Ranking bucks.pl: #8 D-kropka J-kropka Wilson

Nasz 17 numer w zeszłorocznym drafcie rozpoczyna tę część rankingu, w której widzimy już zawodników mających istotny wpływ na wyniki drużyny. Oglądałem dwa mecze Bucks w Lidze Letniej i kilka rzeczy w grze DJa rzuciło się od razu w oczy:

  1. Nie jest to póki co gracz, który będzie wchodził po kosz i finezyjnie kończył akcję po up-and-under, albo wymuszał łatwe punkty po osobistych (w Ann Arbor trafiał co prawda wolne z 87%, ale oddał tylko 60 rzutów). Pod względem wagi i masy mięśniowej, jest na tym samym poziomie co Thon Maker (który, na marginesie, wpiernicza teraz każdego dnia 5-6 posiłków. Pełnych, jednodaniowych posiłków, a nie naszego krajowego, nisko kalorycznego śniadania, banana, obiadu, deseru, kolacji i 3 piw przed snem) i dopóki nie nabierze więcej ciała, to będzie miał ten sam problem pod koszem co John Henson.
  2. Jego siłą na pewno będzie rzut z dystansu (mimo jedynie 38% za trzy podczas Ligi Letniej), rozciąganie ofensywy i to, w czym Kozły czują się najlepiej – w grze z kontry. Jest to też kolejny zawodnik, któremu nie można przypisać jednej pozycji na parkiecie. Ta uniwersalność i możliwość zmienienia z ławki praktycznie każdej pozycji od SG po PF to wielki plus.

W przyszłości widzę Wilsona jako solidnego skrzydłowego, który pewnie podpisze z Bucks swój pierwszy-po-rookie kontrakt, ale będzie głównie 20-25 minutowym rezerwowym. Taka myśl na rano: mieć taką karierę jak np. Caron Butler – plus czy minus? Dla mnie olbrzymi pozytyw i gdyby za 15 lat okazało się, że Wilson skończył podobnie, byłoby to naprawdę duże osiągnięcie. Oby tylko nie skończył tak, jak nasz ostatni 17 wybór w drafcie – Rashad Vaughn

BTW, słuchałeś już nowy album Setha Macfarlane’a ‚In Full Swing’ ? Fantastyczna sprawa. Polecam!

Ranking bucks.pl: #9 Jason Terry

O Terrym pisałem zaraz po tym, jak podpisał kontrakt na kolejny rok:

Jaram się i to mocno. Możesz się śmiać, albo nie do końca w to wierzyć, ale Jet był na pierwszy miejscu na mojej prywatnej liście muszą-do-nas-wrócić-po-wakacjach. Nawet jeśli nie jako zawodnik, to koniecznie jako asystent trenera. Albo chociaż gość od ręczników. Cokolwiek. Byle jeszcze nie odchodził. Ku mojej uciesze, parę dni temu pojawiły się pierwsze plotki mówiące o możliwym powrocie Jasona na kolejny rok, teraz w końcu doczekaliśmy się oficjalnego potwierdzenia.

40-letni Terry postanowił jeszcze przez jeden sezon dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodymi Kozłami. Jego znaczenie dla drużyny nie jest już wymierzane statystykami (rok temu 74 mecze, średnio 18 minut na mecz, 4 punkty, 1,3 asyst i 1,4 zbiórek, 43% za trzy – drugi wynik w drużynie), ale charyzmą, energią i historiami z ostatnich 18 lat kariery, opowiadanymi w szatni przed, w trakcie i po meczach. Terry jest  naturalnym przedłużeniem Kidda na parkiecie, gościem, który, trafia do głów niedoświadczonych Bucks z taką samą łatwością, z jaką Giannis kończy z górę kontrę 1-na-1. Terry jest kopalnią wiedzy. Wciąż biegającą i trafiającą trójki encyklopedią basketa. Jest ojcem, którego nigdy nie miałeś; bratem, którego zawsze chciałeś i kolegą z drużyny, który zawsze stanie po twojej stronie, nawet jeśli będzie musiał podskoczyć gościom dwa razy większym od niego. Terry jest mentorem, który zadba o odpowiedni rozwój mentalny całej szatni. Terry jest rozsądkiem, który będzie tonował łatwo podpalające się głowy naszych młodziaków.

W swoim 19 sezonie w NBA, Terry będzie zarobi 2,3 miliona i muszę przyznać, że nie są to duże pieniądze, biorąc pod uwagę wszystkie wartości i umiejętności, które ma do sprzedania reszcie drużyny.

Nie widzę potrzeby, żeby dodawać coś więcej. Taki trochę paradoks, bo cieszę się z jego obecności w klubie, ale mam nadzieję, że nie będzie zbyt wiele grał kosztem minut, chociażby Browna. To jeden z tych zawodników, którzy są na takim etapie kariery, że dają drużynie znacznie więcej, im mniej są na parkiecie. Ale nie powiem, nie mogę się doczekać garbage time’u (że o zaciętych końcówkach nie wspomnę!) w których walnie dwie szybkie trójki, rozwinie skrzydła i przeleci przez cały parkiet, rozpalając do czerwoności wszystkich kibiców na trybunach.

Ah, Jason, dobrze, że jesteś!

Gerald Green uzupełnia nasz skład na training camp.

Geriatria party w Milwaukee trwa w najlepsze. Po podpisaniu krótkich kontraktów z Kendallem Marshallem, Jamesem Youngiem i Brandonem Rushem, do składu Bucks dołączy kolejny doświadczony skrzydłowy (który świetnie wspomina swoją grę z Kiddem)- Gerald Green. Duel pomiędzy Greenem a Rushem o 15 miejsce w składzie i 10-15 minut w meczu zapowiada się bardzo ciekawie, szczególnie że oboje potrafią wejść i postraszyć trójką (mimo, że Rush będzie stał w narożniku i czekał na podanie, a Green jeszcze od czasu do czasu spróbuje wejść pod kosz).

Green w zeszłym sezonie z Celtami trafiał 35% trójek w 11 minut i w bezpośrednim zestawieniu z Rushem, wypada od lepiej w pod względem ofensywy (ORPM -1,27 vs -3,13 Greena), ale znacznie gorzej, jeśli chodzi o obronę (DRPM -1,47 vs -0,73).  Pierwsze co przychodzi mi do głowy to kolejny Michael Beasley, który ofensywnie też potrafił wziąć grę na siebie, ale w obronie bardziej przeszkadzał niż pomagał.

Po wczorajszych doniesieniach o przenosinach Melo do OKC, wschód przypomina jeden wielki żart. Bucks powinni walczyć o TOP4 w konferencji, a na wypadek gdyby Snell z Middletonem potrzebowali chwili oddechu, a Brown jednak by się nie sprawdził, lepiej na tym 15 miejscu w rostrze mieć kogoś pokroju Greena/Rusha niż GPII. Bucks kilka razy pozbyli się już przydatnych weteranów (Stack, Dudley, Thomas) i cieszy mnie to, że ktoś teraz pamięta o tym, że budowanie DNA Bucks zaczyna się już w szatni. Stąd kilku zaufanych, doświadczonych prawie-emerytów, to dobry pomysł – pod warunkiem że nie będą zabierali wielu minut debiutantom.

Ranking bucks.pl: #10 Sterling Brown

Czy jest szansa na to, że w dwa lata z rzędu uda się Kozłom trafić w dziesiątkę z wyborem zawodnika w drugiej rundzie? Nie ukrywam, że bardzo liczę na to, że po Brogdonie, w tym roku to Brown będzie zawodnikiem, który najbardziej wszystkich zaskoczy.

Sterling to materiał na naprawdę solidnego i wszechstronnego 3-D skrzydłowego (wingspan 6-9), jednak póki co jego gra na najwyższym poziomie pozostaje zagadką. Nie wiem w jaki sposób 5 meczów w Lidze Letniej przełoży się na sezon zasadniczy, ale patrząc na to, że znajduje się prawie w każdych statystykach, odnoszę wrażenie, że szybko znajdzie na siebie miejsce w rotacji. Mimo tego, że w LL trafił ledwie 38% ze swoich 42 rzutów, to dodatkowo zbierał 4 piłki na mecz, rozdawał 1.6 asyst, miał prawie 2 przechwyty i 1 blok na mecz.

Przez to, że gra brata Shannona Browna jest póki co totalną zagadką, trzymam za niego mocno kciuki i wierzę, że 46 numer w drafcie okaże się dla nas szczęśliwy. Czuję z nim to samo lekkie pieczenie w kroku, jak po wyborze w drafcie Giannisa i Makera, ale jednocześnie mam świadomość tego, że drugim SG będzie Snell, a Brown będzie walczył o dodatkowe minuty z Vaughanem.

Ranking bucks.pl: #11 Matthew Dellavedova

Kiedy Delly dołączył do Bucks rok temu, prosto po zdobyciu mistrzostwa z Cavs, liczyłem na to, że będzie dużym wzmocnieniem naszego obwodu – poprawiając nieco zarówno naszą defensywę, jak i dodając nam trochę energii po drugiej stronie parkietu. No i w sumie, jako zawodnik wart 30 milionów za trzy lata gry, spełnia swoją rolę. Albo inaczej – gra tak, jak mnie do tego przyzwyczaił i nie daje żadnych powodów do dodatkowego entuzjazmu.

Delly za szybko i za łatwo przegrał rywalizację z Brogdonem i mimo tego, że wyszedł w pierwszej piątce w 54 meczach, na parkiecie spędzał nie więcej niż 26 minut – trochę za mało jak na 10 baniek rocznie. Jak wiesz, nie jestem zwolennikiem tego, żeby wpływ na grę całego zespołu oceniać na podstawie indywidualnych statystyk, ale nie mogę się powstrzymać: jego DefRtg spadł z roku na rok ze 108 na 113,7. Podobny spadek zaliczył w OffRtg: ze 109 na 101,4. Dodatkowo, niestety nie udało mu się utrzymać 41% skuteczności za trzy z sezonu 2015/16 i zeszły zakończył z kolejnym statystycznym spadkiem: na przeciętne 36%. W świetle rozwoju Brogdona, rola Delly’ego w Kozłach będzie z roku na rok spadała. A że ma przed sobą jeszcze trzy lata kontraktu, trzeba przełknąć dumę i pogodzić się z tym, że w naszym składzie będzie kolejny (po Hensonie) zawodnik zgarniający niezłą kasę za granie po 20-25 minut (albo nawet 15-20).

