatalna pozycja Bucks wcale nie zależy od tego, że Milwaukee to wieś i small market, ale od kiepskiego zarządu (o czym niedługo nieco więcej). Podobnie w Milwaukee wyglądała sytuacja z Packers i Brewers, którzy przez okres około 20 lat nic nie znaczyli w MLB i NFL, a po zmianie zarządu stali się jednymi z mocniejszych drużyn w swoich ligach.

7. Przez ostatnie dziesięć, może nawet dwadzieścia lat, w Bucks zatrudniany jest bardzo mało kreatywny zarząd, który podejmuje strasznie krótkoterminowe i chaotyczne decyzje kadrowe. Chorą sytuacją jest to, że decyzje o zatrudnieniu zawodników podejmuje GM i jego ludzie, trener z asystentem, potem ich decyzje są wetowane lub zatwierdzane przez właściciela Kohla, któremu zależy na tym, żeby drużyna zawsze walczyła o playoffy (nawet w tym sezonie takie są jego oficjalne oświadczenia).

8. Bucks istnieją tylko i wyłącznie na łasce Kohla, który w niedalekiej przyszłości będzie musiał (jeśli nie chce upadku Kozłów w Milwaukee) poświęcić bagatela 200-250 milionów ewentualnego zysku ze sprzedaży klubu na budowę nowej hali. Jeśli tego nie zrobi, trzeba będzie liczyć na wsparcie lokalnego rządu i mieszkańców, na budowę hali z budżetu miasta.

9. Z drugiej strony, ani mieszkańcy, ani tym bardziej politycy, nie zgodzą się na wydanie lekką ręką publicznej kasy, jeśli nie będzie nadziei na poprawę sytuacji w klubie i lepsze wyniki. Z tym będzie cholernie ciężko, bo Bucks niechętnie się przebudowują. Jest nadzieja, że po tym sezonie uda nam się wylosować TOP5 pick w drafcie zamiast ściągania na kolejne lata przepłaconych weteranów, którzy nie mają nic wspólnego z budowaniem wieloletnich sukcesów.

10. W czasie, gdy odnosiliśmy największe sukcesy, bazowaliśmy głównie na zawodnikach wybranych w pierwszej piątce draftu. Kareem Abdul-Jabbar, Marques Johnson, Sidney Moncrief, Glenn Robinson, Ray Allen czy Andrew Bogut. Bucks NIGDY nie mieli +50 sezonu albo wygranej serii w playoffach bez zawodnika wybranego w czołówce draftu. .

11. W poprzednich dwudziestu latach ponad 70% zawodników, którzy zagrali co najmniej dwa razy w meczu gwiazd zostali wybrani w pierwszej piątce draftu. To tak na marginesie. Przed draftem 2014 jest szansa na wylosowanie którejś z potencjalnych gwiazd, jak Wiggins, Parker czy Randle (tak, Randle, zapraszamy).

12. Jeśli Bucks zdecydują się oficjalnie na przebudowę, mają kilku weteranów do oddania, którzy mogą być ciekawi dla zespołów walczących w playoffach. Ersan Ilyasova, Zaza Pachulia, Caron Butler, Gary Neal czy Luke Ridnour nie będą stanowili o najbliższej przyszłości Bucks i spokojnie można ich oddać za jakieś picki w przyszłym drafcie i spadające kontrakty.

13. Nie mówmy, że oddawanie weteranów to tankowanie. To po prostu dawanie więcej minut dla młodych i utalentowanych Kozłów jak John Henson, Larry Sanders, Giannis Antetokounmpo, Brandon Knight, Nate Wolters i Kris Middleton. Dodatkowym plusem takiej strategii może być ewentualnie wyższy pick w przyszłorocznym drafcie.

Org. artykuł z 30.12.2013 znajdziesz tutaj.

Szukam formy Bucks. Pomożesz?

Jeśli śledzicie ostatnie mecze Bucks, zauważyliście pewnie moje narastające narzekanie. Pisałem o braku agresywności Giannisa , o najgorszym meczu w sezonie Parkera i mimo ostatniej wygranej w Phoenix, nastroje dalej nie są zbyt dobre. Chociaż szybki powrót do gry Middletona na pewno dodaje nieco optymizmu. Co się stało, że się zesrało? Przyjrzyjmy się razem, na spokojnie naszym występom w grudniu i styczniu. W tle leci właśnie relaksujący, skandynawski black metal, który budzi komórki mózgowe do myślenia o tej jakby już nie było, zamulającej porze dnia. Siadaj zatem, pokal do ręki i jedziemy.

Grudzień 2016 – euforia i niedowierzanie

Wygrywany 8 z 16 spotkań (.500), pokonując przeciwników średnio 18 punktami, a przegrywamy przeciętnie różnicą niespełna 9 oczek. Mieliśmy trudny grafik, przegraliśmy m.in. ze Spurs i Cavs (ale do tego dodaliśmy wstydliwe porażki z Raptors 22 punktami i Wolves – siedemnastoma). W czasie naszej dobrej gry udawało nam się utrzymać ofensive rating na poziomie 107, zajmowaliśmy wtedy 8 miejsce w lidze w NetRtg (3,3) i 9. w defensywie (103,9).

Styczeń 2017 – padaka i powrót do przeciętności

  • DefReb spadł na ostatnie miejsce w lidze (73,1 – Sanders, wróć. Chociaż, nie. Czekaj…)
  • Turnover ratio – 15% – 28 miejsce w lidze (spadek z 15 miejsca w około miesiąc!)

Można by szukać jeszcze kilku statystyk, ale po co. Oglądając mecze w oczy rzuca się przede wszystkim:

  • fatalna obrona, która gubi się częściej niż Kevin McCallister,
  • Giannis, który zatracił nieco swojej magii i momentami zaczął przypominać normalnego człowieka,
  • straty, głupie straty, które rozkładają nasz atak na łopatki w pierwszych 10-15 sekundach akcji.

Obejrzyjcie mecz z Utah, a zobaczycie, co mam na myśli pisząc o fatalnej obronie. Jazzmani rozgryźli nas perfekcyjnie, nastawiając się na trójki z narożników, których po prostu nie umiemy kryć. To pewnie jedna z tych rzeczy, jakie miał Shaq rzucając wolne. Każdy musi mieć jaki niewyuczalny element gry i w naszym przypadku jest to bronienie trójek. Bucks pozwalają przeciwnikom na rzucanie ponad 30 trójek na mecz, z czego aż 11 z narożników! A teraz przeliczcie sobie na punkty 30 oddawanych trójek w meczu na prawie 40% conversion rate w styczniu…

Idziemy dalej, kolejny akapit, następne zmartwienie – Giannis i jego agresywność.

  • W grudniu oddawał prawie 9 osobistych na mecz – w styczniu tylko 6 (procentowo na drużynę jest to spadek z 47% wszystkich wolnych Bucks na 32%). Do tego jego skuteczność za trzy spadła do zaledwie 26% (na pocieszenie, co raz częściej decyduje się na nieasystowane trójki – 39%).
  • Zwracałem też uwagę w przypadku meczu z Raptors, że prawie wszystkie swoje punkty zdobył z pomalowanego. Ma to swoje odzwierciedlenie również w styczniowych statystykach – oddał 56% swoich rzutów z pomalowanego, trafiając 63% z nich.
  • Nie wiem dlaczego, ale zauważam też jego spadek zaangażowania w powrót do obrony po stratach. W grudniu pozwalał średnio na 6,8 punktów traconych z kontry – w styczniu już na 9,9. W rezultacie, przeciwnicy zdobywają średnio 3 punkty więcej z kontr w styczniu niż w grudniu, gdy na parkiecie jest Giannis. Niby mało, ale jednak nie można przymykać na to oczu.
  • I najgorsze na koniec – w grudniu Bucks mieli NetRtg 6,8 z Giannisem na parkiecie i -5,9 jak siedział na ławce. W styczniu Bucks byli -5,4 z Giannisem w grze i poprawiali się do -0,4 jak wracał na ławkę. Boli, Kosma, prawda? 🙂

Co zrobić, żeby wrócić do formy z grudnia? Kilka rozwiązań same nasuwają się na usta:

  • Lepiej zbierać,
  • nie popełniać tylu strat,
  • opanować to, co w tej chwili dzieje się w głowie Giannisa. Chłopak ma przeciwny sezon, nagle stał się gwiazdą i mam wrażenie, że odkąd zrobiło się wokół niego głośno, jego głowa jest jakby w innym miejscu, niż jeszcze na początku sezonu. Oby to było tylko tymczasowe roztargnienie.

Przed Bucks w miarę spokojny okres przed przerwą na Weekend Gwiazd. W środę gramy i siebie z Heat, w piątek mam nadzieję pojedziemy Lakers, potem back-to-back w Indianapolis, w poniedziałek gościmy Pistons, w środę spacerujemy na Brooklyn, a potem przerwa aż do 24.02 – wracamy do Utah.  Na pięć meczów All-Star Week, liczę optymistycznie nawet na bilans 4-1.

Zgadzasz się?

O Bucks, whisky, dzikach i cygarach.

BucksPlayoffs

Kto jak kto, ale ty doskonale wiesz, o czym piszę.

To uczucie towarzyszy ci od lat i mimo, że co jakiś czas próbujesz się go pozbyć, wraca do ciebie częściej niż twój samotny i bezdzietny przyjaciel wraca do tej samej luksusowej dziwki każdego czwartkowego popołudnia. Najlepiej w przerwie między lunchem, a spotkaniem z klientem. Praca w korpo ssie.