Delly przez całą swoją karierę musiał mierzyć się z wyzwaniami typu: jak być szybszym? Jak lepiej rzucać? Co zrobić, żeby dopasować się do tej drużyny? Ten głos w głowie, który na okrągło mówi ci o tym, że jesteś za słaby i że non stop musisz nad sobą pracować, z jednej strony buduje charakter i samodyscyplinę, ale z drugiej strony, potrafi być destruktywny. Szanuję Delly’ego za to, że osiągnął tyle w swojej karierze i że każdego dnia dba o siebie bardziej, niż niejeden profesjonalny atleta. Kiedy rok temu kupił dom w Milwaukee, nie cieszył się najbardziej z dużego telewizora czy sali kinowej z bilardem. Najbardziej jarał się własną siłownią w piwnicy i osobnym „pokojem na regenerację”. Pod tym względem jest trochę jak Jason Terry – może nie wnosić na boisko zbyt wiele polotu i finezji, ale jeśli chodzi i świecenie przykładem i budowaniem atmosfery w szatni, to jest odpowiednim człowiekiem w odpowiednim klubie.

Sportowo jednak oczekiwałbym od niego trójek na poziomie około 40% i solidnej obrony, na jaką na pewno go momentami stać (żebyśmy nie musieli znowu oglądać Snella kryjącego pg). Wtedy na spokojnie będę mógł powiedzieć, że mamy rezerwowego rozgrywającego, który potrafi wnieść do gry więcej niż parę asyst i skuteczne przekozłowanie piłki przez całe boisko.

Ranking bucks.pl: #12 Mirza Teletovic

Gdyby nie robić rankingów pod szyldem: „najlepszy” i „najgorszy”, tylko skupić się na wszystkich unikalnych „naj” w zespole, które odpowiednio dobrane i wzajemnie się uzupełniające tworzą zgrany kolektyw godny Stanisława Anioła, miałbym jeden problem z głowy. Bo Mirza jest zawodnikiem na swój sposób wyjątkowy – jest żywym przykładem na to, że statystyki w baskecie mają niewiele wspólnego z tym, co widzimy patrząc na danego gracza.

Słuchaj tego: z jednej strony Telly zarobi w przyszłym sezonie 10 milionów (na szczęście ostatni rok trwania kontraktu), a nie jest wart nawet 1/3 tej sumy. Z drugiej, zeszły sezon zakończył z trzecim najlepszym net rating w zespole (3.4) i piątym najlepszym +/- (+74: ciekawostka, Telly spędził 43% swojego czasu na parkiecie z Giannisem i miał przy nim +69. Najwięcej grał jednak z Brogdonem i to z przy nim zanotował rekordowe +107 w całym sezonie).

Telly jest dziwny, do tego stopnia, że jego rola w obronie ogranicza się do nie wyłamywania ze schematów i nie strugania bohatera. Za słaby, żeby kryć podkoszowych, za biały i za łamliwy, żeby kryć skrzydłowych. Z kolei w ataku jego mocną siłą były zawsze trójki, dlatego nie dziwi fakt, że w poprzednim sezonie oddał ich najwięcej w karierze. Szkoda tylko, że przy najniższej, 34% skuteczności. Uwielbiam go jednak za etykę pracy i miłość do koszykówki, którą podkreśla na każdym kroku. Przeszedł w życiu więcej niż jestem sobie w stanie wyobrazić, a to dodatkowo  dodaje my +7 do punktów sympatii.

Jakby nie patrzeć, Telly jest jednym z pierwszych zawodników, których pewnie uda się upchnąć, jak tylko będą się szykowały zimowe roszady w składzie. Wygasający kontrakt jest zawsze mile widzianym aktywem i wcale bym się nie zdziwił, gdyby Mirza nie dograł do końca sezonu w Milwaukee.

Kendall Marshall dołącza do Bucks. Póki co tylko na pre-season.

OK, karuzela transferowa Bucks pędzi w szalonym tempie i co chwila mamy doniesienia o kolejnym cichym i nic nie znaczącym transferze. Kolejnym wolnym agentem (po Jamesie Youngu i Brandonie Rushu), który dołączy do nas teoretycznie tylko na moment (póki co na czas campu i pre-season) jest Kendall Marshall.

Oh Kendall, pamiętam jak biegałeś do kontr z Brandonem Knightem. Jak szastałeś trójkami na prawo i lewo, niszczyłeś przeciwników, miażdżyłeś obrony. Jak przepychałeś się masywnym tyłkiem, lawirując między zahipnotyzowanymi defensorami. Szkoda, że spektakularny sezon 2014-15 skończyłeś zerwanym ACL i musiałeś uciekać z Milwaukee. Nie będę udawał, że wiem, co się z Tobą później stało, bo nie śledziłem Twojej dalszej kariery w NBA. Ach, no tak. Przecież po kontuzji zbyt długo nie pograłeś w NBA. Ale rok temu w Reno Bighorns dawałeś podobno radę i te 15 punktów, 9 asyst i prawie 4 zbiórki na mecz są imponujące. Nie obraź się, ale ciężko jest mi Cię teraz witać z otwartymi ramionami, kiedy pierwsze pytanie jakie przychodzi mi do głowy brzmi: „czy w ogóle jeszcze nadajesz się do gry w NBA?”

Cieszyłbym się, gdybyś okazał się bardziej wartościowym ogniwem niż Payton II, zająłbyś jego 14 miejsce w składzie, podpisał dwustronny kontrakt i cielił się swoim doświadczeniem na treningach, nie odbierając jednak minut Brogdonowi, czy Brownowi.

Powodzenia.

Ściskam,
Dawid

Ranking bucks.pl: #13 Rashad Vaughn

Żeby sprawiedliwie ocenić Rashada, musisz najpierw odpalić NBA JAM.  Pobaw się przez kilka akcji, naciesz uszy głośnym „boom-shakalaka!” Potem na chwilę zaciśnij zęby i zagraj na poważnie. Wybroń trzy akcje z rzędu, po drugiej stronie boiska zalicz trzy słodko głaszczące siatkę swishe i patrz jak piłka zaczyna płonąć. Długi, czerwono-pomarańczowy welon, zajmuje w błyskawicznym tempie całą siatkę, po czym podąża za piłką. A teraz wyobraź sobie, że możesz na chwilę pożyczyć tę piłkę, jakimś cudem przemycić na mecz Kozłów i czekać, aż wpadnie w ręce Rashada (na moment możesz też zrezygnować z wizji z piłką i w jej miejsce wstawić gorącego kartofla prosto z ogniska – efekt będzie podobny).

Vauhgn jest typem zawodnika, który na parkiecie lubi być niewidoczny, unikać kontaktu z piłką i najlepiej skupiłby się tylko na bieganiu z obrony do ataku i z powrotem. Jak rok w rok oglądam Bucks od (mój boże!) 15 lat (!) , tak nie widziałem jeszcze podobnego gracza. Mam kilka teorii:
(1) ma wszystko w dupie i jego planem jest wyjść na mecze z rzędu bez spocenia się,
(2) minął się z powołaniem i paraliżuje go myśl, że tyle osób na raz na niego patrzy,
(3) minął się z powołaniem i myśli, że nikt go nie widzi jak chowa się w rogu boiska,
(4) rozkminia nad alternatywnym zakończeniem „Głupiego i Głupszego”, gdzie Lloyd i Harry wchodzą do autokaru i redefiniują pojęcia BangBusa.

Rashad miał być przede wszystkim strzelcem, a póki co głównie pudłuje (kariera: 30% z gry). Unika wejść pod kosz w takim samym stopniu jak poparzenia rąk drugiego stopnia od trzymania piłki przez dłużej niż sekundę. Straciłem do niego zaufanie w zeszłym sezonie i wydaje mi się, że jak teraz w końcu się nie przełamie, to może to być jego ostatni sezon w NBA. Jego przewagą nad Hensonem i Paytonem II jest przede wszystkim kontrakt i fakt, że mając dopiero 21 lat wciąż dałoby radę użyć go jako transferową zapchaj dziurę – typowy worek ziemniaków.

Nadzieja jest – w Lidze Letniej pokazał, że potrafi grać lepiej niż ja i ty.

Jason Terry oficjalnie w Bucks!

Jaram się i to mocno. Możesz się śmiać, albo nie do końca w to wierzyć, ale Jet był na pierwszy miejscu na mojej prywatnej liście muszą-do-nas-wrócić-po-wakacjach. Nawet jeśli nie jako zawodnik, to koniecznie jako asystent trenera. Albo chociaż gość od ręczników. Cokolwiek. Byle jeszcze nie odchodził. Ku mojej uciesze, parę dni temu pojawiły się pierwsze plotki mówiące o możliwym powrocie Jasona na kolejny rok, teraz w końcu doczekaliśmy się oficjalnego potwierdzenia.

40-letni Terry postanowił jeszcze przez jeden sezon dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodymi Kozłami. Jego znaczenie dla drużyny nie jest już wymierzane statystykami (rok temu 74 mecze, średnio 18 minut na mecz, 4 punkty, 1,3 asyst i 1,4 zbiórek, 43% za trzy – drugi wynik w drużynie), ale charyzmą, energią i historiami z ostatnich 18 lat kariery, opowiadanymi w szatni przed, w trakcie i po meczach. Terry jest  naturalnym przedłużeniem Kidda na parkiecie, gościem, który, trafia do głów niedoświadczonych Bucks z taką samą łatwością, z jaką Giannis kończy z górę kontrę 1-na-1. Terry jest kopalnią wiedzy. Wciąż biegającą i trafiającą trójki encyklopedią basketa. Jest ojcem, którego nigdy nie miałeś; bratem, którego zawsze chciałeś i kolegą z drużyny, który zawsze stanie po twojej stronie, nawet jeśli będzie musiał podskoczyć gościom dwa razy większym od niego. Terry jest mentorem, który zadba o odpowiedni rozwój mentalny całej szatni. Terry jest rozsądkiem, który będzie tonował łatwo podpalające się głowy naszych młodziaków. Mógłbym tak jeszcze długo, ale wtedy nie miałbym o czym pisać do rankingu bucks.pl.

W swoim 19 sezonie w NBA, Terry będzie zarobi 2,3 miliona i muszę przyznać, że nie są to duże pieniądze, biorąc pod uwagę wszystkie wartości i umiejętności, które ma do sprzedania reszcie drużyny.

Ranking bucks.pl: #14 Gary Payton II

Być przed Johnem Hensonem to zaszczyt. Ale być przed Johnem Hensonem i jednocześnie nic nie znaczyć dla swojej drużyny – to kolejny policzek w twarz od całej ekipy dla Hensona.

GPII dołączył do Bucks w zeszłym sezonie i z marszu stał się moim ulubieńcem po tym, jak zaczął się chwalić swoimi intensywnymi treningami w nowo wybudowanym centrum treningowym:

Mimo tego, że zawsze marzyłem o tym, żeby ktoś mi ścinał włosy podczas oglądania Family Guy’a (na marginesie, podobne marzenie ostatnio jednak się spełniło, po tym, jak moja dentystka zamontowała monitory przy każdym fotelu i pozwala oglądać mecze podczas kanałówki, yeeey!), mam wrażenie, że GPII ma dużo elementów, nad którymi należałoby popracować. Pierwszym na pewno są rzuty, bo nie widzę sezonu trzymania w składzie zawodnika, który gra na pozycji rozgrywającego i nie jest żadnym zagrożeniem z dystansu. JPII różni się od Hensona tym, że ma trzy zalety – odziedziczył grę w obronie po tacie, (2) ma niegwarantowany kontrakt i (3) nie ma pewności, że w ogóle będzie w składzie Bucks w nadchodzącym sezonie.

A tak fajnie zaczął karierę w NBA:

Ranking bucks.pl: #15 John Henson

Nie rozumiem, dlaczego większość rankingów trzeba zaczynać od ostatniego miejsca – szczególnie w momencie, gdy sam szczyt jest znany i nie jest żadną tajemnicą. W tym sezonie najwięcej ciekawostek jest na dnie składu Bucks, wśród zawodników, których tak przyjemnie się krytykuje. Zacznę od tego, który w moich oczach jest już na dnie. Panie i Panowie, przed wami moim zdaniem najmniej wartościowy zawodnik Bucks w nadchodzącym sezonie – John Henson.

Nie można się przyczepić do tego, że nie pracuje. Ale fakty są niezaprzeczalne – Henson przestał się rozwijać minutę po tym, jak podpisał nowy kontrakt: w tym roku za siedzenie na ławie dostanie 11 milionów, za rok 10, a w 2019/20: dziewięć milionów. Chyba, że w między czasie spełni się jedno z moich marzeń i znajdziemy frajera inwestora, który skorzysta z okazji i ściągnie fantastycznie blokującego podkoszowego w zamian za dwa picki w drafcie, ekwiwalent pieniężny i noc z Mallory Edens (to ostatnie to wynagrodzenie dla mnie).

Dlaczego tak bardzo nie lubię Hensona? Bo nie ma jaj. Bo gra bez ikry. Kiedy stoi pod koszem i widzę jak cierpi przepychając się z przeciwnikami, zbiera mi się na płacz. W zeszłym sezonie notował najmniej bloków per-36 od swojego drugiego (najlepszego) sezonu, dawał sobie rzucać sprzed twarzy w 51% sytuacji (w porównaniu do 42% w soph. year). Przed nim był nawet Spencer-jak-cudnie-że-już-mnie-tu-nie-ma-Hawes. I Jahil Okafor. Nie można tego zwalać na brak szans, bo tych dostawał na początku sezonu sporo. Samo to, że z rotacji wywaliły cię takie gwazdy jak Pachulia, Miles Plumlee czy wspomniany wyżej Hawes, zbyt dobrze o tobie nie świadczy.

Zasięg w obronie nic nie pomagał, a w ataku zdawał się jeszcze przeszkadzać. Jego efFG% 51,5% to najgorszy wynik w karierze. Oddał 41 rzutów z półdystansu, trafiając 24% z nich. Ponad połowa nie trafiła w obręcz* .  W ciągu całego sezonu oddawał 3,5 rzutu spod kosza, trafiając 59% z nich. Kompletnie nie był w stanie grać w bazującym na zasłonach ataku Kozłów, gdzie po raz kolejny, jego brak masy, agresji, atletyzmu i polotu sprawia, że jest kompletnie bezużyteczny w naszej rotacji.

Chyba nie tylko ja jeden życzyłbym Kozłom, żeby udało im się opchnąć Hensona gdziekolwiek, za cokolwiek. Jednak, podobnie jak większość z was, też uważam, że szanse na to są praktycznie zerowe. Co akurat odpowiada wartości Hensona.

Żeby nie było z samymi negatywami, Henson którego mógłbym oglądać w tym sezonie:

*(może właśnie zmyśliłem statystykę. A może naprawdę tak było?)

„Trzeci splash brother” w Bucks.

Już miałem nadzieję, że Bucks odchodzą od zatrudniania weteranów (nie liczę tu JETa, na którego oficjalne potwierdzenie transferu nadal czekam z niecierpliwością!) i skupiają się głównie na odmładzaniu zespołu. Dlatego zaskoczyłem się dzisiejszym tweetem Priority Sports, w którym gratulują Brandonowi Rushowi podpisania rocznego kontraktu z Kozłami. Nie wiadomo jednak na 100% czy zostanie z nami na cały sezon, czy opuści zespół po meczach przedsezonowych (wciąż nie są dostępne szczegóły umowy).

Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa do głowy – czy przyjście Rusha oznacza definitywne pożegnanie się z Paytonem II? Jeśli tak, to Brandon i tak nie będzie mógł liczyć na zbyt wiele czasu na parkiecie, szczególnie że rywalizowałby o minuty ze Sterlingiem Brownem. Rush, w ciągu swojej 9-letniej kariery tylko czterokrotnie zagrał więcej niż 65 meczów w jednym sezonie (po zerwanym ACL i MCL podczas próby dunku w 2007, ostatnio grał kolejno 47, 72, 33 i 38 meczów). Ostatni sezon spędził głównie w Minnesocie (potem chwilowo w GSW, jako „trzeci splash brother”).

W Kozłach mógłby nieco rozciągać grę na skrzydłach i może, przy odrobinie szczęścia, trafić kilka trójek (jest w końcu jednym z 11 zawodników w historii NBA którzy mogą się pochwalić średnią 40% celnych trójek w karierze na minimum 1000 prób). W ostatnich dwóch sezonach oddawał nieco ponad dwie trójki na mecz trafiając kolejno 38,6% i 41% z nich. Biorąc jednak pod uwagę pecha, jakiego z kontuzjami mają ostatnio nasi skrzydłowi, nigdy nie wiemy, kiedy może nam się przydać dodatkowy doświadczony skrzydłowy z mistrzowskim pierścieniem.

Do tematu Brandona w Bucks wrócimy jeszcze na moment lada dzień, jak tylko światło dzienne ujrzą szczegóły jego kontraktu. Stay tuned!

Gdy jesteś na dnie… szybka refleksja.

Udało się!

Po tylu latach ciągłego życia pod presją, codziennej walki z krytyką, nieustannych perturbacji związanych z oczekiwaniami, których nie miałem jak spełnić, w końcu się udało!

Siedzę na tarasie, technorattan relaksuje zmęczone po treningu mięśnie, lodowate piwo uzupełnia wypocone płyny. Stukam kciukiem prawie już pustą puszkę i łapię się na tym, że strasznie podoba mi się dźwięk, jaki wtedy wydaje. Palcem wskazującym ścieram kropelki wody, biorę dwa głębokie jak Cassidy Banks łyki i władczym ruchem zaciskam pięść, zgniatając puszkę. Rzucona niedbale na stół, ulewa z siebie resztkę płynów. Moje jednoosobowe piwne bukkake w to zajebiste piątkowe popołudnie.

Udało mi się!

Odłóż wszystko na chwilę. Usiądź koło mnie. Potrzebuję rozmowy. Mam jeszcze w chuj solonego słonecznika, tylko rozłupuj go proszę najpierw zębami, potem rozchylaj zgrabnie palcami jego słone wargi i wyskrob czekającą w środku nagrodę. Plucie po całym tarasie to poroniony pomysł.

Gryź.

Skub.

Łykaj.

Słuchaj.

Jakie to uczucie, być jednocześnie tak absurdalnie przewartościowanym i niechcianym? Chodzić do pracy, w której jesteś jednym z najlepiej wynagradzanych pracowników, ale równocześnie zdając sobie sprawę z tego, że twój jedyny wkład w sukces całego zespołu to genialnie zaparzona kawa z ekspresu i niezapchanie kibla po potrójnej dawce kofeiny z samego rana? Czy wiesz jak to jest być nikim, ale móc jednocześnie zaparkować swojego nowego Mercedesa między dwoma Matizami tych nierobów z księgowości? Pewnie nie masz zielonego pojęcia o czym mówię. Większość z was mnie nie rozumie.

Dlatego dopiero teraz zobaczyłeś pistolet leżący niedbale na fotelu obok mnie.  Jego oko wpatruje się we mnie leniwie, pełne niecierpliwości i narastającego z każdą sekundą podniecenia. „Weź mnie do ręki” – błaga. „Chwyć mocno. O taak. Właśnie tu. Oprzyj palec. Pociągnij. Wystarczy raz i będzie…” – bang bang – spust prosto w twarz.

Nie bój się. Nie zrobię tego.

Ale wyobraź sobie coś.

Zamknij oczy na chwilę.

Nie bój się.

Poczuj wzrok tych wszystkich osób. Usłysz słowa krytyki, które ja słyszę od lat. Oni wszyscy patrzą na mnie, jak na kogoś innego, kogoś, kim nigdy nie będę. Wyzywają mnie na ulicy. Zastraszają. Odbierają fundamentalną chęć do robienia tego, do czego pan Bóg, ojciec mój wszechmogący i cierpliwy mnie stworzył. Tyle, że podczas codziennych modlitw nawet on mnie opierdala. A skoro i jemu skończyła się cierpliwość, to jak ja mam dalej to wszystko tu ciągnąć?

Dasz mi jakąś radę, czy tylko będziesz słuchał i kiwał głową?

Co mówisz?

Dobra, sobie też przyniosę, ty leniwa pało.

Nie powinienem pić, ale dzisiaj zasłużyłem na te dwa piwa, co nie? Stary, kurwa, udało się! Między nami mówiąc, będzie mi brakowało tego miejsca. Ulic, które początkowo same kierowały mnie bez ograniczeń prędkości w stronę nieuchronnie zbliżającego się sukcesu. Ludzi, którzy podnosili głowy, patrzyli na mnie i przysięgam kurwa, w czterech na pięć przypadków nie tyle wiedzieli kim jestem, ale cieszyli się, że jestem tam dla nich. Czułem, że sama moje obecność wypełnia ich jestestwo tak, jak mój wujek wypełniał mnie na każde urodziny przed komunią.

Wszystko było jak sen, który pojawił się w moim życiu nagle, jak tęcza po ulewnym deszczu. Patrz, kurwa, minął rok i tęcza wypięła się na mnie odwróconym jeźdźcem, pochyliła do przodu, rozszerzyła czerwono-fioletowymi paluchami swój wesolutki odbyt i wypuściła na mnie zjaranego Leprechauna, który zsunął swoje pedalskie, zielone spodnie, chwycił się za krocze i krzyknął: „Szukałeś skarbu, suko? Tu masz swój skarb!”

Ale wiesz, nie zadzwoniłbym po ciebie, gdybym miał się tylko użalać nad sobą. Chciałem się pochwalić tym, że wszystko się zmieni. Na lepsze. Nie, nic jeszcze nie jest przesądzone, ale za to w końcu coś się dzieje! Najgorsza jest bezsilność. Jak wtedy, gdy twoje dziecko wymiotuje po całym mieszkaniu, zrzuca małe co nieco na laptopa, obsmarowuje tableta, obryzguje ściany, a jedyne co ty możesz robić to zagryzać wargi żeby śmiech nie zespół zajebistego filmiku, który kręcisz. Nie mam dzieci, nie wiem jak to jest. Ale musi być strasznie ciężko. Ważysz-120kg-i-masz-zespół-Seckela-ale-wygrałaś-MamMarzenie-NieChceUmrzećDziewicą-które-zaraz-spełnię-bo-podniosłem-rękę-nie-słysząc-pytania ciężko.