A ty wracasz z pracy do domu po 21, cała rodzina śpi, nawet kot nie wychyla głowy z kuwety i możesz przysiąc, że jego oblepiona piachem łapa pokazuje ci faka, a oczy każą ci wypierd@l@ć. W kuchni przytula cię Bowmore Legend, i już po chwili ciemnozłoty trunek nastawia na ciebie uszu i z ciekawością wysłuchuje o twoim dniu. Idziesz do pustego salonu, nastawiasz płytę , włączasz boczne światło i odpalasz komputer.

Nagle, twój wielki świat złożony z miliarda drobnych problemów kurczy się do rozmiarów muszki, desperacko walczącej o przeżycie w szklance z 40% cieczą. „Twoje zdrowie” – mówisz głośno w myślach i kątem oka łapiesz spojrzenie eleganckiego przystojniaka w lustrze. Nie przejmujesz się świadomością pobudki o 5 i pracy do 21. Zapominasz o podatkach, zusach, koniecznością ogarnięcia i zorganizowania wszystkiego i wszystkich. Twój dzień świstaka chociaż na moment zaczyna się inną zmieniać. Cieszysz się z prostych rzeczy, chociaż przez ten krótki moment, kiedy twój 50ml przyjaciel dopinguje cię do rzeczy, które od 13 lat (z krókimi przerwami) dają ci poczucie ciszy i spokoju.

Znasz to, prawda?

Jeśli nie, to witaj w moim świecie.

1. Sportbusiness Journal podaje, że oglądalność meczów Bucks w TV w stosunku do poprzedniego sezonu wzrosła o 323%.  Pobiliśmy dwukrotnie nawet Cavs i powrót Jamesa (wzrost o 150%).

2. Larry Sanders ma jednak wielkie serce, jednak dalej go szczerze nietrawię. W o wiele bardziej pogodnym tonie informuje o jego obecnej sytuacji Maciek, i nie widzę potrzeby, żeby dublować jego pracę. Szczególnie, że nic nowego nie dodam.

3. Krążą plotki, że Knight jest w kręgu zainteresowań kilku klubów, nie tylko dlatego, że rozgrywa jeden z lepszych sezonów (przez przerwą na ASG miał 14 kolejnych meczów z +5 asystami), ale również z powodu swojego kontraktu. Jako RFA, jeśli zdecyduje się na zostanie w Bucks, po sezonie będziemy mogli chociaż pozornie dyktować warunki. A potem jednym bezlitosnym rzutem kart na stół powiedzieć: „NIE!” i puścić do w cholerę w przypadku przepłaconego kontraktu. A, odnośnie przepłacania zawodników – Dragić obiecał, że będzie moim gościem specjalnym jak już podpisze tego prawie maksa z Lakers albo Knicks. Yikes!

W Bucks póki co nikt nie myśli o pozbywaniu się zawodników – mowa raczej o kolejnych wzmocnieniach przez playoffami. Dlatego na tapecie pojawił się

4. Enes Kanter. Jazz nie dają mu minut i Enes jest smutny. A smutny Enes, który podobnie jak Knight, po sezonie będzie RFA, to Enes, którego chcesz przytulić za każdym razem jak miniesz go szybkim pivotem albo rzucisz mu game winnera półhakiem z 2 metra. Poza tym, jego wartość jest w tej chwili strasznie trudna do ustalenia. W perspektywie utraty Sandersa, zawodnik, który w meczach przeciwko nam rzucał średnio 19 punktów i zbierał 9 punktów, może być przydaty. Pytanie tylko, za ile i za kogo?

5. Przed nami moja ulubiona część sezonu. Trade-deadline to początek prawdziwej koszykówki, ostatecznej walki o jak najlepszą pozycję przed playoffami.

My zaczniemy już w piątek meczem z Denver i nie pozostaje nam nic innego jak trzymać kciuki za to, żeby Bucks utrzymali poziom i wytrzymali trudy sezonu.

Pozbawieni doświadczenia, przetrzepani przez kontuzje, z lekko szalonym dyrygenten z ławki. Aż się chce oglądać.

No i miałeś rację. 50ml to za mało jak na 500 znaków.

I pomyśleć, że #LarrySanders był kiedyś na mojej tapecie.

larry-sanders-weed

Larry Sanders.

Idealny przykład tego, jak w krótkim czasie można stoczyć się ze wzgórza Andersa i wylądować na tyłku na samym środku torowiska i czekać na nadjeżdżający tramwaj. A ja w tej chwili nie marzę o niczym innym, jak tylko być motorniczym i w chwili zderzenia wcisnąć dodatkowo pedał gazu. I otworzyć drzwi, żeby wpuścić na bandwagon dodatkowych hejterów.

Szczuczna górka przy ul. Ślężnej we Wrocławiu, usypana z gruzu, zasypana ziemią i udekorowana dla niepoznania trawą, jest piękną alegorią naszego jeszcze do niedawna najlepszego podkoszowego. Z zewnątrz wygląda całkiem dobrze, na tyle dobrze, że chętnie widzisz go w swoim mieście i chcesz, pozostał tu na dłużej.  Bo blisko AE, bo Aquapark, bo teren zielony… Jednak im dłużej patrzysz na ten sztuczny twór, tym bardziej zdajesz sobie sprawę z tego, że powoli zaczyna walić zgnilizną, a dodatkowo wygląda jak grzyb na ścianie, który rośnie i z czasem pożera całą ścianę, na której jeszcze niedawno dumnie prężyły się plakaty twojego bohatera.

Larry Sanders znudził się koszykówką tak, jak Piotr Szybilski pewnego dnia znudził się dietą, powiedział sobie sakramentalne: „a ch*j” i zaczął pożerać galaktyki jak zagrychę do wieczornych 15 browarów.

Larry Sanders powiedział koszykówce „NIE” głośniej, niż Carmelo Anthony swojej ambicji w dniu wyboru między sukcesami sportowymi a kupą kasy w Knicks.

Larry Sanders wypiął się na NBA tak mocno, że Biedroń z miejsca wykupił dożywotnie miejscówki w pierwszym rzędzie Bradley Center.

Larry Sanders był kiedyś wartościowym obrazem, wiszącym na ścianie w sypialni właściciela Hell-A Magazine, do momentu, aż Hank Moddy nie stwierdził, że „it’s all good” w tłumaczeniu na polski nie znaczy: „hmm, ciemne barwy naprawdę oznaczają potępienie, a jasne i pogodne pastele wieszczą nieskończoną niebiańską radość.”

Larry Sanders, po zapowiedziach, że zostanie zbawicielem Bucks, nagle doszedł do wniosku, że Milwaukee to dziura, a 11 milionów za rok grania w koszykówkę to zdecydowanie za mało. Bo po co grać w koszykówkę, skoro kontrakt jest gwarantowany i zamiast tego można walić po ryju kolesi w klubach i jarać trawę do wieczornego samogwałtu na strony Milwaukee Journal Sentinel.

Pozbycie się jego kontraktu nie będzię rzeczą łatwą, bo z moich amatorkich wyliczeń wynika, że i tak za następne trzy lata, będziemy mu musieli zapłacić około 20 milionów, czyli salary cap zostanie uszczuplone o prawie 7 milionów rocznie. Chyba, że uda się dokonać pierwszego w historii NBA wykupienia zawodnika za worki z marihuaną. Tego też nie wykluczam.

Larry Sanders i tak nie ma po co wracać do Bucks. Poza tym, czytając jego tweety zastanawiam się, czy w ogóle planuje jeszcze wracać do koszykówki. Zastananawiam się również nad tym, czy pali jeszcze tylko trawę, czy zdążył już przejść na coś mocniejszego. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że przez jego podejście do gry, nie ma co liczyć na wymianę, bo kto teraz weźmie w swoje ramiona zawodnika, który do piłki po niecelnym rzucie skoczy tylko wtedy, jak będzie zielona i „on fire” jak w NBA JAM?

Larry Sanders albo ma kryzys osobowości, głęboką depresję, albo jest po prostu niebywale głupim i skretyniałym idiotą. Nie zapłaciłbym mu grosza za to, że nie wywiązuje się z kontraktu, ale taka opcja pewnie nie wchodzi nawet w grę. Jason Kidd robi wszystko, żeby tylko delikatnie tłumaczyć w mediach jego nieobecność, ale jednocześnie wszyscy wiemy, że najchętniej powiedziałby: „Larry GTFO!”

I to samo mówię mu teraz.

„Larry GTFO!”

Obligacje sposobem na finansowanie nowej hali Bucks.

Milwaukee arenasW Milwaukee znaleziono sposób na załatanie dziury, potrzebnej na sfinansowanie budowy nowej hali. Do 100 milionów wyłożonych przez Lasry’ego i Edensa, 100 zapewnionych przez Kohla i kolejnych 100, które zainwestują mniejszościowy udziałowcy i inni sponsorzy, około 150 milionów zostanie przekazanych ze stanowch podatków dochodowych od zawodników i pracowników drużyny. Jak podaje JournalSentinel, prawie 11 milionów, które w 2012 wpłynęły z podatków (tzw. jock tax), pozwoli na utworzenie specjalnych, 20-letnich obligacji, które zapewnią 150 milionów (do spłaty razem z odsetkami będzie 214 milionów).