No więc słuchaj, co się stało. Otworzyłem sejf. Krótka kombinacja cyfr otwiera wrota do krainy szybkiej i prawie niebolesnej śmierci. Pod warunkiem, że wiesz co robisz i wiesz w co celować. Bo inaczej może być słabo. Jak słabo? Patrz końcówka akapitu wyżej. Wyciągam Walthera, obracam go w dłoni. Sprawdzam magazynek. Po drodze przechodzę przez kuchnię i wyciągam pierwszego dzisiaj browara. Będzie mi łatwiej jak się znieczulę. Na uszach słuchawki zagłuszają moje samobójcze myśli. Nagle muzyka milknie i słyszę znajomy głos (jebane autoodbieranie):

„Brandon Jennings, mój ulubiony klient – jesteś tam?” – basy odbijają się w środku moich uszu i po raz pierwszy przeklinam moment, w którym zdecydowałem się na zakup najlepszego modelu Sennheiserów do telefonu.

„Jestem, co jest?” – odpowiadam niedbale, licząc, że rozmowa nie potrwa długo.

„Pakuj walizki. Wyjeżdżasz z Milwakee.”

Udało się!

Idzie draft – są smęty i nudne wywody.

Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że minęło pół roku od ostatniego wpisu. Pół roku, w czasie którego dziesiątki innych obowiązków spychało na dalszy plan tak lubiane przeze mnie ciche wieczory na tarasie, z laptopem na stole i piwem szumiącym w głowie. W pół roku zdążyliśmy przeżyć m.in. jedne z nudniejszych play-offów jakie pamiętam (a oglądam regularnie od 1997 i mniej regularnie na telegazecie od 1993).

Pełen nostalgii i nawet lekkiej niechęci patrzę na to, jak z roku na rok zmienia się sport, który tak bardzo kocham. Jak sukcesywnie, krok po kroku, odchodzi od wszystkich wartości, które w nim tak ceniłem i zamienia się w coraz szybszą, efekciarską i nie-porywającą-dupy-z-siedzenia wersją najlepszego basketa na świecie. Coś jak oglądanie Dwóch i pół bez Charliego Sheena albo zamawianie do domu prostytutki, która zamiast loda zrobi ci zaległe prasowanie. Oglądasz finały, ale potem nawet nie chce ci się zadzwonić do najlepszego kumpla bo wiesz, że oboje nie będziecie mieli nic ciekawego do powiedzenia.

Nadchodzący draft jest dla mnie też wydarzeniem, które wywołuje we mnie totalnie mieszane uczucia. Co roku, z jednej strony czuję tę ekscytację, jak przed długo oczekiwanym koncertem, ale z drugiej budzi się we mnie trochę mój ojciec, który w każdej rozmowie musi nadmienić fakt, że „ten czas szybko leci”. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w noc draftu od 6 lat budzę się w środku nocy, bez budzika i wiem, że co by się nie działo, muszę się zwlec z łóżka i obejrzeć to nudne wydarzenie. Jak losowanie grup do Ligi Mistrzów. Na cholerę mi oglądać dwóch gości bawiących się kulkami? A jednak, jest w tym jakiś tajemniczy magnetyzm, którego nie potrafię wytłumaczyć i od którego nie potrafię się uwolnić.

Czytając od prospektach, śledząc mocki i jarając się perspektywą super młodego teamu w Philly widzę kolejne twarze, które już nie wrócą na parkiet.

Fultz robi kozioł na workoucie – Pierce powoli ściąga buty.

Ball z kamienną twarzą rozdaje kolejną asystę na treningu Lakers, a w tym czasie Duncan patrzy jak rzucony przez niego kamień znudzonymi skokami przemierza spokojną jak zawsze taflę jeziora…

68-letnia dusza 34-letniego, zdziadziałego lenia, domaga się młodej krwi, która wniesie do gry nie tyle powiew świeżości, ale powrót do przeszłości. Czekam na oldschoolowych grajków, którzy niczym jumper z półdystansu Parkera będzie mnie przenosił w czasy lat 90tych, gdzie obrona zatrzymująca przeciwników na 70 punktach nie była niczym dziwnym. Gdzie Pistons dwa razy dostawali się do finałów NBA zatrzymując przeciwników poniżej 100 punktów w 15 z 17 meczach w playoffach. I mimo tego, że w czwartek i piątek pół dnia spędzę na twitterze, oglądaniu NBA TV i słuchaniu wszystkich możliwych podcastów, powoli zaczynam mieć dość ciągłego zawirowania i nieustannego pościgu za oglądalnością, sprzedawalnością i wszystkimi innymi –ościami, które niby będąc efektami naturalnej ewolucji, odsuwają basketa coraz bardziej spod kosza na obwód. I spychając go, niby na pierwszy rzut oka niezauważalnie, na dalszy plan mojej ( i pewnie nie tylko mojej) codziennej hierarchii ważności.

Smętny i nostalgiczny tekst o niczym spowodowany zagorzałą dyskusją z synem na temat niedawno obejrzanego filmu Auta 3. Dyskusją, która po dwóch minutach zakończyła się słowami: „Tak tato, wiem, wszystko przemija… Taaak… Tato rozumiem… Tatusiu wiem….Tato, wiesz co? Ta rozmowa też już przeminęła…”

Ot, taka szybka refleksja.

Chciałbym, żeby ten i kolejne nabory do NBA były katalizatorami zmian, które pewnie znając życie, nigdy nie nadejdą. Szybka i atletyczna koszykówka, bazująca na indywidualnych, ponadprzeciętnych umiejętnościach gwiazd, skupiających swoje talenty w konstelacjach superteamów, nie imploduje nagle, zasysając z ogromną siłą wszystkie te elementy, które tak bardzo działają na moje nerwy.

Mam nieodparte wrażenie, że amerykańska koszykówka zmierza w kierunku dyktowanym przez te gówniane czasy, w jakich żyjemy. Wynik nie jest w dużej mierze determinowany twoim podejściem i ciężką pracą, ale klikalnością i medialnym zasięgiem. Ludziom nie chce się teraz czytać długich, rzeczowych artykułów, słuchać merytorycznych, prawie dwugodzinnych podcastów, ba, sam nawet łapię się na tym, że w sezonie zasadniczym większość meczów oglądam w skróconej, 15-minutowej wersji na League Passie. Jest też to, że zamiast poświęcić godzinę na napisanie tekstu o Bucks, wolę przez godzinę z padem w ręku używać mocy i niszczyć rebeliantów, jednocześnie oglądając film na tablecie i scrollować durne zdjęcia na kretyńskim instagramie.

Koszykówka, będąca od zawsze przedsięwzięciem czysto biznesowym pędzi za trendami wyznaczanymi przez przedsiębiorców i inwestorów, nakręcając z sezonu na sezon spiralę zmian, do których wszyscy musimy się dostosować. Nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z faktem, że czasy dominujących pod koszami big menów już minął. Teraz idąc na orlik i grając z 16-19 latkami dostaję opierdol, że gram brutalnie i nieczysto łokciami pod koszem. Że jak się zastawię, to tak, że prędzej obaj wylądujemy na tartanie, niż pozwolę ci się wyminąć. I że opierdalam z góry na dół gościa, który za każdym razem jak dostaje piłkę, to rzuca cegłę z 10 metra.

Patrzę na mocki nadchodzącego draftu i szukam centrów z PRAWDZIWEGO zdarzenia. Szukam i szukam…

Sorry za przynudzanie. Dzięki za poświęcony czas.

Czy jeden ze współwłaścicieli Bucks wyjdzie ze spółki?

Jamie Dinan, którego fortuna wyceniana jest na około 2 miliardy zielonych, kupił udziały Bucks warte 100 milionów $ w 2014 roku. Od tego czasu siedzi raczej w drugiej ławce, nie wychyla się przed Lasry’ego i Edensa, po cichu odrabia lekcje i liczy na niezły zysk za parę lat.

W zeszłym tygodniu Wall Street Journal opublikował dane funduszu zarządzanego przez Dinana – York Capital Management – i okazało się, że w rok stracił ponad 35% aktywów. W przeciągu 12 miesięcy jego klienci wycofali 9 miliardów dolarów (spadem z 26 na 17mld$). Założony w 1991 roku fundusz Dinana zazwyczaj przynosił zyski w wysokości 20-30% rocznie, co jest rzadko spotykanym wynikiem na rynkach finansowych.

Jakie to ma znaczenia dla Bucks? Przypomnijmy, że Lasry jest właścicielem Avenue Capital Management, Edens: Fortress Investment Group – wszyscy zatem siedzą w tym samym korycie – fundusze hedginowe i private equity – finansowanie firm, które nie są jeszcze na giełdzie. Więcej o Edensie i Larsym możesz przeczytać w moim tekście z 2014: „Kim są Wes Edens i Marc Lasry i dlaczego ma cię to obchodzić?”.

Powoli zaczynają się pojawiać plotki, mówiące o tym, że Dinan będzie chciał pozbyć się udziałów Bucks w najbliższym roku, zważywszy na to, że akcje Kozłów idą teraz ostro do góry. Są zapewnienie prezydenta Milwaukee, że drużyna na pewno nie zostanie przeniesiona do innego miasta, jednak gdyby wartość klubu wzrosła do około 2 miliardów dolarów (mniej więcej tyle, ile rok temu byli warci Bulls) wszyscy trzej inwestorzy mogliby szybko spieniężyć swoją inwestycję i wycofać się z koszykówki z niezłym zyskiem.

Czy jest to prawdopodobna sytuacja? Raczej nie, bo:

a) Bucks są dopiero na początku fali wznoszącej i ich wartość w przeciągu 2-4 lat jeszcze na pewno pójdzie do góry,

b) nowa hala dopiero się buduje i bezsensowne byłoby przenoszenie klubu do innego miasta.

Ale, ciągle w głowie słyszę głosy z Seattle, szepcące złowieszczo i kuszące do grzechu. W Seattle nie ma hali i nawet gdyby ktoś byłby w stanie wyłożyć 2 miliardy na zakup drużyny, musiałby jeszcze dołożyć z 800 tysięcy na budowę nowego obiektu. Bezsensu.

Sprawa robi się nieco poważniejsza, jeśli weźmiemy pod uwagę akcje Dinana. Jest tylko mniejszościowym udziałowcem (100mln w porównaniu do 275mln na łebka Edensa i Larsy’ego), jednak pojawiają się głosy, że pozostali właściciele mogą nie być zainteresowani wykupem jego akcji w przypadku, gdyby Dinan chciał (musiał) upłynnić nieco środków. Wtedy do gry musiałoby wejść miasto, ale tu i tak prezydent wygrał ciężką walkę z mieszkańcami o wyrażenie zgody na budowę hali z pieniędzy podatników.