Pomysł jest wynikiem ostatniego przemówienia Jima Steineke’a, który określił szanse wykorzystania publicznych pieniędzy na budowę nowej hali jako bardzo słabe. „Dlaczego osoby, które nigdy nie pójdą na mecz Bucks mają pośrednio płacić za budowę hali?”  w 100% się z nim zgadzam, o czym już wielokrotnie pisałem.

Pomysł z obligacjami jest sprytnym sposobem obejścia używania pieniędzy podatników. Jeśli tylko Komisja Mieszkaniowa zaakaceptuje dodatkowe finansowanie z obligacji, będzie Bucks będą już mieli zapewnione 450 milionów i nie będą musieli sięgać po publiczne pieniądze. Ponieważ koszt budowy hali wyceniono wstępnie między 400 a 500 milionów, byłby to koniec przeszkód finansowych.

Pozostanie jeszcze jeden problem. Gdzie postawić halę. Jak czytam w tym samym artykule JournalSentinel, przedstawiciele Bucks prowadzą rozmowy z właścicielami gazety w sprawie wykupienia budynku, gdzie aktualnie mieści się redakcja.

Poza tym, jest szansa na wybudowanie hali w miejscu obecnego teatru, o czym pisałem jakiś czas temu, lub w miejsce UMW Panther Arena. Są więc trzy potencjalne lokalizacje, w których można postawić nową halę, jednak w przypadku tych dwóch ostatnich miejsc, potrzebne będzie zatwierdzenie Uchwałą Rady Miasta, ponieważ wszystkie nowe budynki muszą być zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego.

Nie jest to jednak koniec zamieszania wokół nowej hali Bucks, jednak wszystko wskazuje na to, że faktycznie jeszcze w tym roku zapadną ostateczne decyzje. Bardzo dobrą informacją jest to, że władze miasta jednym głosem mówią, że pozbycie się drużyny NBA z Milwaukee byłoby wielkim błędem i wspólnie działają na rzecz utrzymania klubu w Wisconsin.

Jabari Parker po 7 meczach: debiutant roku czy lekkie rozczarowanie?

cropped-jabar.jpgGdy rano przy śniadaniu rozmawiam z synem i relacjonuję mu nocne spotkania, zawsze mnie poprawia, jak mówię o Parkerze. Pewnie przez to, że odnoszę się do niego jako „Jabar”, co on interpretuje jako „Babar„. Dla 2,5-latka fakt, że rysunkowy słoń może być liderem Kozłów jest czymś zupełnie oczywistym. „Nie tato, nie. Nie pan gol.* Babar! [tu wstaw dźwięk trąbiącego słonia] ” Nie będę się kłócił, bo i tak nie wygram.

(*nieważne, czy piłkarz, czy koszykarz, każdy facet z piłką to „pan gol”. Logiczne, nie?)

Siedem spotkań nie jest jeszcze co prawda żadnym wyznacznikiem, ale już teraz można powiedzieć, że tegoroczny draft, który miał być jednym z najmocniejszych od kilku lat, jest potwornym po prostu bustem. Liderem pierwszoroczniaków jest zgodnie z przewidywaniami Jabari Parker, ale zarówno jego gra jak i statystyki (12ppg i 7rpg) nie powalają na kolana. Co się dzieje z zawodnikiem, który miał być przecież najbardziej gotowym do gry debiutantem?

Kilka statystyk

1. Największe zastrzeżenie, jakie można mieć do Jabara to stosunkowa niska skuteczność rzutów – FG42% i tylko 25% za trzy. Warto jednak mieć na uwadze fakt, że trójki stanowią tylko 14% oddawanych rzutów (jedna z lewego rogu, trzy z prawego, aż osiem z góry). Najbardziej cieszy mnie to, że znaczna większość, bo 38% to rzuty spod samego kosza, a tylko 30% to jumpery z półdystansu (z czego dokładnie aż 60% jest asystowanych).

2. Najgorszą skutecznością Jabar razi właśnie w wyżej wspomnianego jumpera, których do tej pory trafił jedynie 13 na 47 (27%). 9 akcji zakończył wsadem, co stawia go w czołówce ligi (z tego co pamiętam nawet w pierwszej piątce). Napewno do szybkiej poprawy jest również skuteczność wykańczania lay-upów, gdzie na 14 tylko 5 znalazło drogę do kosza (36%).

3. Podobnie jak większość zawodników, Jabar oddaje 31% swoich rzutów między 15 a 7 sekundami do końca akcji. Nie jest zbytnio wykorzystywany w clutchu, bo tylko 2,4% rzutów oddał z mniej już 4 sekundami na zegarze.

4. Catch and shoot oraz pull-upy stanowią 43,5% jego rzutów, z czego aż 40% oddawanych jest bez żadnego kozła. Jest to póki co najmocniejsza broń ofensywna Jabara, bo trafia z eFG 54%. BTW, jeśli obrońca kryje go bardzo szczelnie, Parker trafia tylko 29% swoich rzutów. Jak dostaje trochę więcej oddechu (od 2-4 stóp), skuteczność wzrasta już do 47%.

5. Interesujące jest to, że im Parker gra dalej od kosza, tym Bucks lepiej na tym wychodzą. W wygranych meczach aż 21% jego rzutów to trójki (w stosunku do 9% w przegranych), natomiast rzuty z pomalowanego to tylko 47% do 64%. Do tej pory również wygrywamy, gdy Jabar nie schodzi poniżej 50% eFG, a przegrywamy, gdy ta spada do 39%. Odejście od kosza łączy się też nieuchronnie ze spadkiem liczby zbieranych piłek. W wygranych, kiedy szwęda się przy obwodzie, ma jedynie 19% zbiórek drużyny. W przegranych, kiedy walczy bardziej pod koszem, zbiera 26% wszystkich bezpańskich piłek dla Bucks.

6. Nieco więcej niż połowa z jego średnio 7 zbieranych piłek na mecz ma miejsce bez żadnego zawodnika koło niego (box out robi swoje). 41% zbiórek jest z jednym contenderem. Dodatkowo, aż 71% wszystkich piłek zbiera po niecelnych jumperach, 11% po wolnych i 14% po trójkach.

7. Jeśli chodzi o asysty, to jego głównym adresatem jest Brandon Knight, do którego kierowanych jest aż 49% wszystkich podań (z czego Brandon trafił 58% z nich). Parker prawie w ogóle nie gra z wysokimi – 10% podań idzie do Sandersa, 0,6% do Zazy i jedynie 2% do Giannisa. Potwierdza to styl, w jakim Parker gra do tej pory – wymienia podania głównie z obwodowymi, a jak dostaje piłkę w dogodnym miejscu, to nie zastanawia się dwa razy, tylko od razu rzuca.

8. To, co widać z meczów i również znajduje odzwierciedlenie w statystykach, to świetnia obrona na obwodzie. Jabar pozwala atakującym graczom na trafianie tylko 34% trójek i 47% rzutów za dwa.

9. Parker stostunkowo rzadko jest przy piłce, do tej pory jedynie 203 razy, co przekłada się na 0,24 punktów na posiadanie (dla porównania obe był przy piłce 287 razy, ale zdobywa już 0,48 punktów na posiadanie. Tyle, że Kobe jest przy piłce średnio 4 minuty na mecz, Parker 1,1 minuty. Na marginesie, jednym z największych ball-hogów jest w tej chwili Knight, który klepie prawie 8 minut w meczu).

10. Do ciekawostek dorzućmy jeszcze to, że Jabari przebiega średnio 3,5km na mecz ze średnią prędkością 7km/h.

Wnioski

Z jednej strony świetnie jest się pobawić w sprawdzanie zaawansowanych statystyk po tak długiej przerwie, z drugiej strony, świadomość tego, że minęło dopiero siedem meczów w sezonie i wszystko jeszcze ulegnie wielkim zmianom, jest lekko deprymująca. Po obejrzeniu wszystkich meczów Bucks do tej pory mogę powiedzieć jedno – Parker jeszcze nie gra na 100% swoich możliwości i jeszcze w tym sezonie zobaczymy duży postęp. Od momentu draftu, nawet od Ligi Letniej, Jabar stracił dużo na wadze i poprawił zarówno motorykę, jak i kondycję. Regularnie dostaje po 30 minut na mecz od Kidda i z racji na #2 w drafcie, ma pewne miejsce w wyjściowym składzie.

Chciałbym jednak widzieć więcej meczów w jego wykonaniu z taką agresywnością, jaką widzimy w grze Giannisa, bo Parker ma naprawdę często momenty, że upiera się tylko na jumpery. Świetnie jednak prezentuje się już w izolacjach, gdzie potrafi zagrać zarówno tyłem do kosza i zakończyć akcję wjazdem, jak i zaskoczyć step-backiem i rzucić sprzed twarzy. Fizycznie jest gotowy do gry, to fakt. Pozostaje kwestia ustabilizowania formy i lepszej współpracy nie tylko z Knightem, ale i innymi zawodnikami, głównie podkoszowymi. Z jego rzutem mógłby zostać naprawdę dużym beneficjentem inside outside, gdyby tylko udało się wyegzekwować konsekwentie zagrywkę.

Podsumowując, po siedmiu spotkaniach czuję pewien niedosyt, nie będę tego ukrywał. Napędzony hypem liczyłem, że z marszu można od niego oczekiwać +20 punktów, szczególnie w ofensywie Bucks, gdzie nie ma prawdziwych strzelców. Parker miał być naszą główną strzelbą i jeśli chodzi o tę rolę, to póki co się nie spełnia. Nadrabia jednak z nawiązką w defensywie, gdzie za swoim zasięgiem i warunkami fizycznymi potrafi bez problemu ustać przy zawodniku, albo skutecznie odcinać go od podań (prawdziwym mistrzem w tym drugim był Giannis kontra Z-Bo w czwartej kwarcie dzisiejszego meczu, ale to tak na marginesie tylko). Dajmy mu czas, bo jestem przekonany, że za parę lat z pełnym przekonaniem będziemy mogli o nim mówić, jak o najlepszym zawodniku tegorocznego draftu.

Czego oczekuję od Bucks w sezonie 2014/15.

Zakończył się najgorętszy okres przedsezonowy w Bucks odkąd pamiętam. Czuję się teraz trochę jak przed wyjazdem na wakacje – okres czekania jest jak zawsze pełen marzeń i oczekiwań, w dzień wyjazdu czujesz największy dreszcz emocji, ale jak już ochłoniesz po przyjeździe do hotelu zastanawiasz się, czym na dobrą sprawę się tak jarałeś. Co musi się stać, żebym nie patrzył na przyszły sezon jak na wielkie rozczarowanie?

1. Nowa hala

Paradoksalnie, najważniejszym wydarzeniem dla Bucks będzie dla mnie w tym sezonie podpisanie umowy na budowę nowej hali. Bez tego, zgodnie z umową między nowymi właścicielami a NBA, liga może odkupić klub za 575 milionów jeśli w Milwakee nie powstanie nowa hala na sezon 2017/18. A z tym może być niemały problem.

Po pierwsze, miasto stawia wiele warunków i wcale nie jest powiedziane, że zgodzi się na dofinansowanie. Po drugie, w Milwaukee zbliżają się wybory i obecny burmistrz ma wiele innych wydatków na głowie, niż stawianie nowej hali dla przeciętnych Bucks. Na plus może działać to, że Bucks dołączyli niedawno 14 lokalnego inwestora, który stał się współwłaścicielem klubu. Giacomo Fallucca, bo o nim mowa, ma wiele wpływów w mieście (nie wspominając o tym, że jest właścicielem restauracji, w której Giannis uczył się robić pizzę w filmie: „Dzień z życia Giannisa„). Wiele się mówi o tym, że lokalni inwestorzy, którzy wchodzą teraz w skład organizacji Bucks, mają wywrzeć dodatkowy wpływ na burmistrzu i przekonać go do wyłożenia koło 200 milionów na nową halę. Czasu jest niewiele.

2. Rozwój Giannisa

Chciałbym go przede wszystkim często widzieć na parkiecie, nie tylko w garbage time, ale również rozpoczynającego mecz. Kidd nie sprawia wrażenie trenera, który nie będzie walczył o kilka bezcelowych zwycięstw kosztem ogrywania młodzieży, a Giannis potrzebuje przede wszystkim nabierania doświadczenia. Widzieliśmy w meczach przedsezonowych, jak bardzo waha się forma młodego Greka, ale nie możemy zapominać jak wielki ma talent. Szczytem marzeń jest MIP, ale nie mogę powiedzieć, żebym na to specjalnie liczył. Oczekuję przeskoku na 25-30 minut na mecz i około 35-40 wyjść w pierwszej piątce. Bo prawdziwa nagroda powinna powędrować do kogoś innego.

3. ROTY dla Parkera

Hammond zapowiedział na jednej z konferencji prasowych finały w Milwaukee w 2018 roku. Aby ta nierealistyczna bajka chociaż trochę mogła się ziścić (a przez to mam na myśli chociaż regularne awansowanie do playoffów), Parker musi się twardo osadzić w lidze jako prawdziwy lider. Jabari już teraz jest lepszy od większość zawodników w Bucks, mam nadzieję, że widziałeś jego najlepsze akcje z tego preseason. Na potwierdzenie tego są słowa GMów ligi, którzy w większości nie tylko wybierają go na ROTY, ale również uważają, że za pięć lat będzie zdecydowanie najlepszym zawodnikiem tegorocznego draftu. Dla mnie to wystarczy. Pomimo średniego 47 TS% , o czym pisałem w recapach meczów, Parker miał największy, 25% USG w drużynie, co pokazuje jak wielki drzemie w nim ofensywny potencjał. Zastanawia mnie tylko to, czy Bucks będą musieli dobić do 25-30 wygranych w sezonie, żeby nagroda powędrowała do Parkera, nawet jeśli jego indywidualne wyczyny będą zdecydowanie lepsze od Wigginsa, Noelsa czy Randle’a?

4. Sanders rządzi pod koszami

Niech to będzie sezon odbudowy dla Sandersa. Całkiem niedawno pisałem o tym, jak ważny jest powrót Larry’ego do grania na swoim najwyższym poziomie, dlatego nie będę się powtarzał. Zainteresowanych zapraszam do lektury.

5. Granie młodymi

Bucks nie muszą (i nie będą) od razu wygrywać. Oczekuję jednak tego, że znowu będę wstawał w środku nocy na ich mecze pełen podniecenia, bo zobaczę kawał radosnej i dobrej koszykówki. Ostatnimi laty oglądanie basketa Bucks było dla mnie trochę jak przymusowe pójście do pracy w niedzielę po kawalerskim kolegi. Teraz, po całym wakacyjnym i październikowym hypie, nie ma już odwrotu. To będzie TA drużyna Bucks, albo czeka nas kolejny wyjątkowo bolesny bust.

Bucks mają kolejnego znaczącego inwe$$$tora.

nbamoneyJak podaje bizjournal.com, wczoraj odbyło się pierwsze oficjalne przedstawienie trzeciego po Larsym i Edensie współwłaściciela Bucks. Jest nim Jamie Dinan, który podobnie jak Lasry i Edens, zajmuje się zarządzaniem funduszami hedgingowymi w Nowym Jorku. Dinan wykupił swoją część Bucks już w lipcu, potem w połowie września pojawiał się często na spotkaniach ze sponsorami. Nie wiadomo ile kosztowało go wykupienie udziałów, ale portal podaje, że stał się trzecim największym udziałowcem w klubie.

55-latek jest kolejną osobą, która będzie miała z czego wykładać pieniądze. Dinan w 2013 roku został wyceniony przez Forbesa na 1,6 miliarda dolarów, a na co dzień zarządza aktywami wartymi około 25 miliardów. Co ciekawe, w wywiadach często podkreśla, że zarządzane przez niego fundusze dają średnio 20-30% zysków rocznie. Pomija jednak fakt, że dwa lata przed krachem w 2008 roku (który o mało nie przyczynił się do stracenia wszystkich aktywów) fundusze regularnie traciły na wartości.

Bucks dodatkowo przedstawili grupę nowych, lokalnych inwestorów z Milwaukee, wliczając w to najprawdopodobniej największą grupę czarnoskórych inwestorów w historii NBA (takie rzeczy i statystyki możliwe są tylko za oceanem. Ich udziały pewnie mieszczą się w 5%, ale w trzech różnych źródłach przeczytałem, że staniowią „najliczniejszy kolektyw prominentnych, afro-amerykańskich przedsiębiorców z Milwaukee”. Uwielbiam coś takiego, Stanisław Anioł byłby dumny…)

Wracając do Dinana – podobno kocha Bucks od 1970 i czasów Oscara Robertsona, jest zachwycony tym, że trenerem jest Kidd i głęboko wierzy w świetlaną przyszłość Bucks. A ja głęboko wierzę w to, że kupieni po zaniżonej cenie Bucks za parę lat staną ię fantastycznym powodem do zarobienia grubych milionów. I to liczonych w setkach milionów. Kilka podobnych przykładów:

1. Grousbeck kupił Celtics w 2003 roku za 360 milionów. Teraz są warci około 730 milionów.

2. Jordan kupił Bobcats za 175 milionów. Obecna wartość: 315 milionów.

3. Reinsdorf w 1985 kupił Bulls za 16 milionów (szesnaście!). Obecna wartość: 800 milionów.

4. Cuban w 2000 dał 280 milionów za Mavs. Obecna wartość: 685 milionów.

5. Hebbert Simon kupił Pacers w 1983 za 10 milionów (dziesięć!). Obecna wartość: 383 miliony.

Czy muszę podawać więcej przykładów? Mając pieniądze, głowę na karku i doświadczenie w zarządzaniu, na posiadaniu klubu NBA naprawdę ciężko jest utopić pieniądze (wiem z autopsji, bo w Championship Managerze zawsze byłem multimiliarderem).

Nawet, jeśli mówimy o klubie ze środka kukurydzianego pola, gdzie główne role odgrywają (1) debiutant, (2) grecki mutant, który alkohol legalnie będzie mógł kupić za dwa lata, (3) jarający trawę, jednoręki bokser bez oka i (4) trener, który po rozbiciu samochodu po pijaku poszedł po kolejne pół litra, żeby świętować fakt, że żyje, po czym wrócił do domu i w euforii dał żonie na rocznicę  ślubu dwa proste w oko, sierpa w ucho i uppercuta na deser.

James Dinan. Wes Edens. Marc Lasry. Wiedzą co robić, żeby zarobić.