Póki co, sytuacja jest stabilna i nic nie zapowiada nagłego kryzysu, ale znając i interesując się rynkami finansowymi wiem, że sytuacja potrafi się drastycznie zmienić z dnia na dzień. A fakt, że na forach pojawiają się pierwsze informacje o „drobnych” problemach finansowych jednego z właścicieli Bucks może oznaczać albo nadciągającą burzę, albo po prostu chwilowy przestój w dobrze naoliwionej i sprawnie zarządzanej finansowo maszynie.

Poszła kontra #3: Michał Górny o Thonie Makerze

W przerwie między finałem Pucharu Polski a Meczem Gwiazd udało mi się namówić Michała na parę zdań o Thonie Makerze.

1. Słyszałem ostatnio zdanie że “sufit Makera to KG minus charyzma. ” Coś w tym jest czy bzdury kompletne?

Michał Górny: Tak naprawdę poza bezgraniczną miłością do Thona Makera (oczywiście w aspektach czysto koszykarskich, no homo) nie wiadomo na co go do końca stać. W perspektywie 3-4 sezonów będziemy mogli przekonać się jak wysoko zawieszony jest sufit jego talentu. Tu również wiele będzie zależało od warunków w jakich będzie się znajdował i roli jaką będzie pełnił.

2. Jako trener odnoszący sukcesy na arenie krajowej, jaka byłaby twoja rada odnośnie rozwoju Thona w tym i przyszłym sezonie?

Po pierwsze Dawid jest bardzo miły mówiąc o moich sukcesach na arenie krajowej, więc biorę ten nieco samozwańczy tytuł w ciemno heh. Po drugie – największym brakiem Thona to po prostu masa ciała. Wystarczy popatrzeć na Kevina Duranta czy Kevina Garnetta z pierwszych lat jego gry w NBA, żeby stwierdzić że nie trzeba być mieć bicepsów Davida Robinsona by dawać sobie radę w lidze. Jednak Thon potrzebuje paru kilogramów mięśni by jeszcze lepiej wykorzystywać swoją grę w post-up. Zarówno w obronie jak i ataku. Dodatkowo pomoże mu to nie odnosić kontuzji, a patrząc na jego nogi można łatwo wysnuć wniosek, iż w ciągu kilku kolejnych lat jego budowa się nie zmieni to jego nogi mogą połamać się jak zapałki. Także nic tylko jeść, ćwiczyć, jeść, ćwiczyć

3. Czy Thon Maker jako stretch center będzie w przyszłości tym brakujący ogniwem Bucks w drodze do mistrzostwa?

Obawiam się, że Bucks będą potrzebowali więcej „ogniw” by osiągnąć ten upragniony przez wszystkich cel. Jak na razie trwa proces rozwoju Giannisa i zależnie od tego jak będzie dobry w kolejnych sezonach, tak trzeba będzie budować Bucks. Innym kłopotem jest lokalizacja, która może nie ściągnąć znanych nazwisk dla zamknięcia układanki „Bucks mistrzem w trzeciej dekadzie XXI wieku”.

Pozostałe części możecie przeczytać w dziale: „Poszła kontra”.

(13-19.02) Podsumowanie tygodnia.

Tydzień, w którym wygrywamy 100% meczów jest zawsze dobrym tygodniem. Szczególnie pierwsza wygrana z Pistons była dla nas wartościowa, bo udało się zmniejszyć stratę do 8 miejsca na wschodzie do ledwie dwóch meczów. Seria trzech wygranych meczów jest również trzecią najdłuższą w NBA (po 4 mecze mają Wizards i Clippers, po 3 oprócz Bucks jeszcze tylko Cavs) i po nudnym Weekendzie Gwiazd idealnie byłoby rozpocząć najważniejszą cześć sezonu zasadniczego od wygranej z Utah.

Jesteśmy w trakcie najgorszego weekendu w sezonie. Zabawy celebrytów, śmieszne konkursy, nie-do-oglądania-od-kilkunastu-lat mecz gwiazd – wszystko to jest tylko przedsmakiem kilku gorących dni, jakie nas czekają od poniedziałku. Trade deadline w czwartek! A to znaczy, że przez prawie tydzień czekamy na kolejne ruchy z udziałem Bucks.

Ale, dla przypomnienia:

Wygrana z Pistons 102 – 89
brogdonObejrzyj ten mecz, jeśli chcesz zobaczyć fajny (momentami nawet z wyższej półki) ball movement Bucks (26 asyst przy 40 FG), skuteczne izolacje na Beasley’a i Moose’a (51% z gry) i grę Milwaukee BEZ dominującego Giannisa. W pewnym momencie drugiej kwarty prowadziliśmy już 41-27, a do przerwy zeszliśmy z prowadzeniem 51-34 – Beasley miał wtedy na koncie 16 punktów, Monroe 17, a Giannis 0.

Wygrana z Nets 129 – 125
giannis-aprrovesBędzie tak – umawiasz się z nią po raz pierwszy na 18:00 w jakiejkolwiek restauracji. Pijecie piwa. Popijacie wódką. Tańczycie. Potem idziecie na frytki. Kończycie knyszą pod dworcem. Wychodzisz od niej z chaty przed śniadaniem, żeby uniknąć mówienia niezręcznego: „no wiesz… jasne, że zadzwonię…”. Zrobiłeś swoje, życie toczy się dalej.* Są w życiu faceta sytuacje, w których z góry oczekuje pewnych rezultatów i tak właśnie było w meczu z Nets.

Klub Kibica Bucks odwiedził ponownie Maciej Kwiatkowski

Bucks at Wizards 11/01/14

Paradoksalnie Bucks mimo wszystko wzmocnili się w ostatnim tygodniu. Khris Middleton bardziej powinien im pomóc, niż Jabari Parker osłabić. Nawet w grudniu oczekiwanie, że Bucks włączą się do walki o przewagę parkietu w I rundzie play-offów, wydawało mi się zbyt wygórowane. W tym momencie celem jest awans do play-offów i to czy Bucks uda się do nich wejść będzie w dużej mierze zależeć właśnie od Jasona Kidda.

Giannis gościem „The Jump” na ESPN.

Jednym z plusów tego, że Giannis jest w pierwszej piątce Meczu Gwiazd, jest to że możemy oglądać/czytać/słuchać coraz to więcej materiałów z jego udziałem. Jak masz 10 minut wolnego i znudziła ci się już „debata” #plkpl, zapuść filmik poniżej. W nim. m.in.:

  • prowadząca siedząca obok Giannisa robi wszystko, żeby tylko nie zaczepiać go nogami pod stołem.
  • o ciągłym rozwoju Giannisa,
  • o koszykarskim IQ Thona Makera,
  • o wpływie kontuzji Parkera na przyszłość Bucks,
  • Tmac do Giannisa: „Jak tylko nauczysz się regularnie trafiać z dystansu, będziesz jednym z lepszych zawodników, którzy kiedykolwiek grali w NBA.”
  • plus kilka innych ciekawostek.

Enjoy:

Recap Nets: oczekiwana wygrana w meczu na styku.

Bucks @ Nets  129 – 125

Będzie tak – umawiasz się z nią po raz pierwszy na 18:00 w jakiejkolwiek restauracji. Pijecie piwa. Popijacie wódką. Tańczycie. Potem idziecie na frytki. Kończycie knyszą pod dworcem. Wychodzisz od niej z chaty przed śniadaniem, żeby uniknąć mówienia niezręcznego: „no wiesz… jasne, że zadzwonię…”. Zrobiłeś swoje, życie toczy się dalej.* Są w życiu faceta sytuacje, w których z góry oczekuje pewnych rezultatów i tak właśnie było w meczu z Nets. Oczekiwałem wygranej i mimo tego, że 129-125 nie jest szczytem marzeń, cieszy niezmiernie trzecia wygrana z rzędu i bardzo dobre zakończenie pierwszej części sezonu.

Mecz zaczął się przedziwnie. Lopez zaczął od trzech szybkich trójek, po których za każdym razem piłka lądowała w rękach Giannisa, który chciał skończyć akcję przed ustawieniem obrony Nets. Taka punkt-za-punkt koszykówka utrzymywała się przez całe spotkanie: najpierw było 18-16, ale kwartę zamknęliśmy celnym fade-away’em Middletona wygrywając 39-33. Jak fatalnie wyglądała obrona Nets w pierwszych 12 minutach niech świadczy nasza skuteczność z gry: 71%. CHORE! Do przerwy nie udało się odskoczyć i po celnej dobitce Monroe zeszliśmy do szatni prowadząc 62-60. A ja w głowie słyszałem tylko echo: „de-fence!”. „de-fence!” Czy mówiłem wam kiedyś, jak bardzo nie lubię ofensywnej koszykówki i że jestem retro maniakiem twardej, brzydkiej, brudnej i nieustępliwej gry w obronie? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie teraz, z jakim zafascynowaniem oglądałem ten mecz…

Chłopaki zaimponowali mi w końcówce, bo nie spierniczyli meczu na styku. Od stanu 117-115 Giannis najpierw sam rzucił dwa punkty, a potem znalazł nie krytego pod koszem Monroe i udało się odskoczyć na 4 oczka. Potem Dimwiddie zdobył cztery punkty z rzędu, a kiedy rzut Middletona w kolejnej akcji wyglądał gorzej niż atak Barcy w meczu z PSG, znikąd pojawił się Giannis, który dobitką znowu wyprowadził nas na prowadzenie 125-121. Potem nudne osobiste, spokojnie zamienione na punkty przez Middletona. Brawo, że tym razem udało się to dowieźć do końca!

Kilka uwag.

  • Zacznę od Middletona. Po raz pierwszy od powrotu zagrał 13 z minut z rzędu (w sumie 26) i znowu muszę to powiedzieć – byłem pod wrażeniem tego, w jakiej już jest formie. Momentami jak zabierał się za rozgrywane wyglądał pewniej i lepiej niż Delly. Nie wiem, jakie są jego limity minutowe w tym sezonie, ale patrząc na to, co zrobił z Nets, aż chciałoby się go widzieć w większym wymiarze czasowym.
  • Giannis, po cichym i spokojnym meczu z Detroit, dzisiaj był na istnym wkurw-mode i atakował kosz przy każdej okazji. W sumie oddał 25 rzutów i pewnie gdyby nie dobra noc Middletona, przekroczyłby 30.
  • Beasley jest w formie! I jest, kurwa, głodny. Popatrz na niego w iso – nie ma nawet chwili zawahania w stylu: „podać? rzucić?” Jest tylko rzucić. Ciąg na kosz większy niż Charliego Harpera na dziwki.
  • To było 8 z rzędu zwycięstwo Bucks nad Nets.

W końcu udajemy się na długo oczekiwaną przerwę. Wracamy dopiero 24 lutego w meczu z Utah z Milwaukee, z którymi przegraliśmy 5 z ostatnich 6 spotkań.

*boję się, że mój syn kiedyś trafi na tą stronę i skwituje krótkim: „Tato, ale byłeś żałosną szmatą.”

bucksnets1602

Zapowiedź: wygrać z Nets i jechać na długi weekend.

Już za parę godzin zmierzymy się z Nets, których największym osiągnięciem jakim mogą się w tej chwili pochwalić to seria 15 przegranych meczów na własnym parkiecie z rzędu. Dla nas, ewentualna wygrana będzie trzecią z kolei i nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem jeśli powiem, że oczekuję tylko wysokiego zwycięstwa Bucks. Z bilansem 24-30 jesteśmy w tej chwili na 9 miejscu, tylko jeden mecz za Pistons.

Nets są w tej chwili zespołem, który w stylu zarządzania i budowania składu bardzo przypomina mi Orlando. W ciągłej przebudowie, bez jakiejkolwiek strategii i długofalowego myślenia. Kilka szybkich faktów o Nets:

  • Nie mają ŻADNEGO picku w drafcie 2017.
  • Przegrali 15 meczów z rzędu u siebie.
  • Wygrali 5 z ostatnich 46 meczów.
  • Ofensywnie zajmują przedostatnie miejsce w lidze – pomimo tempa na poziomie 101,4 (1 miejsce w NBA) .
  • Są na trzecim miejscu w lidze pod względem oddanych trójek (32 na mecz). W trzech dotychczasowych meczach z Bucks (wszystkie przegrali) oddawali średnio po 38.
  • Fatalne shot selection + dużo oddawanych trójek + dobra deska w obronie = masa kontrataków. A w takim graniu czujemy się najlepiej.
  • W meczu na pewno nie zobaczymy wciąż kontuzjowanego Jeremy’ego Lina. Występ Quincy Acy’ego stoi pod znakiem zapytania.
  • Bucks wygrali 9 z 10 ostatnich spotkań z Nets odkąd Jason Kidd opuścił Brooklyn w sezonie 2013-14.

Chciałbym zobaczyć obronę podobną do tej, która zaserwowaliśmy z Pistons w ostatnim spotkaniu. Był to pierwszy mecz od trzeciego stycznia, w którym udało nam się zatrzymać przeciwników poniżej 100 punktów. Po części dlatego, że w końcu agresywnie kryliśmy, ale duża w tym również zasługa samych Pistons, którzy praktycznie cały czas grali przez środek na Dummonda i oddali tylko 21 trójek. A krycie im bliżej kosza i w dużym tłoku, tym lepiej dla Bucks. To właśnie swingowanie, gra piłką, rozciąganie ofensywy i demolowanie nas z dystansu przyprawia nam najwięcej problemów. Nets teoretycznie mają to wszystko, minus trafianie. Tak więc będzie dobrze.

Początek meczu o 1:30. Widzimy się!

 

RETRO: O czym kibic Bucks musi pamiętać w 2014 roku?

Kolejny mecz dopiero dzisiaj w nocy (1:30 na wyjeździe z Nets), a mnie z rana wzięło na wspomnienia. Szukając na stronie czegoś kompletnie nie związanego z Bucks, trafiłem na wpis z 2013 roku, w którym zastanawiałem się, czego mniej więcej spodziewać się po Bucks w 2014 roku. Krótki tekst, dlatego polecam lekturę do porannej kawy w pracy.

1. Bucks są obecnie na etapie budowania wsparcia zarówno finansowego jak i politycznego koniecznego do postawienia nowoczesnej hali w Milwaukee. Niestety, obecny rząd nie ma zamiaru dawać ani dolara z publicznych pieniędzy na drużynę, która od lat nie ma żadnych sukcesów. Trochę statystyk, żeby to potwierdzić znajdziecie poniżej.

2. Licząc od roku 1991, Bucks mają siódmy najgorszy stosunek zwycięstw w sezonie zasadniczym.

3. Jeszcze inne statystyki pokazują, że licząc od roku 1991 jesteśmy w końcowej piątce jeśli chodzi najgorsze kluby NBA. Od 1991 mieliśmy tylko jeden sezon z ponad 50 wygranymi (2001) i tylko jeden, w którym awansowaliśmy poza pierwszą rundę playoffów (2001). Auć.

4. Kiepawi Bucks mieli tylko jednego all-stara w ostatniej dekadzie (Michael Redd w 2004). W pozostałych weekendach gwiazd nie mamy żadnego uczestnika, nawet w meczach debiutantów/drugoroczniaków, czy w konkursie trójek. Tylko Desmond Mason w konkursie wsadów uratował nieco honor.

5. Brak sukcesów, związany z brakiem porywających zawodników  spowodował drastyczny spadek liczby kibiców BMO Bradley Center. Kiedy w sezonie 2001/02 doszliśmy do finałów konferencji, średnio na mecze przychodziło 18178 osób. W ostatnich sezonach zajmujemy ostatnie miejsca w lidze ze średnią widzów oscylującą w granicach 15000. Nawet mecze z udziałem Kobego czy Lebrona nie gwarantują kompletu publiczności.

6. Obecna fatalna pozycja Bucks wcale nie zależy od tego, że Milwaukee to wieś i small market, ale od kiepskiego zarządu (o czym niedługo nieco więcej). Podobnie w Milwaukee wyglądała sytuacja z Packers i Brewers, którzy przez okres około 20 lat nic nie znaczyli w MLB i NFL, a po zmianie zarządu stali się jednymi z mocniejszych drużyn w swoich ligach.

7. Przez ostatnie dziesięć, może nawet dwadzieścia lat, w Bucks zatrudniany jest bardzo mało kreatywny zarząd, który podejmuje strasznie krótkoterminowe i chaotyczne decyzje kadrowe. Chorą sytuacją jest to, że decyzje o zatrudnieniu zawodników podejmuje GM i jego ludzie, trener z asystentem, potem ich decyzje są wetowane lub zatwierdzane przez właściciela Kohla, któremu zależy na tym, żeby drużyna zawsze walczyła o playoffy (nawet w tym sezonie takie są jego oficjalne oświadczenia).

8. Bucks istnieją tylko i wyłącznie na łasce Kohla, który w niedalekiej przyszłości będzie musiał (jeśli nie chce upadku Kozłów w Milwaukee) poświęcić bagatela 200-250 milionów ewentualnego zysku ze sprzedaży klubu na budowę nowej hali. Jeśli tego nie zrobi, trzeba będzie liczyć na wsparcie lokalnego rządu i mieszkańców, na budowę hali z budżetu miasta.

9. Z drugiej strony, ani mieszkańcy, ani tym bardziej politycy, nie zgodzą się na wydanie lekką ręką publicznej kasy, jeśli nie będzie nadziei na poprawę sytuacji w klubie i lepsze wyniki. Z tym będzie cholernie ciężko, bo Bucks niechętnie się przebudowują. Jest nadzieja, że po tym sezonie uda nam się wylosować TOP5 pick w drafcie zamiast ściągania na kolejne lata przepłaconych weteranów, którzy nie mają nic wspólnego z budowaniem wieloletnich sukcesów.

10. W czasie, gdy odnosiliśmy największe sukcesy, bazowaliśmy głównie na zawodnikach wybranych w pierwszej piątce draftu. Kareem Abdul-Jabbar, Marques Johnson, Sidney Moncrief, Glenn Robinson, Ray Allen czy Andrew Bogut. Bucks NIGDY nie mieli +50 sezonu albo wygranej serii w playoffach bez zawodnika wybranego w czołówce draftu. .

11. W poprzednich dwudziestu latach ponad 70% zawodników, którzy zagrali co najmniej dwa razy w meczu gwiazd zostali wybrani w pierwszej piątce draftu. To tak na marginesie. Przed draftem 2014 jest szansa na wylosowanie którejś z potencjalnych gwiazd, jak Wiggins, Parker czy Randle (tak, Randle, zapraszamy).

12. Jeśli Bucks zdecydują się oficjalnie na przebudowę, mają kilku weteranów do oddania, którzy mogą być ciekawi dla zespołów walczących w playoffach. Ersan Ilyasova, Zaza Pachulia, Caron Butler, Gary Neal czy Luke Ridnour nie będą stanowili o najbliższej przyszłości Bucks i spokojnie można ich oddać za jakieś picki w przyszłym drafcie i spadające kontrakty.

13. Nie mówmy, że oddawanie weteranów to tankowanie. To po prostu dawanie więcej minut dla młodych i utalentowanych Kozłów jak John Henson, Larry Sanders, Giannis Antetokounmpo, Brandon Knight, Nate Wolters i Kris Middleton. Dodatkowym plusem takiej strategii może być ewentualnie wyższy pick w przyszłorocznym drafcie.

Org. artykuł z 30.12.2013 znajdziesz tutaj.

Recap: Wygrywamy z Detroit 102-89 mimo najgorszego meczu Giannisa w sezonie.

pistonsbucks1402

Beasley w pierwszej (5/5 z gry, 23pkt) i Monroe (25pkt i 13zb) w drugiej kwarcie byli motorami napędowymi Bucks w dniu, kiedy praktycznie nie mieliśmy żadnego wsparcia ze strony Giannisa (tylko 8 punktów, 4 zbiórki i 6 asyst). Było to nasze drugie z rzędu pewne zwycięstwo, które trzymaliśmy pod kontrolą praktycznie od początku do końca spotkania. Dzięki niemu zbliżyliśmy się nieco do 8 miejsca na wschodzie i dalej liczymy się w walce o playoffy.

Obejrzyj ten mecz, jeśli chcesz zobaczyć fajny (momentami nawet z wyższej półki) ball movement Bucks (26 asyst przy 40 FG), skuteczne izolacje na Beasley’a i Moose’a (51% z gry) i grę Milwaukee BEZ dominującego Giannisa. W pewnym momencie drugiej kwarty prowadziliśmy już 41-27, a do przerwy zeszliśmy z prowadzeniem 51-34 – Beasley miał wtedy na koncie 16 punktów, Monroe 17, a Giannis 0. W ogóle to była dobra połowa w wykonaniu Bucks – oprócz skutecznego ataku, naszej obronie udało się wymusić 11 strat (średnia Pistons na mecz w tym sezonie 12).