Nie zdziw się, jak w trzy lata po wybudowaniu nowej hali i kilku latach przeciętnych sukcesów (czyli na przykład dwóch regularnych awansów do playoffów), Bucks pójdą w inne ręce za grubo ponad 800 milionów. Być może nawet do Seattle.


Przeczytaj koniecznie:

nbamoney 1. Jak o 3 nad ranem sprzedawałem Bucks

2. Kim są Edens i Lasry i dlaczego ma cię to obchodzić

3. Jak ostatecznie zabezpieczyć przyszłość Bucks w Milwaukee

Larry Sanders musi wrócić!

Przed Sandersem cholernie ważny sezon. Kiedy dwa lata temu podpisał nowy kontrakt na 44 miliony, zwołał konferencję prasową, na której potwierdził swoją pełną gotowość do bycia liderem Bucks i twarzą całej organizacji, wszyscy liczyliśmy na zupełnie inny rozwój sytuacji.

Nie miało być bijatyki w klubie tuż po pierszym meczu w sezonu, w którym połamał sobie kciuka.

Nie miało być przyjmowania łokcia Hardena na oko, co skończyło się z potworną kontuzją oczodołu.

Nie miało być tylko 23 nijakich meczów w sezonie.

Nie miało też być bijatyki w szatni po jednym z meczów Bucks.

Ani zawieszenia pod koniec sezonu po jaraniu trawy.

Jednym słowem, nie miało być sezonu, który zniwelował wszystko, nad czym Sanders tak ciężko pracował przez pierwsze sezony w NBA.

Teraz, podobno, wszystko się zmieni.

„I wouldn’t say rebuild, I’d say more just pushing through and learning from things that have happened. You learn from different situations on the court and off the court, and it’s all about growth. Nothing grows without pain; nothing grows without struggle. You just have to pick apart the lessons within the struggle.”

Dobrze, że Larry potrafi i, przede wszystkim, chce wyciągnąć wnioski z błędów, które popełnił, bo nie wiem czy Bucks zdecydowaliby się na pozostawienie go siedzącego na ławce przez większość kolejnego sezonu w momencie, kiedy drużyna znowu wygrywa 15 meczów. Już w zeszłym roku zaczęto mówić (i nie ukrywam, że sam momentami się do tego grona dołączałem) o tym, czy Bucks powinni oddać Sandersa, jednak w obecnej sytuacji, przy zapewnieniach Larry’ego, że wszystko będzie inaczej, byłaby to głupota.

Zdrowy Sanders (czytaj: w formie) to najlepszy obrońca pod koszami (sorry Howard). I jak przyznaje Kidd, Sanders przepracował lato na tyle solidnie, żeby już niedługo wszystkim o tym przypomnieć:

„He’s done everything we’ve asked of him this summer, here’s no perfect person, no perfect player. When you go through something, you learn from it. We’ve all been in a position where we made mistakes, we learned from them and we pushed forward.”

Kto, jak kto, ale Kidd wie o czym mówi. Mało kto popełniał tak wiele błędów i robił tak dużo durnych rzeczy w czasie swojej zawodowej kariery i wychodził potem na prostą.

Czy Larry, przed którym sezon oczyszczenia, będzie mógł za parę miesięcy spojrzeć w lustro i z uśmiechem satysfakcji na twarzy przyznać sobie ekstra kudosy (blunty?) za świetnie wykonaną robotę? Trzymam za to kciuki, bo bez niego pod koszami, nie możemy liczyć na szybką odbudowę. Bucks są w dziwnym miejscu, bo po raz pierwszy od lat, wzbudzają chociaż minimalne zainteresowanie w NBA. Giannis z Parkerem zrobili taki szum wokół drużyny z Milwaukee, że Sanders, Henson i spółka musza jak najszybciej wskoczyć na bandwagon i dopasować się do poziomu naszych dwóch medialnych liderów.

Dlatego Larry, czas na ciebie. Wszystko poniżej 15 pkt / 11 zb i 3 bl na koniec sezonu będzie dla mnie rozczarowaniem.

Pamiętacie to?

cytaty za foxsports.com


Przeczytaj koniecznie:

sandersink1. Wymieniać Sandersa, nie wymieniać Sandersa?

2. Sanders przeniósł swoje talenty do Jeziora Tarnobrzeg..

3. Dlaczego MUSISZ się cieszyć z tego, że Sanders zostaje w Bucks na lata?

Dlaczego zawodników, którzy żądają MNIEJSZYCH wypłat opętał diabeł? @michal_ko

nbamoney

Zanim zacznę odnosić się do kilku ciekawych tematów, które wczoraj nie dały mi spać, muszę napisać, że nie boję się komentarzy pod tytulem: „jesteś hipokrytą”. Owszem, mam swoje wartości i zasady związane z pieniędzmi, których sztywno trzymam się całe dorosłe życie. Jednak, pomimo tego, co przeczytacie, wątpię, żebym sam kiedyś zdecydował się na mniejsze wynagrodzenie, niż ktoś by mi oferował. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do zawodników NBA którzy decydują się na ten krok, ja kasy nie mam.

W świetle wszechobecnego przepłacania zawodników, odwrócony trend „obniżek” jest dla mnie odświeżeniem nieczystego powietrza, które się nagromadziło od czasów 33 baniek rocznie Jordana czy gargantuicznego kontraktu Garnetta niedługo potem. Michale, mam do Ciebie zasadnicze pytanie – w czym przeszkadza Ci to, że zawodnik X (nazwijmy go umownie Dirk) będzie zarabiał 8 milionów rocznie, będąc jednocześnie franchise playerem i opcją numer jeden w drużynie na następny sezon, a w tym samym czasie zawodnik Y (załóżmy, że jakiś tam Chandler) dostanie dwa razy więcej, będąc jednocześnie co najwyżej trzecią opcją w drużynie?

Dlaczego zawodnik, który spędził całą karierę w jednym klubie nie może zażądać obniżki wynagrodzenia dla dobra klubu, skoro i tak już się sowicie dorobił w swoim życiu? W między czasie piszesz o wycofaniu się z koncepcji salary cap, która jakby nie patrzeć uratowała NBA od pewnej przepaści (w którą w błyskawicznym tempie zmierza piłka nożna)? Czy jest jakakolwiek alternatywa na obliczanie systemu płac?

Tak jak Ci pisałem na twitterze, jestem za tym, żeby zawodnicy starsi, wolniejsi i powiedzmy brzydko, w trendzie silnie spadkowym zarabiali mniej i mniej kasy. Pomijam póki co aspekt zasług dla klubu (które są większe, niż jakiekolwiek pieniądze. Wie o tym każdy, kto grał w Championship Managera i nie relegował do rezerw 40-letniego Giggsa za piłkarski PER na poziomie Sebastiana Mili, tylko trzymał go dalej na ławce i nabijał liczbę występów wstawiając go do meczu w 89 minucie meczu…)

 

Nie ulega wątpiwości, że żyjemy w czasach, gdzie pieniądze są jedynym wyznacznikiem naszych wyników i zasług dla pracodawcy. Nie mniej jakikolwiek przebłysk „normalności”, tj. zdania sobie sprawy, że zgoda na wielki kontrakt w przypadku zawodnika +35lat jest nonsensem, odbieram jako coś, co dodatkowo zwiększa liczbę czapek, które ściągnę z głowy po zakończeniu kariery przez Dirka. Powtórzę to jeszcze raz: zarówno Parsons jak i Peković, Michael Redd, John Salmons i inni nie załużyli na swoje wysokie kontrakty, tak samo bleknące gwiazdy (z top25 ligi czy nie) nie powinny dostawać takich pieniędzy, jakie Kupchak daje Bryantowi chociażby. I z dwóch chorych sytuacji, zdecydowanie wolę tą drugą.

Rozumiem Twoje zatroskanie stanem finansowym ligi, też martwię się tym, co stanie się z salary po podpisaniu nowej umowy telewizyjnej i wynegocjowania nowego CBA. Boję bardzo, że pompując sztucznie zarobki i dążąc do ciągłych podwyżek (co się tyczy każdej dziedziny życia, nie tylko NBA), prędzej czy później trafimy w punkt, że wszystko przysłowiowy ch** strzeli.

Gdybym był koszykarzem, który spędził całą karierę w Bucks i w tym czasie dorobił się kilkunastu milionów, nie wiem, jak bym się zachował u schyłku mojej kariery.Wątpię jednak, żebym zrobił to, co Dirk i zgodził się na zmniejszenie swojego wynagrodzenia, bo w dużej mierze się z Tobą zgadzam. Nie wiem tylko dlaczego doszukujesz się czegoś złego w sytuacji, kiedy zawodnik sam wychodzi z inicjatywą zmniejszenia wynagrodzenia w celu uszczuplenia salary. Nie boję się, że stanie się to nowym trendem, który doprowadzi do budowania super-drużyn, bo prędzej czy później znajdzie się taki Kobe, który zacznie Ci szeptać romantyczne italianizmy do ucha, że zasługujesz na więcej, że powinieneś chcieć więcej i jak coś to weź im powiedz, że w razie czego możesz nawet grać na Marsie, pod warunkiem, że dostaniesz w pełni zasłużoną 100% podwyżkę, plus oczywiście dodatkowa gratyfikacja byłaby mile widziana, szefie. 