  • Jarałem się możliwością oglądania pojedynku Maker kontra Drummond, ale jak się już zdążyłem przyzwyczaić, gra Thona to jeszcze jedna wielka loteria. Świetną obronę 1-na-1 potrafi przeplatać z błędami typowymi dla nieogranych 19-latków. W jednej akcji podjął błędną decyzję i pobiegł kryć gracza na obwodzie, dając Drummondowi łatwe punkty spod kosza. W kolejnej zaplątał się we własne nogi, próbując spłodzić akcję do TOP10 i w rezultacie stracił piłkę. W drugiej kwarcie zabił się na obręczy przy próbie wsadu. Nie wiadomo, czego się po nic spodziewać, ale takie już są uroki surowych, nieogranych i niedoświadczonych debiutantów.
  • Napiszę o nim jeszcze raz, bo w pierwszej połowie mieliśmy istne Beasley show. Michael grał jak nawiedzony, trafiał wszystko i z każdej pozycji. Dobrze zobaczyć mecz w którym przypomina nam, dlaczego kiedyś został wybrany z drugim numerem w drafcie.
  • Po meczu odpoczynku wrócił Middleton (11 punktów), który momentami brał się nawet za rozgrywanie. Dołożył do tego dwa fajne step-backi, które wyglądały już tak, jakby odzyskiwał pewność i szybkość sprzed kontuzji.
  • Co się stało z Giannisem? Dlaczego oddał tylko 9 meczów w meczu? Nie wyglądał na chorego. Ani na zmęczonego. Sprawiał wrażenie zawodnika, który widząc dzień konia Beasley’a i Monroe świadomie odsunął się w cień i przejął rolę pomocnika, a nie lidera. Dla mnie był to bardzo ważny mecz, ponieważ pokazał, że potrafimy grać jako zespół nawet wtedy, kiedy Giannis robi sobie chwilowy odpoczynek od bycia kosmitą. Nawet mimo tego, że graliśmy „tylko” z Detroit. Przepraszam, dla Bucks nie ma przeciwników z kategorii „tylko”. Boleśnie przekonałem się o tym w meczu z Lakers…
  • Był to pierwszy mecz od spotkanie z OKC 2 stycznia tego roku (98-94), gdzie udało nam się zatrzymać przeciwników poniżej 100 punktów. Tym samym przerwaliśmy najdłuższą od prawie 20 lat serię meczów z +100 straconymi punktami (o ile dobrze pamiętam, 19 albo 20 z rzędu).

Nie marudzimy, tylko cieszymy się z wygranej. Przed nami mecz wyjazdowy z Nets w środę w nocy – kolejny, który w teorii powinniśmy wygrać. Widzimy się!

Zapowiedź Pistons: dalej walczymy o 8 miejsce na wschodzie.

Zawsze jak gramy z Detroit albo Knicks zastanawiam się, czy tak właśnie czuje się większość kibiców NBA, gdy przychodzi im grać z Bucks. Niechęć do porannego wstawania i odbijające się w głowie pytanie: „Kurde, znowu oni?” – tak to u was mniej więcej wygląda?

W każdym razie, w nocy gościmy Pistons, a ja już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć 10 minutowy pojedynek: Maker vs Drummond. Z jednej strony Andre goniący Thona na obwód, a z drugiej Drummond wbijający Makera w parkiet. Duży test dla naszego podkoszowego, który pewnie znowu dostanie swoją szansę w pierwszej piątce.

Co mają zrobić Bucks?

Przede wszystkim rozciągać grę kiedy tylko się da. Piątka, która zaskoczyła w Indianapolis (Delly, Snell, Beasley, Antek i Thon) może równie dobrze sprawdzić się w meczu z Pistons, pod warunkiem, że rzut będzie siedział. Do tego koniecznie trzeba bronić z taką intensywnością, jak w poprzednim meczu z Pacers. A przez „intensywną obronę” mam na myśli ograniczenie Drummonda pod koszem, powstrzymanie Harrisa i nie dopuszczenie, żeby Jackson się rozpędził…

Dla Bucks jest to bardzo ważne spotkanie – przy wygranej zarówno w nocy, jak w i kolejnym meczu z Nets, mamy realne szanse na ponowne zbliżenie się do 8 miejsca na wschodzie jeszcze przed przerwą na Weekend Gwiazd.

Pistons przyjeżdżają do nas prosto po cholernie imponującej wygranej w Toronto – cudem odrobili 16 punktową stratę, a KC-P zapewnił Tłokom wygraną trójką na 13 sekund przed końcem. Dzięki tej wygranej Detroit zrównali się z Bulls na 7 miejscu na wschodzie.

Początek meczu o 2:00 w nocy.

Poszła kontra #2: co dalej z Bucks? z @mackwiatkowski

Tydzień temu a poniedziałek spotkaliśmy się po raz pierwszy : „Poszła kontra. Maciek kończy z góry.”

Dla tych, którzy trafili tu po raz pierwszy, szybkie przypomnienie. Chciałbym, żebyśmy raz w tygodniu poznawali opinię polskich ekspertów NBA na temat Bucks. Stąd pomysł na dział „Poszła kontra” – 3 podania, jeden kozioł, szybkie i łatwe punkty. Coś jak x-na-x , tyle że na szybko. W sam do porannej kawy. Jedziemy z #2.

Dawid: Kontuzja Parkera to gigantyczny cios dla Bucks. Czy myślisz, że Kozły powinny już zacząć rozważać jego wymianę jak tylko wróci do zdrowia i regularnego grania?

Maciej Kwiatkowski: Nie. Teraz Bucks powinni dać mu możliwie najlepsze wsparcie na wszystkich polach rehabilitacji – fundusze, rehabilitantów i psychologów. Wszystko czego potrzebuje. Mogą też sprawdzić czy są w stanie wykorzystać kłopoty zdrowotne Parkera, aby zaoferować mu niższy kontrakt teraz, gdy mogą od 1 lipca przedłużyć z nim umowę. Kiedy wróci, nie powinni rozważać jego wymiany, tylko wciąż dawać mu support. Kluby będą bały się pozyskiwać 22-latka po dwukrotnie zerwanym ACL-u w tym samym kolanie. Parker będzie potrzebował więc co najmniej roku na to, aby kluby pozbyły się wątpliwości co do przyszłego jego stanu zdrowia.

W świetle fatalnej gry w ostatnich 15 meczach pojawiają się głosy, że Bucks powinni zwolnić Kidda. Słusznie?

Tak. Nie wydaje mi się, że powinni zrobić to przed zakończeniem sezonu, ale te głosy są zrozumiałe i John Hammond powinien wykorzystać dwa pozostałe miesiące na dokładną ewaluację tego co robi Kidd. Plan taktyczny Bucks – co pisałem u Ciebie ostatnim razem – jest dla mnie zrozumiały. Martwią mnie dwie poważne rzeczy: 1) Zaginął gdzieś ten feeling Kidda do dokonywania odpowiednich usprawnień w trakcie samych spotkań. Jeszcze, gdy w grudniu Bucks wygrywali mecze, pisałem na Szóstym Graczu, że ten agresywny koncept obrony, nie powinien być używany w starciach z zespołami, które mają kłopoty ofensywne. Podwajanie kozłujących, przesuwanie dodatkowego obrońcy ze słabej strony – to potrafi tylko napędzać ataki rywali, bo daje im nagle możliwośc gry 4-na-3 w ataku pozycyjnym i złapanie flow. Czasem lepiej odpuścić, cofnąć się i bronić mocno 1-na-1 i bardziej klasycznie. Ten „over-helping” działa negatywnie dla Bucks w konkretnych matchupach. Kidd nie reagował w grudniu i nie reaguje w tym roku. 2) Decyzje dotyczące rotacji – zminimalizowanie roli Mirzy Teletovica, używanie Thona Makera jako startera, ogólna niemożność znalezienia rotacji na pozycji centra. Te dwie kwestie do końca sezonu powinny być pod wnikliwą obserwacją managementu.

3. Czy można już śmiało powiedzieć, że sezon Bucks jest już w tej chwili stracony? Walczyć dalej o playoffy czy tankować i ogrywać Makera?

Nie. Paradoksalnie Bucks mimo wszystko wzmocnili się w ostatnim tygodniu. Khris Middleton bardziej powinien im pomóc, niż Jabari Parker osłabić. Nawet w grudniu oczekiwanie, że Bucks włączą się do walki o przewagę parkietu w I rundzie play-offów, wydawało mi się zbyt wygórowane. W tym momencie celem jest awans do play-offów i to czy Bucks uda się do nich wejść będzie w dużej mierze zależeć właśnie od Jasona Kidda (pytanie nr 2).

(06-12.02) Podsumowanie tygodnia Bucks. Coś przegapiłeś?

Miniony tydzień nie był łatwy dla fanów Bucks. Nie dość, że doznaliśmy dwóch paskudnych porażek, to jeszcze straciliśmy na kolejny sezon Parkera. Dla tych, którzy nie mieli możliwości regularnego śledzenia Bucks, zapraszam do szybkiego podsumowania najważniejszych wydarzeń z Milwaukee.

Porażka z Heat 88-  106
giannisheatSpotkanie, które miał być świętem i celebrowaniem wielkiego powrotu Middletona, niespodziewanie, jak w najczarniejszych snach nawiedzających cię po przeterminowanych grzybach, zamieniło się w koszmar niczym zaproszenie na backstage po koncercie Justina Biebera, na który poszedłeś tylko po to, żeby twoja 15 letnia córka nie zabrała swojego 21 letniego chłopaka.

Porażka z Lakers 114 – 122
kiddfacepalm(…) pierwsza połowa była najgorszą w historii Bucks. 47 punktów straconych po pierwszej kwarcie  (drugi wynik w historii NBA i najwięcej od 1987 roku !! – 76 do przerwy), obrona pozwalająca trafiać Lakersom z 80% skutecznością, niewymuszone straty w ataku, brak jakiejkolwiek płynności gry.

Zwycięstwo z Pacers 116 – 100
giannisKiedy w drugiej kwarcie ogień złapał Mirza i rzucił 11 z rzędu punktów dla Bucks, myślałem, że już nie wróci na ławkę i nikt inny nie da rady oddać rzutu z gry. Chłopak złapał taką pewność siebie, że nawet z Georgem patrzącym mu prosto w oczy z odległości 10 cm trafiał bez problemu

Kontuzja Parkera i 12 miesięcy rehabilitacji
Cały dzień chodziłem do tyłu. Żona się ze mnie śmieje, że przejmuję się pierdołami, które mnie bezpośrednio nie dotyczą. Dzwonią do mnie znajomi z kondolencjami i wyrazami współczucia, jakby zmarł mi ktoś z bliskiej rodziny. Przy okazji odnowiłem trzy kontakty, które się urwały (jak ACL Parkera!!!) co najmniej 12 lat temu. Przez pół dnia fani Bucks liczyli na najlepsze, spodziewając się najgorszego.

Szukaliśmy formy Bucks
Obejrzyjcie mecz z Utah, a zobaczycie, co mam na myśli pisząc o fatalnej obronie. Jazzmani rozgryźli nas perfekcyjnie, nastawiając się na trójki z narożników, których po prostu nie umiemy kryć. To pewnie jedna z tych rzeczy, jakie miał Shaq rzucając wolne. Każdy musi mieć jaki niewyuczalny element gry i w naszym przypadku jest to bronienie trójek.

Klub Kibica Bucks odwiedził Maciej Kwiatkowski

(…)Zakładam wariant optymistyczny, że Middleton w ciągu kilku tygodni wróci do bycia sobą. To jednak mimo wszystko okaże się za mało. Oczywiście pozytywne będzie dla Bucks wywalenie z rotacji Jasona Terry’ego, przejęcie minut Tony’ego Snella przez Middletona i przerzucenie Snella na ławkę. Mam jednak wrażenie, że deal z Charlotte jest preludium do kolejnej wymiany.

Recap: w końcu mecz Bucks, który dało się oglądać. Wygrana z Pacers 116-100

pacers1202final
Bucks w końcu zagrali dobry mecz, już od pierwszego gwizdka przejmując inicjatywę. Rekordowe w sezonie 17 celnych trójek (wielka w tym zasługa gorrrrrącego Teletovicia), momentami bardzo dobra obrona, ograniczenie niepotrzebnych strat no i fantastyczny Giannis – to główne powody, dzięki którym udało nam się przerwać serię porażek i w końcu zakończyć mecz zwycięstwem.

  • Maker zaczął mecz na centrze i momentami widać było, że obrona Pacers nie do końca wie, co z nim zrobić. Trafił trzy trójki, dwie z narożników, a jedną po pick’n’popie z Giannisem. Szczególnie ta druga akcja zapadła mi w pamięci, próbowali ją jeszcze dwa razy, ale niestety bez punktów. Wysoka zasłona dla Giannisa, przy zasięgu Antka i Thona jak tylko zostanie dopracowana, może być zabójcza. A jeszcze dodajmy do tego możliwości Makera – albo ścięcie pod kosz i ewentualny rzut/odegranie, albo ucieczka za obrońcę i palnięcie za trzy. Fajnie dzisiaj wyglądała ich współpraca.
  • Kiedy w drugiej kwarcie ogień złapał Mirza i rzucił 11 z rzędu punktów dla Bucks, myślałem, że już nie wróci na ławkę i nikt inny nie da rady oddać rzutu z gry. Chłopak złapał taką pewność siebie, że nawet z Georgem patrzącym mu prosto w oczy z odległości 10 cm trafiał bez problemu. To, w jaki sposób zagrali dzisiaj rezerwowi: właśnie Teletovic (19pkt) i Moose-Brothers (po 17 punktów każdy) w dużej mierze dało nam zwycięstwo.
  • Zbyt wiele w ataku nie dał nam Vaughn, ale w 25 minut na parkiecie popisał się dwoma blokami i naprawdę solidną defensywą. Ciekawi mnie, w jaki sposób Kidd wrzuci do go rotacji pod nieobecność Parkera i momentami Middletona (dzisiaj odpoczywał, żeby nie grac back-to-back).
  • Na parkiecie po raz kolejny nie pokazał się Henson, który momentami sprawia wrażenie lepszego zawodnika, kiedy nie musi wykonywać swojej pracy i po prostu cieszy się ze zdobytych punktów kolegów z ławki.
  • W końcu mogę napisać coś dobrego o obronie Bucks, mimo tego, że momentami znowu zapominaliśmy kryć w narożnikach:conrnerthreesindianaWszystkie powyższe zrzuty zakończyły się celnymi trójkami. Mimo tego w końcu byliśmy agresywni, Delly wyłączył całkowicie z gry Teague’a (tylko dwa oddane rzuty i 2 punkty), Snell świetnie radził sobie z Georgem (4/11 z gry, 13 punktów i aż 5 strat). Z ławki dobre zmiany dali Vaughn (o czym pisałem wyżej) i Brogdon. Brawa w końcu za przekazywanie w obronie, dobre krycie p’n’r i nie dopuszczanie do czystych rzutów spod kosza.
  • Ciekawi mnie, do ilu skoczy USG% Giannisa (w tej chwili chyba już koło 30% o ile dobrze pamiętam). Każda piłka szła przez niego, udało się zgrać kilka eleganckich hand-offów ze Snellem (4/5 za trzy, 13 punktów), szybkie napędzanie kontr i,co najważniejsze, w końcu agresywne wbijanie pod kosz i granie na pełnym gazie. Plus, ta akcja, po której obudziłem sąsiadów głośnym „KU%^%WA NIEEE!!!” :

Poniżej jeszcze pełny skrót ze spotkania. Warto poświęcić 8 minut.

Kolejny mecz z Detroit w nocy z poniedziałek na wtorek.

Recap [Lakers]: Tragiczna pierwsza połowa, magiczny run w drugiej.

Bucks vs Lakers 114 – 122

Pisałem wczoraj, że oglądanie tego meczu nie jest obowiązkowe, ale po cichu liczyłem na to, że nie będzie tragicznie. Przeliczyłem się, bo pierwsza połowa była najgorszą w historii Bucks. 47 punktów straconych po pierwszej kwarcie  (drugi wynik w historii NBA i najwięcej od 1987 roku !! – 76 do przerwy), obrona pozwalająca trafiać Lakersom z 80% skutecznością, niewymuszone straty w ataku, brak jakiejkolwiek płynności gry. Pierwszą połowę uratował jedynie Michael Redd, który dołączył do komentatorów i podzielił się paroma ciekawostkami ze swojego życia po zakończeniu kariery. Pomimo runu w drugiej połowie, przegraliśmy zasłużenie 114-122, po raz 19 z rzędu tracąc 100+ punktów – najdłuższa tego typu seria Bucks od 1994 roku.

  • Giannis lubi grać z LAL. Swoje pierwsze w karierze triple double zaliczył właśnie z nimi, a teraz ustanowił swój nowy rekord punktowy, po raz pierwszy w karierze przełamując barierę 40 punktów. Byłem ciekawy, jak zagra w pierwszy meczu bez Parkera i widać było, że jest bardziej aktywny bez piłki. Już w pierwszej kwarcie zaliczył trzy ścięcia pod kosz (do tej pory to tylko 1% jego wszystkich akcji), które były głównym zadaniem Jabariego. Później przestałem liczyć, zdemotywowany postawą Bucks. Jestem też bliski stwierdzenia, że reszta tego sezonu to będzie nabijanie statystyk Giannisa, bo póki co oprócz niego, nie mamy nikogo kto mógłby regularnie zdobywać punkty.
  • Zgodnie z oczekiwaniami, w pierwszej piątce wyszedł Thon Maker. Dał się szybko objechać Randle’owi (wsad z faulem) i widać było, że odstępował Juliusowi nie tylko siłą, ale i prędkością. Jeśli będzie ustawiany na czwórce, może być problem z kryciem zawodników, którzy mają szybki pierwszy krok. Póki co pozostaje opcja ze stretch-czwórą. W pewnym momencie trzeciej kwarty Kidd ustawił go na centrze i wyglądało na to, że czuje się tam lepiej. Sama jego obecność pod koszem nieco zdezorientowała ofensywę Lakers. Mimo tego, że parę razy Zubac go objechał (w ogóle, mecz życia Zubaca!), jedna akcja była piękna – Thon w ataku uciekł do narożnika, zostawiając zdezorientowanego Zubacza pod koszem, dostał podanie od Giannisa i niekryty trafił trójkę. Możesz się ze mną nie zgodzić, ale nie trenowałbym Makera na potencjalnego zastępcę Parkera na PFie. Ustawiałbym go od razu na centrze i liczył na to, że będzie wyciągał środkowych spod kosza.
  • Po szybkich faulach w obronie Makera, na parkiecie pojawił się Middleton. Najpierw idealnie dograł do ścinającego Giannisa, a potem trafił swoją pierwszą w tym sezonie trójkę.
  • Po raz kolejny zaczynamy mecz w fatalnym stylu (ile jeszcze razy?) a potem zostawiamy serce na parkiecie i prawie odrabiamy 19 punktową stratę. Fajnie by było zobaczyć w końcu Kozły grające mecz na jednym poziomie.

Obejrzyjcie skrót pierwszej kwarty. Jak nie zaśniecie w tych kilka minut, obejrzyjcie też run z czwartej kwarty. Oby dzisiejszy mecz z Pacers był lepszy (zapowiedź później).

Zapowiedź [LAKERS]: Nie łamiemy się, gramy dalej!

Co prawda jeszcze do mnie do końca nie dotarło, że być może byliśmy świadkami najlepszych 50 meczów Parkera w jego karierze. Cały czas uczę mojego syna, że nie ważne jak często przegrywasz, ważne, że potrafisz szybko się podnieść i spróbować walczyć dalej. To samo dotyczy teraz Bucks – już o 2:00 w nocy podejmiemy Lakersów, którzy przyjadą do nas po ostatniej porażce z Pistons 102-121.

Bucks są w najgorszym dołku od kilku miesięcy. Fatalne wiadomości z Parkerem były jak scena z książki Kinga „Carry”, w której na balu maturalnym oblano główną bohaterkę krwią i flakami świni. Tyle, że teraz zamiast krwi, na Kozły spadła tona gówna.

  • Nasza obrona nie istnieje. W ostatnich 4 meczach pozwoliliśmy przeciwnikom oddać aż 56 trójek z rogów, co wykorzystywali w 38%. Nie pomagamy na zasłonach. Nie komunikujemy się przy przekazaniach. Nie zastawiamy deski. Po prostu nie bronimy!
  • Giannis stracił moc. Statystycznie nabija swoje, ale wygląda na zrezygnowanego. Albo znudzonego. Pamiętacie, jak na początku sezonu walczył o każdą piłką, jakby od tego zależała ważność jego wizy. Teraz tego nie ma. Nie wiem, czy to spadek motywacji po tylu porażkach z rzędu, ale faktem jest że przydało by się niezłe, przepraszam za kolokwializm, pierdolnięcie w szatni, żeby trochę chłopaków ocucić.
  • Skoro o pierdolnięciu w szatni mowa, na forach Bucks pojawiają się modły o zwolnienie Kidda.

A co u Lakers? Dalej walczą o TOP pick w drafcie i, co nie jest dobrą zapowiedzią przed tym meczem, mają drugą najgorszą obronę w lidze (110.2, a przed nimi tylko Nuggets). W meczu dwóch fatalnych defensyw i szalonych ofensyw, czeka nas pojedynek, który może być trudny do oglądania. Czekam głównie na pojedynek Middleton w obronie vs Lou Williams w ataku.

  • Być może zobaczymy już DeAngelo Russela, który opuścił sporo meczów z powodu kontuzji kolana.
  • W ostatnim meczu Lakers zaczęli z Tarikiem Blackiem na centrze, co może oznaczać więcej minut dla Thona Makera, który może w jakiś sposób osłodzi nam ten smutny okres bez Parkera.
  • Bucks wygrali 7 z ostatnich 10 pojedynków z Lakers.

Osobista rekomendacja: nie wstawaj na mecz. Wystarczy, że ja się poświęcę, bo i tak nie mam nic lepszego do roboty o 4:30 rano w sobotę.