Ja się cieszę, autentycznie cieszę z tego, że Wade jest wierny swoim barwom. Że Dirk i Tim zostali w Teksasie na dobre. Nieco to romantyczne (i żałosne jednocześnie), ale w moim zniszczonym przez wieczny popęd za konsupcjonizmem umyśle nawet jednorazowe przejawy wartości większych niż moc $$$ jest czymś, co zasługuje na dodatkowe uznanie, a nie na pretekst, do szukania dziury w całym. (Dodatkowo, jeśli mój wieloletni pracownik przychodzi do mnie z tekstem: „szefie, widzę, że jest kiepsko, spędziłem tu całe życie, zawdzięczam ci więcej, niż to sobie możesz wyobrazić, teraz czas, żebym ci się odpłacił. Nie chce podwyżki, wiem, że na nią zasługuję. Dalej jestem twoją opcją numer jeden w drużynie i właśnie dlatego, że jest to moja drużyna, chcę wziąć za nią odpowiedzialność. To moje ostatnie lata w lidze i nie chcę ich spędzić wracając na przedwczesne wakacje bez playoffów. Daj mi osiem baniek. Ja nie zbiednieję, a ty może dokupisz jeszcze jakieś drewno pod kosz, żeby powalczyć w pierwszej rundzie z Rockets. Co ty na to?” to nie będę patrzył na niego jak na wariata, tylko uścisnę jego dłoń i dodatkowo zapytam, co robi w piątek wieczorem, bo moja córka robi 18 w klubie go-go.)

Obawiam się, że jest to jedna z niekończących się dyskusji, coś jak rozmowa o religii czy polityce, kiedy dwie strony mają odmienne zdanie i jedna próbuje przekonać drugą do swoich wartości. Zgadzam się z Tobą w wielu miejscach, nie potrafię jednak doszukać się tego newralgicznego punktu, który powoduje, że mamy jednak odmienne zdanie na temat wynagrodzeń dla seniorów.

Mam w domu zamrażarkę, Ty masz w sklepie wódkę. Zróbmy z nich dobry użytek. 😉

 

Harcin Marasimowicz wróży śmierć NBA!

nuclear blast

Spotkałem kiedyś LeBrona, w czasach jak jeszcze pisałem dla Miami Herald. Gorące biuro na czwartym piętrze charakterystycznego biurowca z fasadą piaskowca było moim domem w czasie, gdy w pogoni za marzeniami pracowałem po 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Wyjechałem do Stanów wiedząc, że mój amerykański sen spełni się od nie od razu, ale jednocześnie nigdy nie spuszczałem z oczu mojego celu. Celem tym było spenetrowanie ligi od środka, dotarcie do samego źródła wąskiej grupy zawodników, którzy manipulują głosowaniem w wyborach na NBAPA, którzy potajemnie układają kolejność piłek na wyborach w drafcie, którzy trzymają w rękach nawet managerów swoich klubów. Dopóki władzę dzierży obecna grupa zawodników, dopóty NBA nie będzie niczym innym jak tylko skorumpowaną bandą złodziei, bandytów i przestępców, którzy grają dla pieniędzy, sędziują dla pieniędzy i kupują drużyny po to, żeby, – O ZGROZO – zarabiać pieniądze.

Wszystko się skończy za dwa lata z takim pierdolnięciem, o jakim jeszcze nikt z was nie słyszał.

Nazywam się Harcin Marasimowicz, a mój zawód, to sportowy dziennikarz śledczy.

Nie ma nic gorszego, niż wiara, że to, co kochasz, jest czyste i uczciwe. To, że kocham ten sport od 7 roku życia wcale nie znaczy, że liczę na jego transparentność. Wręcz przeciwnie – jestem przekonany, że ligą rządzi podziemny krąg odpowiedzialny za wymyślanie przewrotnych scenariuszy. Rozmowa z moim źródłem (którego tożsamości podać nie mogę dla jego bezpieczeństwa, ale które jest bezpośrednio związane z żoną matki zawodnika, który kiedyś miał znajomego, który oglądał podobno mecze z udziałem Lebrona na telewizorze sąsiada) utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu.

Mówiłeś niedawno, że liga chce OKC i duelu James-Durant w finałach? Myliłeś się.

Myślałeś, że to sędziowie wydrukowali mecz? Byłeś w błędzie.

Wszystkiemu winien jest Lebron James – król, który w Miami miał zdobyć wszystkie pierścienie, żeby władać pozostałymi niziołkami z zielonych dolin karłowatości. Nie udało mu się, ale mimo to jest głównym dowodzącym NBA, przy którym Silver jest tak nieistotny, że równie dobrze mógłby prowadzić losowanie draftu z tableta jak prof. Gliński.

Moje źródła podają, że Lebron już przychodząc do NBA miał rozpisany w głowie scenariusz, który teraz nam się tworzy przed oczami. Wiem od ludzi bezpośrednio związanych z ligą, że zawodnicy już przy podpisywaniu umowy debiutanckiej wiedzą dokładnie, kiedy się wyoptować, kiedy testować FA, a kiedy podpisywać wieloletnie umowy. Wszystko po to, żeby ich umowy życia przypadały w momencie największego prosperity ligi. Dlatego James wiedział doskonale, żeby decydując się na powrót do domu podpisać dwuletnią umowę (z możliwością wyoptowania się po roku), akurat wtedy, kiedy na 2016 przypada MASYWNY wysyp zawodników na FA (Durant, Howard, Noah, może nawet Bryant jak dożyje). Dodatkowo, po przyszłym sezonie wygasa 8-letnia umowa telewizyjna z NBA oraz, rok później, niedawno podpisane CBA. Opcji jest wiele, ale ta najbardziej prawdopodobna pozwoli pewnie podpisać kosmiczną umowę za sprzedaż praw TV (kiedy w 2007 podpisywaną obecnie obowiązującą umowę była 20% wyższa niż poprzednia), a ta z kolei pociągnie za sobą wzrost salary cap. 10%? 15%? Może nawet w okolicach 20%.

Dla Lebrona to świetna opcja. Mimo, że mówi o obiecuje zostanie w Cavs do końca kariery, nie można tego brać za pewnik. Pokusa stworzenia super drużyny z Durantem (bo z Bryantem i tak nikt nie chce grać, plus w 2016 będzia miał 39 lat i jedynie Knicks będa w stanie dać mu kontrakt większy niż 15 milionów na 6 lat…) może być zbyt wielka, a aktywna potrzebne do ściągnięca KD do Cleveland zbyt małe.

Co wtedy zrobi James?

Czy uważasz, że dalej będzie ze szklącymi oczami przekonywać opinię publiczną o jego bolącym sercu, co noc wykrzykującym krwawe passusy w kierunku rozpaczającego domu w Akron?

Czy sądzisz, że skaże się na koszykarski czyściec bez możliwości zdobycia mistrzostwa tylko po to, aby codziennie rano słyszeć śpiew sąsiada zza okna „Morning’s heree!”

Jest wiele pytań, których nawet boję się zadać, ale które na pewno padną w mojej następnego książce, do której zakupu gorąco zapraszam.

James gra w Cavs. Uwierz w spisek. I nie czytaj komentarza Wade’a na temat decyzji Lebrona. Jeszcze pomoże ci ją zrozumieć i uszanować.

NBA umiera. Pozostały jej dwa lata życia. Deal with it, jak to mówią moi koledzy dziennikarze z Miami.

Z koszykarskimi pozdrowieniami zza oceanu pisał,
Harcin Marasimowicz.

LeBron jedną nogą w Cavs?

Zawsze zastanawiałem się nad tym, jak to jest być fanem koszykówki, oglądać NBA, ale nie mieć swojego ulubionego klubu i zamiast tego kibicować tylko konkretnemu zawodnikowi. Parę razy spotkałem się z tym podejściem rozmawiając ze znajomymi i nie mogłem się nadziwić, jak coś takiego działa w praktyce. Pomińmy fakt, jak absurdalne byłoby w takim momencie śledzenie kariery Mo Williamsa chociażby i zamiast tego połączmy się w martyrologii z tymi, którzy z sezonu na sezon stali się oddanymi, wiernymi i największymi kibicami Heat. Tymi, dla których nie istniał Haslem i dla których to nie Wade był twarzą drużyny, a James. Bo to, co się teraz dzieje z kolejną „The Decision” Jamesa na pewno musi was zżerać od środka.

Jakkolwiek nie byłbym podekscytowany oglądając Jamesa, Wigginsa i Irvinga w jednym zespole, tak świadomość kolejnego medialnego szumu wokół LeBrona powoli zaczyna mi wychodzić uszami. Decyzja o ewentualnym przenosinach talentów na pewno została już podjęta, teraz pozostają nam trzy dni eskalowania napięcia przez dziennikarzy, blogerów (robię hop! hop! na bandwagon) i znajomych gwałcących moje uszy przez telefon parę razy dziennie. Wojnarowski i jego źródła dodatkowo nie pomagają, bo przyzwyczajony jestem do tego, że co Adrian napisze, za parę dni zamieni się w żółty pasek na tvn24. A wg tego, co Adrian pisze, James jest w tej chwili bliżej powrótu do Cavs.

Dlaczego nie byłby to dla mnie wymarzony powrót? Bo po prostu nie widzę Jamesa wracającego do punktu wyjścia i grającego z uśmiechem dla Gilberta. Po tym, jak skończyła się ich współpraca, kolejne wejście w tą samą rzekę byłoby dla mnie objawem wielkiej hipokryzji Jamesa, który nota bene ustawiając kolejny deadline trzech dni na spotkanie z Heat i ogłoszenie decyzji, po raz kolejny udowadnia, że medialnie trzyma tę ligę w garści i dyktuje warunki (James, nie Gilbert). W świetle Bosha odchodzącego do Rockets, Wade’a liczącego na przeszczep kolan i Allena kończącego karierę, Heat nie są w tej chwili atrakcyjnym miejscem dla Jamesa. Tylko dlaczego znowu muszą być szopki, dramaty i przeciągające się dniami (tygodniami – Melo, miesiącami – Love) negocjacje, spekulacje i castingi drużyn?

Tak na marginesie, po jaką cholerę Melo jeździł po Chicago i Lakers, żeby oglądać drużyny? Organizowanie castingu, żeby zawodnik mógł na własne oczy przekonać się, jak bardzo chcemy go ściągnąć do siebie? Do jasnej ciasnej, przecież on dostanie swoje 19+ milionów za rok grania w naszyh koszulkach, jak mu się to nie podoba, to niech, z przeproszeniem, idzie tyć w inne miejsce, a my znajdziemy kogoś w jego miejsce, jak nie teraz, to w niedalekiej przyszłości. 

* tu miały być jeszcze dwa akapity odnośnie Jamesa w Cavs, ale niepodziewanie (chyba z nadmiaru emocji) obudził się daveknot jr. *

Kolejny news, po którym moje emocje eskalowały zbyt szybko. Ale z roku na rok, co wakacje, FA transformuje się z mojego ulubionego momentu w sezonie w wielkie znaki zapytania, które zamiast zmuszać do błyskawicznego szukania odpowiedzi, zamieniają się w kolejne pytania. Steve Novak przechodzi do Utah – jeden news z podaniem faktów. Twitter milczy, zero emocji. Znowu dochodzi do tego, że żeby nachwilę zapomnieć o zawirowaniach związanych z podpisywaniem nowych umów najlepiej jest przestać marudzić (obiecuję) i zablokować na jakiś czas dostęp do twittera. Sprawdzanie ruchów transferowych raz dziennie (zamiast live) jest chyba dla mnie jedyną receptą na to, żeby nie wstawać z samego rana, widzieć w każdym serwisie twarz Jamesa z tytułem: „LeBron jedną noga w Cavs?” Sam się sobą brzydzę.

Jak to jest z tym MVP?

Wczoraj wieczorem John Hollinger kompletnie zepsuł mi humor. Musiał napisać artykuł, w którym całkowicie skrytykował kandydaturę Rose’a na MVP, czym zepsuł mi zarówno wieczorny relaks z książką jak i dzisiejsze poranne bieganie. Im bardziej myślałem o tym, jak mocno się z nim nie zgadzam, tym mniej argumentów przychodziło mi do głowy. Aż w końcu zdecydowałem się odpuścić i wrzucić nieco otwarty temat na bloga.

Hollinger przewiduje, że wybranie Rose’a MVP będzie powtórzeniem tego samego błędu 5 raz w ciągu ostatnich 11 lat. Tym błędem rzekomo jest wybieranie zawodnika, wokół którego jest największy szum, zamiast zawodnika, który tak naprawdę jest niezastąpiony w swojej drużynie (vide Iverson w 2001, Nash w 2005 i 2006, czy drugie miejsce Kidda w 2002). Argumentów na poparcie swojej tezy ma wiele, ale większość z nich niestety kompletnie do mnie nie przemawia.

[czytaj dalej]

Karma wcale nie jest s**ą… LeBron jest.

Nie zrozumcie mnie źle, wcale tak nie uważam. Wręcz przeciwnie – jestem Jamesowi cholernie wdzięczny, że dzięki jego decyzji, Bucks nie są najrzadziej oglądaną drużyną w lidze i w stosunku 3-2 wygrywają pod względem liczby fanów w Polsce. Trochę jednak śmieszy mnie kolejne wspólne oblewanie się błotem między Jamesem a jego byłym klubem, który potrzebuje w tej chwili wszystkiego, tylko nie jego sarkazmu i cynizmu. Fakt, Cavaliers mocno zranili jego delikatne uczucia, kiedy Dilbert zapowiedział buńczucznie, że zdobędą mistrzostwo przed nim. Ale myślę, że zawodnik tego pokroju co James, powinien wiedzieć, kiedy przestać.

[czytaj dalej]

Kilka dodatkowych uwag po meczu Polska – Portugalia

Żeby nie powielać pracy Maćka, Szczepana, Michała, Łukasza, Adama czy innych zacnych blogerów, do których pomeczowych analiz nie dotarłem, postaram się wypunktować najważniejsze uwagi.

1. Ponieważ był to pierwszy mecz reprezentacji jaki oglądałem od dłuższego czasu z dźwiękiem na telewizorze, byłem prawie że zszokowany oprawą dźwiękową oprawy wizualnej. Czy od dawna jest ten świszczący dźwięk towarzyszący wysuwaniu się ekranu ze statsami (bardzo dokładnymi i rzetelnymi z resztą) czy składami? Po raz kolejny mam wrażenie, że ludzie, którzy zajmują się przygotowaniem oprawy audio-wizualnej mają tak wiele do czynienia z transmisjami meczów na świecie jak ja z BDSMem. Niby wiem na czym polega, widziałem może ze dwa razy, ale nie śmiałbym nazwać się „niewolnikiem bólu”. Tak na marginesie, kilka razy też usłyszałem ten świszczący dźwięk w relacjach ESPN czy NBA TV, czy innego ABC, ale wtedy pojawiały się statystyki pisane drobnym maczkiem na samym dole ekranu i nie rzucały się w oczy tak, jak pełnoekranowe wykresy i tabele.

2. Ze spraw sportowych, strasznie mi się podobał w tym meczu Hrycaniuk, który chyba jako jedyny nasz podkoszowiec włożył w obronę i walkę na deskach serce i ciało. Walczył jak na niedźwiedzia przystało – polował na bloki, ale nie kosztem tanich i awaryjnych samolotów (vide Gortat czy Lampe). Solidnie zaprezentował się też przy zastawianiu i miałem wrażenie, że o wiele lepiej współpracował z rozgrywającymi niż Marcin.

3. A skoro już o Gortacie mowa, to muszę przyznać, że jestem trochę zawiedziony. Statystycznie rozegrał świetne spotkanie, ale ile to już razy przekonywaliśmy się, że cyferki w koszu nic nie znaczą. Miałem wrażenie, że Marcin jest nie tyle zgrany z resztą drużyny (o czym często mówili komentatorzy), ale że wręcz momentami zapominał, jaka jest jego rola. Cały hype i uwaga, jaka teraz go otacza spowodowały, że zacząłem trochę o nim myśleć, jak o totalnym dominatorze desek. Tytanie defensywy. Wielkim facecie, z potężnymi jajami i jeszcze większą chęcią do niszczenia przeciwników. Taki biały Moses Malone, który zbierze piłkę za wszelką cenę, nawet jakby miał cie wypchnąć tyłkiem z trumny. Marcin jest dla mnie zbyt przyjemny i za bardzo miły. Trochę jakby zapomniałem na moment, że nie gra już z dziećmi na swoim campie w Łodzi i musi teraz ściągnąć śmiech, zrobić groźną minę i puścić łokcie w ruch. Lubię twardy basket i liczę na niego w wykonaniu Marcina w kolejnych meczach.

Bo póki co Zaza zrobił mu dziurę w tyłku wielkości Disneylandu w Orlando i boję się, że każdy kolejny center będzie miał tam zapewniony bezpłatny wjazd.

4. Dardan, oj Dardan. Nigdy jeszcze nie widziałem zawodnika, który tak bardzo przypominał mi… mnie. Ta wysunięta noga przy rzucie z wyskoku. To podejście do rzutu jakby nieco z półobrotu, naskakując najpierw lewą nogą i potem dostawiając drugą. Ten płynny ruch nadgarstka i ta pewność siebie. Do tego moje największe moce – obrona na pół gwizdka i seryjne airballe (czego Dardan jeszcze nie pokazał, ale wierzę, że ma potencjał na 0/7 za trzy w jednym meczu – w tym dwa airballe). Fajnie, że Berisha jest jeszcze w miarę młody i ma czas na nabieranie doświadczenia, bo póki co ogląda mi się go jak młodego Chanasa. Ta sama wysoka pewność siebie, aktywność i energia – tyle tylko, że Dardan nie wygląda jeszcze jakby zjadł na obiad całą ławkę rezerwowych przeciwników.

5. Nie wiem, czemu wszyscy, łącznie z komentatorami, cieszyli się tak bardzo po przegranej Gruzji i prawie nikt nie założył takiej opcji, że Belgia może być po prostu o niebo lepsza i pojedzie nas w kolejnym meczu jak Bill Thornton pojechał Halle Berry w Monster Ballu. Zeby tego było mało, naprawdę jestem tak niepewny tej reprezentacji, że każdy kolejny mecz będę traktował jak najważniejszy, co powoli staje się naszą sportową tradycją narodową.

I hate this game!

Nienawidzę tego momentu, kiedy większość ruchów transferowych już cichnie, kiedy kończą się mecze ligi letniej i kiedy następuje ten cholernie nudny okres czytania i słuchania praktycznie tych samych informacji w kółko. Wakacyjna aura i nadmiar wolnego czasu spowodowały też wyjątkowe skumulowanie czasu spędzanego poza domem i z dala od komputera (w życiu bym nie pomyślał, że wytrzymam +3 dni bez facebooka czy twittera). Od niespełna miesiąca moim najlepszym przyjacielem jest LeBill Simmons i jego „Book of Basketball”, którą z jednej strony przeczytałoby się w kilka dni, a z drugiej wielka szkoda połykać wszystko za jednym razem… Nagle, po zakończeniu sezonu nie chce się też kontynuować dynastii w NBA 2k10, która dodatkowo po wyjawieniu informacji  o kolejnej części, stała się nagle potwornie nudna i przestarzała.

Z drugiej jednak strony, takie chwilowe odejście od życia basketem spowodowało, że głód zbliżającego się sezonu jest większy niż kiedykolwiek. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy podniecałem się potwornie ogórami przynoszącymi wiadomości, że do Śląska trafi Fietisov i Einikis. Pamiętam do dziś, że całe wakacje przed tamtym sezonem miałem kompletnie spieprzone – wszystko przez to, że z każdej strony dochodziły kolejne głosy o tym, jak wiele Śląsk wygra i jak genialny będzie miał skład. Z sezonem NBA, takie uczucie kompletnego niedoczekania (jest takie słowo?) trafia mnie właśnie po raz pierwszy od oczekiwania na pełny sezon po lock-oucie.

Tak, podniecam się Bucks nawet bardziej niż wtedy, kiedy dowiedziałem się, że Cher i Celine Dion miały niejedną erotyczną sesję zdjęciową. Kiedy przez rokiem zakładałem, że wygramy przy dobrych wiatrach 30-35 meczów, nie byłem zbytnio zmotywowany. Teraz, oczywiście huraptymistycznie, liczę na 45-50 wygranych, co oczywiście skończy się tak, jak zawsze kończą się rzeczy, na które liczymy – totalną klapą (co pewnie potwierdziliby fani LeBrona w Cavs. Cała szóstka.) Ale jak sobie wyliczę:

  • Jennings ma papiery na bycie kolejnym małym wypierdkiem, który psuje życie większym i lepiej zbudowanym obrońcom. Jak tylko mu nie odbije, to za rok znowu spodziewam się od niego naprawdę solidnego grania.
  • Bogut, zakładając że się nie połamie, stanowi więcej niż solidną podporę pod koszem.
  • Mając do tego Iliasovę, Delfino i Salmonsa oraz uzupełniając ich garstką bezdomnych i kalekich weteranów wojennych, Bucks zdołali wygrać 46 meczów i nieźle postraszyć Atlantę w pierwszej rundzie. A po dodaniu Goodena, Maggettego, Douglasa Robertsa, Sandersa, Brockmana i Doolinga oraz po zatrzymaniu na bardzo rozsądnych warunkach Salmonsa, może dalej nie wyglądamy na papierze tak dobrze, jak Tractor Traylor wyglądałby na LeBronie, ale przynajmniej jesteśmy o wiele lepiej uzbrojeni, niż przed poprzednim sezonem (na marginesie, wizja Tractora Traylora na LeBronie nie jest jeszcze tak tragiczna jak wizja Popeye’a Jonesa i Joahima Noah trzymających się za ręce na promenadzie w Międzyzdrojach.)

Całkiem szczerze, gdyby nie brać pod uwagę ruchów transferowych Miami, czy oprócz Bulls i Bucks można powiedzieć, że ktoś naprawdę przemyślał sprawę i wykonał kawał dobrej roboty? Niby Lakersi nie zrobili żadnego spektakularnego transferu, ale udało im się dodatkowo mocno zabezpieczyć głębię składu. Jak tylko Jefferson nauczy się teorii pick’n’rolli, to Utah też utrzyma poziom. Ale top 3 wszystkich zabiegów w offseason to dla mnie:

1. Heat,
2. Bucks,
3. Bulls.

Byki na trzecim miejscu, bo jakby nie patrzeć ich głównym kąskiem miał być ktoś inny niż Boozer, Brewer czy Korver.

I tu dochodzimy w końcu do sedna sprawy. Nienawidzę tej gry, bo ni z tego ni z owego rywalizacja na wschodzie zrobiła się potwornie zażarta. Nie wierzę (nie chcę uwierzyć?) w natychmiastową i wieloletnią dominację Heat. Cały czas liczę jednak na to, że to jednak przemyślana, drużynowa koszykówka będzie na topie (a jak będę się mylił i Miami jednak zdominuje ligę na kilka najbliższych lat, to będę w końcu wiedział jak muszą się czuć wszyscy kibice Anwilu Włocławek, którzy musieli przeżyć najpierw dominację Śląska, a teraz Prokomu).

Nie mogę się już doczekać sezonu, bo po raz pierwszy chyba zachód nie będzie się dla mnie liczył. Bo nudno. Bo drętwo. (tylko nie po twarzy!) Usiądźcie w wolnej chwili i rozpiszcie sobie drabinkę playoffów na wschodzie. Zróbcie pierwsze suche symulacje w głowie. Potem wróćcie do tego za dwa-trzy dni i na nowo rozpiszcie pierwsze 8 miejsc. Poszło wam równie gładko co poprzednio? W końcu może być sytuacja, że każdy mecz w sezonu zasadniczego jest na wagę złota. Każda pozycja wyżej może oznaczać uniknięcie… no właśnie kogo? Miami, Chicago, Orlando, Boston, Milwaukee, Atlanta – to pierwsza szóstka, która jak nic tragicznego się nie stanie, będzie siała postrach na wschodzie. W porównaniu z minionymi playoffami wypadły Bobki i Cavs (i na powrót tych drugich raczej nie ma co liczyć). Widzicie to już? Teoretycznie (słowo klucz całego wpisu) seria Bostonu z Miami, którą (trochę) się podniecaliśmy (albo część z nas) może wypaść już na sam początek. Albo derby Florydy w pierwszej (drugiej) rundzie. Albo (ku zaskoczeniu wszystkich) Knicksi rozprawią się w pierwszej rundzie w siedmiomeczowej historycznej batalii z Miami (albo jeszcze lepiej bym się cieszył z pojedynku Cavs-Heat). Przykładów jeszcze można by pisać wiele, ale chyba wiecie o co mi chodzi.

Gdyby się okazało, że między pierwszą a ósmą drużną na wschodzie będzie tylko 7 wygranych różnicy i wszystkie drużyny przekroczą 50 zwycięstw jak na zachodzie w minionym sezonie, byłbym w koszykarskim raju. Jak wam się podoba tabela:

1. Miami – 57
2. Bucks – 55
3. Altanta – 54
4. Boston – 53
5. Bulls – 53
6. Magic – 50
7. xxx – 50
8. xxx – 50

Dla mnie bomba! Szkoda tylko, że jeszcze tak długo trzeba czekać!

Iverson grał tylko dla siebie

Wiele mówi się ostatnio o zakończeniu kariery przez Iversona, pojawiły się już liczne głosy niedowierzania z jednej strony, a z drugiej słychać lekki smutek i żal, że tak wielka persona opuszcza parkiety. Osobiście nie wierzę, że Allen już się skończył i dopóki nie będzie oficjalnego wystąpienia w Philly, gdzie ogłosi swoją decyzję światu, dalej będę uważał, że niedługo znowu go gdzieś zobaczymy. Dlaczego? Bo tak egoistyczny zawodnik jakim jest Iverson zrobi wszystko, aby świat o nim jeszcze nie zapomniał. Ten krótki komentarz jego niedawnej decyzji będzie zdecydowanie pod prąd wszechobecnych głosów, tak więc z góry spodziewam się kilku nieprzychylnych komentarzy.

Czytaj dalej Iverson grał tylko dla siebie

19. Hustle and bustle

hustleandbustleDzisiaj wyjątkowo w sobotę, bo jutro czeka mnie dużo innego i mniej ciekawego pisania. Doszukałem się też kilku innych źródeł koszykarskich ciekawostek, dlatego dzisiaj nieco więcej informacji niż tydzień temu. Enjoy!

1. Zawodnicy Utah Jazz bardzo profesjonalnie potraktowali Halloween. Na zdjęciu widać kolejno: Korver – Zach Morris, CJ – Kanye, Ronnie P – Taylor Swift, Wes Matthews – Hancock, Fess – Beetle Juice, Kosta – Harry Potter, Maynor – Batman, Ronnie B – Wolf, Millsap – T-Pain, Deron – Bob from Martin. Pozostałe zdjęcia z sesji można zobaczyć tutaj, tutaj i tutaj.

2. Dobra wiadomość dla wszystkich chcących wybrać się na jakiś mecz za oceanem. W zeszłym tygodniu poinformowano, że średnia cena biletów na mecze NBA spadła o 2,8%, do 48,90 dolarów. Jest to o tyle dziwna sytuacja, bo w 2009 roku wzrosły ceny biletów na NHL o 0,1%, na NFL o 3,9%, a na MLB o 5%. Zmienił się też koszt jednorodzinnego (czteroosobowego) wypadu na mecz (w cenie wliczone są dwa piwa, cztery napoje bezalkoholowe, cztery hot dogi, dwa programy meczowe i dwie czapki oraz koszt parkingu) – cena spadła o 1,4% do niespełna 290 dolarów!

Czytaj dalej 19. Hustle and bustle